Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Nowy trailer „The Matrix 4: Ressurections” już w sieci!

    Nikt się nie spodziewał (przynajmniej przed zapowiedziami), że powstanie czwarta część kultowego „Matrixa”. A jednak, „The Matrix 4: Ressurections” otrzymał oficjalny trailer i... my nie możemy się doczekać! No dobra, nie mogliśmy już przy pierwszych przeciekach o powstawaniu tej produkcji, ale teraz mamy choć podstawowy wgląd, jak to będzie wyglądać i czego można się spodziewać. W obsadzie widzimy zarówno znane twarze (choć Neo zamienił się w Johna Wicka ;-)), jak i nowe, choć równie głośne nazwiska. Premiera zapowiadana jest na 22 grudnia tego roku!

    Sam trailer możecie obejrzeć, gdy klikniecie poniżej.

  • Premiera „Diuny” z rocznym opóźnieniem!

    Chociaż zdawałoby się, że pierwszą część ekranizacji „Diuny” zobaczymy jeszcze w tym roku, wytwórnia Warner Bros nagle zmieniła plany. Film swoją światową premierę miał mieć 18 grudnia, co krzyżowało się z premierą „Wonder Woman 1984” – także niedawno przesuniętą na okres świąteczny.

    „Diunę” zobaczymy dopiero 1 października 2021 roku.

    Diuna

  • Pojawił się pierwszy zwiastun filmowej „Diuny”!

    „Diunę” w reżyserii Dennisa Villeneuve'a z pewnością można nazwać najbardziej wyczekiwaną produkcją 2020 roku. Dzisiaj na platformie YouTube pojawił się 3-minutowy trailer, który możecie zobaczyć poniżej. Fabuła filmu obejmować będzie jedynie pierwszą połowę powieści. Detale dotyczące sequelu nie są na razie znane.

  • Program Filozofikonu już dostępny!

    Już w ten weekend (12.09-13.09) odbędzie się kolejny wirtualny konwent – Filozofikon. Tegoroczna edycja wpisuje się w obchody 99. rocznicy urodzin Stanisława Lema, stąd też  przyświeca jej hasło „Podróż piąta” zaczerpnięte z „Dzienników gwiazdowych” tegoż autora. Nie dziwi więc, że program wydarzenia w dużym stopniu nawiązuje do zagadnienia fantastyki naukowej, oczywiście w filozoficznym duchu towarzyszącym imprezie.

  • Recenzja książki: Ted Chiang - „Wydech”

    Tytuł książki

    Ted Chiang - „Wydech”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 395
    Cena okładkowa: 45 zł

    Ted Chiang jest autorem może jeszcze nie bardzo znanym w Polsce, ale zdecydowanie wywołującym ciekawość czytelniczą. Na Zachodzie obsypana nagrodami (kilkukrotne Nebula, Hugo, Locus, Campbell i inne), u nas jego twórczość została przyjęta opornie jako coś, mimo wszystko, nieco egzotycznego, strawnego raczej w krótkich formach. Zbiór „Wydech”, zawierający dziewięć opowiadań o dość szerokiej rozpiętości tematycznej, został w ostatnich miesiącach na nowo przedstawiony czytelnikom przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Teksty zawarte w tym zbiorze pochodzą z dość szerokiego spektrum czasowego – najstarszy i najmłodszy z nich dzieli około piętnastu lat, biorąc pod uwagę pierwotną datę publikacji – reprezentują więc różne poziomy warsztatowe, zamysły i źródła inspiracji. Każdy z nich jednak jest wart przeczytania.

    Tom otwiera opowiadanie „Kupiec i wrota alchemika”. Główny bohater opowiada niesamowitą wręcz historię, w której spotkał w jednym ze sklepików z artefaktami i wynalazkami człowieka, który skonstruował wrota przenoszące człowieka w czasie. Umożliwiają one podróż o dwadzieścia lat naprzód. Niedowierzającemu klientowi Bashaarat przytacza kilka opowieści o osobach, które zdecydowały się skorzystać z wrót: o jednym, który dzięki temu odmienił swój los na lepsze, drugim, którego chciwość zwiodła na manowce i o żonie, która zapragnęła młodszego kochanka. Kupiec pozostaje sceptyczny – ale czy oprze się pokusie i własnej ciekawości? Już po pierwszym tekście widać, że Chiang lubuje się w skomplikowanej metaforyce i wschodniej konstrukcji opowieści. „Kupiec i wrota alchemika” noszą już drobne znamiona powieści szkatułkowej i zdecydowanie udatnie łączą ze sobą klimaty dalekowschodnie z lekkim science fiction.

    Moim ulubionym opowiadaniem był jednak tytułowy „Wydech”, który gatunkowo przynależy już bardziej do klasycznego science fiction. W alternatywnym – być może – świecie żywe istoty, by móc żyć, wymieniają płuca jak butle z tlenem, instalują je w ciele, a zużyte oddają do napełnienia. To bardzo filozoficzny tekst, oparty w znacznej mierze na rozważaniach dotyczących zależności egzystencji od oddechu, a także natury wspomnień, myśli, ich niedoskonałości i metod udoskonalania ich zapisu. Czym jest życie i czy wobec niemożności zapamiętania go bez zakłóceń i wypaczeń ma jakieś znaczenie? „Wydech” jest cięższy w odbiorze od innych w tym zbiorze, ale niesie ze sobą spory ładunek przemyśleń i emocji.

    W książce znajdziemy zarówno teksty poważne, jak i humorystyczne, naukowe i baśniowe, inspirowane twórczością Philipa K. Dicka i Monty Pythonem. Nie wszystkie są łatwe w odbiorze. Chiang lubi konsekwencje – a więc bohaterowie jego tekstów zawsze odczują na swojej skórze skutki własnych decyzji, bardziej lub mniej boleśnie, aż do okrutnego karania bezmyślności. Nie ma u niego miejsca na cuda, nie ma siły wyższej, która wyręcza w dążeniu do celu i poszukiwaniu rozwiązań. Już „Kupiec i wrota alchemika” pokazują to dobitnie – bo nadzieja na to, że poznawszy przyszłość, uda się ją jakoś z korzyścią dla siebie zmienić, jest płonna.

    Dlatego też powtórzę to, co zawarłam już we wstępie – że po „Wydech” zdecydowanie warto sięgnąć, choć może on nie być miejscami lekturą łatwą. Na pewno będzie on jednak podstawą do przemyśleń, wywoła emocje i przyniesie parę ostrzeżeń co do tego, jak mogą potoczyć się przyszłe losy ludzkości. Nie bez powodu zbiór ten jest miejscami porównywany do popularnego serialu „Black Mirror” – jest w podobnym stopniu angażujący i wymagający odniesienia się do postawionych przed czytelnikiem zagadnień. Dlatego polecam przekonać się samemu.

