Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Recenzja książki: Feliks W. Kres – „Król Bezmiarów”

    Tytuł książki

    Feliks W. Kres - „Król Bezmiarów”

    Nazwa Wydawnictwa

    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 705
    Cena okładkowa: 59,90 zł

    „Księga Całości” jest najbardziej znanym cyklem Feliksa Kresa, opisującym fantastyczny świat zbliżony do naszego późnego średniowiecza, ale kształtowany przez dwie magiczne siły – Szerń i Aler. Te dwie nieokiełznane, ledwo rozumiane przez nielicznych mędrców potęgi definiują wszystko, co żyje. To one, na przykład, nadają różnym gatunkom świadomość (do tej pory tylko ludziom, kotom i sępom, a także barbarzyńskim bestiom znanym z „Północnej granicy”). Wzajemne ścieranie się Szerni i Aleru czasami sprawia, że na powierzchnię nazwanego ich imionami globu, Szereru, trafiają czasami rzeczy, które znaleźć się tam nie powinny – przedmioty i zjawiska wściekle potężne i wściekle niebezpieczne. Pół biedy, kiedy taki artefakt trafi w ręce kogoś, kto rozumie, z czym ma do czynienia. Do prawdziwego nieszczęścia dochodzi, kiedy jeden z tych porzuconych przedmiotów zdobędzie ktoś, kto nie tylko nie wie, na co się porywa, ale sam z siebie jest też kimś wściekle potężnym i niebezpiecznym… Jak, na przykład, najgroźniejszym piratem pływającym po morzach Bezmiaru. Oto „Król Bezmiarów”, druga część cyklu, w roku wydania (1992) doceniona nagrodą im. Janusza Zajdla, a w tym roku wznowiona przez Fabrykę Słów.

    Kapitan K. D. Rapis, okryty niesławą oficer marynarki, już za życia doczekał się legend na swój temat. Najbardziej gwałtowny, zajadły, przebiegły i w dodatku podobno nieśmiertelny pirat dowodził załogą „Węża Morskiego”, okrętu, którego ponura sława ogarniała całe morza południowe od Wysp Końca, poprzez Garrę, aż do Agarów na wschodzie. Ani kupcy, ani podróżnicy, ani odkrywcy, ani nawet marynarka Cesarstwa Armektu – nikt nie mógł czuć się bezpieczny od zakusów „Demona Walki” Rapisa. Nawet sam kapitan nie zdawał sobie jednak sprawy, że całą moc, którą władał, zawdzięczał jednemu rubinowi, który, jak sam twierdził, nosił ze sobą „na szczęście”. Zagadkowa śmierć Rapisa uruchamia cały łańcuch wydarzeń, trwających przez całe lata, których końcowy efekt wstrząśnie całą Garrą, a nawet posadami Cesarstwa – i to jego najbardziej zaufany człowiek, nawigator Raladan, będzie musiał posprzątać ten bajzel.

    Już od pierwszych stron „Króla Bezmiarów” da się zrozumieć, dlaczego powieść doczekała się Zajdla. Autor znakomicie buduje bowiem nastrój przygodowej powieści marynistycznej. Marynarskie realia ukazane są z wysoką dbałością o szczegóły, dawkowane jednak w taki sposób, by nie zanudzić czytelnika. Dzieje się bardzo dużo – bitwy morskie, napady, brawurowe ucieczki i ciemne interesy, wszystko to wciąga i sprawia, że aż chce się czytać dalej. A potem Rapis umiera.

    To jest dobry moment, by wspomnieć o bardzo ważnej rzeczy. Świat Szereru jest okrutny, a autor wcale nie szczędzi swoim bohaterom wydarzeń przykrych i budzących szczerą odrazę. To, co spotyka Ridaretę, porzuconą córkę kapitana, z rąk jej własnego ojca, jest paskudne i gorszące, a później będzie jeszcze gorzej. Czytelnicy o wrażliwych podniebieniach – zostaliście ostrzeżeni.

