This is yet another generally annoying popup, but the European Union made it compulsory for us to inform you about using and eating your cookies. We do it so we can greatly increase your comfort of browsing, and the overall page functionality (also because we're starving and we love cookies). Thus, according to the Cookie Policy, you can now officially feel informed, dear reader.

  • Recenzja książki: Nik Pierumow – „Magia i ogień"

    magia i ogien

    Nik Pierumow - „Magia i ogień”

    Wydawnictwo AkuratWydawnictwo: Akurat
    Liczba stron: 478
    Cena okładkowa: 44,90 zł

    To nie tak miało wyglądać. Molly Blackwater powinna była bezpiecznie wrócić do domu, do rodziny i wieść spokojne życie, podobnie jak jej rówieśnicy. Tymczasem w budynku przy Pleasant Street czekali na nią funkcjonariusze Departamentu Specjalnego, mający do dziewczynki wiele pytań. Co robiła za Karn Dred? Jak się tam znalazła? W jaki sposób udało jej się wrócić? Aby uratować siebie i swoich bliskich, Molly będzie musiała wytrzymać wielogodzinne przesłuchania oraz kłamać. I to kłamać tak, by oszukać doświadczonego funkcjonariusza, lorda Spencera. Zapoczątkuje w ten sposób wojnę charakterów oraz szpiegowską grę pozorów na poziomie, którego nie powstydziłby się sam James Bond!

    Akcja drugiego tomu cyklu „Blackwater” Nika Pierumowa rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie zakończyła się poprzednia część. Molly powraca do Nord Jorku, ale zamiast cieszyć się życiem, musi pokonywać piętrzące się problemy. Pisarz zrzucił na barki trzynastoletniej dziewczynki brzemię odpowiedzialności za życie najbliższych i ponownie zmusił do podejmowania wielu ważnych decyzji. Niezmienne pozostały przy tym wytrwałość panny Blackwater i jej dojrzałość, która znów może wydać się przesadzona oraz nieprzystająca do jej wieku. Niemniej Molly nadal da się lubić i warto jej kibicować w szaleńczym biegu po Nord Jorku. Irytować może jedynie, że gdy już wydaje się, iż nie ma nadziei na ratunek, dziewczyna potrafi resztkami sił wydostać się z kłopotów. Nasza bohaterka co chwilę musi też mierzyć się z niedostatkiem magii, ale to znamy już z „Magii i stali”.

    Molly na szczęście nie zostaje z problemami sama. U jej boku stoją przede wszystkim niezawodni Wołka i Wsiesław, ale też nowi sojusznicy, pan Pittwick oraz Jarina, którzy odegrają niemałą rolę w walce o wolność i życie. Zjawiają się zawsze wtedy, gdy Molly ich potrzebuje, pomagając wybrnąć z najgorszych opresji. Nik Pierumow obdarzył ich silnymi charakterami, pokazując, do jakich czynów są zdolni ludzie w imię przyjaźni, miłości i wierności swoim przekonaniom.

    Co istotne, nienawidzące magii Królestwo oraz Departament Specjalny zyskały w końcu konkretną twarz – intrygującego lorda Spencera. Ten inteligentny człowiek skrywa wiele tajemnic, które ujawnia niechętnie, a jego determinacja w ściganiu Molly i poszukiwaniu szpiegów Rooskies fascynuje. Lord Spencer nie jest jednak postacią budzącą sympatię. Wprawdzie ma swoje powody, by zachowywać się w konkretny sposób i w pewnym stopniu można je nawet zrozumieć, ale raczej nie da się mu kibicować. Natomiast sprawdza się jako antagonista głównej bohaterki. Zmuszając Molly do wysiłku nie tylko fizycznego, ale też intelektualnego, pomaga jej się rozwinąć. Nasza mała magiczka zrozumie dzięki niemu, czego tak naprawdę pragnie i co powinna zrobić.

    W przeciwieństwie do pierwszej części cyklu całość akcji toczy się teraz w portowym mieście Królestwa i jego podziemiach. Fani steampunkowego Nord Jorku na pewno będą usatysfakcjonowani, gdyż pisarz poświęca mu mnóstwo uwagi, prezentując wszystkie zakamarki oraz odsłaniając skrywane wcześniej tajemnice. Można się pokusić nawet o stwierdzenie, że napędzany parą Nord Jork staje się w pewnym stopniu bohaterem powieści – mówi się o nim, jego topografia jest ważna w przebiegu akcji, a to, co kryje się w podziemiach, ma większe znaczenie, niż się wszystkim wydaje.

    Na pochwałę zasługuje fakt, że skupiono się na głównym wątku powieści i jego konsekwentnym rozwijaniu, dzięki czemu nasza uwaga koncentruje się na ważnych wydarzeniach oraz dylematach głównej bohaterki. Nie oznacza to, że nie zostaniemy zaskoczeni. Wręcz przeciwnie, powinniśmy przygotować się na kilka niespodzianek, ale też odrobinę nudy, bo zdarzenia rozgrywające się w tunelach pod Nord Jorkiem mogą wydać się monotonne.

    Motyw miłości, delikatnie zarysowany w pierwszym tomie, wciąż nie wysuwa się na pierwszy plan, aczkolwiek często daje o sobie znać. Można to uznać za plus, zwłaszcza że są inne sprawy, na których powinniśmy się skoncentrować, jak na przykład to, komu warto zaufać, a komu nie czy za kim dobrze byłoby się opowiedzieć.

    Oprócz tego Nik Pierumow przybliża nam konstrukcję stworzonego przez siebie świata. Dowiadujemy się wielu rzeczy o Królestwie, zasadach jego funkcjonowania, polityce, życiu społecznym i motywach postępowania wysoko postawionych osób. Czy to zmienia nasz sposób patrzenia na konflikt między Królestwem a Rooskies? Pisarz już w pierwszej części cyklu zasugerował, kto jest dobry, a kto zły i kogo powinniśmy wspierać. Teraz tylko to podkreśla i wyjaśnia, dlaczego.