  • Recenzja książki: Herbert George Wells – „Niewidzialny człowiek”

    Tytuł książki

    Herbert George Wells - „Niewidzialny człowiek”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 198
    Cena okładkowa: 35,00 zł

    Bycie niewidzialnym może się wydawać czymś niesamowicie użytecznym. Unikanie niechcianych sytuacji towarzyskich to z całą pewnością możliwość, która ucieszyłaby każdego, kto od ludzi raczej stroni – jak niżej podpisany. Unikanie płacenia za towary w sklepach jest, rzecz jasna, ciut wątpliwe moralnie, ale z pewnością ogromnie praktyczne. No i… Widzicie? Trzecie zdanie, a dochodzimy do podobnego wniosku, do którego doszedł autor omawianej dziś powieści science fiction: niesamowita moc jest czymś niesamowicie wypaczającym. Oto „Niewidzialny człowiek” Herberta G. Wellsa, klasyczne i szacowne dzieło z pogranicza fantastyki naukowej i horroru.

    Zimą do pensjonatu w angielskiej wsi Iping przybywa tajemniczy gość. Od samego początku sprawia wrażenie ekscentryka – chodzi szczelnie zawinięty w grube ubranie, w dodatku jest bardzo wyczulony na punkcie prywatności. Utrzymuje, że jest badaczem przyrody, całe dnie spędza na majstrowaniu przy skomplikowanej chemicznej aparaturze. Zbyt wiele tajemnic działa na nerwy mieszkańcom spokojnej dotąd wioski, jednak dopóki dziwak płaci za pokój, nikt nie miesza się do jego spraw. Problemy zaczynają się, kiedy gościowi zaczyna brakować grosza – wówczas dochodzi do awantury, w czasie której na jaw wychodzi straszliwy sekret przybysza: bez ubrania jest całkowicie niewidzialny. Niewidoczny odmieniec bardzo szybko staje się postrachem ludności spokojnego miasteczka, ucieka się do kradzieży i rękoczynów, a nawet porywa i zmusza biednego bezdomnego włóczęgę do usługiwania mu. Mieszkańcy okolicznych wsi początkowo nie dowierzają dziwnym doniesieniom, w końcu jednak organizują obławę na niewidocznego gołym okiem socjopatę, który grasuje po okolicy. Na czele akcji staje Kemp, uczony i dawny współpracownik sprawcy.

    Powieść bez problemu daje się ją pochłonąć w jeden wieczór. Nieduża objętość zdecydowanie działa na jej korzyść, bo pomysł zdecydowanie nie udźwignąłby dłuższej formy – główną tajemnicę poznajemy bowiem już po lekturze samego tytułu na okładce. Najważniejsza część utworu to rozdział, w którym dowiadujemy się, jak Griffin, tytułowy niewidzialny człowiek, stał się niewidzialny i w jaki sposób się to na nim odbiło. Taka akurat kompozycja jest dosyć charakterystyczna dla powieści z początków gatunku – centralnym punktem opowieści jest retrospekcja wyjaśniająca zarzewie całego dramatu, dużo ważniejsze niż sam dramat. W „Niewidzialnym człowieku” jednak to opisanie drogi ku zatraceniu człowieka skuszonego niezwykłą potęgą nie wypada zbyt przekonująco – główny bohater od samego początku ma skłonności despotyczne, finansuje swoje badania dzięki fortunie skradzionej ojcu, oszukuje i kradnie, by osiągnąć cel. Praktycznie nie istnieje zamierzony kontrast pomiędzy Griffinem przed i po przemianie. Po niej także kradnie i oszukuje, tym razem aby odwrócić skutki niezwykłego eksperymentu. Trudno ukazać zgubny wpływ nadludzkich mocy na moralność człowieka, kiedy wspomniany człowiek był jej pozbawiony od samego początku. Sprawia to, że główny bohater całej historii wydaje się płaski, mało realny, skutkiem czego sama historia również, mimo przystępności, z trudem utrzymywała moją uwagę.

    „Niewidzialnego człowieka” warto jednak poznać, choćby ze względu na ogromny wpływ, jaki ten motyw wywarł na współczesnej popkulturze – znalazł miejsce w filmie, komiksie, a nawet dziełach literackich dziesiątek naśladowców. Chociaż recenzowana powieść Wellsa zestarzała się dużo gorzej niż inne, głośniejsze tytuły tego autora, takie jak „Wojna światów”, „Wyspa Doktora Moreau” czy „Wehikuł czasu”, nadal zaliczana jest do ścisłej klasyki gatunku. Polecam szczególnie tym ciekawym jego początków.

  • Recenzja książki: Roger Zelazny – „Pan Światła”

    Tytuł książki

    Roger Zelazny - „Pan Światła”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 336
    Cena okładkowa: 45.00 zł

    Na początku tego tekstu powinienem prawdopodobnie wspomnieć, że nie będę nawet próbował utrzymywać jakichkolwiek pozorów obiektywizmu – uwielbiam twórczość Rogera Zelaznego. Najbardziej chyba „Aleję Potępienia” – opowiadanie, od którego zaczęła się moja miłość do postapokalipsy. „Kroniki Amberu” wywarły na mnie ogromne wrażenie, kiedy byłem młodszy i, jak się ostatnio okazało, to wrażenie nie osłabło na przestrzeni lat. „Deus Irae” był wyśmienity, choć przerażający. Zelazny to niekwestionowany mistrz kreowania żywych, wciągających i zaskakujących światów – a dziś mam okazję opowiedzieć o jednym z najbardziej interesujących, bo inspirowanym tematyką do niedawna dość mało eksplorowaną w fantastyce – hinduizmem. Oto „Pan Światła”.

    Bohaterem powieści jest Mahasamatman, w skrócie Sam. Sam jest jednym z pierwszych osadników na odległej od Ziemi planecie, dokąd ludzkość przybyła wiele wieków temu. Niezwykły świat, który przyszło mu zamieszkiwać, wydaje się żywcem wyrwany z wierzeń rodem z Indii. Na najwyższej w świecie górze mieści się miasto zamieszkiwane przez bogów, którzy strzegą prostych ludzi przed demonicznymi Rakszasami, a także wyrokują, kto z umarłych jest godny kolejnego wcielenia – i w jakiej postaci. Bogowie są surowi i okrutni, na zawsze utrzymują ludzkość w stanie zacofania i bezlitośnie tępią wszelkie przejawy myśli postępowej, zebrane pod wspólnym terminem akceleracjonizmu. Jak się okazuje, nasz Sam jest ostatnim akceleracjonistą na świecie – a za jego postępki w poprzednich żywotach spotkała go najsurowsza kara: uwięzienie pod postacią energetycznej chmury w dziwnej anomalii na niskiej orbicie. Jego dawni sojusznicy potrafią jednak sprowadzić go z powrotem do świata śmiertelnych – aby jeszcze jeden, ostatni raz rzucił wyzwanie bóstwom i uwolnił ludzkość spod ich jarzma.

