This is yet another generally annoying popup, but the European Union made it compulsory for us to inform you about using and eating your cookies. We do it so we can greatly increase your comfort of browsing, and the overall page functionality (also because we're starving and we love cookies). Thus, according to the Cookie Policy, you can now officially feel informed, dear reader.

  • Przedsprzedaż biletów na Pyrkon 2020 już niedługo!

    Już w czwartek 21 listopada będzie można kupić pierwsze bilety na Pyrkon 2020, który odbędzie się w dniach 8-10 maja. Do wyboru będą dwie opcje: pakiet podstawowy i specjalny. Pakiet podstawowy zapewnia wyłącznie wstęp na konwent, natomiast wraz z pakietem specjalnym uczestnicy otrzymają możliwość m.in. zarezerwowania miejsc na cztery punkty programu, a sama rejestracja rozpocznie się tydzień wcześniej niż w przypadku zwykłych uczestników. Pakiet specjalny zapewni również dostęp do Strefy Wypoczynkowej.

    W przeciwieństwie do poprzednich lat bilety na Pyrkon 2020 nie będą dostępne w Empiku i innych sklepach stacjonarnych. Akredytację można opłacić wyłącznie przez Internet, a bilety zostaną wysłane pocztą.

    W tym roku wprowadzono również opłaty za Strefę Wypoczynkową. Żeby skorzystać ze sleeproomu, trzeba będzie dopłacić 10 zł. Oferta jest ograniczona do 8 tysięcy miejsc.

    Ceny akredytacji:

    • Do 6 kwietnia – 119 zł
    • Od 7 kwietnia oraz na miejscu – 139 zł
    • Pakiet Specjalny – 249 zł

    Banner Festiwalu Fantastyki Pyrkon

  • Drugi sezon netfliksowego Wiedźmina zapowiedziany!

    Podczas gdy większość fanów czeka niecierpliwie na pojawienie się odcinków pierwszego sezonu „Wiedźmina” na platformie Netflix, producenci serialu nie próżnują. Showrunnerka serialu, Lauren S. Hissrich, napisała na Twitterze:

    I’m so thrilled to announce: Geralt, Yennefer, and Ciri will be back for more adventures... in Season Two.

    I could not be more proud of what the amazing cast and crew of The Witcher have accomplished, and can’t wait for the world to dig in and enjoy these stories with us. ❤️⚔️🐺

    „Z radością ogłaszam: Geralt, Yennefer i Ciri wrócą z kolejnymi przygodami... w sezonie drugim. Nie mogłabym być bardziej dumna z tego, co osiągnęła wspaniała obsada i ekipa Wiedźmina, i nie mogę się doczekać, aż świat będzie mógł zagłębić się w te historie i cieszyć się nimi razem z nami.”

    Prace nad drugim sezonem mają rozpocząć się w 2020 roku, a  składać się on ma z ośmiu odcinków. Premierę przewiduje się na 2021 rok.

    wiedzmin sezon 2

  • Nowy trailer „Sonic The Hedgehog” – poprawiono wygląd oczu!

    Premiera filmu o najszybszym niebieskim jeżu planowana była na 8 listopada 2019 roku, została jednak przesunięta o cztery miesiące ze względu na niefortunny wygląd oczu głównego bohatera. Zamiast zachować oryginalny wygląd znany z gier, twórcy pokusili się o „uczłowieczenie” Sonica. Wywołało to niemałe poruszenie w Internecie, na które wytwórnia Paramount zareagowała natychmiastowo, zapowiadając zmianę wyglądu. Dziś możemy obejrzeć nowy trailer. Jak teraz podoba się Wam Sonic The Hedgehog?

    Premiera filmu planowana jest na walentynki – 14 lutego 2020 roku.

    sonic the hedgehog new trailer i data premiery

  • Wywiad z pisarzem - Rafał Dębski

    Rafał Dębski

    Rafał Dębski

    Rok urodzenia: 1969
    Miasto pochodzenia: Oleśnica
    Rok pierwszej wydanej książki: 2005

     

     

     

     

    Słowiańskie bestie, dawne wierzenia, nowa religia i bezwzględna polityka – to wszystko można znaleźć w finale Trylogii Piastowskiej Rafała Dębskiego. Przy okazji premiery „Miłości Bogów” rozmawiamy z autorem o historii, o dynastii Piastów i o tym, jak wiele zostało z dawnych Słowian w nas samych.

    Wywiad

    Arkady Saulski: Po ponad 10 latach otrzymamy wreszcie finał trylogii zapoczątkowanej powieścią „Kiedy Bóg Zasypia”. Historia, batalistyka, ale i horror – dlaczego akurat w taki sposób zdecydował się Pan opisać historyczne wydarzenia z czasów piastowskich? Czy historie opisane w powieściach istotnie były tak… mroczne?

    Rafał Dębski: Historia tamtych czasów jest znacznie bardziej mroczna, niż to ukazują moje powieści. Okropieństwa, jakich dopuszczano się w czasie buntu po śmierci Mieszka Lamberta, są trudne do opisania, podobnie jak zbrodnie czeskich najeźdźców, a niecały wiek później – żniwo buntu palatyna Awdańca. Paradoksalnie, poczwary i upiory, które dokonują krwawego dzieła na kartach książek, łagodzą znacznie straszliwy obraz ludzkiego okrucieństwa. Naturalistyczne oddanie rzeczywistości z pewnością odrzucałoby większość czytelników.
    Ale jest też inna strona tego medalu. Osobiście najchętniej opisałbym tamte czasy w powieści stricte historycznej. Problem w tym, że polską historią nikt nie był wówczas zainteresowany – zresztą do dzisiaj z tym marnie –, i jedynie Fabryka Słów chciała zaryzykować z taką materią. Automatycznie musiałem więc włożyć „Kiedy Bóg zasypia” w kanon fantastyczny. Po latach stwierdzam, że nie zaszkodziło to jednak opowieści, a może wręcz przeciwnie.

    AS: Czytając Pana książki wchodzące w skład „Trylogii Piastowskiej”, można odnieść wrażenie, iż jest Pan wobec niektórych władców z tej dynastii niezwykle krytyczny. Czy ów ród był istotnie tak brutalny i bezwzględny, jak Pan to przedstawia?

    RD: Zaraz krytyczny! Jeśli chodzi o Piastów, cierpię na to samo schorzenie, które dotknęło Pawła Jasienicę. A zatem uważam ich za ród srogi i okrutny. Potrafili być straszni, krwawi, wiarołomni, a przy tym niekiedy zachowywali się wręcz tchórzliwie. Ale to właśnie oni stworzyli Polskę, to ich starania zlepiły ją później w całość po prawie dwóch wiekach rozbicia dzielnicowego. Byli też szaleńczo odważni, szlachetni, skłonni do poświęceń w imię racji stanu.
    I tak, jak Paweł Jasienica, kocham tych skurczybyków całym sercem!
    A że o takim Krzywoustym sądzę swoje, to inna sprawa. Zasłużył – i jego akurat nie lubię, chociaż umiem bezstronnie docenić genialny cynizm niektórych jego poczynań, jak choćby zwabienia przyrodniego brata niby w pokojowych zamiarach i wydarcia mu oczu. Nie zabójstwo, bo przecież Piast nie powinien zabijać Piasta, tylko okaleczenie. A że potem tak pielęgnowano konkurenta do książęcego diademu, że zmarł? Cóż, wola Boska. Zresztą, nie tylko on miał takie sprawki na sumieniu, do podobnych podstępów nie uciekali się też jedynie nasi władcy. Jeśli się spojrzy na historię Europy, był to raczej proceder niż jakieś niechlubne wyjątki. Niemniej, właśnie Krzywoustego uważam rzeczywiście za najgorszego z Piastów – oczywiście tych sprawujących władzę nad całym krajem (bo z mojego wyklinania na takiego Konrada Mazowieckiego można by spory gmach zbudować). Ale i tak wolę tego Bolka krzywoprzysięzcę od chociażby Zygmunta Wazy i w ogóle całej szwedzkiej dynastii. Co robił, to robił, ale zawsze starał się budować i umacniać państwo. Tamci zaś wiecznie spoglądali łakomie za morze, a nie jak Krzywousty – na morze. Ten kierunek jego polityki, to znaczy dążenie do umocnienia się nad Bałtykiem, uważam za bodaj najbardziej wartościowy.

    AS: W trylogii silnie obecny jest motyw dawnych, prasłowiańskich wierzeń. Chciałem zapytać o rzecz następującą – ile z tych dawnych rytuałów, zwyczajów, wierzeń przetrwało, Pana zdaniem, do współczesności? Czy istotnie odcięliśmy się od dawnych, słowiańskich korzeni? A może są one jednak obecne w naszym życiu, zwyczajach, świętach?