    Trzeba zatem przyznać, że powieść „Magia i ogień” stanowi udaną kontynuację pierwszego tomu cyklu „Blackwater”. Historia nastoletniej Molly wciąga i potrafi zainteresować nie tylko ciekawą fabułą, ale również tematyką. Fani steampunku powinni czuć się usatysfakcjonowani, bo Nik Pierumow zadbał, by nie brakowało elementów charakterystycznych dla gatunku. To właśnie para i maszyny rządzą w Nord Jorku. Jeśli komuś przypadła do gustu „Magia i stal”, sięgnięcie po kolejną część, która utrzymuje poziom poprzedniczki, powinno być naturalną decyzją.

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #122

    Cześć i czołem! Poniedziałkowy Flash Konwentowy o wdzięcznym numerze 122 właśnie wylądował i zawiera informacje o czterech imprezach z bieżącego tygodnia. Jakie to wydarzenia? Spójrzmy.

    1. Konwent multifandomowy Nyskon w Nysie
    2. XIV Dni Jakuba Wędrowycza w Wojsławicach (a jakże!)
    3. Jeden z największych konwentów mangi, anime i popkultury japońskiej – Animatsuri w Warszawuie
    4. Oraz impreza gamingowa w Krakowie – Cracow Game Days 2019
  • Recenzja książki: Nik Pierumow – „Magia i stal”

    magia i stal

    Nik Pierumow - „Magia i stal”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Akurat
    Liczba stron: 488
    Cena okładkowa: 44,90 zł

    Wiele ciekawych rzeczy zaczyna się od katastrofy. Tym razem Kataklizm przewrócił do góry nogami znany ludziom świat, powodując nieodwracalne zmiany – przekształcił kontynenty, przemodelował całe krainy, przesunął granice państw, a nawet zmienił bieg czasu. Nikt nie wie, co było powodem transformacji, ale jedno stało się pewne: trzeba przeżyć, przystosować się i wykorzystać to, co zesłał los.

    W ten sposób napędzane parą Królestwo zaczęło sąsiadować z ziemiami ceniących naturę Rooskies. W zaistniałych warunkach o konflikt nietrudno, zwłaszcza że Królestwo, aby się rozwijać, potrzebuje nowych, rozległych terenów oraz mnóstwa surowców. Postęp ma swoją cenę.

    Osobista katastrofa dwunastoletniej Mollyniard Evergreen Blackwater też miała niewinny początek: drobne życzenia zaczęły się spełniać, upadające butelki z mlekiem nie rozbijały się, a nielubianej koleżance wyskakiwał pryszcz na nosie. Potem pojawiły się wizje ogarniętego wojną odległego kraju, które – ku przerażeniu dziewczynki – okazały się prawdziwe.

    Wtedy jeszcze Molly, mieszkająca w Nord Jorku panienka z dobrego domu, nie zdawała sobie sprawy, że posiada magiczne zdolności. Do tej pory była pilną uczennicą prestiżowej szkoły dla dziewcząt, zafascynowaną maszynami parowymi, a zwłaszcza pancernymi pociągami. Ujawnienie się nadnaturalnych zdolności ściągnęło na nią zainteresowanie Departamentu Specjalnego, który z wielką zawziętością ścigał każdego, kto wykazywał się choć minimalnym magicznym talentem. W Królestwie bowiem nie uznawano magii, a wszelkie jej przejawy starano się niezwłocznie likwidować.

    Kiedy Molly zrozumiała, że może sprowadzić na rodzinę nieszczęście, zdecydowała się uciec. Dzięki swoim zainteresowaniom i pomocy ze strony jeńca wojennego Wsiesława, który rozpoznał w niej potężną magiczkę, z łatwością dostała się na pokład zmierzającego do kraju Rooskies pociągu pancernego „Herkules”. Wiedziona desperacją Molly uciekła za przełęcz, do krainy barbarzyńców i wrogów Królestwa, gdzie magia nie tylko nie była zabroniona, a wręcz wysoko ceniona, o czym dziewczynka dowiedziała się niedługo po przybyciu.

    Tak rozpoczęła się niezwykła przygoda panny Blackwater. Ale kim właściwie jest Molly? To bohaterka skrojona na miarę docelowego odbiorcy powieści, czyli nastoletniego człowieka, który może zobaczyć w niej kawałek siebie. Wprawdzie dziewczynka ma zaledwie dwanaście lat, ale jest bardzo dojrzała jak na swój wiek (być może nawet za bardzo). To zdolna uczennica, podejmująca racjonalne, przemyślane decyzje i mierząca się z konsekwencjami swoich działań. Czasem zdarza się, że zachowuje się infantylnie, bywa zagubiona lub zdezorientowana bądź tęskni za dawnym życiem i rodzicami, ale to sprawia, że wydaje się bardziej prawdziwa.

    Świat, w którym przyszło Molly żyć, tylko z pozoru jest bezpieczny i poukładany. Nik Pierumow na kartach swojej powieści wykreował rzeczywistość pełną opozycji i konfliktów, rodzących się między dwiema siłami reprezentującymi skrajnie różne podejścia do otoczenia. Racjonalnemu do bólu Królestwu przeciwstawił tętniącą od magii, zamieszkaną przez ludzi kochających naturę krainę Rooskies. Szybko można się zorientować, jakie kraje były pierwowzorem powieściowych państw. Wyraźnie sugeruje się, kto jest tutaj dobry, a kto zły, komu powinniśmy kibicować, a kogo potępiać.

    Nie sposób nie podziwiać serwowanych przez Pierumowa „widoków”. Nord Jork, w którym mieszka Molly, przypomina wiktoriański Londyn z dodatkiem wielu steampunkowych elementów. Pancerne statki i pociągi, maszyny oraz pojazdy napędzane parą, wszechobecny zapach smaru i niepozwalający normalnie oddychać smog, mnóstwo fabryk, żyjący w biedzie robotnicy, a także pławiące się w dostatku klasy wyższe – wszystko składa się na obraz wielkiego miasta, który spodoba się każdemu fanowi gatunku.