    Jak wspomniałem we wstępie do tego tekstu, od pierwszych stron byłem oczarowany konstrukcją świata przedstawionego. Ten jest, jak zwykle u Rogera Zelaznego, niezwykły i świeży. Na samym początku czytelnik ma wrażenie, że został wrzucony w sam środek hinduskiej legendy, gdzie sprawy chodzących po ziemi bogów mieszają się ze sprawami śmiertelnych, a najdrobniejszy skrawek rzeczywistości materialnej, jak ptak czy kamień, jest powiązany z tą duchową. Później jednak, gdy poznajemy coraz więcej szczegółów, okazuje się, że sprawy mają się zarazem tak samo, jak i inaczej. Wszystko, w co wierzą mieszkańcy tego świata – karma, wędrówka dusz, reinkarnacja, mściwi bogowie doglądający śmiertelnej sfery – to prawda, ale z przyczyn zupełnie innych niż metafizyczne. Po śmierci bogowie rzeczywiście ważą dusze śmiertelników, a służy im do tego zaawansowane urządzenie odczytujące wspomnienia, zwane psychosondą. Reinkarnacja jest możliwa dzięki technologii przenoszenia świadomości między ciałami – tej samej, dzięki której bogowie mogą zmieniać swoje powłoki i role. Płonące rydwany nieśmiertelnych władców tego świata to, oczywiście, uzbrojone po zęby statki kosmiczne, zaś święte bronie, będące ich atrybutami, to w istocie lasery i emitery fal… Wiara i dostępna nielicznym technologia składają się na opresyjny aparat władzy – nielicznych śmiertelników bawiących się w mitycznych bogów – utrzymujący całą ludzkość w stanie niekończącego się średniowiecza, w strachu, zacofaniu i zabobonie.

    Muszę jednak przyznać, że trochę mniej zachwyciła mnie konstrukcja fabuły. Historia opowiedziana przez Zelaznego wciąga, a postaci, o których opowiada, są wykreowane w interesujący sposób, dają się polubić, zachęcają do dalszego śledzenia ich losów (Jama, ubierający się na czerwono bóg śmierci, jest chyba moim ulubieńcem). Rozczarowanie przychodzi jednak w okolicach końca opowieści – gdy okazuje się, że dwie trzecie objętości książki to medytacje głównego bohatera na temat jego poprzednich wcieleń, w których rzucał wyzwania bogom. Kiedy budzi się z transu, w który zapadł po swoim odrodzeniu na początku książki, i na nowo rozpoczyna bój z bogami, na dokonanie tego, co postanowił, zostaje mu mniej niż pięćdziesiąt stron – przez co zakończenie jego historii wydaje się przychodzić po prostu zbyt szybko. W moim odczuciu przeznaczenie ponad połowy książki na retrospekcję było zabiegiem odrobinę chybionym, przez co finalny odbiór dzieła jest gorszy, niż mógłby być przy bardziej tradycyjnej formie opowiadania.

    Tekst może być cokolwiek trudny w odbiorze dla kogoś, kto nie miał do tej pory styczności z hinduizmem ani nie czytał podań z tego kręgu kulturowego. Można się jednak przyzwyczaić do pewnych dziwactw, a odrobina nadrabiania zaległości z tego, kto właściwie jest kim w hinduistycznym panteonie, znacznie ułatwia lekturę. Kiedy ta sztuka się uda, „Pan Światła” rewanżuje się jako naprawdę pięknie napisany kawałek tekstu. Dialogi są fantastyczne, zarazem błyskotliwe, jak i utrzymane w specyficznym klimacie, co potęgując wrażenie, że czyta się baśń lub wschodni tekst religijny. Podobnie ma się sprawa z opisami, choć miałem wrażenie, że one akurat z biegiem powieści zaczęły tracić swój niezwykły charakter. Nie mogę jednak powiedzieć, że mi to przeszkadzało – jak powiedziałem, wkrótce wyjaśnia się, że wydarzenia w świecie „Pana Światła” nie mają tak naprawdę niczego wspólnego z mocami nadprzyrodzonymi, utrzymywanie dekoracji po takim odkryciu mogłoby po prostu zmęczyć czytelnika.

    Czy polecam „Pana Światła”? Jak najbardziej. Jak wszystkie powieści Zelaznego, również i ta jest dosyć krótka, choć specyficzny język i konstrukcja świata sprawiają, że przynajmniej na początku lektura postępowała mi dosyć wolno. Jest to jednak jedno z najbardziej niezwykłych dzieł tego autora oraz w ramach fantastyki naukowej w ogóle, coś, co po prostu wypada znać. Jeśli w dodatku cenisz sobie odrobinę egzotyki oraz kusi cię świeże podejście do tematyki kolonizacji obcych planet, która w naszych czasach – gdy fantastyka naukowa stała się elementem mainstreamu – wydaje się wyczerpana, wspólna podróż z Mahasamatmanem będzie dla ciebie wyłącznie satysfakcjonująca.

  • 4. sezon „Rick and Morty” wkrótce na Netflixie!

    Minął ponad miesiąc od premiery 4. sezonu kultowej już kreskówki „Rick and Morty” na stacji Adult Swim, niedostępnej w naszym kraju. Wiele osób zastanawiało się, kiedy kontynuację przygód tytułowych bohaterów będzie można obejrzeć na Netflixie, gdzie znajdują się poprzednie sezony serialu. Na szczęście nie będziemy musieli długo czekać, gdyż wszystkie wyemitowane do tej pory odcinki pojawią się na platformie w niedzielę 22 grudnia.

    źródło grafiki: Adult Swim

    Rick&Morty

  • Z przeszłości prosto w przyszłość

    pierscienCzy zastanawialiście się kiedyś, jak starzeją się powieści science fiction lub w jakim stopniu stają się trafną wizją przyszłości? Teraz macie okazję, by spojrzeć na przyszłość okiem kogoś z przeszłości, a to dzięki powieści „Pierścień” Larry’ego Nivena, wydanej po raz pierwszy w 1970 roku.

    Recenzję książki znajdziecie oczywiście w naszym dziale recenzji, a dokładnie tutaj.

  • Obsada filmowej „Diuny” ujawniona!

    Wytwórnia Warner Bros. Pictures zapowiedziała filmową adaptację „Diuny” autorstwa Franka Herberta. Na dużym ekranie zobaczymy m.in. Timothée Chalameta (odtwórcę roli Henryka V w serialu „Król”), Jasona Momoę („Gra o Tron”, „Aquaman”, „Liga Sprawiedliwości”) oraz Rebeccę Ferguson („Doktor Sen”, „Dziewczyna z pociągu”, „Król Rozrywki”).

    Diuna uznawana jest za najważniejszą planetę we wszechświecie. To na niej znajdują się złoża melanżu – substancji przedłużającej życie, umożliwiającej podróże międzygwiezdne i i jasnowidzenie. Z rozkazu Imperatora Szaddama IV rządzący planetą ród Harkonnenów zmuszony jest opuścić Diunę i oddać ją w lenno wrogiemu rodowi Atrydów. Wkrótce po przybyciu księcia Leta I Atrydy, jego konkubiny Jessiki, syna Paula i armii ród Harkonnenów dokonuje przewrotu, z którego z życiem uchodzą jedynie Paul i Jessika. Chowając się w dziczy, trafiają na Fermenów – rdzennych mieszkańców planety. Paul planuje zdobyć imperialny tron z ich pomocą.