    No więc Rapis ginie, a palma pierwszeństwa przypada jego nawigatorowi, Raladanowi – ciekawa, charakterna postać na swój własny sposób, miejscami nawet lepsza pod tym względem niż pierwotny protagonista – oraz Ridarecie, którą tamten obiecał chronić za wszelką cenę. Przygodowy charakter powieści utrzymuje się jeszcze przez chwilę, ale wraz z pojawianiem się kolejnych bohaterów zaczyna się nieubłaganie zmieniać. Kilku z nich – bo „Król Bezmiarów” to historia w trzech częściach, z których każda wprowadza do akcji innych bohaterów pobocznych i wysuwa na pierwszy plan inny motyw tej zagmatwanej historii.

    Parę wątków biegnie tu równocześnie – mamy Raladana starającego się wyjaśnić sprawę tajemniczego kamienia oraz jego związku z córką kapitana, są poszukiwania ukrytego skarbu kapitana Rapisa, ale też polityczny tygiel konkurujących ze sobą zwaśnionych stronnictw, a także Garyjskie elity (i bardzo przebiegłą i wpływową panią lekkich obyczajów) przygotowujące się do powstania przeciwko Cesarstwu. Sprawia to, że w utworze wiele się dzieje, więc czytelnik nie powinien narzekać na nudę. O ile jednak wątki przygodowe był ciekawie poprowadzone, o tyle mam wrażenie, że ta „polityczna” część utworu została potraktowana mocno po macoszemu – Kres wprowadza motyw powstania, bohaterowie coś tam knują i kopią pod sobą dołki, a potem nagle myk! – i rozwiązane. I, co gorsza, trochę bez konsekwencji, ale trudno wytłumaczyć tu brak konsekwencji bez zdradzania szczegółów fabuły. Dość powiedzieć, że to, co zamierzali, w oparciu o to, co przedstawiono w powieści raczej nie miało prawa się udać – a jednak, z jakiegoś powodu, udaje się śpiewająco. Ci z czytelników, którzy pamiętają moją recenzję „Północnej Granicy” kojarzą być może, że narzekałem na sposób, w jaki akcja powieści została rozwiązana. Tutaj… Jest pod tym względem znacznie gorzej.

    Poza tym zdarzyło mi się zazgrzytać zębami na kilka innych zdarzeń – jak choćby spalony wrak statku świętej pamięci kapitana, wyłaniający się z głębi morza i taranujący okręt bohaterów akurat wtedy, kiedy fabuła wymaga, żeby koniecznie gdzieś utknęli. Nie znajdujemy ani słowa wzmianki o tym, skąd się wziął, dlaczego akurat tam, bohaterowie też nie za bardzo komentują to raczej nieoczekiwane i dość przerażające zjawisko. Gdybym to ja (dwa razy!) przeżył spotkanie z okrętem widmo, raczej nie potrafiłbym się zamknąć na ten temat. A ci? Trochę pogdybają, trochę ponarzekają, po czym zajmą się czymś innym. Na morzach Szereru musi być cholernie tłoczno, skoro takie rzeczy są na porządku dziennym.

    Wiele osób chwali „Króla Bezmiarów” przede wszystkim za klimat i złożoność fabuły – mi nie przypadł do gustu. Może się jednak spodobać komuś, kto ceni sobie takie żeglarskie fantasy, lubi doszukiwać się ukrytych powiązań pomiędzy wątkami, albo komu odpowiada styl autora, a jednocześnie nie ma niczego przeciwko temu, żeby od czasu do czasu przymknąć oko na nie do końca konsekwentne rozwiązania przedsięwzięte celem prowadzenia fabuły naprzód. Jedno mogę powiedzieć na pewno – to powieść skrajnie nieprzewidywalna, w której sytuacja wielokrotnie zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Jeżeli trafi na właściwego czytelnika, ma potencjał dostarczyć mu mnóstwo frajdy. Jednak żeby się przekonać, czy jesteś jednym z nich, trzeba by to sprawdzić na własnej skórze.