    RD: Oj, można się zdziwić, ile dawnych zwyczajów tkwi w naszych na wskroś chrześcijańskich obrzędach. Chociażby święcenie jajek. Jajko to przecież symbol witalności. Czy chrześcijański? Skąd – uniwersalny. A te wszystkie Matki Boskie Zielne i w ogóle nabożeństwo dla matki? Czy to chrześcijaństwo? Przecież przedstawienia Maryi z Dzieciątkiem to istny kult Izydy, a na Słowiańszczyźnie kobieta również była otaczana szczególną czcią. Takich przykładów jest wiele. Kościół chrześcijański był na tyle mądry, żeby te najbardziej zakorzenione zwyczaje i wierzenia wchłaniać, a nie zwalczać za wszelką cenę. Etnografowie potrafią godzinami opowiadać o pozostałościach pogańskich w wierzeniach chrześcijańskich.
    We wszelkich kulturach, w tym słowiańskich, krzyż jest symbolem solarnym, znakiem życia i nadziei. Dzisiaj o tym zapominamy, ale przecież z jakiegoś powodu tak naturalnie przyjął się również wśród naszych przodków. A nie były to grzeczne owieczki. Prędzej grzeszne. Już za Chrobrego wybuchały bunty przeciw nowej wierze. Tyle że krwawy Bolesław miał na tyle mocy, aby je tłumić bez większego wysiłku i hałasu na cały świat. Z kolei powstanie po śmierci jego syna jest mocno przeceniane jako tak zwana „reakcja pogańska”. To był raczej bunt możnowładców, którym nie odpowiadała silna władza królewska lub książęca, ale ruchawka najwyraźniej wymknęła się spod kontroli. No i czeski Brzetysław skorzystał wtedy z okazji, żeby nam całkiem sporo urwać.
    Niemniej, kulty pogańskie istniały przez długi czas po ochrzczeniu zarówno Polski, jak i Rusi. U naszych wschodnich sąsiadów można mówić o reakcji pogańskiej tlącej się grubo ponad sto lat. Historycy mówią nawet o stu osiemdziesięciu.

    AS: Na koniec chciałem zapytać o „Miłość Bogów” – czego mogą się spodziewać czytelnicy po tym finale cyklu? Czy będzie to historia równie mroczna, jak pozostałe, a może na finał pozwolił sobie Pan na wpuszczenie do nich nieco światła?

    RD: Ta część jest nieco inna od poprzednich. Dzieje się bowiem nie w Polsce, lecz na terenie Saksonii, w której znalazł schronienie Władysław Wygnaniec po przegranej wojnie domowej. Jest on zresztą jedną z głównych postaci dramatu. Różnica polega również na tym, że wprawdzie odwołuję się do faktów historycznych, ale tylko w reminiscencjach. Główna oś fabuły nie ma nic wspólnego z autentycznymi wydarzeniami, za to mocno wyeksponowałem tło obyczajowe – życie zarówno wysoko urodzonych, jak i chłopów, panujące między nimi stosunki, a przede wszystkim: nabierające rozpędu obyczaje rycerskie, w tym szczególnie miłość dworską.
    Co nie znaczy, że nie jest krwawo, bo jest – i to chwilami nawet chyba bardziej okrutnie niż we wcześniejszych tomach.
    A jeśli chodzi o nieco światła? Uchylę rąbka tajemnicy. Dominika Repeczko, moja agentka i ulubiona redaktorka, wyrzucała mi nieraz daleko posunięty szekspiryzm rozwiązań fabularnych, dotyczących przeżywalności postaci dramatu. Dlatego, aby zrobić jej przyjemność, w „Miłości bogów” zrobiłem coś w rodzaju happy endu. Jak Dominika stwierdziła, popełniłem rzeczywiście „tylko coś w tym rodzaju, ale dobre i to”.
    I jeszcze jedno. Wszystkie części trylogii spina jedna postać – moja ukochana bogini Wiłła. Tutaj ponownie występuje w towarzystwie wilka, jako że uwielbiam wilki. Co nie znaczy, że czytelnicy poprzednich części nie spotkają innych starych znajomych. Aczkolwiek, podobnie jak drugi tom, również ten można przeczytać bez znajomości poprzednich historii, bo mimo pewnych nawiązań, każda opowieść stanowi kompletną, zamkniętą całość.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Pojedyncze powieści:

    • Łzy Nemesis
    • Czarny Pergamin
    • Przy końcu drogi
    • Gwiazdozbiór kata
    • Kiedy Bóg zasypia
    • Wilki i Orły
    • Słońce we krwi
    • Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu
    • Światło cieni
    • Kamienne twarze, marmurowe serca
    • Łuna za mgłą
    • Ramię Perseusza
    • Jadowity miecz

    Cykl „Wilkozacy”:

    • Wilcze prawo
    • Krew z krwi
    • Księżycowy Sztylet

    Cykl „Rubieże Imperium”:

    • Kraniec nadziei
    • Żar tajemnicy

    Cykl o komisarzu Wrońskim:

    • Labirynt von Brauna
    • Żelazne kamienie
    • Krzyże na rozstajach

    Cykl „Żelazny kruk”:

    • Wyprawa
    • Szalony mag

    Zbiory opowiadań:

    • Pasterz upiorów
    • Serce teściowej

    Źródło: Wikipedia

  • Recenzja książki: Guillermo del Toro, Cornellia Funke - „Labirynt fauna”

    Tytuł książki

    Guillermo del Toro, Cornellia Funke - „Labirynt fauna”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 280
    Cena okładkowa: 39,90

    Książki pisane na podstawie scenariuszy filmowych zawsze wydawały mi się specyficznym tworem. O wiele więcej słyszy się o podobnym zabiegu w związku z grami komputerowymi, ale w ich przypadku powieści mają jednak nieco inną specyfikę – nie tyle są przełożeniem gry na tekst, co swoistym rozszerzeniem jej o dodatkową fabułę, przeżycia bohaterów, spojrzenie na uniwersum i możliwość wniknięcia w nie w nieco inny sposób. To wszystko teoria, w praktyce wiemy, że jakość literatury związanej z popularnymi tytułami growymi jest raczej niska, z nielicznymi wyjątkami. A jak to jest w przypadku filmów? Film na podstawie książki – to rozumiem. Ale w drugą stronę? W zasadzie po takim przedsięwzięciu oczekiwałabym czegoś ponad to, co znam już z filmu – zwłaszcza jeśli na warsztat wzięto tytuł, który zapisał się w moim rankingu ulubionych na tak wysokim miejscu, jak „Labirynt fauna” w reżyserii Guillermo del Toro. Przełożenia go na powieść podjęła się Cornellia Funke – zobaczmy, jak jej poszło.

    Ofelia, córka krawca i pięknej kobiety, musi odnaleźć się w zupełnie nowym i nieprzyjaznym dla niej świecie. Po śmierci ojca dziewczynki jej matka wyszła ponownie za mąż za wojskowego oficera. Vidal niezbyt łaskawym okiem patrzy na dziewczynkę – na jej matkę zresztą tez, zainteresowany wyłącznie mającym się urodzić wkrótce synem. Ofelia przed rzeczywistością ucieka w świat baśni i wróżek, na wpół świadoma rozgrywających się wokół dramatycznych wydarzeń. Pewnej nocy wróżka prowadzi ją do pobliskiego labiryntu, gdzie dziewczynka spotyka fauna. Stwór jest przekonany, że Ofelia jest dawno zaginioną księżniczką Moanną, córką królowej i króla podziemi… Ale żeby to potwierdzić, będzie musiała wykonać trzy zadania.

    Nie ma co ukrywać, że książka jest niemal w stu procentach identyczna z filmem o tym samym tytule. Zaskakuje jednak pozytywnie dodanymi przez autorkę wstawkami poprzedzającymi niektóre rozdziały, obejmującymi fragmenty baśniowe, od tych mających miejsce w Podziemnym Królestwie, po miejscowe, mówiące o labiryncie i młynie, w którym siedzibę zrobił sobie oddział Vidala. Są one krótkie, ale cudownie wprowadzają w klimat opowieści, nadają się też do samodzielnego odczytywania. Sama powieść jest tak samo słodko-gorzka jak film – płynnie przechodzi od Ofelii-rzeczywistej do Ofelii-Moanny, której życie w obu tych światach jest jednakowo zagrożone.

    Cornellia Funke świetnie poradziła sobie z postawionym przed nią zadaniem. W krótkim posłowiu wyjaśnia kulisy powstawania powieści i swój zamysł co do tego, jak powinna ona wyglądać. Funke operuje językiem barwnym, pełnym wyrazu, niemal poetyckim, idealnie oddaje napięcie i nastrój scen, a także charakter postaci. Opisuje gesty, spojrzenia, niuanse wyglądu postaci, tworzy wizje przejmujące i angażujące wyobraźnię. Nie trzeba znać filmu, żeby wejść w skórę Ofelii i wraz z nią przeżywać dwojako przedstawiane wydarzenia, by co chwila zastanawiać się, co jest prawdą, a co nie. Świat przedstawiony jest żywy i urozmaicony, a jednocześnie w pewien sposób prosty, jak widziany oczami dziecka, które instynktownie pojmuje, co jest dobre, a co złe, kto ma wobec niej jakie zamiary i czy coś ukrywa. Pod tym względem książkowy „Labirynt fauna” stoi wysoko ponad innymi pozycjami o podobnym charakterze.

    Jakość wydania stoi na wysokim poziomie. Twarda oprawa z dodatkową obwolutą kryją w sobie szorstki, gruby, miły w dotyku papier stron, krótkie rozdziały powieści, urozmaicone gdzieniegdzie ilustracjami nawiązującymi do filmowego „Labiryntu…” autorstwa Allena Williamsa. To uczta nie tylko dla umysłu, ale i dla oczu – ten tytuł zdecydowanie wart był poświęconej mu pracy wydawniczej.