    Premiera „Diuny” planowana jest na 18 grudnia 2020 roku. Za reżyserię odpowiada Denis Villeneuve we współpracy z Ericem Rothem i Jonem Spaihtsem. Muzykę skomponuje Hans Zimmer.

    "Diuna" obsada

  • Kilka słów o przeznaczeniu

    syrenyztytanaZastanawialiście się kiedyś, do jakiego stopnia człowiek może wpływać na swoje przeznaczenie? Czy nasze decyzje rzeczywiście są nasze? Albo czy moglibyśmy unikać pewnych rzeczy, gdybyśmy tylko znali przyszłość? Kurt Vonnegut w powieści „Syreny z Tytana” podjął próbę odpowiedzi na te pytania.

    Recenzję książki „Syreny z Tytana”, jednej z pierwszych powieści popularnego autora science fiction, znajdziecie tutaj.

  • Recenzja książki: Larry Niven - „Pierścień”

    Tytuł książki

    Larry Niven - „Pierścień”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 426
    Cena okładkowa: 45,00 zł

    Wiele dzieje się w literaturze science fiction. Nauka idzie naprzód, teorie znajdują potwierdzenie – lub nie, nowe odkrycia właściwe mogą zaskoczyć nas każdego dnia. Książkowa eksploracja kosmosu zaś za wszelką cenę pragnie podążać o kilka, jeśli nie kilkanaście kroków przed rzeczywistością – w końcu zawsze może stać się, ze zwykłej rozrywki, tą najbardziej trafną wizją przyszłości. Co jednak cenne, nadal funkcjonują w pamięci czytelników i są odświeżane dla kolejnych tytuły sprzed lat, dzięki którym możemy doświadczyć tego cudownie specyficznego wrażenia podróży w czasie – próbując zobaczyć przyszłość okiem kogoś z przeszłości. Większość takich pozycji zdezaktualizowała się, rozmijając zupełnie z tym, jak ukształtowała się rzeczywistość. Czy z „Pierścieniem” Larry’ego Nivena, wydanym po raz pierwszy w roku 1970, było podobnie?

    Louis Wu właściwie miał dość życia. W dniu swoich dwusetnych urodzin myślał już tylko o tym, jak opuścić przyjęcie, by nikt nie zawracał mu głowy. Kłopoty dopadły go w pokoju hotelowym – a miały postać obcego, przedstawiciela dawno zaginionej rasy laleczników. Ten zaś, trzymając człowieka odpowiednio na dystans, składa mu propozycję: wraz z nim i dwoma innymi osobami, które jeszcze trzeba będzie odnaleźć, mają udać się poza znany kosmos i zbadać pewne zjawisko, od którego może zależeć los wszystkich ras… Katastrofa, przed którą uciekły laleczniki, ma co prawda nastąpić dopiero za dwadzieścia tysięcy lat, a gość Louisa jest bardzo enigmatyczny w kwestii tego, co właściwie jest celem misji, jednak człowiek nie zastanawia się długo. W końcu co ma do stracenia? A do zyskania jest wiele – na czele z poznaniem wysoce zaawansowanej technologii, którą posługują się laleczniki.

    Historia, pomimo dość statycznego początku, szybko łapie rozpęd. Louis Wu decyduje się na warunki obcego i rozpoczyna się rekrutacja kolejnych członków załogi – wówczas dopiero dostajemy więcej informacji zarówno o bohaterach, jak i świecie przez nich zamieszkanym, choć nie znajdziemy tu momentów dłuższej ekspozycji. Sporo dobrego robią tu bardzo żywiołowe dialogi – dążący do uzyskania większej ilości informacji na temat misji „załoganci” stanowiący bardzo zróżnicowaną mieszankę charakterów i skryty do bólu lalecznik dają w rezultacie po pierwsze konflikty zaostrzające się niekiedy dość niebezpiecznie, a po drugie – pełne dość złośliwego poczucia humoru wymiany zdań.

    Różnorodność bohaterów jest zdecydowanie atutem powieści. Nawet pomimo faktu, że pewne archetypy znajdziemy już w wielu innych teksach z gatunku fantastyki pod zmienioną nazwą, w „Pierścieniu” nadal funkcjonują doskonale. Lalecznik dobiera zespół na podstawie zaskakujących dla człowieka kryteriów, uznając za ważne cechy tak abstrakcyjne, jak szczęście (z czego wysnuto zresztą zupełnie zakręconą, ale w pewien sposób przekonującą teorię – w świetle realiów książkowych oczywiście) bądź podejmując ryzyko, które dla innych mogłoby być nie do przyjęcia. Sam będąc przedstawicielem rasy uznanej za wyjątkowo tchórzliwą, niejednokrotnie łamie swój schemat postępowania – autor jednak przewidział dla niego odpowiednie konsekwencje. Poza nim i Louisem Wu mamy w zespole przedstawiciela rasy Ksinów (wojowniczych i odważnych aż do przesady, co w przeszłości doprowadziło ich rasę do ogromnych strat i utemperowało wybuchowe charaktery) oraz, dość nieoczekiwanie, przygodnie poznaną przez Louisa Teelę Brown.

    Wyjątkowo podobało mi się to, w jaki sposób autor stopniowo odkrywał niuanse charakteru Teeli. Wydarzenia oglądamy z perspektywy Louisa, on zaś postrzega towarzyszkę jako ładną, wykształconą, ale wyjątkowo płytką – co znajduje zresztą odbicie w jej zachowaniu. Teela w pełni uczestniczy w tym, co się dzieje, bierze udział w rozmowach, trafnie identyfikuje niektóre zjawiska, czasem zaskakuje wiedzą innych – ale jej decyzje i postępowanie wyglądają jak dyktowane chwilowym kaprysem, a nie racjonalną myślą. Z jednej strony stawia to postać Teeli w niezbyt ciekawym świetle, z drugiej – rodzi wątpliwość, czy autor na pewno chciał wywołać taki efekt. Dlatego też jestem pod wrażeniem, ponieważ wywołanie w czytelniku tego typu emocji, powątpiewania, a następnie skłonienie do stopniowego podważania własnego pierwszego wrażenia pod wpływem kolejnych danych i domysłów jest czymś wskazującym na to, że powieść została gruntownie przemyślana przed puszczeniem jej w świat.