  • Recenzja książki: James Islington – „Cień utraconego świata”

    Tytuł książki

    James Islington - „Cień utraconego świata”

    Nazwa Wydawnictwa

    Wydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 880
    Cena okładkowa: 69,90 zł

    Nie słyszy się o tym często, ale self-publishing może być groźną pułapką dla początkującego pisarza. Zdecydowawszy się na publikowanie książki na własną rękę trzeba włożyć w to masę trudu i środków, które, jeżeli pomysł się nie przyjmie, w ogóle się nie zwrócą. Wielu ambitnych młodych twórców porzuciło swoje literackie pasje właśnie w taki sposób – bo chociaż pisali rzeczy wartościowe, przechodziły one bez echa. Omawiany dzisiaj tekst jest swoistym ewenementem – jego autor, James Islington, w roku 2014 jeszcze początkujący pisarz fantasy, wydał swoją pierwszą powieść właśnie w taki sposób. Szansa jedna na milion sprawiła jednak, że liczni krytycy zauważyli i docenili jego dzieło. „Cień Utraconego Świata” został w tym roku wydany również w naszym rodzimym języku, nakładem Fabryki Słów – a dzięki uprzejmości wydawnictwa również mi było dane przekonać się, co zadecydowało o spektakularnym sukcesie australijskiego twórcy.

    Tytułowy utracony świat ma za sobą bogatą przeszłość – setki lat temu sprawca wielkiego zła został pokonany i uwięziony za magiczną barierą. Wiele zmieniło się od tamtego czasu: magowie, ówcześni zbawcy świata, stali się na jego przestrzeni powszechnie znienawidzeni. Wszyscy użytkownicy magii, zwani Obdarzonymi, są piętnowani i od najmłodszych lat przyuczani w akademiach, specjalnie wybudowanych w tym celu ośrodkach. Ci, którzy nie spełnią oczekiwań, zostają pozbawieni daru w trakcie okropnego rytuału, który na zawsze odbierze im dar oraz wspomnienia. Ci, którzy je spełnią, wcale nie mają się lepiej, muszą bowiem przestrzegać czterech zakazów, które czynią ich praktycznie bezbronnymi wobec zwykłego człowieka. Jeżeli jednak uważacie, że Obdarzeni mają się źle, powinniście wiedzieć, jaki los spotyka Augurów – użytkowników tej samej mocy, która wieki temu pozwoliła postawić magiczną barierę. Ci… zabijani są natychmiast, kiedy wyjdzie na jaw prawda o ich uzdolnieniach. Co gorsza, proroctwa mówią, że bariera kiedyś upadnie i zło wydostanie się na wolność.

    Trójka młodych bohaterów – Davian, Wirr i Asha – nie wie jednak niczego na ten temat, a przynajmniej nie od razu. Wszyscy trzej są właśnie Obdarzonymi mającymi niedługo przejść próby, które zadecydują o ich przyszłości. Przez wiele lat, jakie szesnastoletni Davian spędził w akademii, nie udało mu się opanować najprostszych nawet form manipulacji mocą – i tylko zbieg okoliczności sprawia, że na ledwie godziny przed ostatecznym werdyktem on i jego przyjaciel Wirr zostają wysłani przez enigmatycznego mentora w daleką, niebezpieczną i zdecydowanie nielegalną z punktu widzenia restrykcji nałożonych na Obdarzonych podróż. W samą porę – wkrótce po ich odejściu w akademii dochodzi do masakry. Jedyna ocalała, Asha, zostaje pozbawiona wspomnień i mocy przez tajemniczych czarodziejów – i już jako Cień zabrana w miejsce odosobnienia, gdzie ze wszystkich sił będzie się starała dociec prawdy o tamtym straszliwym dniu.