    Osobom znającym film nie trzeba książki polecać – sięgną po nią same. Tym, którzy się wahają, zastanawiając się, czy to rozsądne czytać książkę pisaną na podstawie filmu, powiem: tak, w tym przypadku warto. Pozostałych także gorąco zachęcam do zapoznania się z nią. „Labirynt fauna” nie jest książką dla dzieci, pomimo swojego onirycznego, baśniowego wydźwięku. Jest w nim też wiele okrucieństwa dyktowanego przez czas i miejsce, w których przyszło żyć młodej bohaterce. I tak naprawdę tylko sobie możemy zadawać pytanie, co z tego było prawdą, i czy Moannie udało się wrócić do Podziemnego Królestwa.

  • Recenzja książki: Agata Polte - „Śmiertelne oczyszczenie”

    Tytuł książki

    Agata Polte - „Śmiertelne oczyszczenie”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Zysk i S-ka
    Liczba stron: 388
    Cena okładkowa: 37,90

    Fantastyka młodzieżowa jest gatunkiem, który cechuje się powtarzalnością jednego motywu. Mowa tutaj o pewnym specyficznym obrazie bohatera, który, chociaż nie występuje wyłącznie w tym przedziale literatury, to tu właśnie święci tryumfy – poszukujący swojego „ja” nastolatek, wyjątkowy, bo obdarzony szczególnymi zdolnościami, i, jakby tego było mało, także obarczony obowiązkiem ratowania świata. Jest to też zestaw cech, które często przemawiają także do starszych czytelników, przez co zarówno young adult, jak i jego starsza „siostra”, new adult, właściwie nie mają szans stracić na popularności. Ale do rzeczy: coraz rzadziej zdarza mi się czytać podobne pozycje, czego nieco żałuję, jako że stanowią bardzo dobry sposób na książkowy relaks, niewymagający i pozostawiający po sobie uczucie odświeżenia. Tym razem udało mi się przeczytać książkę polskiej autorki, Agaty Polte, wcześniej znanej raczej z powieści obyczajowych. „Śmiertelne oczyszczenie” przenosi zaś czytelnika w niebyt daleką przyszłość – i dokłada sporo soczystych kawałków rodem z filmów superbohaterskich.

    Kai Morris poznajemy w chwili, w której nie wiedzie jej się dobrze. Wyrzucona z domu nastolatka radzi sobie jak może, w czym nieco pomaga jej nadnaturalny dar, źródło wszelkich kłopotów. To on ściągnie na nią uwagę dwóch potężnych ludzi, przywódców gangu, z których każdy będzie chciał ją widzieć w swoich szeregach – po dobroci lub wręcz przeciwnie. Po dołączeniu do gangu Lucana Vipera zyskuje nie tylko swoje miejsce w pełnym niebezpieczeństw świecie, możliwość rozwinięcia swojego daru i aktywnego korzystania z niego, ale też coś w rodzaju rodziny. Tym gorzej więc, kiedy chwiejną równowagę pomiędzy grupami zakłóci śmierć Riley, byłej partnerki Lucana. W tej sprawie jest wiele niewiadomych, jednak najważniejsze wydaje się zalezienie osoby, która odważyłaby się zadrzeć z najpotężniejszym gangiem w okolicy. Z czasem okaże się jednak, że porachunki gangów mogą okazać się najmniejszym problemem nie tylko Kai, ale wszystkich posiadających ponadnaturalne moce.

    To nie wojny gangów tworzą klimat powieści, a konstrukcja świata przedstawionego. Autorka nie bawi się w rozbudowanie historie, szczegóły dotyczące przeszłości, tło społeczno-obyczajowe jest przedstawiane czytelnikowi skrótowo i raczej okazjonalnie, jednak da się z tego ułożyć konkretny obraz sytuacji z pełnią konsekwencji dla postaci takiej jak Kai. Nie nazwę jej wyjątkową czy odkrywczą, tematyka substancji czy zabiegów pozwalających na obudzenie mocy w ludziach i fakt, że wyrwało się to spod kontroli, niszcząc ustalony porządek i wprowadzając coś, co z grubsza można nazwać anarchią u schyłku panowania, wielokrotnie pojawiał się już we wszelkich środkach przekazu. Tu mamy jednak przeciwwagę dla supermocy – i to naturalnego wroga tak potężnego, że wywołuje u czytelnika realne poczucie zagrożenia.

    Nie jestem fanką bohaterek, które, poza tym że są z jakiegoś powodu wyjątkowe, cechują się raczej aroganckim sposobem bycia. To często się łączy ze sobą, częściej, niż może powinno – zastępowanie poczucia humoru złośliwością i zadufaniem w sobie nie czyni postaci ciekawą, a jedynie odpychającą. Miałam więc twardy orzech do zgryzienia w przypadku Kaileen – jako bezdomna czternastolatka była ciekawie zapowiadającą się, choć wyjątkowo dziką bohaterką, ale dziewiętnastoletnia Kai sprawia początkowo wrażenie ofiary pewnego trendu. Rozumiem jednak, dlaczego tak jest i w jaki sposób gra to z linią fabularną książki, pozwalając bohaterce na rozwój wewnętrzny wraz z postępem wydarzeń. Przyznaję też, że stanowiło to doskonałą bazę pod dalszą kreację postaci o trudnej przeszłości i niepewnej przyszłości. I doceniam to, jak taka kreacja jest w stanie zmienić wrażenia czytelnika odnośnie postaci. Bo Kai się zmienia – na lepsze, na gorsze, trudno jednoznacznie powiedzieć, ale na pewno staje się dojrzalsza emocjonalnie.

    Bohaterów jest więcej, i tu jednoznacznie powiem, że autorka naprawdę świetne poradziła sobie z ich konstrukcją. Nie ma tu postaci „papierowych” bądź takich, których charakter zaczyna się i kończy na jednej cesze; poznajemy odrobinę z niemal każdej pojawiającej się w książce postaci. Momentami odnosiłam wrażenie, że rozkład uwagi dzielonej między postacie drugoplanowe jest odrobinę zaburzony (Kai jest główna bohaterką, ale w książce pojawiają się też momenty, w których nie bierze ona udziału, a w których wyłonienie jednej postaci wiodącej jest trudne). Nieco niekonsekwencji zauważyłam w przypadku postaci Oriona – przypisywane mu cechy niekoniecznie pokrywają się z jego zachowaniem w trakcie wydarzeń. Czy to istotna wada? Niekoniecznie, choć skłoniła mnie do poszukiwania dowodów na postawione mu zarzuty co do mankamentów charakteru.

    Co z romansem jednak? Czy prawdziwe new adult może się bez niego obyć? Oj, nie powinno, w końcu mówimy o bohaterach młodych, którzy już znają smak samodzielności, ale jeszcze niekoniecznie obrali właściwą drogę życiową. Cóż, są pewne sugestie, co do których mam spore nadzieje, zdecydowanie wskazujące na to, że po kolejny tom sięgnę z ciekawością… Być może dobrze się domyślam, któż to wie?

    „Śmiertelne oczyszczenie” jest powieścią, która łączy w sobie obraz przyszłości rodem z serii X-Men z nieco brudniejszymi realiami porachunków gangów. Pełna akcji, walk, nagłych wypadków, nawarstwiających się tajemnic i wielopoziomowych intryg na pewno nie będzie nudzić. Zdecydowanie sprawdzi się jako lekka, ale angażująca lektura na wolny wieczór, niekoniecznie dla zagorzałego fana fantastyki.

     

  • Znamy datę premiery „Pół wieku poezji później"!

    Z pewnością wielu z Was nie może się doczekać, aż fanowski pełnometrażowy film opowiadający o losach wiedźmina Lamberta ujrzy wreszcie światło dzienne. Ekipa Alzru's Legacy, odpowiedzialna za produkcję filmu, ujawniła, że po czterech długich latach „Pół wieku poezji później" zadebiutuje 30 listopada na platformie YouTube.

    Ci z Was, którzy pojawią się na Warszawskich Targach Fantastyki, nie tylko będą mogli wziąć udział w premierowym pokazie, ale też spotkać się z częścią ekipy i obsady, która chętnie odpowie na wszystkie pytania.

    Kadr z filmu

    Pół wieku poezji później

  • Pojawił się program atrakcji Falkonu!

    Falkon jest jednym z największych festiwali w kraju, więc i tabela programowa nie zalicza się do szczególnie małych. W udostępnionym programie znajdziemy panele dyskusyjne o tematyce związanej z fantastyką, literaturą, mangami i anime oraz kulturą, a także sesje RPG, LARP-y oraz warsztaty, podczas których uczestnicy dowiedzą się co nieco o kaligrafii, pojedynkowaniu się na szable, samoobronie i tańcu. Pojawi się również Grupa Filmowa Darwin, a na scenie wystąpią zespół Machina i kompozytor Paul Kwitek.

    Pełen program znajdziecie oczywiście tutaj.

    Banner Falkonu

     

  • Wywiad: Zofia „Zula” Skowrońska

    Zofia „Zula” Skowrońska

    Zofia „Zula” Skowrońska

    Miasto pochodzenia: Świnoujście
    Fandom/tematyka działalności: LARP/Cosplay
    Fanpage: Zula Costumes

     

     

     

     

    Projektanka larpów, organizatorka eventów. Założycielka marki Zula Costumes, pod którą prowadzi wydarzenia związane z grami i kostiumami. Administratorka grupy Larp Poland. Zdobywczyni dwóch Złotych Masek, nagrody Larpotworzenie 2016 oraz Czary 2018. Sędzia Larpów Najwyższych Lotów oraz Larpowych Laurów, trenerka szkoleń Lublarp, kadra obozów BT Orion, organizatorka festiwalu Replay. Do jej gier należą między innymi "The Witcher School", "Ostatni Rejs", "Chłopiec, który”, “Cyrk, 1920-1950”.