    W opozycji do zatruwającego środowisko molocha stawia się krainę Rooskies, w której życie zgodnie z naturą i posługiwanie się magią stanowią podstawę egzystencji. Ogromną rolę odgrywają funkcjonowanie w małej, wioskowej wspólnocie oraz dbanie o towarzyszy. Do tego można podziwiać piękne zimowe krajobrazy tudzież wsłuchiwać się w niezwykłe baśnie i legendy.

    Przyjęte przez obie nacje w wielu kwestiach skrajne stanowiska musiały doprowadzić do konfliktu, będącego idealnym tłem dla perypetii Molly. Panna Blackwater na własne oczy przekonała się, czym jest wojna, śmierć, lojalność, zagrożenie życia, a nawet miłość. No właśnie, miłość… Wątek miłosny w powieści także się pojawia, ale na szczęście nie wysuwa się na pierwszy plan i nie dominuje w historii. Nik Pierumow umiejętnie wplótł w fabułę motyw rodzącego się nieśmiało uczucia, lecz nie ono jest tu najważniejsze. Bardziej liczy się dydaktyzm. Ze względu na fakt, że docelowym odbiorcą jest młody człowiek z kształtującą się osobowością, autor „Magii i stali” stara się pokazać, co jest dobre, a co złe oraz jak powinno się postępować w obliczu pewnych sytuacji i w jaki sposób nasze decyzje mogą wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. Wprawdzie prezentuje to na dość jaskrawych przykładach, ale uważny czytelnik z pewnością będzie w stanie odnieść je do własnego życia.

    Zatem czy warto sięgnąć po pierwszy tom cyklu „Blackwater”? Jeśli lubicie w powieściach motywy steampunkowe i szukacie lekkiej lektury na lato, to z czystym sumieniem mogę polecić „Magię i stal”. Mimo że powstała głównie z myślą o młodszych czytelnikach, ci starsi też znajdą w niej coś dla siebie. Styl Nika Pierumowa sprawia, że od książki trudno się oderwać. Zdarzają się wprawdzie pewne przestoje i fragmenty, przez które musimy po prostu przebrnąć, ale akcja sprawnie zmierza do przodu, zapewniając nam rozrywkę na przyzwoitym poziomie.

  • Propozycja nie do odrzucenia, czyli „Astralker” Tomasza Sobiesieka

    astralkerW teorii każdą propozycję można odrzucić, w praktyce jednak, gdy odrzucenie równa się unicestwieniu, okropna alternatywa zaczyna wydawać się nieco lepszym wyjściem. Chcąc nie chcąc, nie mamy żadnego wyboru i przyjmujemy ją. W takiej właśnie sytuacji znalazł się główny bohater „Astralkera”, Dawid Kowalczyński. Jak potoczą się jego losy? Tego dowiecie się z książki Tomasza Sobiesieka, którą Konwenty Południowe objęły patronatem medialnym. Naszą recenzję „Astralkera” znajdziecie tutaj.

  • Program Nyskonu 2019 już dostępny!

    Organizatorzy Nyskonu, który odbędzie się w dniach 19-21 lipca 2019 r., udostępnili program imprezy!

    Na uczestników konwentu czeka kilka stref tematycznych:

  • Recenzja mangi: Ena Moriyama - „Hrabia Monte Christo"

    hrabia monte christo

    Hrabia Monte Christo

    waneko

    Autor: Ena Moriyama
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 1
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Pomyślność i miłość sprzyjają Edmundowi Dantes. Mimo młodego wieku – 19 lat – jest obiecującym kandydatem na kapitana statku i oczekuje na ślub z ukochaną Mercedes. Podczas powrotu z rodzinnej Marsylii w 1815 roku na wyspie Elba bohater odebrał list od wygnanego Napoleona.  Ten mały kawałek papieru, o którym wiedzą jedynie narzeczona oraz pracodawca Edmunda, staje się początkiem wielkiej tragedii. Podczas ceremonii zaślubin Edmund zostaje niesłusznie oskarżony o zdradę stanu i w konsekwencji wywleczony z własnego wesela. Staje przed zastępcą prokuratora królewskiego Villefortem, który rzekomo wierzył w jego niewinność, lecz spalił jedyny dowód mogący go oczyść z zarzutów – list. Skazuje Edmunda na więzienie w twierdzy d’If – miejscu, do którego zsyłano więźniów politycznych. W takich okropnych okolicznościach poznaje włoskiego księdza Farię, którego zaczyna traktować jak mentora. Pod jego okiem chłopak z niższych sfer ma okazję kształcić się z historii, ekonomii, języków obcych. Faria powierza mu także tajemnicę skarbu hrabiego Spady, ukrytego na wyspie Monte Christo. Ksiądz uzmysławia Edmundowi, w jakim położeniu ten się znalazł, kto go zdradził i zarazem kto jest odpowiedzialny za serie nieszczęść, które go spotkały. Nie chcę odsłaniać szczegółów, dodam więc już tylko, że Edmund, skupiony na zemście, pragnie zadośćuczynienia swoich oprawców...

    Troszkę dziwi fakt, że tak skomplikowana historia została wydana w jednym tomie – liczba wątków i ich charakter spokojnie nadają się na całą serię. Autorka z pełną świadomością okroiła materiał źródłowy, aby zmieścić go w zaledwie dwunastu rozdziałach. W rezultacie bohaterowie dostają niewiele czasu, żeby pozwolić czytelnikom poznać ich osobowość i motywacje. Jak na tacy mamy podane, kto jest zły, a kto dobry. Ale przy tym cała opowieść została ukazana wyjątkowo mgliście i jest pełna niedomówień. Widzimy przebłyski potajemnych działań Hrabiego – gdzieś był i coś zrobił, aby doszło do konkretnej sytuacji (w myśl zasady: tańczą, jak im zagra), jednak czytelnik nie do końca wie, gdzie i co. W porównaniu do oryginału zdarzenia w mandze wyglądają na dość chaotyczne i zbyteczne.