    „Cień Utraconego Świata” otwiera enigmatyczna scena, w której potężny czarodziej podstępem ucieka przed upiorną manifestacją zła – i już wtedy pojawia się wrażenie, które towarzyszyło mi praktycznie przez całą lekturę. Ogromne tło, epicki rozmach i wydarzenia wstrząsające posadami całego świata, a w ich sercu ledwie dzieci niemające pojęcia o prawdziwych stawkach, o jakie toczy się ta wielka gra – jako żywo przypominają najbardziej znany cykl Roberta Jordana, „Koło Czasu”. Wrażenie to utrzymuje się właściwie przez cały czas, jako że w wypowiedziach bohaterów non stop pojawiają się aluzje do licznych wydarzeń historii świata albo globalnej polityki. W rzeczy samej – Islington włożył wiele wysiłku w zbudowanie świata przedstawionego w swoim utworze. Efekt jest co najmniej imponujący, a mniej uważny czytelnik (lub taki, który nie uznał za stosowne tworzyć notatek z czytanego przez siebie tekstu) pogubi się w tym wszystkim bez wątpienia.

    Trochę mniej imponujący jest sposób, w jaki ta informacja jest prezentowana. Mianowicie – bohaterowie wprost nie umieją się powstrzymać przed rozmawianiem ze sobą w taki sposób, by w miarę możliwości wypowiadać na głos każdą informację dobrze znaną im obu. Rozumiem, że jest to sposób, jaki twórca wybrał, by wtajemniczyć czytelnika w zawiłości swojego złożonego uniwersum – ostateczny efekt jest jednak mocno nienaturalny, natrętny i na krótszą metę śmieszy, a na dłuższą zaczyna irytować.

    Skoro mowa o bohaterach, dwaj z trzech bardzo mi się podobali, ale trzeci z nich niemal skutecznie to wszystko zaprzepaścił. Bardzo dobrze wypadł Davian, który, chociaż (co za niespodzianka!) obdarzony został niezwykłą mocą mogącą zmienić losy świata, jest w tym wszystkim zupełnie zagubiony i zachowuje się dokładnie tak, jak mógłby szesnastolatek postawiony w podobnej sytuacji. Podobnie ma się sprawa z wątkiem Ashy, próbami odnalezienia się w społeczeństwie ludzi nie dość dobrych, by zostać magami, oraz poszukiwaniem prawdy o masakrze i losie jej przyjaciół. Czarną owcą jest Wirr – który wpasowuje się wręcz doskonale w ramy zdefiniowane terminem „Mary Sue”. Wirr, chociaż szmat życia spędził odgrodzony od świata murami akademii, ma zawsze najlepsze pomysły, potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji, wie nawet, w jaką grę po godzinach grają łowcy czarownic (nigdy nie spotkał żadnego) i jak ich w nią pokonać. Oprócz bycia genialnym i bardzo dumnym z siebie właściwie nie przejawia żadnych innych widocznych cech charakteru. Nie muszę chyba wyjaśniać, jak skutecznie zepsuło to pierwsze dobre wrażenia zbudowane przez powieść.

    Literacko tekst jest co najmniej niezły. Znakomite opisy pozwalają całkiem dobrze wyobrazić sobie wykreowany przez autora świat, a jednocześnie nie spowalniają akcji na tyle, by czytelnik zaczął się nimi nudzić. Trochę gorzej ma się sprawa z dialogami. Być może to zasługa właśnie tego, że bohaterowie starają się przekazać czytelnikowi jak najwięcej wiedzy o świecie, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że rozmawiają oni takim samym tonem niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajdują. Dyskusja w przeddzień prób, których wynik być może trwale skaże jednego z nich na banicję i los pariasa? Elaborat. Rozpaczliwa ucieczka przed pogonią żołnierzy na usługach ludzi, którzy serdecznie nienawidzą magów-renegatów? Elaborat. Nagłe przebudzenie w kwaterach dziwnego, pobliźnionego indywiduum, które twierdzi, że jest sojusznikiem, ale mimo to zakuwa protagonistów w magiczne kajdany? Elaborat…

    Wobec bardzo interesującej konstrukcji świata przedstawionego – mimo kilku wad zdecydowanie da się cieszyć lekturą „Cienia Utraconego Świata”. Sam autor wymienia jako źródła inspiracji nie tylko wspomnianą wcześniej twórczość Jordana, ale też Brandona Sandersona – i to widać, bo jednym z ogromnych atutów powieści jest mocno enigmatyczny, ale złożony system magii, którego zgłębianie też może sprawić sporo frajdy. Jakkolwiek może trochę nieoszlifowana, jest to godna uwagi fantastyczna powieść drogi, dzieło ewidentnie zrodzone z pasji. A tego, moi drodzy państwo, miewamy ostatnio jak na lekarstwo.