    Strojami i charakteryzacją zajmuje się z pasji. W 2013 roku reprezentowała Polskę i została vice-mistrzynią Europy w klasyfikacji Eurocosplay w Londynie. Tworzy, juroruje i organizuje. Od 2015 roku jest koordynatorką konkursu cosplayowego “Maskarada”. Opiekuje się od strony kostiumowej takimi wydarzeniami jak Kapitularz czy Confiction. Przed Wami Zofia „Zula” Skowrońska!

    Wywiad

    Alchelor: Zula, jesteś fandomowym dinozaurem, prawda? Kiedy zaczęła się Twoja konwentowa historia i jak trafiłaś na tego typu imprezę?

    Zula: Prawdę mówiąc, zupełnie nie jestem. Jak na standardy polskiego fandomu, dziesięć lat to zgoła niewiele, a ja na swój pierwszy konwent, OldTown, pojechałam właśnie dziesięć lat temu. Był rok 2009. Miałam dziewiętnaście lat, a swoją pasję do fantastyki realizowałam w domu i przez kabel sieciowy. Na wyjazd namówili mnie przyjaciele z koła teatralnego. Pamiętam dokładnie, jak zarzekałam się, że nie pojadę, bo nie lubię larpów, biwaków ani kostiumów. Cóż… Sporo się zmieniło.

    A: OldTown był Twoim pierwszym konwentem? Trzeba przyznać, że to bardzo ambitny start kariery. Czy miałaś wtedy przygotowany jakiś strój lub charakteryzację? I czy byłaś nastawiona zdecydowanie larpowo, czy jednak tworzenie postaci także Cię satysfakcjonowało?

    Z: Jechałam w ciemno. Dołączyliśmy co prawda do jednej z frakcji, ale trudno tu mówić o budowaniu postaci – wybierało się raczej funkcję pełnioną w grupie. Strój był efektem przeszukania świnoujskiego lumpeksu. O kostiumach wiedziałam wtedy mało, a moi koledzy potrafili podsunąć mi jako wzorcowe ilustracje tylko retro grafiki postapo, gdzie odzież była niepraktyczna i raczej skąpa. Dziś nie sięgnęłabym już po takie ciuchy, ale wtedy cały konwent na bunkrach przeszłam w czternastocentymetrowych szpilkach. Cud, że nie zwichnęłam kostki.

    A: Czyli bardziej Mad Max niż, dajmy na to, Fallout. Faktycznie szpilki w postapo ciężko uznać za coś praktycznego. Ale mimo to wciągnęło Cię. To był ten punkt zapalny, po którym weszłaś w świat larpów?

    Z: Tak. Potem zaczęłam nadrabiać inne wydarzenia. Na swój pierwszy konwent, który nie był postapo, pojechałam w 2010 roku. To był CoolKon we Wrocławiu. Potem przyszedł czas na Pyrkon.

    A: Kiedy sama zaczęłaś robić larpy, a nie tylko w nich uczestniczyć? Pamiętasz swoją pierwszą grę? Jak ona wyszła?

    Z: W 2013 pomogłam Kawalerii Berg poprowadzić „Ostatni Rejs” na Pyrkonie. Byłam odpowiedzialna za część warsztatową, pisałam część kart postaci, przerabiałam wiele materiałów. W pewnym momencie z gry o szpiegach larp stał się grą o zmęczonej załodze pod presją. Uczyłam się robić larpy poprzez pomaganie przy nich. Dostaliśmy wtedy Złotą Maskę, czyli ówcześnie najważniejszą nagrodę larpową.

    A: Czyli można powiedzieć, że karierę larpową rozpoczęłaś z przytupem i od początku jesteś w tym dobra. Czy to kwestia Twoich wcześniejszych zainteresowań? Robiłaś coś w kierunku tworzenia historii zanim zaczęłaś się interesować larpami? Czy to raczej naturalne predyspozycje?

    Z: Zanim zaczęłam się interesować larpami, chodziłam na koło teatralne. Wiedziałam mało. Na pewno w pisaniu scenariuszy oraz ich prowadzeniu pomogło mi podglądanie pracy lepszych od siebie, wolontariat przy eventach oraz granie, granie i jeszcze raz granie. Dużo też czytałam, by dowiedzieć się, jak projektować lepiej.
    Słowem: ogrom pracy i wielka pasja.

    A: A jak w tym wszystkim znalazł się cosplay? Co sprawiło, że zaczęłaś tworzyć stroje?

    Z: Stroje zaczęłam tworzyć w związku z larpami. Lubię gry symulacyjne, czyli takie, w których istotny jest realizm czynności, jakie wykonuje bohater. To na potrzeby larpów nauczyłam się charakteryzacji w oparciu o książkę wydaną przez firmę Kryolan. Staroświecko, z podręcznika, metodą prób i błędów. Z czasem zaczęto mnie kojarzyć z dużych, dziwacznych kostiumów. Do tego stopnia, że raz byłam nawet sędzią na Maskaradzie!

    A cosplay? W 2012 roku koleżanka opowiedziała mi, że ludzie robią cosplaye w Polsce i jest taki konkurs, na który można pojechać, by zostać reprezentantem kraju. I że w sumie reprezentantów jest dwóch, więc mogłybyśmy się wybrać razem… Jak widzisz, byłyśmy bardzo butne i próżne, bo owym konkursem były eliminacje do EuroCosplayu.

    Mało rzeczy działo się wtedy na Facebooku. Istniało natomiast forum cosplayowe, z którego można było się dowiedzieć o ogromnej liczbie technik i materiałów, a przy okazji wymienić opinie. Każdy strój miał swój temat i wrzucało się „progressy”. Oczywiście, ja swoje też wrzucałam. Bardzo pomogła mi wówczas Shappi – cierpliwa, mądrze wyjaśniająca i łagodna. Tłumaczyła mi wytrwale, że nie wolno robić stroju inaczej niż na ilustracji referencyjnej, a ja bardzo się upierałam, że może jednak nic by się nie stało, jakbym dodała tam coś ciekawego… Dziś, jak o tym myślę, chce mi się śmiać. W życiu nie znalazłabym tyle cierpliwości, co miała dla mnie Shappi.

    A: Czyli, jeżeli dobrze rozumiem, swoja karierę w cosplayu scenicznym zaczęłaś od razu od eliminacji do EuroCosplayu? Czy wtedy finalnie wystartowałaś? Jak Ci poszło?

    Z: Wystartowałam. Wybrałam mało kojarzony kostium z artbooka do gry Bioshock, po czym rozłożyłam go starannie na części. Nauczyłam się wtedy używać maszyny; wcześniej szyłam tylko ręcznie. Spędziłam mnóstwo czasu na wysypiskach złomu, wybierając odpowiednie blachy (na przykład dach autobusu) i w warsztacie szkoły medycznej, obrabiając je odpowiednimi narzędziami. Nie znałam się na cosplayu, ale miałam mnóstwo uporu i wiedzę o kostiumach z innych dziedzin. Pojechałam na eliminacje, wygrałam je, a potem pojechałam do Londynu i w tym samym stroju zajęłam drugie miejsce na podium podczas finałów. Gdy teraz o tym myślę, najtrudniejsze było odnalezienie się wśród innych cosplayerów, zdobycie ich akceptacji i życzliwości.

    A: Ile razy jeszcze później startowałaś? Od jakiegoś czasu się tym już nie zajmujesz, a przynajmniej nie jako uczestnik, prawda?

    Z: Startowałam później jeszcze kilka razy w różnych konkursach. O wiele bardziej bawi mnie jednak organizacja wydarzeń i larpy niż robienie strojów. Po EuroCosplayu obiecałam sobie: „nigdy więcej dużych konkursów cosplayowych!”.

    Atmosfera przed finałami EC była nie do zniesienia. Nie na samym konkursie, ale tu, w Polsce. Wtedy EuroCosplay był jedynym wydarzeniem, na jakie wysyłało się reprezentanta. European Cosplay Gathering pojawiło się chwilę później. Wszyscy patrzyli mi na ręce, ale nikt nie pomagał. Czułam się źle przyjęta w środowisku, a liczba nieprzyjemnych komentarzy, z jakimi się spotkałam ze strony cosplayerów, była spora. Dziś potrafię spojrzeć na to z dystansu: byłam obca, przyszłam i wygrałam pierwszym strojem, podczas gdy ludzie znali się od lat i karmili się marzeniami o wyjeździe. To zrozumiałe, że wywołałam u niektórych gorycz. Wtedy jednak tego nie rozumiałam i fala hejtu, z którą się spotkałam, sprawiła, że wcale nie miałam ochoty jechać do Londynu.

    Był moment tuż przed finałami, gdy pudło ze strojem stało na środku mojego pokoju, zastawiając drzwi, żebym musiała się nim wreszcie zająć. Przez dwa tygodnie przechodziłam nad nim, wchodząc i wychodząc z pomieszczenia. Dwa tygodnie. TAK BARDZO byłam zniechęcona.

    I w sumie ta frustracja, to zniechęcenie, sprawiło, że postanowiłam wejść głębiej w ogarnianie konkursów cosplayowych. Bo czułam potrzebę zmiany nie tylko eventów, ale też środowiska. Bo nie może być tak, że odbierasz na scenie nagrodę, a za plecami słyszysz zjadliwy syk: „No chyba, kurwa, nie…”.