    Graficznie manga prezentuje się niczego sobie. Cieszy oko przemiana zarośniętego Edmunda w ekstrawaganckiego, bogatego dżentelmena. Ściśle mówiąc, większa część tomu zawiera twarze o szerokiej gamie mimicznej, co moim zdaniem dodaje „pikanterii” fabule. Autorka ma upodobanie do ornamentacji, dbałości o detale otoczenia, a już szczególnie – o biżuterię, którą nosi Hayde. Obwoluta książki przedstawia Hrabię z tą kobietą. Na pierwszy rzut oka może to sugerować, że ta dwójka będzie w centrum wydarzeń mangi. Na okładce z kolei autorka przedstawiła zabawne historyjki z przeszłości Edmunda i Hayde.

    Patrząc na całokształt „Hrabiego Monte Christo” Eny Moriyamy, mogę powiedzieć, że to dobry tytuł, ale ze skazą. Głównie są to niejasności przyczynowo-skutkowe, które mogą zagubić czytelników. Z pewnością nie będą w stanie wyłapać wszelkich zależności między bohaterami (pomimo krótkiego wprowadzenia o postaci), jak i niektórych fabularnych powiązań między kolejnymi rozdziałami. Odbiorca zauważy, że pomiędzy fragmentami mangi wydarzyło się coś „off-screen” i będzie musiał to sobie dopowiedzieć. Mocno okrojona historia traci w konfrontacji z oryginalną powieścią. Jednakże autorka podjęła udaną próbę zachowania sensu fabularnego i wzbogaciła opowieść o smaczki z niewielkim, humorystycznym wątkiem, przez który rzuciła całkiem nowe światło na losy Hrabiego Spady.

     

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #121

    Sześć imprez, spośród których dwie zdążyły się już zacząć, ale nic straconego, gdyż potrwają one tydzień. Mowa oczywiście o największym polskim konwencie larpowym o tematyce postapokaliptycznej – OldTown – oraz o konwencie fantastycznym dla fanów twórczości Tolkiena – XXI Tolk-Folk. Nie zapomnijmy też o najstarszym i prawdopodobnie największym konwencie gier terenowych i larpów w kraju – Orkonie, który startuje już w sobotę i potrwa do soboty... dwa tygodnie później. Ponadto odbędą się konwenty takie jak: mangowy Mochicon w Rybniku, fantastyczny Krzyżakon w Malborku oraz popkulturowy La Révolution par Namicon w klimacie japońskim we Wrocławiu. No to startujemy!

  • Program Krzyżakonu już jest dostępny!

    Krzyżakon jest niewielkim konwentem, który odbędzie się w Malborku już w przyszły weekend, tj. 13-14 lipca. Co czeka na nas wśród atrakcji? Poza panelami na temat średniowiecza w grach, mitologii japońskiej w anime, historii memów z kotami czy pogadanki o uzależnieniu od gier komputerowych i Internetu, znajdzie się miejsce na spotkanie autorskie z Michałem Gołkowskim, pokaz sokolniczy, warsztaty walki mieczem i średniowiecznej kaligrafii. 

    Cały program znajdziecie tutaj.

    Banner konwentu Krzyżakon

  • Nowy początek, czyli „Księga Zepsucia”

    ksiegazepsucia1Marcin Podlewski znany jest przede wszystkim z czteroczęściowej space opery „Głębia”. Fanów twórczości tego autora z pewnością ucieszył fakt, że spod jego pióra wyszła ostatnio powieść, która otwiera nowy cykl. „Księga Zepsucia”, bo o tej książce mowa, ukazała się pod patronatem Konwentów Południowych. Jej recenzji nie mogło oczywiście zabraknąć na naszej stronie – znajdziecie ją tutaj.

  • Mamy pierwsze zdjęcia z „Wiedźmina”!

    „Wiedźmin” produkowany przez Netflixa z pewnością jest jednym z najbardziej wyczekiwanych seriali. Największe kontrowersje wzbudziło obsadzenie Henry’ego Cavilla w roli Geralta, zwłaszcza że do tej pory mieliśmy okazję zobaczyć jedynie kilkusekundowy film z próbną charakteryzacją, w dodatku kręcony w półmroku. Wczoraj na fanpage’u aktora pojawił się plakat promocyjny serialu i zdjęcia, na których możemy zobaczyć Yennefer, Geralta i Cirillę. Zdjęcia możecie zobaczyć tutaj.

    Ponadto dowiedzieliśmy się, że 19 lipca pojawi się pierwszy zwiastun serialu.

    Wiedźmin Netflix

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #120

    Znów lekka obsuwa, ale nadrabiamy! W dzisiejszym, 120. Poniedziałkowym Flashu Konwentowym, mamy cztery imprezy, z czego na jednej z nich na pewno pojawimy się w licznym gronie, a na dwóch kolejnych – w nieco mniejszym! A będą to:

    1. Dni Fantastyki we Wrocławiu
    2. Stalowowolskie Spotkania z Fantastyką VI
    3. Chalkon - Konwent Fantastyki w Chełmie
    4. Weekend z Japonią „Ikigai” w Rzeszowie
  • Pasja Minicon w Gdyni przesunięty

    Jeden z niewielu konwentów na dalekiej północy został przełożony na inny termin. Pasję MiniCon, organizowaną przez Gdyńską Bibliotekę z Pasją, przesunięto o dwa tygodnie do przodu, czyli na 29–30 listopada. Wszelkie terminy, takie jak zgłoszenia prelegentów, pozostają bez zmian.

    Konwent Fantastyki w Gdyni - Pasja MiniCon

  • Zgłoś atrakcję Polconu!

