Konwenty Południowe - Recenzja: Marcin Jamiołkowski - „Keller”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Marcin Jamiołkowski - „Keller”

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 291
Cena okładkowa: 34,90 zł

Wedle powszechnej opinii my, Polacy, nie jesteśmy narodem, który szczególnie słynąłby z dystansu do swojej tożsamości i przeszłości. Dlatego też to jest ciut niebezpieczna sprawa - pisać fantastykę, nawet naukową, która byłaby naprawdę polska. Z jednej strony mamy przecież całą masę narodowych kompleksów, a z drugiej z nabożną czcią odnosimy się do ważnych historycznych figur z kraju nad Wisłą, szafując na lewo i prawo oskarżeniami o brak poszanowania dla naszych przodków. Nie przeszkadza nam to jednak w robieniu maślanych oczu pod adresem kultury zachodu i czerpaniu z niej pełnymi garściami jeśli chodzi o literaturę, film, a nawet sposób ubierania się na co dzień. Dlatego też, słysząc o "space operze z narodowymi akcentami", podszedłem do "Kellera" ze sporą dozą ostrożności, spodziewając się albo naiwnej wizji wielkiego a niezwyciężonego kosmicznego imperium pod biało-czerwonym sztandarem, albo tworu na typowo amerykańską modłę, w którym ktoś najwyżej bąknie coś nieśmiało o swoich nadwiślańskich korzeniach, żeby – Boże, chroń! - nie zranić czyichś uczuć patriotycznych. Szczęśliwym trafem okazało się, że żaden dystans zdecydowanie nie był tu potrzebny.

Nowa książka Marcina Jamiołkowskiego rzuca czytelnika od razu w rwący nurt wydarzeń: rekreacyjna wizyta na Marsie kończy się dla Iana Kellera i reszty załogi "Truposza", bandy przemytników, najemników i ogółem raczej niesympatycznych typów spod ciemnej gwiazdy, przymusową ucieczką przed patrolem kosmicznej policji. O dobrowolnym poddaniu się rewizji nie może być mowy – załoganci "Truposza" nie tylko przemycają akurat grupkę prostytutek (koncesjonowanych, co prawda, tylko ciut niepewnych płciowo) z Ziemi, w ładowni statku znajduje się także pewien przedmiot tak nielegalny, jak również istotny jest dla wykonywanej przez nich misji. Misji, od której powodzenia zależeć będzie sytuacja polityczna układu Polonusa oraz losy przytulnej posiadłości Kellera, która pechowo wpadła w oko członkom wywiadu. Jakież to zadanie? Mówiąc wprost – polecieć do układu Pontifeksa, jednej z dwóch siedzib Stolicy Piotrowej po wielkiej schizmie, po to, by wykraść stamtąd cenną relikwię. Relikwią tą okazują się papieskie kości... I to nie byle które, bo należące wcześniej do papy Jana Pawła II.

No właśnie. Jak widać, Marcin Jamiołkowski w swojej powieści kompletnie nie przejmuje się głosami oburzenia ze strony "lepszego sortu Polaków", w przepyszny sposób bawiąc się kliszami, które każdy z nas ogląda na co dzień – i pokazując je nam przez zgrabny filtr przyszłości, w której ludzkość sięgnęła gwiazd. Kontrowersyjne? Być może. Zaskakujące i ciekawe? Z całą pewnością! Nareszcie ktoś się odważył przełamać strach przed dyskusją tych naszych nienaruszalnych świętości, dotąd stawianych na piedestale, ale nie dotykanych w strachu przed ich kruchością i tak pozostawionych na pastwę kurzu – a to, jak się okazuje, zdecydowanie wychodzi to na dobre tak im, jak i powieści. Odświeżone, zobaczone w nowym świetle będą przecież zapamiętane lepiej niż przez powtarzanie wciąż i znowu tej samej mantry...

Jednak przede wszystkim "Keller" jest książką pełną charakteru – tekst z okładki cytuje Pawła Majkę mówiącego o "klasycznej awanturniczej space operze". Sprzeczać się z nim nie sposób: akcja nie ustaje ani na chwilę, a całość czyta się jednym ciągiem, z zapartym tchem. Doświadczymy tu wszystkiego, co w ramach gatunku najlepsze – scen kosmicznych pościgów i batalii, niebezpiecznych romansów, zuchwałych kradzieży. Będzie i bezlitosna zemsta, i chwila na nostalgiczną refleksję, a całość okraszona solidną dawką rubasznego, swojskiego humoru. "Keller" jest jednak klasyczny także z innego powodu – po drobnych zmianach dekoracji mógłby przejść nie jako space opera, ale jako powieść przygodowa osadzona w czasach rozbiorów. Pełnymi garściami czerpie z dorobku romantyzmu, ukazując jednak te same motywy w oryginalny, unikalny sposób. Przebrzmiewa w nim ta sama tęsknota za lepszymi dniami drogiej ojczyzny – podana na rozgrzanych lufach laserowych dział, wśród ryku silników i blasku eksplozji.

Kreacja bohaterów zasługuje na osobną wzmiankę. Zarówno załoga "Truposza", ich sojusznicy, jak i przeciwnicy to okazy jakich mało, mimo pobieżnej prezentacji aż kipiące od charakteru i ikry. To istna galeria osobliwości: bohater wojenny po poważnych przejściach (przyznaję – mimo woli wyobrażałem sobie Bogusława Lindę w roli Kellera, werbalizując w głowie jego kwestie głosem tego aktora) i jego wierny towarzysz - efekt zaawansowanej inżynierii genetycznej, tajemniczy obcy zdolny na życzenie dowolnie zmieniać kształt, czarnoskóry medyk pokładowy, koszmarny lubieżnik i pasjonat odlotów swobodnych. Jest miejsce dla diabolicznego generała o stalowej ręce i akcencie rodem zza Buga, są kobiety fatalne jak wyrwane z "Neuromancera" oraz niemal baśniowe damy w opresji, nie zabraknie też zdeprawowanych hierarchów kościelnych... Wszechświat wykreowany przez Jamiołkowskiego pełen jest ludzi z duszami, zapadających w pamięć i wyjątkowych.

Podsumowując – "Kellera" przeczytać warto. Nie tylko stanowi fenomenalną odtrutkę na trapiące nas narodowe przywary, jest po prostu i przede wszystkim kawałem porządnej fantastyki naukowej, ze świetnie ukazaną wizją przyszłości, bohaterami, których nie sposób nie lubić oraz akcją tak wartką, że porwie najmocniej stąpające po ziemi przypadki. Polecam - nawet tym, którzy uważają, że space opera to nie ich gatunek.