  • Historia najsłynniejszego szermierza natchnionego - „Virion. Zamek" pod patronatem!

    VirionFanom „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego Viriona nie trzeba przedstawiać. Jest szermierzem natchnionym, mistrzem miecza, który stoczył aż nazbyt wyrównany pojedynek z Achają, a także wrakiem człowieka, ledwie cieniem dawnego siebie. W najnowszej powieści Andrzeja Ziemiańskiego jest jednak kimś znacznie więcej. „Virion. Zamek” to pierwszy tom historii o tym, jak były skazaniec sprzymierzający się z upiorami staje oko w oko z apokalipsą.

    Premiera książki 27 stycznia.

     

  • Do ostatniej kropli krwi - Antologia „Gladiatorzy” pod patronatem!

    GladiatorzySprzedani, porwani, ubezwłasnowolnieni albo wprost przeciwnie – walczący z własnej woli, korzystający z zaawansowanych technologii lub wstępujący na arenę pokrytą piachem, za broń mając jedynie własne ciało, ludzie i bestie. Walczący w Zonach, na kosmicznych arenach i w Koloseum o życie, sławę, pieniądze.

    Bohaterów antologii „Gladiatorzy” różni niemal wszystko, ale każdy z nich ma jeden cel – przeżyć.

    Na książkę składa się z 21 opowiadań, które wyszły spod pióra zarówno debiutantów, jak i doświadczonych autorów, m.in. Magdaleny Kozak, Andrzeja Pilipiuka, Mai Lidii Kossakowskiej, Jarosława Grzędowicza i Michała Gołkowskiego.

    Premiera 13 listopada.

  • Recenzja książki: Jacek Piekara – „Ja, Inkwizytor. Przeklęte Przeznaczenie”

    Tytuł książki

    Jacek Piekara - „Ja, Inkwizytor. Przeklęte Przeznaczenie”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: 
    Liczba stron: 420
    Cena okładkowa: 43,90 zł

    Dzięki wysiłkom inkwizytora Mordimera Madderdina oraz jego cudownej wybranki Nataszy wyprawa wojenna Ludmiły, ruskiej księżnej z Peczory, dobiega wreszcie końca, kiedy armie uzurpatora złożyły broń i zaczęły błagać prawowitą władczynię o zmiłowanie. Upojona łatwym zwycięstwem Ludmiła zdaje sobie sprawę ze straszliwej ceny, jaką będzie musiała ponieść – o czym jednak nie wie, prawdziwe zagrożenie jeszcze nie zostało zażegnane. Ukrywa się znakomicie – tam, gdzie wszyscy mogą je zobaczyć. Nikt nie spodziewa się tragicznego finału wydarzeń na Rusi, a na pewno nie spodziewa się ich Mordimer – ani czytelnik sięgający po zaskakujące zwieńczenie przygód inkwizytora w dzikiej, wschodniej krainie. Oto przed wami „Ja, Inkwizytor. Przeklęte przeznaczenie”.