    Tylko do 11 lipca trwa nabór zgłoszeń dla twórców programu na tegoroczny Polcon. Jeśli masz pomysł na panel, prelekcję, warsztat, turniej, konkurs, LARP lub jakąkolwiek inną formę atrakcji związaną z szeroko pojętą kulturą i popkulturą, a do tego chcesz zgarnąć zniżkę za wejściówkę, zgłoś swój pomysł, wypełniając formularz dostępny na stronie wydarzenia.

    Banner Polconu

  • Recenzja mangi „Dragon Ball Z: Bitwa Bogów”

    dragon ball bitwa bogow

    Dragon Ball Z: Bitwa Bogów

    JPF

    Autor: Akira Toriyama (oryginalny pomysł), Jump Comics
    Wydawnictwo: J.P.Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 49,00zł

    Jakie seriale sprawiały, że kiedy nadchodziła godzina emisji kolejnego odcinka, wyludniały się ulice? „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie”… Coś jeszcze? Chodzą słuchy, że podwórka pustoszały również, gdy w telewizji pojawiało się anime „Dragon Ball”. Pewnie jest w tym wiele prawdy, gdyż jaki cel miałoby wydawanie tytułu skierowanego do fanów w kraju, w którym nie byłoby odpowiedniej bazy?
    Anime-comics, nowy typ mangi od Japonica Polonica Fantastica, to nietypowa jak na nasze warunki próba przeniesienia filmu „Dragon Ball Z: Bitwa bogów” z 2013 roku na karty komiksu nie tyle poprzez narysowanie całości od nowa wedle scenariusza, co zapełnienie kadrów zrzutami ekranu z animacji.
    „Dragon Ball Z: Bitwa bogów” opowiada o starciu bohaterów z bogiem zniszczenia Piwusem, który przebudził się po kilku dekadach snu, pragnąc nie tylko siać śmierć i pożogę, ale także dowiedzieć się, czy w kosmosie faktycznie istnieje, jak to zobaczył we śnie, Super Saiyanin Bóg, mogący stanowić dla niego wielkie zagrożenie. Szukając go, trafił na Ziemię, gdzie w tym czasie hucznie obchodzono urodziny żony Vegety, Bulmy. A przecież Son Gokū nie mógł dopuścić do zniszczenia planety i zepsucia imprezy.
    Fabuła komiksu nie odbiega od tego, co znamy z całej serii „Dragon Ball”. Nieprzerwane pasma zwycięstw sprawiają, że Son Gokū i jego towarzysze muszą mierzyć się z kolejnymi, coraz potężniejszymi przeciwnikami. Z każdym pojedynkiem stawka rośnie. Walka przebiega zgodnie z ustalonym w poprzednich tomach schematem, więc zanim główny bohater choćby spróbuje stanąć na wysokości zadania, jego koledzy (w większości dawni oponenci) zrobią wszystko, żeby kupić mu trochę czasu, przede wszystkim zapobiegając zniszczeniu planety przez Piwusa z nudów. Wszystkie chwyty, żarty i potrawy dozwolone.
    „Dragon Ball Z: Bitwa bogów” to nie tylko ciągłe starcia. Wątek wesela wnosi dużo humoru, jednak kosztem fabuły. Poza wymianą coraz potężniejszych ciosów, improwizowaniem nowych technik, odkrywaniem ku uciesze widza i przerażeniu przeciwnika, ile procent mocy wykorzystują wojownicy oraz wykrzykiwaniem słów, mogących uchodzić za obraźliwe określenia męskich narządów rozrodczych, jeśli się je źle zrozumie, bohaterowie lubią też sobie poświecić niczym choinka bożonarodzeniowa. Słowem, jest to standard, za który wielu kocha tę serię. Ja czułem się pod koniec trochę zmęczony brakiem większych urozmaiceń w akcji, jednak w gruncie rzeczy komiks jest za krótki (pomimo swoich ponad trzystu stron), by wystawić cierpliwość czytelnika na większą próbę.
    Zresztą nie fabuła jest tutaj najważniejsza (i chyba nigdy nie była tym, za co fani kochali ten tytuł), lecz bohaterowie. Celem autora mangi „Dragon Ball”, Akiry Toriyamy, tworzącego także scenariusz do filmu było (za namową studia) umieszczenie w nim większości istotniejszych postaci, które przewinęły się na kartach komiksu. Pojawili się więc tacy ulubieńcy czytelników jak Żółw Pustelnik, Mr. Satan, zboczona świnka Ulong i tak dalej, ale nawet ci, którzy znaczą coś w światku „Dragon Balla”, przykładowo Piccolo, nie odgrywają na ogół, poza kilkoma zdaniami oraz ewentualnie otrzymaniem „honorowego policzka” od Piwusa, większej roli. A Son Gokū? Cóż, kiedyś był potężny i głupkowaty, teraz zachowuje się jak osobnik niepełnosprawny intelektualnie, wciąż jednak obdarzony dosłownie nieziemską siłą. Jeśli chodzi o Piwusa, nie jest zwykłym chłopcem do bicia. To całkiem interesująca postać, przypominająca kota, ponieważ bywa leniwy, kapryśny i ma wyszukane podniebienie. Tworząc go, Akira Toriyama inspirował się między innymi swoim pupilem rasy Cornish Rex. Piwus z jednej strony wydaje się poczciwy, a z drugiej ma na swoje rozkazy złoczyńców pokroju Frizera. Pomimo tych sprzeczności łatwo można go polubić. Podobnie przedstawia się sytuacja z jego sługą Whysem, który bardzo dba, by bóg zniszczenia nie marnotrawił czasu na próżne rozrywki. Nowe postaci mają tę istotną przewagę nad „starą gwardią”, że otrzymali wystarczająco dużo czasu, by zaznaczyć swoją obecność.
    Jak zauważyłem na początku, tytuł powstał z połączenia scen z filmu i ułożenia ich w ciąg fabularny. W rezultacie otrzymujemy komiks w pełnej palecie barwnej. W ramach „umangowienia” kadry zostały uzupełnione o onomatopeje oraz opisy ruchów wykonywanych przez bohaterów. Niestety, wrażenie pędu czy nabierania prędkości oraz efekt fali uderzeniowej, które w komiksach są na ogół przedstawione za pośrednictwem otaczających przedmiot lub osobę kresek, tutaj zostały oddane za pomocą lekkiego rozmycia kadru, co jest naturalne dla animacji, ale w komiksie wygląda nieco dziwnie. Niemniej oprawa graficzna sprawia dobre wrażenie, tak samo jak powiększony format czy wysokiej jakości papier, na którym wydrukowano komiks.
    Podsumowując, mangę „Dragon Ball Z: Bitwa bogów” czytało mi się dobrze pomimo pewnych dłużyzn. Na korzyść tytułu przemawia obecność sporej ilości lekkiego humoru i mnóstwa scen akcji w drugiej połowie. Fani (z wyjątkiem tych, którym nie spodobał się film) mogą spokojnie sięgnąć po tę pozycję.

