Konwenty Południowe - Recenzja książki: William King - „Wilcze Ostrza”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

wilcze ostrzaWilliam King - „Wilcze Ostrza”

copernicus corporation Autor: William King
Wydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 334
Cena okładkowa: 39 zł 

Polscy fani Warhammera 40 000 zdecydowanie nie mieli szczęścia, jeśli chodzi o cykl o Ragnarze Czarnogrzywym – „Wolfblade”, bo taki tytuł nosi czwarta jego część w oryginale, został wydany za granicą już w 2003 roku, do nas jednak nie dotarł w ogóle. Aż do teraz, bo oto trzynaście lat po światowej premierze dzięki uprzejmości Copernicus Corporation możemy wreszcie poznać kolejny epizod z życia Ragnara i dowiedzieć się, czy zgubienie włóczni Russa aby wyszło mu na zdrowie. Czy warto było czekać? Przekonajmy się. Oto „Wilcze Ostrza”, czwarty tom przygód najmłodszego z Wilczych Lordów.

Tytułowe Wilcze Ostrza to elitarna formacja strażników domu Nawigatorów Belisarius (tłumacz podpowiada: Belizariuszy) na świętej Terrze. Do obowiązków tejże formacji należy, oprócz ochrony członków domu, także trzymanie pieczy nad wyszkoleniem jego sił zbrojnych, stanowią również elitarną jednostkę uderzeniową, zajmując się zarówno otwartą walką, jak i akcjami z pogranicza szpiegowskich i skrytobójczych. Wilcze Ostrza rekrutują się wyłącznie spośród szeregów jednego tylko zakonu Adeptus Astartes, Kosmicznych Wilków. Wbrew temu, co można by sądzić, mimo że Dom i Zakon łączy pradawny pakt, służba w Ostrzach nie jest uważana za zaszczyt wśród wojowników z Fenrisa – główny bohater cyklu, Ragnar, trafia tam w ramach kary. Jego bohaterski zryw może i powstrzymał powtórne przyjście Magnusa, upadłego prymarchy Tysiąca Synów, ale spowodował utratę przez Zakon jednego z jego najświętszych artefaktów. Nie sposób się dziwić, że głowa zakonu postanowiła odesłać go tak daleko – chociaż po cichu zgadza się z decyzją, jaką podjął młody wtedy Ragnar, chce uchronić go przed gniewem współbraci. Tak oto wychowany na dzikim Fenrisie wojownik musi zstąpić w obcy dla siebie świat niewyobrażalnego bogactwa, dworskich intryg i wielkiej polityki…

Jak przystało na powieści osadzone w tym uniwersum, dwie rzeczy zdecydowanie trzymają w „Wilczych Ostrzach” przyzwoity poziom. Pierwsza to opisy starć – te są dynamiczne, brutalne i zdecydowanie dobrze wpasowują się w nastrój ponurego świata odległej przyszłości, w której liczy się tylko wojna, niczego innego jednak nie spodziewałbym się po Williamie Kingu. Druga zaś – to całkiem przyzwoita, poprawna, choć może niekoniecznie oryginalna intryga, wokół której skonstruowana jest fabuła książki. Nie zrozumcie mnie źle – ostatnia część cyklu o Ragnarze może nie zadziwi ani nie poruszy kogoś, kto wychował się na „Diunie”, rozgrywki polityczne mające miejsce na świętej Terrze zostały jednak przedstawione w sposób godny funkcji, jaką planeta ta sprawuje we wszechświecie czterdziestego pierwszego millenium, świetnie ilustrując zepsucie, które trawi święte serce Imperium Człowieka.

Dla mnie jednak tym, co „robi” tę książkę jest postać samego Ragnara – prostego woja pochodzącego z Fenrisa, cywilizacyjnie niezbyt zaawansowanego, tkwiącego nadal w stadium plemiennym, nieprzyjaznego mieszkańcom i turystom kosmicznego zadupia – który nagle staje w obliczu rzeczywistości zupełnie innej niż ta, która go ukształtowała, którą dobrze zna i rozumie. Różnego rodzaju wątpliwości czy zdziwienie lokalnymi obyczajami, przepychem czy rozpasaniem mieszkańców Terry towarzyszą mu na każdym kroku – i to przedstawienie tego „szoku kulturowego” na kosmiczną skalę jest, moim zdaniem, najmocniejszą cechą całości.

Ku mojemu zaskoczeniu, jak na książkę z uniwersum Warhammera akcja w „Wilczych Ostrzach” rozwijała się cokolwiek wolno – po mocnym wstępie, który rzuca nas w sam środek bitwy, następuje spory fragment sprawiający wrażenie po prostu suchego, kiedy Ragnar zostaje osądzony, skazany na służbę Belizariuszom i wysłany na Terrę, gdzie próbuje się powoli zaklimatyzować. Powieść traci wtedy trochę ze swojego impetu, na szczęście jednak odzyskuje go przyzwoicie, kiedy intryga zaczyna zataczać coraz szersze kręgi.

Jak prezentują się pozostali bohaterowie? Nieźle, choć bez rewelacji. Chociaż drugoplanowe postaci Wilczych Ostrzy przejawiają dokładnie takie cechy, jakie przejawiać powinny – pozostałe Wilki są bezpośrednie, skore do bitki i chętnie przechwalają się swoim męstwem, prześcigając w drobnych słownych złośliwostkach, zaś na przykład członkowie Terrańskiej arystokracji odpowiednio wyniośli i dystyngowani – podczas lektury przyłapywałem się na tym, że raz na jakiś czas kogoś ze sobą myliłem. Brak im indywidualności, odrębności od reszty członków grup, które reprezentują – a to, niestety, jest spora wada. Jedyną osobą, która jako-tako odróżniała się od reszty, była Gabrielle, córka Belizariuszy i Nawigator, którą powierzono opiece Ragnara. Dialogi pomiędzy nią i Ragnarem bardzo fajnie oddają niezręzność całej sytuacji – on jest Kosmicznym Wilkiem, czyli kimś o parę oczek wyżej od przeciętnej ludzkiej istoty, zaś ona (może nie do końca "przeciętna", w końcu to Nawigator – ale wciąż trochę poniżej Ragnara w złożonej hierarchii Imperium)... jego przełożoną.

„Wilcze Ostrza” są pozycją solidną, choć bez rewelacji – warsztatowo przeciętną, ale porządną w swojej przeciętności. Fani Warhammera pewnie sięgną po nią z ochotą, szczególnie zaś ci, którzy zakon Kosmicznych Wilków cenią ponad wszystkie inne. Jeśli zaś chodzi o pozostałych... Myślę, że nie stracą wiele, jeśli postanowią przeczytać w tym czasie coś innego, ale równie mało stracą, jeśli zechcą jednak po nią sięgnąć.