    A: Wiele się słyszy o niesnaskach wśród cosplayerów. To dobry moment na dwa pytania, ale żeby nie było zamętu, zadam je po kolei. Czy masz jakieś rady dla początkujących i tych, którzy już chwilę tworzą, jak sobie radzić w podobnych sytuacjach? Jak wybrnąć z tej niechęci środowiska do nowych i ambitnych osób?

    Z: Środowisko jest już inne. To niby sześć lat różnicy, ale zmieniły nas i media społecznościowe, i charakter eventów, w jakich bierzemy udział. Czy są niesnaski? Jasne. Ale cosplayerzy są też dojrzalsi niż byli. Jako środowisko zrobiliśmy kawał świetnej roboty!
    A jeśli pojawia się jednak kłopot… Pierwsza sprawa to nauczenie siebie samego, że strój jest naszą pracą, oddzielnym tworem. Łatwo o tym zapomnieć, bo spędzamy mnóstwo godzin i wysiłku artystyczno-technicznego, by uczynić go dobrym. Co więcej, prezentujemy go na własnym ciele. Tymczasem najbardziej podstawową linią własnej higieny psychicznej przy cosplayu jest pielęgnowanie świadomości, że jesteśmy twórcą, a kostium i prezentowane w nim ciało to twórczość. Twórczość może być i powinna być oceniana. Póki dzieje się to w sposób rzeczowy i kulturalny, powinniśmy przyjąć to z klasą.

    Druga kwestia to nauczenie się, że wystawienie własnej, bieżącej pracy na krytykę, przyniesie nam korzyść w przyszłości. Przychodzenie po feedback do sędziów, rozmowa o swojej pracy – to niekomfortowe, ale jednak ogromnie przydatne narzędzia w warsztacie cosplayera.

    Trzecia sprawa to internet. Wizerunek ma się jeden i należy pamiętać, że łatwo go zszargać. Trzeba ustalić, jakie się ma w sieci granice i przestrzegać ich przed samym sobą. Klient, zwłaszcza duży, będzie prowadził research przed zatrudnieniem cosplayera. Podjęcie współpracy zależy często od charakteru komentarzy poza Waszym profilem głównym.

    A: To cenne rady i mogą pomóc niejednej osobie. I właśnie, wspomniałaś o feedbacku sędziów i organizacji konkursów. Jak weszłaś w to „biznesowo”? Od czego zaczęła się Twoja zawodowa kariera organizatora konkursów cosplay?

    Z: Mój pierwszy konkurs „od kuchni” to było Fantasy Expo we Wrocławiu. Impreza nowa, nowi ludzie (teraz już rozpoznawalni w branży) i potrzeba konkursu cosplay. Wkręcili mnie to znajomi ze stowarzyszenia Wielosfer, w którym się wówczas udzielałam. A że znałam jako uczestnik i sędzia konkursy Miohi, Maskaradę oraz EuroCosplay, uznałam, że zrobię event tak, jak sama chciałabym, by wyglądał konkurs, w którym biorę udział. Zadziałało.

    A: Czy już wtedy myślałaś o tym, że będziesz robić karierę jako organizator konkursów cosplay, czy jednak traktowałaś to jako jednorazową przygodę? Ile w tej chwili konkursów rocznie „ogarniasz”?

    Z: Dużo udzielałam się w wolontariacie, więc był to jeden z wielu dziwnych projektów w tamtym czasie. Dopiero kiedy o organizację podobnego wydarzenia poprosił mnie Polcon, pomyślałam, że to ma większy sens. Teraz organizuję do kilkunastu konkursów rocznie. Staram się, by były od siebie różne i szukam nowych rozwiązań.

    A: Właśnie, testujesz wciąż nowe formy, nie zamykasz się tylko w suchych konkursach, które znamy z konwentów, czyli krótki występ na scenie i ocena sędziów. Na ConFiction wypróbowałaś na przykład żetony przyznawane przez uczestników konwentu. Skąd bierzesz pomysły? Masz w planach coś ciekawego, co możesz nam zdradzić?

    Z: Żetony były na ConFiction, ale wcześniej też na Cytadeli, Warsaw Comic Conie i innych konwentach. Szukam nowych form za granicą, inspiruję się opowieściami cosplayerów, ale przede wszystkim regularnie pytam, co ludzie chcieliby zobaczyć i w czym wziąć udział. Nieocenionym źródłem są zawsze ankiety ewaluacyjne po Pyrkonie oraz otwarte dyskusje na Cosplayowej Grupie Wsparcia na Facebooku. Istotne jest dla mnie, by nie zamykać się w jednej wersji regulaminu, ale też wracam do form, które się sprawdzają.

    A nowości? Na pewno obok konkursów ze scenkami czeka nas nieco więcej catwalków, do tego obiecałam pewnym zaangażowanym crafterom konkurs na propsy. Marzy mi się też forma cosplayu grupowego znana z Rosji, ale na to chyba dopiero musi przyjść czas…

    A: Ostatnie pytanie. Jesteś jednym z niewielu ludzi, którzy potrafili zrobić biznes ze swojej pasji. Masz firmę, która zajmuje się organizacją konkursów cosplay. Ale czy tylko? Larpowa działalność też wchodzi w grę? I czy to Twoje główne źródło dochodów, czy jednak robisz do tego coś jeszcze?

    Z: Utrzymuję się z tego, co zarobię w ramach firmy. Zajmuję się tworzeniem eventów związanych z kostiumami i grami fabularnymi. Pisze larpy, robię grywalizacje, gry miejskie. Konkursy cosplay to tylko wycinek mojej działalności. Co roku staram się jednak wygospodarować czas dla biura turystyki Orion. Jeżdżę do nich, by uczyć młodzież pisania gier fabularnych i cosplayu. To ładuje moje akumulatory!

    A: Czyli da się utrzymywać z działalności fanowskiej i robić coś, co się lubi i co było (i oczywiście nadal jest) swoim hobby! To był bardzo pouczający wywiad, bardzo za niego dziękuję i nie mogę doczekać się kolejnych projektów i działań z Twojej strony!

    O: Dzięki i do zobaczenia na kolejnych eventach :-).

  • Recenzja książki: Jacek Piekara „Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy”

    Tytuł książki

    Jacek Piekara - „Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 442
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    Po pięciu latach nieobecności na rynku wydawniczym Mordimer Madderdin wreszcie doczekał się kolejnej odsłony swoich przygód. Jasne, widywaliśmy go w dotychczasowych pozycjach z Cyklu Inkwizytorskiego, ale raczej jako bohatera drugoplanowego (czy nawet epizodycznego). Fanów śledzących flagową serię Jacka Piekary z pewnością ucieszyłaby ta wiadomość – ja do sprawy podszedłem dość ostrożnie. Czy słusznie? Panie i panowie, Jacek Piekara i „Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy”.

    Gdy ostatnim razem spotkaliśmy Mordimera, jego towarzysze broni w drodze powrotnej do Cesarstwa… zostawili go w Peczorze. Kiedy uratował tamtejszą księżną, Ludmiłę, przed zamachem (co, jak pamiętamy, było zręczną manipulacją ze strony Barnaby Bibera), a także kiedy nieznana moc w widowiskowy sposób pozbawiła życia nadwornego czarownika księżnej wraz z jego podopieczną (udziału Bibera w powyższym nie udowodniono), ruska arystokratka zażyczyła sobie, aby młody Madderdin został w Peczorze jako jej osobisty ochroniarz. Wbrew woli oraz swojemu rozsądkowi, Mordimer przystał na jej prośbę, rozumiejąc dobrze, że minie sporo czasu, zanim znowu postawi stopę na ziemiach Cesarstwa.

    W Peczorze czeka go cała masa niespodzianek. Księżna Ludmiła zagwarantuje mu bowiem schronienie, utrzymanie, pracę, a nawet… narzeczoną. Bardzo szybko okazuje się, że to on ma zastąpić wołcha – a wizyta u miejscowej wiedźmy owocuje tym, że inkwizytor wraca na dwór w towarzystwie młodej Nataszy. To zaaranżowane „małżeństwo” ma nie tylko zapewnić Ludmile zastępstwo dla sczezłego nagle kapłana – doświadczane przez dziewczynę wizje stanowić bowiem będą ważną wskazówkę, która ostatecznie pomoże pokonać pradawne zło zamieszkujące knieje. Wizje jednak nie pojawiają się same – trzeba je wywołać. I tutaj przyda się niezłomny Mordimer, który w imię służby dobry podejmie się największych poświęceń. Jakich to poświęceń? Ano…

    …nie wiadomo, dlatego że cały pobyt Mordimera w Peczorze ogranicza się do umizgów z Nataszką (która może widzieć przyszłość wyłącznie wtedy, kiedy ktoś ją, powiedzmy, miłuje), znoszenia kaprysów narzekającej na brak towarzystwa księżnej Ludmiły, a także sporadycznych wypraw poza mury twierdzy – w celach, które staną się jasne dopiero dużo później. Niby wiemy, że księżna przez cały czas obawia się jakiegoś straszliwego zagrożenia. Jego związek z wyprawą po zwichrowanego tropiciela, jaką podejmuje bohater, albo z malowanym „ze snu” magicznym obrazem nie jest jednak – przynajmniej w moim odczuciu – wyeksponowany dostatecznie mocno, przez co czytelnikowi trudno się pozbyć wrażenia, że w Peczorze zwyczajnie nic się nie dzieje. To ogromne wyzwanie, by, pisząc prequel, sprawić, aby czytelnik obawiał się o losy bohatera, co do którego wiemy, że i tak dożyje kolejnych części. Myślę, że sporo pomogłoby tutaj, gdyby wyraźniej zaprezentowano, że wielkie zło mieszkające w lesie rzeczywiście sprawia jakieś kłopoty – zamiast po prostu siedzieć w zaroślach i czekać, aż odważny inkwizytor i jego słodka panienka rozwiążą zagadkę i przyjdą je zatłuc. Tymczasem nawet z finalnej sekwencji starcia z potworem Mordimer wychodzi bez większego szwanku – a gwoździem do trumny jest następująca nad zwłokami bestii kłótnia, kto ma przywłaszczyć sobie którą część potwora (bo wiecie, magiczne właściwości skóry z demoniego zadka to nie taka mała sprawa). Takie scenki może i przechodzą na sesjach RPG spod znaku „kłesty i łupy” – jednak pojawienie się ich w tekście, który z założenia nie miał być parodią, to po prostu jakiś obłędny absurd.