    Niven wplótł w powieść sporo słownictwa stylizowanego na żargon technologiczny i astrofizyczny. Nie utrudnia to jednak w żaden sposób lektury, a jedynie dodaje jej charakteru – nie ma tu pojęć niejasnych, wszystko doskonale tłumaczy kontekst bądź dalsze rozmowy bohaterów. Znajdziemy tu trochę rzeczywistych i fikcyjnych nazw zjawisk astronomicznych, nazwisk badaczy (przykładowo lalecznik jest dokładnie lalecznikiem Piersona), pojęć rodem z bardziej zaawansowanej matematyki, opisów budowy pojazdów kosmicznych i ich napędów… A także, oczywiście, teorii mających tłumaczyć zjawiska, których w naszym wszechświecie nie uświadczymy. Większość z nich jest skonstruowana na tyle prosto, by nie przytłaczać, niektóre brzmią dość absurdalnie (znów nawiązuję tu do dziedziczenia szczęścia, który to motyw jest jednak w powieści bardzo ważny), wszystkie jednak doskonale grają z kierunkiem, w którym podąża fabuła i zdecydowanie nie da się tu wyczuć zbędności.

    „Pierścień” czytało mi się bardzo dobrze i cieszę się, że nie stanowi on zamkniętej całości, a jedynie pierwszy tom. Odpowiadając zaś na pytanie zawarte we wstępie tej recenzji – nie odczułam, by powieść zestarzała się, a jeśli to zrobiła, to zdecydowanie z klasą. Skomplikowane relacje pomiędzy bohaterami, złożoność ich charakterów i kolejno odkrywane informacje nie tylko o świecie, do którego zmierzają, ale też i prawdy o tym zamieszkanym przez nich tworzą tu doskonałe połączenie – książkę po prostu chce się czytać. I nie trzeba być zagorzałym fanem science fiction, by się w niej odnaleźć. Mam nadzieję, że kolejne części również doczekają się wznowienia.

  • Recenzja książki: Kurt Vonnegut – „Syreny z Tytana”

    Tytuł książki

    Kurt Vonnegut Jr. - „Syreny z Tytana”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 384
    Cena okładkowa: 29,90 zł

    Do jakiego stopnia człowiek może wpływać na swoje przeznaczenie? Czy nasze decyzje rzeczywiście są nasze? Czy gdybyśmy znali naszą przyszłość, moglibyśmy jej uniknąć? To nie są nowe pytania. Zadawali je sobie już starożytni myśliciele i autorzy pierwszych tragedii, choćby poprzez wątek fatum, ukazywanego zwykle jako boska wola, przed którą zwyczajnie nie ma ucieczki. Potrzeba pokierowania własnym losem stale jest w nas żywa – czy jednak w ogromnym wszechświecie, rządzonym przez siły, których skala po prostu wymyka się wyobrażeniu, pragnienia jednostki mają jakiekolwiek znaczenie? Podobną problematykę rozważał Kurt Vonnegut, jeden z najbardziej nietuzinkowych autorów science fiction schyłku dwudziestego wieku w jednej ze swoich pierwszych powieści, niedawno wznowionej nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka. Oto „Syreny z Tytana”.

    Malachi Constant jest być może najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Odziedziczywszy majątek ojca, założyciela ogromnej korporacji, który na inwestowaniu dorobił się niewyobrażalnego bogactwa, spędza życie na imprezach i orgiach, topiąc ogromne pieniądze w akty jałowego hedonizmu. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że wkrótce stanie się centralną postacią globalnej religii, będzie walczył w największej wojnie w historii, a nawet zwiedzi cały Układ Słoneczny. Wszystko za sprawą machinacji tajemniczego Winstona Nilesa Rumfoorda, człowieka, który wyruszył w kosmos i, wpadłszy w sam środek niespotykanego dotąd fenomenu czasoprzestrzennego, zmienił się w zjawisko falowe, materializując się na Ziemi tylko wtedy, kiedy jej tor przetnie jego promień…

    „Syreny z Tytana” noszą typowe znamiona powieści Vonneguta. Możemy więc spodziewać się dowolnie i swawolnie prowadzonej narracji gęsto przetykanej dygresjami, błyskotliwej satyry utrzymanej w klimacie groteski, opisów prowadzonych w taki sposób, że często nie od razu staje się jasne, co mają one przedstawić, oraz prostej konstrukcji fabuły, mającej stanowić ledwie pretekst do ukazania jakiegoś zjawiska. To jeden wielki chaos, w którym połapie się tylko i wyłącznie uważny czytelnik.

    Bohaterowie pierwszoplanowi – Beatrycze Rumfoord, żona człowieka-fali, oraz playboy Malachi Constant – zarysowani są bardzo pobieżnie. Autor nie uznał za stosowne wyposażyć ich w jakiekolwiek charakterystyczne cechy czy wyróżniki. Ich rola w historii jest tak naprawdę pomijalna – w wielkim planie Rumfoorda są oni ledwie obserwatorami, instrumentami służącymi do osiągnięcia celu, bez realnego wpływu na własny los. To marionetki – zaprezentowanie ich jako kukiełek bez choćby okruchu własnej tożsamości jest więc zabiegiem celowym, nie sprawia jednak ani odrobinę, że „Syreny z Tytana” stają się przystępniejsze w odbiorze. Jedynym naprawdę istotnym bohaterem tej opowieści jest Rumfoord, ten jednak jest osobą tak przemądrzałą i zadufaną w sobie, że jego wynurzenia naprawdę trudno polubić. Choć, trzeba przyznać, jego plan na poprawę bytu ludzkości jest błyskotliwy i ma coś w sobie. Jaki to plan? Dowiedzcie się sami.

    „Syreny z Tytana” są książką bardzo dobrą, ale zdecydowanie nie jako powieść science fiction. Zgodnie z duchem tamtej epoki, podróże kosmiczne odbywane przez bohaterów stanowią tu wyłącznie pretekst dla zaprezentowania przemyśleń i poglądów autora – oraz punkt wyjścia dla rozważań, do których próbuje on nakłonić czytelnika. Vonnegut nie zadaje sobie jednak trudu, aby uczynić tę dekorację w jakikolwiek sposób wciągającą. Czyni to jego powieść bardzo trudną w odbiorze – pod skorupą nieprzyswajalności tkwi jednak coś, co czyni tę książkę wartą włożonego w nią wysiłku. Zdecydowanie nie dla każdego – ale czytelnicy szukający w literaturze fantastycznonaukowej czegoś więcej niż widowiskowych historyjek o podróżach międzyplanetarnych poczują się tutaj jak w domu.

  • Brandon Sanderson zabierze nas do gwiazd

    dogwiazdOdległa przyszłość. Gdzieś na obrzeżach wszechświata, pod powierzchnią pustynnej planety o nazwie Detritus ukrywają się niedobitki rasy ludzkiej. Glob otacza imponująca powłoka kosmicznego złomu, za którą czai się wojenna flota obcych, zwanych przez ludzi Krellami. Tymczasem siedemnastoletnia Spensa „Spin” Nightshade marzy, by zostać pilotem i walczyć z najeźdźcami...

    Panie i Panowie, przed Wami recenzja książki „Do gwiazd” – nowej młodzieżowej powieści Brandona Sandersona. Znajdziecie ją tutaj.