     

     

  • Recenzja mangi „Odrodzony jako Yamcha”

    odrodzony jako yamcha

    Odrodzony jako Yamcha

    JPF

    Autor: dragongarow LEE i Akira Toriyama
    Wydawnictwo:J.P. Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 18,90zł

    Pewnie każdy, kto spędził z mangą lub serialem „Dragon Ball” (w jednej z jego licznych wersji) chociaż ze sto kilkadziesiąt odcinków, kojarzy takie postacie jak Son Gokū czy Vegeta. Takich bohaterów się nie zapomina! A Yamcha? Właśnie, kim jest tytułowy bohater mangi „Odrodzony jako Yamcha”? Zapytałem o to będącego większym znawcą ode mnie kuzyna, który odrzekł: „Yamcha? To taki frajer”. Ale nadchodzi czas, kiedy Yamcha przestaje być pośmiewiskiem.

    „Odrodzony jako Yamcha” to manga autorstwa dragongarow LEE i spin-off serii „Dragon Ball”, której wielkim fanem jest mangaka. Została ona zamówiona i wydana przez wydawnictwo Sueisha. Mnie przywodzi ona na myśl typowy fan fiction.

    Opowieść zaczyna się we współczesnej Japonii. Pewien uczeń liceum, prywatnie wielki fan „Dragon Ball”, ulega wypadkowi, w wyniku którego traci przytomność i odradza się w ciele jednego z bohaterów swojej ukochanej mangi, tytułowego Yamchy. Dlaczego jednak się odrodził i czy stoją za tym zamierzenia jakiejś siły wyższej?

    Odrodzony jako Yamcha chłopak nie ma nieziemskich mocy, z czego zresztą doskonale zdaje sobie sprawę. Jednak będąc znawcą tematu wie, jak może nie tylko podnieść swoją siłę, ale i wziąć aktywny udział w nadchodzących starciach. Realizuje też własne plany ubiegnięcia Vegety w ożenku z piękną Bulmą.

    Manga, co oczywiste, gdy weźmie się pod uwagę jej objętość, składa się z krótkich epizodów, nie jest próbą ponownego opowiedzenia całej historii znanej z „Dragon Ball” tylko z Yamchą w roli głównej. Z czasem akcent zostaje przeniesiony z prostego odtwarzania pewnych starć w kierunku problemów uwięzionego w ciele wojownika chłopaka. Przypuszczam, że gdyby nie konieczność zamknięcia się w jednym tomiku, historia mogłaby się ciągnąć jeszcze długo, doprowadzając być może nawet do stworzenia własnego uniwersum. Konieczna jest choćby pobieżna znajomość świata „Dragon Ball” (także jej najnowszej odsłony, czyli „Dragon Ball Super”), aby nie tylko wyłapać jak najwięcej nawiązań, ale też by w ogóle wiedzieć, co się dzieje. Nie trzeba jednak pamiętać wszystkich szczegółów z życia Yamchy, gdyż bohater na bieżąco wyjaśnia, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej i jak pierwotnie potoczyły się wypadki. Cóż, taki już urok fan fiction.

    Styl rysunków wyraźnie się różnicuje, gdy akcja dotyczy naszego świata i w momencie, gdy przenosi się do uniwersum „Dragon Ball”, w którym głównie rozgrywa się akcja komiksu. Widać to przede wszystkim w sposobie rysowania postaci – nieco bardziej realistycznym w przypadku oryginalnego „projektu” głównego bohatera przed odrodzeniem jako Yamcha. Jednak w obu przypadkach można dostrzec podobieństwa w rysowaniu detali twarzy (np. otarcia czy zadrapania). O tłach nie trzeba się rozpisywać, bo poza mało charakterystycznymi blokowiskami z naszego świata będziemy widzieć głównie rozbijane i niszczone potężnymi uderzeniami wojowników skały. Na ogół style dragongarow LEE i Akiry Toriyamy są na tyle zbliżone, że trzeba włożyć nieco wysiłku, by odróżnić spin-off od oryginału.

    Jak podsumować mangę „Odrodzony jako Yamcha”? Chyba najlepsze będzie określenie, że jest to komiks od fana dla fanów. Jeśli nie lubisz tej serii, nie ma sensu po nią sięgać. Ale trzeba przyznać, że nawet ja, osoba, która nie aspiruje do bycia fanem „Dragon Ball”, bawiłem się z tym tytułem naprawdę dobrze.

  • Warsaw Comic Con dopiero w przyszłym roku – znamy datę!

    Poznaliśmy datę VI edycji Warsaw Comic Con. Wedle schematu z poprzednich lat impreza powinna wypaść jesienią tego roku. Wygląda jednak na to, że zrezygnowano z organizowania dwóch wydarzeń rocznie, ponieważ najbliższa odsłona warszawskiego festiwalu odbędzie się w dniach 17–19 kwietnia 2020 roku. Czy organizatorzy wreszcie wzięli sobie do serca niezadowolenie uczestników i takie zmiany pomogą poprawić jakość Warsaw Comic Con oraz uniknąć błędów? 