    Wspominałem już o Nataszy. Nie mam niczego przeciwko temu, aby w zdominowanej przez męskie postaci serii pojawiła się jakaś silna postać kobieca – zróżnicowanie po prostu czyni świat przedstawiony nieco bardziej prawdopodobnym – autor jednak zabiera się za dzieło jej kreowania w tak samo koślawy sposób, jak wcześniej miało to miejsce z Katariną. Wychowana przez wiedźmę młoda dziewczyna ma być podobno kapryśna i marudna, wszyscy kwękają o tym, jak to strasznie się jej boją i jaką niesamowitą mocą dysponuje – w praktyce jednak jej rola w opowieści sprowadza się do bycia, ekhm, celebrowaną przez Mordimera tudzież wysyłania go na kolejne dziwaczne wyprawy w niejasnym celu. Fakt, że ktoś, kto spędził większość życia w chatce na bagnach okazuje się wyśmienicie znać łacinę (bo „mateczka ją nauczyła” – gdyby nie to, może mielibyśmy ciekawy motyw, kiedy dwie skazane na siebie osoby próbują się porozumieć mimo bariery językowej. Mało brakowało!) oraz kapitalnie rozumieć się w zawiłościach dworskich intryg (to musiała być naprawdę duża chatka na bagnach…) wcale nie poprawia jej sytuacji. Dostajemy zatem kolejną bitą jak ze sztancy kobiecą personę, którą autor bardzo stara się zaprezentować jako potężną i ważną dla fabuły – w praktyce jednak jest tylko narzędziem służącym do pchania historii naprzód, w dodatku pozbawionym kompletnie jakiegokolwiek pozoru prawdopodobieństwa. Jej „figlarne” i „lubieżne” usposobienie natomiast czyni ją niemal nie do odróżnienia od pozostałych heroin z serii.

    Przynajmniej Mordimer jest taki jak wcześniej. Narzeka, marudzi, domniemywa, czasem dowcipnie, czasem sarkastycznie. Pierwszoosobowa narracja prowadzona jest właśnie z perspektywy inkwizytora-gaduły, a pisząc jego kwestie, Jacek Piekara daje wyraz swojemu zamiłowania do gawędy. Ten miejscami dowcipny, barwny styl opowiadania jest elementem, dzięki któremu, mimo wszystkich wad, „Przeklęte krainy” czyta się w miarę sympatycznie.

    „Przeklęte krainy” nieco mnie znudziły. Mimo fajnej narracji i ciekawego świata przedstawionego (dzika Ruś i jej dziwaczne wierzenia, po części chrześcijańskie, po części pogańskie, to kapitalny motyw – szkoda, że rozwinięty tak słabo!), historia jednak trochę kuleje. Brakuje jej dynamizmu, brakuje napięcia, poczucia narastającego zagrożenia i kurczącego się czasu. Sługa Świętego Officjum wiedzie w Peczorze żywot zdecydowanie zbyt beztroski niż bym się tego spodziewał, a jego przygody wydają się przez to pozbawione zarówno ikry, jak i głębszego sensu. Fanom pewnie i tak nie będzie to przeszkadzało – pozostałych zachęciłbym jednak do sięgnięcia po wcześniejsze powieści, najlepiej z samego początku serii.

  • Trudi Canavan gościem Pyrkonu 2020!

    Niedawno organizatorzy Pyrkonu przedstawili pierwszego gościa bloku literackiego. Mowa o światowej sławy pisarce fantasy – Trudi Canavan. Po debiucie w 1999 roku opowiadaniem „Szepty dzieci mgły” popularność przyniosła jej Trylogia Czarnego Maga, która okazała się światowym bestsellerem przetłumaczonym na kilkanaście języków. Inne znane cykle autorki to Era Pięciorga, Prawo Millenium oraz Trylogia zdrajcy.

    Logo konwentu fantastyki Pyrkon

  • Wielki powrót „Koła czasu”

    okoczasuLubicie klasyczne fantasy, powieści magii i miecza, a także wielotomowe, skomplikowane historie? Uwielbiacie książki wydane w twardej oprawie? Chętnie wracacie do przeczytanych już tytułów i wspominacie je z sentymentem? Jeśli na którekolwiek z tych pytań odpowiedzieliście twierdząco, to mamy coś dla Was: recenzję pierwszego tomu wznowionej po latach serii „Koło czasu” Roberta Jordana.

     Recenzję powieści „Oko świata” znajdziecie tutaj.

  • Nauka miłosierdzia ostatnią nadzieją na ocalenie – „Miłość Bogów” Rafała Dębskiego pod patronatem!

    Miłość BogówMinęło trzydzieści lat, odkąd palatyn Awdaniec wzniósł krwawy bunt, Rzeczypospolitej nie dane było jednak zaznać spokoju – rozpoczęła się wojna domowa. Przeciwko seniorowi Władysławowi powstają dwaj juniorzy, zmuszając go do ucieczki do Saksonii.

    Choć zdawałoby się, że lata przelanej krwi i cierpienia wreszcie odchodzą w upragnione zapomnienie, a wojny, reakcje pogańskie i powstanie ludowe ostały się jedynie na kartach historii, na horyzoncie pojawia się nowe zło, rodem ze słowiańskich bestiariuszy: budzą się strzygi, wilkołaki, wąpierze i inne upiory, pełne sił i żądzy krwi jak nigdy dotąd. Jedynym ratunkiem zdają się być już tylko bogowie. Czy mają w sobie jednak dość miłosierdzia dla ludzi? A może to ludzie muszą zacząć najpierw kochać siebie nawzajem? A może chodzi o coś znacznie, znacznie większego?

    „Miłość Bogów” zamyka trzytomową historię składającą się dotąd z powieści „Kiedy Bóg zasypia” i „Jadowity miecz”, w których Rafał Dębski zręcznie łączy historię z fantastyką i słowiańskimi wierzeniami.

    Premiera książki już 25 października

  • Relacja z konwentu - Comic Con Baltics 2019

    Na Litwie, czy też ogólnie w krajach bałtyckich, wydarzenia związane z filmami, serialami, grami, książkami, komiksami, mangami czy anime zdarzają się raz na rok – w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dzieje się tak z jednego prostego powodu: populacja całej Litwy to niespełna trzy miliony mieszkańców, więc oczywiste jest, że osób tworzących litewski fandom jest jak na lekarstwo. Jeśli spodziewacie się, że np. mangi czy komiksy ze stajni Marvela są na Litwie tłumaczone i wydawane tak jak w Polsce, jesteście w błędzie. Na Litwie takich rzeczy nie uświadczycie. Obecnie litewski fandom przypomina mi polski fandom sprzed piętnastu czy nawet dwudziestu lat, gdy wszystko dopiero raczkowało, choć już wtedy liczba wydawanych pozycji pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni czy organizowanych konwentów mangowych i fantasy znacznie przewyższała litewską, dlatego Litwini oraz Łotysze i Estończycy bardzo cieszą się, gdy jakiekolwiek wydarzenie podobnego formatu jest organizowane na rodzimym podwórku.

  • Wstępny program Imladrisu już dostępny!

    Imladris odbędzie się w dniach 11-13 października w Krakowie. Uczestnicy nie będą się na nim nudzić – poglądowy program pełen jest paneli i warsztatów poruszających tematy fantastyczne. W przeciągu trzech dni dowiemy się m.in., jaka jest rola kota w fantastyce, zastanowimy się, czy z naukowego punktu widzenia powieści Tolkiena mają rację bytu i przyjrzymy się bliżej smokom. Poprowadzone zostaną również warsztaty m.in. z kaligrafii, pisarskie i kuchni azjatyckiej, a Andrzej Pilipiuk odpowie na wszelkie pytania w trakcie spotkania autorskiego. W niedzielne południe natomiast odbędzie się gala wręczenia tajemniczych „Orełów Imladrisu”.

    Pełen program znajdziecie po kliknięciu w ten link.

    Banner Imladrisu

  • Legendarna antologia

    ja legendaCo może łączyć człowieka, który zniknął, barda, czarodzieja uzdrowiciela i kolonię Marsjan? Tylko jedno słowo: legenda. I niezwykła antologia opowiadań „Ja, legenda”, która powstała pod okiem redakcji Fantazmaty.

    Recenzję zbioru opowiadań znajdziecie tutaj.