  • Recenzja książki: Brandon Sanderson „Do gwiazd”

    Tytuł książki

    Brandon Sanderson - „Do Gwiazd”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 606
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    W odległej przyszłości niedobitki rasy ludzkiej muszą kryć się pod powierzchnią pustynnej planety gdzieś na obrzeżu wszechświata. Detritus, bo taką nazwę nosi glob, otacza imponująca powłoka kosmicznego złomu. Za warstwą szczątków i wszelkiego śmiecia czyha wojenna flota obcych, zwanych przez ludzi Krellami. Krelle od pokoleń już przypuszczają regularne ataki na jedyny obiekt, jaki ludzie zbudowali na powierzchni – bazę myśliwców, postawioną wspólnymi siłami wszystkich klanów. Jeśli jeden bombowiec prześlizgnie się przez ludzkie linie obrony, przepadną wszelkie wysiłki, jakie ludzkość podjęła, by podnieść się z gruzów. Piloci myśliwców uważani są za bohaterów narodu, zaś ci, którzy po raz pierwszy wydali Krellom zwycięską bitwę pięćdziesiąt lat temu, noszą tytuł Pierwszych Obywateli i otaczani są powszechną czcią. Wszyscy oprócz jednego… Panie i Panowie, Brandon Sanderson i jego nowa młodzieżowa powieść science fiction – oto „Do gwiazd”.

    Spensa „Spin” Nightshade ma siedemnaście lat, a jej największym marzeniem jest zostać pilotem, tak jak jej ojciec. Marzenie to jest właściwie niemożliwe do spełnienia – stary Zeen Nightshade, najdzielniejszy człowiek, jakiego znała mała Spin, także walczył w bitwie o Altę… i zginął w niej, zestrzelony jako dezerter i tchórz, okrywając hańbą całą rodzinę. Jego córka nie ma jednak zamiaru poddać się bezlitosnemu systemowi, którego narzędzia chętnie dzielą ludzi na lepszych i gorszych. W ostatni dzień szkoły przystępuje do egzaminu, który ma zagwarantować jej miejsce w Akademii. Test okazuje się ustawiony w taki sposób, by uniemożliwić dziewczynie napisanie go. Spensa nie może w to uwierzyć, w oślim uporze zostając w sali egzaminacyjnej aż do nocy. Jej determinacja imponuje Cobbowi, dawnemu towarzyszowi Zeena, obecnie szkolącemu młodych pilotów. Na przekór decyzji pani Admirał, Cobb postanawia dać szansę córce tchórza.

    Brandon Sanderson, oprócz kilku cykli fantasy z ogromnym rozmachem osadzonych w wieloświecie Cosmere, ma na koncie także powieści młodzieżowe („Rytmatysta” czy trylogia „Mściciele”, by wymienić tylko parę z nich). I chociaż we wszystkich jego utworach czuć tę nieskrępowaną niczym radość z tworzenia nowych, interesujących światów i sytuacji, akurat w tej konkretnej kategorii da się dostrzec pewien powielający się schemat. I tutaj mamy nastoletnią bohaterkę, która przeżywa problemy i dylematy typowe dla swojego wieku, choć nieco zniekształcone przez soczewkę niezwykłego świata, który ją otacza. Spensa, podobnie jak bohaterowie pozostałych powieści, jest outsiderką, najbardziej definiującą ją cechą jest jej wielkie marzenie, a jednym z najważniejszych wątków w powieści będzie próba pokonania ograniczeń, które stoją na drodze do jego zrealizowania – osadzona na tle wielkich wydarzeń zmieniających świat wokół. Obowiązkowo musi pojawić się barwna, choć niekoniecznie liczna grupka znajomych i przyjaciół, wśród których, co ciekawe, zawsze można znaleźć co najmniej jedną dziewczynkę o niewyparzonej gębie (w tym wypadku to sama Spensa) oraz jednego geniusza, który niezbyt dobrze radzi sobie w sytuacjach towarzyskich (tutaj Rodge). Koniecznym dodatkiem jest wątek romansowy, choć tutaj raczej zasugerowany w finezyjny sposób niż pokazany otwarcie, w taki sposób, że nie przeszkodzi nawet czytelnikom reagującym alergicznie na wszelkie umizgi. Podobieństwa te nie są zarzutem – gatunek young adult rządzi się przecież pewnymi utartymi prawidłami – zwłaszcza że Sanderson, co też jest w przewrotny sposób typowe dla niego, zawsze znajduje sposób, by twórczo bawić się oczekiwaniami czytelnika.

    Na przestrzeni wielu powieści tego autora widać postępy, które poczynił w kreowaniu ciekawych postaci. W „Do gwiazd” może i dochodzi do odtworzenia pewnych typowych dla gatunku schematów, ani razu nie miałem jednak wrażenia, że bohaterowie ograniczeni są tylko do roli, jaką muszą spełnić w historii – każdy z nich ma przynajmniej jeden element, który czyni go kimś więcej. Jorgen, przywódca paczki i lider eskadry, może i jest typowym chłopczykiem z dobrego domu, ale bardzo przekonująco oddano jego starania, by zasłużyć na rolę, którą z góry mu przydzielono. Entuzjastyczna Kimmalyn na pierwszy rzut oka może się wydawać naiwna ze swoim ciągłym cytowaniem Świętej, później jednak wychodzi na jaw, kim jest naprawdę. Rodge, przyjaciel Spensy z dzieciństwa i młodociany geniusz, także w interesujący sposób wykracza poza ramy wykreślone dla typowego nerda, okazując zaskakująco sporo zdolności do autorefleksji. A to tylko kilkoro z nich. Nie wszyscy otrzymują szansę, by się rozwinąć, ale miałem wrażenie, że zrobiliby to, gdyby dostali swoją szansę.

    No właśnie. Co jest powodem tego rozwijania się bohaterów w nieoczekiwanych kierunkach? „Do gwiazd” nie jest w końcu przeciętną powieścią młodzieżową – nie zapominajmy, że ciągle trwa wojna, a bohaterowie są przecież kadetami w akademii pilotów. Koszmar trwającej bez przerwy walki z przeważającym liczebnie i technologicznie wrogiem jest właśnie tym obcym elementem, który sprawia, że mimo lekkiego, niekiedy humorystycznego wydźwięku całości, mamy tu do czynienia z pozycją zaskakująco mroczną i dojrzałą. Z jednej strony niezwykłą przyjemność sprawia obserwowanie, jak młodzi i naiwni kandydaci na pilotów w ogniu walki hartują się i przekształcają w dorosłych – z drugiej jednak przyjemność ta potrafi mieć głęboko gorzki posmak, zwłaszcza kiedy nie wszystkim udaje się na koniec dnia wrócić do hangaru…

    Spore brawa należą się wydawnictwu za opracowanie i tłumaczenie. Przekład na pewno nie był prostym zadaniem – trudno było, na przykład, oddać sens oryginalnych kryptonimów kadetów albo niektórych gierek słownych. Tutaj zastosowano bardzo ostrożne, oszczędne podejście – rzeczy nieprzetłumaczalnych nie tłumaczono na siłę, resztę zrobiono tak, by zachować choć minimum sensu. Spory postęp w stosunku do cyklu o Mścicielach, również wydanego nakładem Zysku i S-ki.