    Banner Warsaw Comic Conu

  • Koncert na XIV Dniach Jakuba Wędrowycza!

    Dni Jakuba Wędrowycza dają przede wszystkim możliwość pójścia śladami znanego awanturnika i bliższego poznania jego persony, ale też oferują cały wachlarz różnych atrakcji. Wśród nich znajdą się między innymi koncerty. W tym roku wystąpią trzy zespoły. Dla fanów muzyki etnicznej i folkowej zagrają Ethnopolia i Drewutnia, a miłośnicy gitar będą mogli zrelaksować się przy brzmieniach Con-Q-Band.

    Banner Dni Jakuba Wędrowycza

  • Poniedziałkowy Flash Konwentowy #119

    Ostatni poniedziałek czerwca, a to oznacza, że oficjalnie za tydzień zaczynamy wakacje! A przynajmniej część z nas. Ostatnimi imprezami tego miesiąca będą:

    1. XXVI Międzynarodowy Festiwal Fantastyki w Mierkach (niedaleko Olsztyna),
    2. festiwal LarpArtw Gliśnie Wielkim (na północy kraju),
    3. Orichalcum 3 w Głuchowie (mniej więcej między Łodzią a Warszawą).

    Wybieracie się na którąś z nich?

  • Recenzja mangi „Card Captor Sakura”

    card captor sakura

    Card Captor Sakura

    waneko

    Autor: CLAMP
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 12
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    „Card Captor Sakura” jest jednym z najpopularniejszych na Zachodzie dzieł grupy CLAMP, jednocześnie w Polsce będącym relatywnie mało rozpoznawanym. Czy jest to słuszne, nie mnie oceniać, z pewnością jednak można uznać, że manga ta idzie pod prąd prawie wszystkim obecnie rozpowszechnionym trendom w gatunku mahō-shōjo. Tylko czy zaszufladkowanie jej jako oldschool jest wystarczającym powodem, by po nią sięgnąć?

    Warto zresztą dodać, że polscy fani mangi i anime mogli zapoznać się z pierwszym tomem mangi „Card Captor Sakura” już w 2002 roku, kiedy to w wydawanym przez Waneko czasopiśmie „Mangamix” przedrukowano pierwszy tom, a więc w czasach, gdy CLAMP był w naszym kraju naprawdę popularny. Dlatego mimowolnie przychodzi na myśl pytanie: dlaczego to wtedy nie chwyciło?

    Przenieśmy się na chwilę do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Pewnego dnia uczennica szkoły podstawowej, Sakura Kinomoto, odkryła w bibliotece swojego ojca książkę, po otwarciu której dowiedziała się trzech rzeczy. Po pierwsze, że ma magiczną moc, bo tylko osoba z magicznymi zdolnościami mogła ją otworzyć. Po drugie, że przy okazji uwolniła z księgi tzw. karty Clowa, które od tej chwili będą siały na świecie zło i zniszczenie. Po trzecie zaś, że w związku z powyższym osobiście musi wyłapać wspomniane karty, w czym pomoże jej nieudolny strażnik księgi – skrzydlaty lewek noszący imię Kerberos.

    Kojarzycie może takie tytuły jak „Mahō-Shōjo Madoka Magica” czy ostatnio wydane w Polsce „Czarodziejki.net”? Jeśli podobają się wam te tytuły, to powinniście wiedzieć, że „Card Captor Sakura” podchodzi do tematu mahō-shōjo w zupełnie odmienny sposób. W czasach, kiedy ta manga się ukazywała, mahō-shōjo wciąż opowiadało o walce dobra ze złem, a nie było survival horrorem.

    Manga posiada prostą fabułę, a zwieńczeniem każdorazowych zmagań Sakury ze złem jest odzyskanie kolejnej karty Clowa. Oznaką, że taka karta znajduje się w pobliżu, są nietypowe zdarzenia, jak np. wciąganie pod wodę pływających w basenie ludzi, masowe halucynacje itd. Zło, jak to w życiu bywa, czyha dosłownie za rogiem, a już na pewno w zasięgu poruszającej się na łyżworolkach Sakury. Walki mają pewien walor taktyczny, gdyż nie wszystkie karty posiadane przez Sakurę nadają się w równym stopniu do wykonania pewnych zadań. Nieliczne są co prawda łatwe do okiełznania, ale większość trzeba kontrolować w określony sposób. Niczym w grze karcianej, właściwości niektórych kart czynią je w większym stopniu zdatnymi do walki, inne z kolei wymagają bardziej strategicznego podejścia. Ten taktyczny wymiar jest jednak przedstawiony pobieżnie, a krótki czas trwania pojedynków i założenie, że manga skierowana jest do młodszego odbiorcy, nie pozwala na osiągnięcie odpowiedniego napięcia. Przy dłuższych posiedzeniach może być to męczące, ale jeśli przegląda się mangę od czasu do czasu, nie będzie aż tak odczuwalne.

    Pomimo tych ograniczeń mangę „Card Captor Sakura” czyta się nieźle, dzięki pewnym typowo „CLAMP-owskim” cechom tego tytułu. Jedną z nich są przeurocze postacie. Nie może być inaczej, skoro bohaterów wprost rozpiera dobroć i chęć niesienia pomocy innym. Ich traumy i lęki są dawno oswojone i nie pozostawiły głębokich urazów psychicznych, środowisko nie jest zaborcze, sytuacja ekonomiczna jest wystarczająco dobra, by nie trzeba było martwić się o jutro. Bohaterowie nie mają co prawda rozwiniętych charakterów, ale są one dostatecznie wyraziste, by nie zlały się w jedną, szarą, choć polukrowaną z wierzchu masę.