  • Wywiad: Klaudia „Foka” Heintze

    klaudia foka heintze

    Klaudia „Foka” Heintze

    Miasto pochodzenia: Katowice
    Fandom/tematyka działalności: Kultura

     

     

     

     

     

    Fot. Michał Dagajew

    Organizatorka, działaczka, koordynatorka i inicjatorka wielu konwentów, wydarzeń i inicjatyw. Osoba, która od niepamiętnych lat sprawia, że fantastyka i popkultura jest znacznie przyjemniejszym i zdecydowanie bardziej rozpoznawalnym hobby. Nominowana do Identyfikatora Pyrkonu w kategorii Promotor Fantastyki, laureatka Nagrody im. Krzysztofa „Papiera” Papierkowskiego i pierwszej w historii nagrody KONgresu. Na swoim koncie ma także stanowisko prezesa jednego z najstarszych, jeżeli nie najstarszego dalej działającego klubu fantastyki – Śląskiego Klubu Fantastyki. Nie ma w fantastyce rzeczy, o której nie dałoby się z nią porozmawiać, a i poza tym kręgiem osiąga spore sukcesy. Zapraszamy do wywiadu z Klaudią „Foką” Heintze!

    Wywiad

    Alchelor: Zacznijmy od początku, czyli od twojego pierwszego kontaktu z fantastyką i pierwszej wizyty na konwencie. Kiedy i w jakich okolicznościach to było?

    Foka: Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje. Fantastyką interesowałam się chyba od zawsze. Pierwsze książki, które pochłaniałam, poza książkami o Indianach, na punkcie których miałam potężnego chysia, to była właśnie fantastyka. Science fiction konkretnie. Zegalski, Lem, Ayme. Potem nadszedł Wells i wpadłam totalnie.
    Do pierwszego klubu fantastyki zapisałam się jeszcze w podstawówce – jako dzieciak totalny. I owszem, moi znajomi jeździli na konwenty, ale mnie nie było stać na takie ekstrawagancje – tak więc się złożyło, że pierwsze moje fantastyczne „imprezy” to były organizowane przez mój klub giełdy książek, spotkania dyskusyjne, klub filmowy. Czy to się liczy?

    A: Właściwie tak, szczególnie że wtedy fandom i konwenty nie wyglądały tak, jak teraz. Nie było blisko dwustu imprez rocznie i łatwego dostępu do informacji. Co to był za klub? I jak wyglądały wtedy takie spotkania?

    F: Klub nazywał się SCAS i jego założycielem i ówczesnym prezesem był Krzysiek Rożko – jeden z członków założycieli Śląskiego Klubu Fantastyki. ŚKF oczywiście już wówczas istniał, ale SCAS miał tę zaletę, że mieścił się w Domu Kultury, więc był za darmo.

    Jak wyglądały spotkania? Nie różniły się od tego, jak wyglądają dziś. Mieliśmy bibliotekę, niewielką – wówczas jeszcze – kolekcję gier, kombinowaliśmy dostęp do filmów. Spotykaliśmy się, żeby porozmawiać nie tylko o fantastyce, wymienić się książkami, zagrać w RPG albo „Magię i Miecz”. Organizowaliśmy pierwsze LARP-y - ze SCAS-owej ekipy wywodzą się na przykład Orkony.

    Jeśli spojrzymy na ruch fanowski jako środowisko ludzi, których łączy wspólna pasja, to okaże się, że przez ostatnie trzydzieści lat nie zmienił się on jakoś zasadniczo. Ba! Zaryzykuję tezę, że w gruncie rzeczy wciąż jesteśmy tacy sami, tylko możliwości mamy coraz większe. I to jest piękne.

    A: Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, wydawało mi się, że jednak fandom przeszedł sporą reformę na przestrzeni lat, a to jednak nie ludzie, tylko sam format imprez i działań się zmienia. Czy to nie oznacza, że fandom może przestać nadążać za zmianami?

    F: Czy istnieje ryzyko, że fandom przestanie nadążać za zmianami – absolutnie się tego nie obawiam. To, że nie zmienia się ludzka natura, najważniejsze nasze pragnienia, marzenia i potrzeby, nie oznacza, że nie zmieniają się sposoby ich realizacji. Fandom wciąż się zmienia. Ewoluuje. Pojawiają się nowe media, nowe „fandomy”, nowe imprezy. Bardzo różne. Organizowane przez różnych ludzi tak, żeby realizować ich wizje dobrej rozrywki. Te nowe wizje nie są ani lepsze, ani gorsze niż stare. Są po prostu inne. A co fajniejsze – mogą one świetnie współistnieć, uzupełniać się i przenikać.

    A: Wracając do poprzedniej odpowiedzi, czy SCAS można nazwać podwalinami ŚKF-u i Orkonu? Czy to dlatego później trafiłaś właśnie do Śląskiego Klubu Fantastyki?

    F: Nie, nie – ze SCAS-em i ŚKF-em było odwrotnie. To ŚKF był pierwszy. Potem nastąpiło cudowne rozmnożenie. :-)

    Po likwidacji domu kultury, w którym mieścił się nasz klub założyliśmy Rebels Club, który teoretycznie mieścił się w przedszkolu, a w praktyce rezydował w mieszkaniu naszego wspólnego kumpla Grzesia Biegalskiego zwanego Obim.

    Z Rebelsami robiliśmy, między innymi, blok Star Warsowy na Euroconie 1991 w Krakowie.
    Do ŚKF-u trafiłam po kilku latach przerwy, jakoś w 1999 roku, kiedy pisałam pracę magisterską o środowisku fanowskim. Trafiłam, spotkałam starych znajomych i, równie fantastycznych, nowych znajomych, i zostałam. :-)

    A: Czyli do ŚKF-u trafiłaś już po wielu latach aktywnego działania w fandomie, jako osoba doświadczona. Kim właściwie byłaś w klubie? Z tego, co pamiętam, gdzieś u schyłku Twojej klubowej kariery zajmowałaś wysokie stanowisko. Czy tak było od początku, czy raczej „pięłaś się po drabince”?

    F: Jakakolwiek kariera w sensie piastowania stanowisk nie była moim planem. Pierwotnie było to tak, że robiłam badania do pracy magisterskiej oraz raz w tygodniu wyskakiwałam z kumplami na piwo. Pogadać. Ale wiesz jak to jest: w klubach dzieje się tyle fajnych rzeczy, że zawsze coś nas skusi. Ja nie jestem szczególnie odporna na pokusy – szczególnie jeśli wiążą się z dobrą zabawą. Dopiero z czasem okazało się, że wsiąkłam w życie klubowe bardziej, niż sama przypuszczałam.

    Po Polconie 2009, na którym koordynowałam program, wzięliśmy się za Eurocon 2010, zwany Triconem. W tym też czasie nasza ówczesna prezes klubu i jedna z głównych koordynatorek Triconu, Ola Cholewa, zrezygnowała z prezesowania i jakoś tak wyszło, że jeden z kumpli obwieścił, że właściwie aktualnie to chyba ja najwięcej robię w klubie, więc wypada, żebym wzięła tę prezesurę na klatę. No to wzięłam.

    To, że zrezygnowałam z prezesowania nie oznacza schyłku kariery – bo, po pierwsze, bycie prezesem klubu fantastyki to nie jest żadna kariera. To jest potężny obowiązek, przed którym ludzie się raczej bronią. :-) Po drugie, nie trzeba być prezesem, żeby działać na rzecz klubu i czuć się z nim związanym. ŚKF to nadal jest mój klub i osobiście jestem bardzo wdzięczna obecnej prezes i reszcie zarządu, że robią taką świetną robotę. I nadal współpracujemy.

    A: Podoba mi się myśl o uzupełnianiu się wzajemnie koncepcji i tematyk. Jak u Ciebie z mangą, anime i popkulturą japońską? Czy to dla Ciebie dalej ta sama fantastyka lub temat pokrewny, czy raczej osobna sprawa? I czy to także mieściło się w Twoim kręgu zainteresowań?

    F: Widzisz… to jest jedna z korzyści płynących z prezesowania. Przynajmniej dla mnie.
    Wpadliśmy kiedyś w klubie na pomysł organizowania nocy filmowych. Wiesz – wedle najprostszej metody: wybieramy tematykę, potem dobieramy cztery-pięć mocnych, dobrych filmów i do każdego filmu zgłasza się ktoś, kto przygotowuje kilkunastominutowe wprowadzenie: czemu ten film jest ważny, dobry, wyjątkowy, przełomowy, whatever.

    A ponieważ mamy w klubie świetnie działającą sekcję mangi i anime, akurat byliśmy na etapie wskrzeszania Asuconów i ogólnie okazywało się, że podział na mangowców i fantastów jest bezsensowny, poprosiłam ludzi, którzy znają się na anime, o opracowanie programu nocy filmowej. To, co przygotowali, okazało się kawałem świetnej fantastyki, świetnej kinematografii. I tak się stało, ze co któraś noc filmowa była nocą z anime. Oglądaliśmy filmy mądre i trudne, filmy baśniowe, urocze, przygnębiające i czasem kiczowate. I tak mi zostało do teraz. To naprawdę jest dla mnie nowy, wspaniały świat, który odkryłam dzięki temu, że ludzie znający temat zechcieli się z nami podzielić swoją pasją. Czy nie o to chodzi w klubach fantastyki?