    Werdykt? Nie mogłem się oderwać od „Do gwiazd”. Akcja prowadzona jest bardzo umiejętnie i trzyma w napięciu, zaś zakończenie przychodzi nieoczekiwanie oraz, jak przystało na tego autora, stawia całą sytuację na głowie, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad tym, co właśnie przeczytał. Na tle całej masy tandetnych, masowo produkowanych młodzieżówek, ta jest istnym arcydziełem – mnóstwo akcji z tendencją do nagłych, ostrych zakrętów, nieco tajemnicy, świetne postaci prowadzące fajne, dowcipne dialogi, humor i powaga w znakomitych proporcjach. Szczerze polecam – i czekam na ciąg dalszy!

  • Recenzja mangi „Głosy z Odległej Gwiazdy”

    glosy z odleglej gwiazdy

    Głosy z Odległej Gwiazdy

    waneko

    Autor: Makoto Shinkai i Mizu Sahara
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Mechy, wojna, nie wspominając o mechach biorących udział w wojnie to motywy, które nigdy nie ulegają zmianie. A może jednak da się potraktować je w nieco inny sposób i odejść od bezrefleksyjnie przyjmowanych schematów? Moim zdaniem „Głos z odległej gwiazdy” jest w stanie zaskoczyć nawet czytelników dobrze zaznajomionych z tematem.

    Manga to adaptacja trwającego dwadzieścia pięć minut OVA z 2002 roku, stworzonego przez Makoto Shinkaia (z udziałem jego narzeczonej, która udzieliła głosu jednej z postaci), znanego z „5 centymetrów na sekundę” oraz „Kimi no na wa”. Animowana wersja „Głosu z odległej gwiazdy” spotkała się z ciepłym przyjęciem zarówno w Japonii, jak i na świecie. Warto ją obejrzeć, gdyż między animacją a mangową adaptacją istnieje wiele różnic, między innymi w tempie prowadzenia historii i w konstrukcji świata.

    W XXI wieku na marsjańskiej Wyżynie Tharsis odkryto pozostałości zaawansowanej technologicznie, pozaziemskiej formy życia. Zjednoczona pod flagą Unii Narodów ludzkość, nie zważając na ofiary, wysyłała kolejne misje badawcze, by pozyskać technologię obcych zwanych Tharsjanami, przede wszystkim zaś odkryć sposoby na przemieszczanie się z prędkością większą od prędkości światła. W jednej z takich grup znalazła się niedoszła licealistka Mikako Nagamine, która pozostawiła na Ziemi wieloletniego przyjaciela, Terao Noboru. Jedyną możliwością kontaktu między nimi są e-maile .

    Ze względu na fakt, że pomiędzy Tharsjanami a ludzkością trwa niewypowiedziana wojna, ekipy badawcze nader często używają taktyki zwiadu bojem, dlatego nie uświadczymy wielkich bitew czy zakrojonych na szeroką skalę ofensyw. Celem obu stron nie jest zniszczenie przeciwnika, lecz poznanie wszystkich jego tajemnic, nie tylko militarnych, ale także dotyczących na przykład schematów postępowania. Już samo podejście do tematu jest więc niecodzienne. Jednak ważniejszy wątek stanowi ukazanie wpływu, jaki czas i odległość mogą mieć na relacje międzyludzkie. Fabuła „Głosu z odległej gwiazdy”, skupiając się na tym problemie, tak mocno angażuje czytelnika emocjonalnie, jak żaden inny znany mi tytuł.

    Dystans między Mikako i Terao powiększa się dosłownie oraz w przenośni. Oddzielają ich lata świetlne. Żyją na różne sposoby. Mają inne zakresy obowiązków, inaczej wygląda ich program nauczania, wreszcie poznają różnych ludzi, do których się przywiązują. Postępuje to tym szybciej, im dłużej trwa dostarczanie wysyłanych na zmianę wiadomości. Najpierw są to godziny, potem dni, miesiące, w końcu lata. Czekając na nie, próbują zabić czas na wszelkie możliwe sposoby. To oczekiwanie jest chyba najciekawszym elementem komiksu, bo walki w kosmosie nie stanowią o sile fabuły, choć mają istotny wpływ na jej kierunek.

    Mógłbym długo zachwycać się tą mangą, ale należy wspomnieć, że występują w niej też niedociągnięcia, a nawet powielanie i tak często naciąganych schematów. Nie wiadomo, czym kieruje się sztuczna inteligencja, wybierając pilotów na misje ani dlaczego dysponujący niewątpliwą przewagą Tharsjanie nie przenoszą konfliktu na Ziemię. A już sadzanie za sterami nowoczesnych mechów nastolatków, konkretnie dziewczyny w szkolnym mundurku, budzi moje największe wątpliwości. Naprawdę trzeba pokazywać uda i długie nogi, by całość lepiej się przyjęła? Czyżby mechy były tak drogie, że nie zostało pieniędzy na mundury?

    Oprawa graficzna adekwatnie oddaje nastrój mangi. Nie znajdziemy tutaj niczego kawaii ani moe, żadnych pantsu shotów, modnej heterochromii czy innych fetyszy (z wyjątkiem wspomnianych szkolnych mundurków). Przemoc jest ukazana symbolicznie i w mandze właściwie nie pojawiają się brutalne sceny. Tła są standardowe, nie przykuwają na dłużej uwagi czytelnika. Mam natomiast zastrzeżenia co do zbyt uproszczonego przedstawienia mimiki bohaterów w sytuacjach, gdy znajdując się w oddaleniu, uśmiechają się i marszczą jednocześnie brwi. Wyglądają wtedy naprawdę dziwnie. Cóż, rysująca mangę Mizu Sahara przyznała w posłowiu, że nie potrafiła pokazać wszystkiego tak, jak chciała. Na koniec zwrócę uwagę na to, jak przedstawiono wizję świata u progu drugiej dekady XXI wieku, gdyż w komiksie architektura, ubiór, a nawet absolutnie kluczowe dla fabuły telefony komórkowe są wzorowane na tych współczesnych twórcom, a jest mało prawdopodobne, by wszystko wyglądało podobnie pół wieku później. Dawno nie widziałem równie mało futurystycznej wizji niepostapokaliptycznej przyszłości.

    Podsumowując, „Głos z odległej gwiazdy” to manga pod niektórymi względami niedopracowana. Jednak podejście do tematu na tyle różni się od rozpowszechnionego, że choćby z tego powodu warto dać jej szansę. Polecam.

  • Recenzja Książki: Agnieszka Sudomir - „Szablon”

    szablon

    Agnieszka Sudomir - „Szablon”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creation
    Liczba stron: 348
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    ,,Szablon” to powieść autorstwa Agnieszki Sudomir, absolwentki filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim, która zadebiutowała w 2017 roku powieścią ,,Miasto Obiecane: Faza REM”. Jest również autorką dwóch tomików poetyckich, a jej artykuły możemy przeczytać w czasopismach „Topos” i „Fraza”.