    Kolejnym, moim zdaniem typowym dla CLAMP-a, wyróżnikiem jest nieprzeciętny urok, z jakim są narysowani bohaterowie, co dobrze oddaje ich osobowość. Dzięki temu z większą chęcią śledzimy ich pozbawiony silnych (w każdym razie negatywnych) emocji prozaiczny żywot. Te pełne miłości oczy, łagodne rysy twarzy, zadbane fryzury i nowe sukienki, które na każdą misję zakłada Sakura, wypalą się w waszych oczach niczym znak właściciela na boku krowy. „Card Captor Sakura” oddaje wiernie swoje czasy, pokazując nam przedmioty życia codziennego, które nabrały ostatnio kultowego charakteru, jak na przykład magnetowidy, łyżworolki czy pagery. Retro jest dzisiaj w modzie, ale najlepsze w tym jest to, że „Card Captor Sakura” uchwyciła ten moment w czasie, gdy to wszystko było żywe i prawdziwe, a nie tylko na chłodno wykalkulowanym komercyjnym zabiegiem.

    Podsumowując, mangę „Card Captor Sakura” czytało mi się przyjemnie, choć odbierałem ją trochę jako produkt swojej epoki i nie jestem pewien, czy przyjąłby się on tak dobrze dzisiaj, przynajmniej wśród niedocelowego czytelnika. Nie ukrywam, że moim zdaniem jest to manga dla dzieci i fanów grupy CLAMP.

  • Recenzja książki: Marcin Kiszela - „Ostatni prorok"

    ostatni prorok

    Marcin Kiszela - „Ostatni prorok”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 318
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Marcin Kiszela wbrew pozorom nie jest autorem nowym na polskim rynku wydawniczym. Pod tym nazwiskiem kryje się Dawid Kain, autor takich książek, jak „Fobia” czy też recenzowanych już przeze mnie „Oczu pełnych szumu”. „Ostatni prorok” to debiut twórcy pod jego własnym nazwiskiem.

    Ludzie często zastanawiają się co by było, gdyby… A co, jeśli w jakiejś sytuacji postąpiliby inaczej, jeżeli opcja przez nich wybrana jest błędna i może doprowadzić do końca świata? Można nad tym tylko debatować, jednak te osoby mają jakiś wpływ na dalsze koleje losu. Gorzej się mają sprawy, gdy jesteś tylko obserwatorem. Nie istniejesz, a jednak egzystujesz. Bez wpływów, bez możliwości dotyku, podróżując tylko od wspomnień do wspomnień, nie mogąc umrzeć, ale nie mogąc również w pełni żyć.

    Świat przedstawiony w powieści zmienia się z rozdziału na rozdział. Tekst podzielony jest i opisany datami, określającymi czas akcji. Czytelniczą wędrówkę rozpoczynamy w Krakowie w latach dzieciństwa Damiana (1994–1999). W kolejnych rozdziałach lokalizacja pozostaje ta sama, jednak przenosimy się w zaawansowaną, zupełnie skomputeryzowaną przyszłość – od roku 2022 i dalej.

    Głównym, najważniejszym bohaterem powieści wydaje się sam narrator, o którym nie do końca wiadomo kim lub czym jest. Podczas czytania niejednokrotnie zdarzyło mi się o nim zapomnieć, gdyż tylko opowiadał o losach reszty. Istotnymi postaciami są również Damian, Ksawery i Agata. Tytułowy prorok, Damian, to chłopak z naprawdę trudną przeszłością, wpływającą na jego obecne życie. Ukończył psychologię, jednak przez narastającą depresję, psychozę oraz bezsenność sam, jak na ironię, zaczął potrzebować pomocy psychologa. Ksawery to najlepszy przyjaciel Damiana. Pracuje w firmie CyberArts, jednej z największych korporacji w branży gier i doświadczeń elektronicznych. Chłopak z dnia na dzień coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością, powoli nie odróżniając realu od przepięknej fikcji. Agata jest dziewczyną Damiana. Stara się, jak może, wyciągnąć chłopaka z depresji, robiąc z tego swoją wielką misję.

    Marcin Kiszela nie oddalił się za bardzo od klimatu wcześniejszej twórczości. „Ostatni prorok” porusza ważne problemy, jak depresja, samobójstwo, przymus szybkiego dorastania czy też ucieczka przed wszystkimi problemami w świat wirtualny, skutkująca zatarciem się granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją. W świecie, który wydaje się nie tak odległy, gdyż w dzisiejszych czasach technologia rozwija się w zatrważającym tempie i już obecnie komputery przy niektórych pracach są w stanie zastąpić ludzkość, a sprzęt VR nie jest niczym wyjątkowym, coraz łatwiej jest zatracić granice i wpaść w uzależnienie od internetu. Z pozoru niegroźne, a jednak nas od siebie oddalające. Zaczynamy żyć życiem innych, przestajemy umieć się ze sobą porozumiewać bez możliwości skorzystania z komunikatora.

    Język w „Ostatnim proroku” jest prosty, ale nie banalny. Pełen humoru, wzbogacony o ciekawe słownictwo oraz różne nawiązania do dzieł kultowych. Co jakiś czas wydarzenia pozornie przestają mieć sens, jednak gdy już rozwiązujemy zagadkę, nagle wszystko staje się nad wyraz oczywiste.

    Minusami powieści jest ponownie ilości zmarnowanego papieru. Nic nie wnoszące, puste białe kartki pomiędzy niektórymi rozdziałami, które ze względów ekologicznych są zupełnym marnotrawstwem. Ponadto czasem odnosiłam wrażenie, że niektóre wydarzenia z życia bohaterów mogłyby zostać pominięte. Owszem, w części wzbogacały portret psychologiczny protagonistów, ale niekiedy były tylko zbędnym zapychaczem, który dzielił nas od rozwiązania tajemnicy.

    W mojej opinii „Ostatni prorok” jest pozycją wartą przeczytania. Ciekawe, dobrze rozwinięte postacie, psychodeliczny klimat i teoretycznie niemożliwa do rozwiązania zagadka – to wszystko sprawia, że książki Marcina Kiszeli są wspaniałym doświadczeniem, którego choć raz w życiu należy spróbować.