    A: Czyli z klubem jest trochę jak z byciem harcerzem. Jest się nim już na całe życie. Tak, w zasadzie wszystko, z czym mamy do czynienia na konwentach, to fantastyka właśnie. Choć myślę, że takie uproszczenie nie każdemu pasuje, to jednak wszyscy mamy podobne zainteresowania i te tematy się wzajemnie przenikają. Więc zamiast określać Cię jako „mangowca”, czy „fantastę”, można Cię nazwać po prostu pasjonatem fantastyki. Czy jest coś, co osiągnęłaś jako działacz, a z czego jesteś szczególnie dumna?

    F: Nie patrzę na to, co robię dla mojej pasji, pod kątem osiągnięć. Raczej na zasadzie „jest coś do zrobienia, to zróbmy to jak najlepiej”. Największym moim sukcesem jest to, że zrobiłam wiele świetnych rzeczy ze świetnymi ludźmi.

    Największą porażką… to, że kiedyś nie obroniłam człowieka, którego powinnam była obronić. Mam mnóstwo powodów, dla których tak się stało, ale one wszystkie są bez znaczenia, kiedy ktoś płacze.

    Jeśli mam jakąś zasadę nadrzędną, to jest ona taka, że najważniejszy jest człowiek. Zawsze. Jeśli podejmuję jakiekolwiek działanie, to moja duma, moja racja, moje poczucie sprawiedliwości są ważne, ale nie aż tak ważne, jak bycie dobrym człowiekiem. Raz nie zachowałam czujności. Ale to się więcej nie zdarzyło i nie zdarzy.

    I tak sobie myślę, że to zaufanie, którym darzą mnie ludzie i wszystkie te wyróżnienia fandomowe, którymi mnie obdarowano – to jest właśnie skutek tego, że… no, staram się być dobrym człowiekiem. Jakkolwiek głupio to nie brzmi. I chyba najbardziej jestem dumna z tego, że ludzie zdają się to widzieć.

    I tak, wiem, ze powinnam opowiedzieć o jubileuszowym Polconie (albo o innych Polconach), o odkuwaniu Asuconów, o prowadzeniu benefisu Maćka Parowskiego i Bogusia Polcha, o byciu gościem na imprezach, o nominacji do identyfikatorów Pyrkonu, o Wyróżnieniu Kongresu i o Nagrodzie Papiera… To są wielkie, ważne rzeczy, za które jestem wdzięczna ludziom i światu. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że mimo tych wszystkich świetnych rzeczy, które mi się w życiu przytrafiły, zostałam Foką, na widok której ludzie się uśmiechają.

    A: Muszę tutaj przyznać, że robisz dobrą robotę, zarówno w kwestii działań, jak i orientacji na drugiego człowieka, więc można chyba powiedzieć, że spełniasz swoje własne założenia. Właśnie, zostałaś Foką, która sprawia, że ludzie się uśmiechają. Dlaczego właśnie Foka?

    F: Czemu Foka? Najchętniej powiedziałabym, że to dlatego, ze taka ze mnie pancerna baba z Komando Foki, ale niestety nie taka jest geneza mojego dziwnego nicku.

    Pływałam kiedyś wyczynowo i moim wiodącym stylem był klasyczny zwany żabką. Kiedy nasz sponsor zafundował nam białe czepki z małą, biało-czerwoną flagą z boku, wszyscy się śmiali, że z wielkimi czarnymi oczkami wyglądam jak foka. I tak mi zostało.

    Miałam w życiu kilka bardziej nobliwych pseudonimów, ale w każdym towarzystwie w końcu trafi się ktoś, komu wypsnie się Foka i wtedy wszystkie nobliwe ksywki diabli biorą. Trudno, postanowiłam znosić z godnością swoje focze brzemię. :-)

    A: Człowiek wielu zainteresowań i talentów. To idealny moment, żeby zapytać, jak Twoje działania i doświadczenia wyniesione z działalności fanowskiej wpłynęły na Twoje życie zawodowe i osobiste. Jak wiele z tego pomogło Ci w takim „normalnym” życiu? Czy były to raczej rzeczy przydatne, czy raczej skille dodatkowe?

    F: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo właściwie sama nie wiem, co jest przyczyną, a co skutkiem.

    Mam szerokie zainteresowania i fantastyka jest tylko jedną z dziedzin, które mnie pasjonują. Aktualnie wykonywany przeze mnie zawód nie ma nic wspólnego z fantastyką, ale ma wiele wspólnego z publicznymi wystąpieniami. Tę umiejętność niewątpliwie doskonaliłam przez lata prelegowania, panelowania i prowadzenia wykładów na temat fantastyki, ale – gdyby spojrzeć na sprawę z szerszej perspektywy – to robiłam to wcześniej na sympozjach filozoficznych.

    Podobnie jest z zarządzaniem – kończyłam studia podyplomowe z zarządzania i broniłam pracę z zarządzania OPP, więc moje skille są trochę wyuczone. Ale przecież nie sposób nie docenić lat pracy z doświadczonymi ludźmi organizującymi ze mną kolejne konwenty, targi, festiwale. Powiem tak: fantastyka na pewno pomaga w rozwoju – intelektualnym, zawodowym, społecznym. A umiejętności intelektualne i społeczne pomagają robić coś fajnego na polu fantastyki.

    A: Dziękuję Ci bardzo za ten wywiad, zawierał wiele cennych spostrzeżeń. Właściwie można by go ciągnąć dalej w nieskończoność, w końcu to blisko dwadzieścia osiem lat historii osoby, która działała w fandomie całkiem aktywnie i efektywnie. Nie wątpię, że będziemy mieli jeszcze okazję zapytać o to i owo przy innym projekcie, bardziej wizualnym. Tymczasem jestem wdzięczny za możliwość przeprowadzenia tej rozmowy.

  • Pokaz zdalnie sterowanych modeli samochodów na Bachanaliach Fantastycznych!

    Jednym z gości zaproszonych na tegoroczne Bachanalia Fantastyczne jest rclubuskie. Każdy chętny będzie mógł zobaczyć, na czym polegają trialowe potyczki w wykonaniu modeli samochodów w skali 1:10, zadać pytanie pasjonatom prowadzącym pokaz oraz spróbować własnych sił za kontrolerem. 

    Banner Bachanaliów Fantastycznych

  • Dwudziestolecie Falkonu pod patronatem!

    Festiwal Fantastyki Falkon odbędzie się 8-10 listopada na Targach Lublin. Tak jak w poprzednich edycjach, i na tej będzie możliwość zdobycia autografu ulubionego pisarza w trakcie spotkań autorskich (zaproszeni zostali m.in. Agnieszka Hałas, autorka cyklu „Teatr węży”, i Witold Jabłoński, który napisał „Gwiazdę Wenus”, „Gwiazdę Lucyfer” i „Miasto Nawiedzonych”), wzięcia udziału w ciekawej prelekcji i dyskusji na panelach tematycznych, zdobycia ciekawych umiejętności poprzez udział w warsztatach oraz zabawy na konkursach i pokazach. Dla fanów gier analogowych, konsolowych, komputerowych oraz RPG przygotowane zostaną gamesroomy. Nie zbraknie też LARP-ów.

    Wstępny program atrakcji ma pojawić się w przyszłym miesiącu. Do tego czasu wciąż możecie zgłosić własny punkt programu – termin mija 10 października!

    Ceny akredytacji:

    Bilety normalne:

    • 3 dni: 70 zł
    • Piątek: 40 zł
    • Sobota: 50 zł
    • Niedziela: 30 zł.

    Bilety ulgowe (dzieci w wieku 7-14 lat pod opieką rodzica):

    • 3 dni: 50 zł
    • Piątek: 30 zł
    • Sobota: 40 zł
    • Niedziela: 20 zł
      Dzieci do lat 6: wstęp wolny.

    Bilety oraz wzór zgody rodzica/opiekuna na udział dla młodszych uczestników będą dostępne na stronie Falkonu.

    Banner Falkonu

  • Fantastyczny Kraków - XVIII edycja Imladrisu pod patronatem!

    Krakowski Imladris odbędzie się w dniach 11-13 października i po raz osiemnasty zjednoczy miłośników fantastyki z całego kraju.

    Tak jak w poprzednich latach przygotowano prelekcje, panele dyskusyjne, warsztaty, sesje RPG i koncerty. Zaproszeni zostali również ciekawi goście. Będzie można spotkać się między innymi z Martą Kładź-Kocot – autorką powieści „Noc kota, dzień sowy” i „Dwa bieguny mitopoetyki”, artykułów naukowych o fantastyce i mitach, opowiadań i tekstów publicystycznych, Krzysztofem Chmielewskim – designerem gier komputerowych i analogowych oraz wykładowcą akademickim i członkiem Polskiego Towarzystwa Badania Gier, a także Krystyną Chodorowską – pisarką nominowaną do Nagrody Zajdla za opowiadania „Kre(jz)olka”, „Dzikie stworzenia” i „Jeden spalony rzut” oraz powieść „Triskiel: Gwardia”.

    To oczywiście tylko część atrakcji, które na Was czekają – pełen program pojawi się już wkrótce.

    Wciąż trwają zgłoszenia dla gżdaczy, więc chętni mogą wypełnić formularz zgłoszeniowy.

    Akredytacja:

    • Przedsprzedaż (do 30.09): 40 zł
    • Na miejscu (3 dni): 50 zł
    • Piątek: 20 zł
    • Sobota: 30 zł
    • Niedziela: 10 zł
    • VIP: 130 zł

    Akredytacje kupicie tutaj

    Banner konwentu Imladris