    Głównym bohaterem najnowszego dzieła autorki jest Adrian Lawson, który ma wszystko: cudowną rodzinę, wspaniały dom i pasjonującą pracę. Pewnego ranka budzą go sygnały przychodzących SMS-ów. W tym momencie całe jego życie staje do góry nogami, a on sam próbuje podtrzymać swój mały, walący się świat. Teraz musi zmierzyć się z prawdą, o jakiej nawet mu się nie śniło. Czy zaufa samemu sobie i podejmie właściwe decyzje? Od tego będzie zależało nie tylko bezpieczeństwo jego najbliższych, ale znacznie więcej.

    Taki zarys fabuły mogłam przeczytać na odwrocie książki i zaintrygował mnie on na tyle, że bez większego namysłu sięgnęłam po dzieło. Bardzo podobają mi się pozycje, które poruszają temat ludzkiej psychiki i tego, jak wielką jest ona tajemnicą. Książka zmusza czytelnika do refleksji nad sobą samym i nad tym, dokąd może doprowadzić nas własne szaleństwo. Pozwala spojrzeć na ludzką psychikę jak na narzędzie samozniszczenia, równocześnie pokazując jej niewykorzystany potencjał. Agnieszka Sudomir wykreowała niesamowity, a zarazem przerażający świat. Przerażający dlatego, że wcale nie wydał mi się tak niemożliwy, jak inne znane mi uniwersa tego typu.

    Podróż przez wykreowany świat nie była dla mnie prosta, bo akurat w tej powieści przydałaby się mapa. Autorka początkowo przeplata między sobą dwie rzeczywistości, a w każdej z nich toczy się zupełnie inna historia. Opisane jest to jednak w sposób niezwykle chaotyczny.  Ciągłe przeskakiwanie między zdarzeniami było uciążliwe i znacznie odbierało mi radość z czytania. Ciągnięcie jednocześnie dwóch wizji sprawiło, że fakty plątały się ze sobą, przez co kilka razy musiałam czytać dany fragment dwukrotnie, by w pełni zrozumieć, co tak właściwie się działo.  Komplikujący lekturę sposób narracji nie trwał jednak długo, bo kilka rozdziałów dalej historia prowadzona jest już w pełni przejrzysty i przyjemny sposób.

    W powieści dzieje się wiele, bo choć sposób napisania książki nazwałabym  „poprawnym” (nie jest ani zły, ani szczególnie porywający), to na nudę narzekać nie mogłam. Akcji nie brakuje, choć nie było tam scen walki czy pościgów. Towarzyszyłam głównemu bohaterowi w próbie zrozumienia samego siebie i tego, kim jest. Dla Adriana żyjącego w świecie, w którym każdy ruch został już wcześniej przewidziany przez maszyny, a każda decyzja jest przez nie cenzurowana, okazuje się to jednak nader trudne. Mogłabym powiedzieć, że uniwersum, do którego przeniosła mnie powieść, to jedno wielkie laboratorium do badań nad ludzkim umysłem. Autorka doskonale wiedziała, jak skłonić czytelnika do refleksji na ten temat. Niezwykle surowy i chłodny klimat powieści w pełni oddaje to, co dzieje się z Adrianem.  

    Tym, co umilało czytanie, zdecydowanie byli bohaterowie, wydający się być ludźmi naprawdę z krwi i kości. Targały nimi emocje, popełniali błędy i nie wszystko przychodziło im tak łatwo, jak by chcieli. Łatwo było mi się z nimi utożsamić i zrozumieć tok ich myślenia. Przyłapałam się na tym, że faktycznie trzymałam za kciuki za głównego bohatera, śledząc jego poczynania. Już na samym początku stałam się powiernikiem jego tajemnicy i świadomość, że cały misterny plan, jaki Adrian stworzył, w każdej chwili może się rozpaść, wywoływał we mnie niepokój, ale też ciekawość. W tym wszystkim był tylko jeden minus.

    Z bólem serca i lekkim rozczarowaniem muszę przyznać, ze główny motyw historii nie zaskakuje. Nie znalazłam w niej niczego, czego wcześniej nie dałaby mi inna pozycja. Każdy, kto miał do czynienia z dziełami zawierającymi motyw fałszywej rzeczywistości, zapewne odniesie to samo wrażenie, co ja, a mianowicie, że nie ma tu nic nowego. Autorka nie pokazała mi ani oryginalnego spojrzenia na ten temat, ani nowatorskiego podejścia.

    Mimo to mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę i to zwłaszcza tym osobom, które tak jak ja lubią zagłębiać się w możliwości ludzkiej psychiki. Choć nie jest to pozycja w pełni prosta w odbiorze i miałam małe problemy z czytaniem jej, stwierdzam, że przyniosła mi wiele radości. Zwłaszcza zakończenie, którego się nie spodziewałam i które jeszcze jakiś czas później kołatało mi się w głowie.

  • Zmarł Peter Mayhew, aktor wcielający się w postać Chewbakki

    Petera Mayhewa pierwszy raz mogliśmy zobaczyć w „Gwiezdnych Wojnach: Nowej Nadziei”, gdzie wcielił się w postać Chewbakki. Jako Wookie występował we wszystkich częściach oryginalnej trylogii „Gwiezdnych Wojen” oraz w „Zemście Sithów” i „Przebudzeniu Mocy”, a także w kilku innych projektach związanych z serią.

    Wczoraj na oficjalnym TwitterzePetera pojawił się napisany przez jego rodzinę list z informacją o śmierci aktora. Peter zmarł 30 kwietnia 2019 roku w wieku 74 lat.

    Peter Mayhew

  • Najnowszy teaser „Star Wars: Episode IX - The Rise of Skywalker”

    Wczoraj otrzymaliśmy teaser najnowszej produkcji wywodzącej się z uniwersum „Star Wars”. Część dziewiąta o podtytule „The Rise of Skywalker” będzie kontynuacją przygód Rey i Kylo Rena, choć nie zabraknie w niej także innych postaci znanych z poprzednich produkcji. Sam teaser nie zdradza nam zbyt wiele, ale... to już coś! Z niecierpliwością wyczekujemy kolejnych informacji oraz filmów promujących. A tymczasem obejrzyjcie wspominany już teaser.

    str wars rise of skywlker

  • Książka „SI” Stepana Wartanowa pod patronatem Konwentów Południowych

    W teorii sztuczna inteligencja pozwala na użycie jej w celach wojskowych. W praktyce, jeśli sama nie będzie miała na to ochoty, może podjąć aktywne kroki w kierunku zmiany sytuacji.
    Czwórka SI ucieka z poligonu wojskowego i zapada w śpiączkę, by obudzić się w niedalekiej przyszłości. Teraz, by przetrwać, muszą zmieszać się z tłumem, co w przypadku uzbrojonych w laser jednostek opancerzonych wcale nie jest takie łatwe.