    Pamiętacie, jak przy okazji recenzji „Przeklętych kobiet” wspominałem, że przestanę czytać kolejną część przygód inkwizytora Madderdina przy kolejnym widowiskowym (i powtarzalnym) opisie łóżkowych igraszek Mordimera z jego ruską wybranką? Z pewną dumą, ale i z pewną ulgą pragnę donieść, że „Przeklęte przeznaczenie” przeczytałem od początku do końca. Nie było tragicznie, choć nawet tutaj zdarzały się fragmenty, od których mój zgryz sam zazgrzytał boleśnie. Przykładem jest opis bluźnierczego rytuału mającego przypieczętować pakt, jaki Ludmiła zawarła z mateczką Olgą – nie jest wyjaśnione, gdzie tutaj pojawia się „straszliwa cena”, jaką musiała ponieść władczyni, po całej imprezie nawet zadowolona – a co ma do tego Mordimer, występujący w roli głównej atrakcji wieczoru, mogę tylko zgadywać. W trzeciej i ostatniej części tego cyklu dzieje się jednak odczuwalnie więcej niż w pozostałych dwóch, dzięki czemu przynajmniej jest o czym czytać.

    To nie jest jedyna rzecz, która się poprawiła. Odniosłem wrażenie, że „Przeklęte przeznaczenie” jako tekst jest dużo solidniejsze – i pod względem literackim, i rozplanowania fabuły. Pojawiają się nagłe, dość mocno zaskakujące zwroty akcji oraz z dawna wyczekiwane poczucie zagrożenia, szczególnie w drugiej połowie powieści, kiedy całość nabiera niewiarygodnego jak na tę serię rozpędu. Doszło nawet do tego, że przez chwilę czułem się zaangażowany w lekturę.

    Największym zarzutem, jaki wysnułem przeciwko „Przeklętym kobietom”, był ten, że zakończenie jest urwane i kompletnie niczego nie wyjaśnia. Dla odmiany, finał „Przeklętego przeznaczenia” wyjaśnia bardzo dużo, jednak nadal mam wobec niego bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia. Rozwiązanie akcji może się wydawać mocno naciągane – nawet sam Mordimer zauważa, że miało miejsce deus ex machina, a jeśli on był w stanie dostrzec coś takiego, to znaczy, że sprawa jest, mówiąc oględnie, poważna.

    Pojawia się również uzasadnienie, dla którego protagonista zachowywał się w czasie „trylogii ruskiej” (określenie samego autora, nie moje) inaczej niż mogliby się tego spodziewać długoletni fani cyklu, a także dlaczego wśród późniejszych wydarzeń nie znajdziemy choćby słowa wzmianki o tym, co się tu stało. I chociaż spełnia ono wszelkie warunki, aby te zjawiska logicznie wytłumaczyć, jednocześnie uderza w kolosalną sztampę. Nie chcę zdradzić za dużo, zapytam więc delikatnie – widzieliście może „Facetów w Czerni”?

    Fragmentem tekstu, który w „Przeklętym przeznaczeniu” podobał mi się najbardziej, było posłowie. Jacek Piekara potrafi w fascynujący sposób opowiadać o swojej pracy, a chociaż moje odczucia z całości cyklu są, by nazwać rzecz delikatnie, mierne, poznawanie szczegółów jego powstawania, czytanie o różnych niewykorzystanych motywach oraz zamiarach autora na ciąg dalszy było… dziwnie satysfakcjonujące. Na tyle, by zachęcić mnie do przyglądania się jego kolejnym posunięciom.

    Jako zakończenie trylogii „Przeklęte przeznaczenie” wypada nieźle. Nie jest wybitnie, ale widać pewien postęp w stosunku do poprzednich części. Pozostaje mieć więc nadzieję, że mamy tu do czynienia z początkiem tendencji wzrostowej. Jak będzie naprawdę – pokaże czas.

  • Premiera „Krwi Imperium” Briana McClellana już 7 sierpnia!

    7 sierpnia 2020 roku ukaże się „Krew Imperium” – trzecia, finałowa część trylogii „Bogowie Krwi i Prochu” pióra Briana McClellana.

    Trylogia Bogów Krwi i Prochu dzieje się w uniwersum Magów Prochu. Opowieść o młodym narodzie, rewolucji, magii i walce z pradawnymi siłami uwodzi całkiem świeżym podejściem do magii, niespodziewanymi zwrotami akcji i nietuzinkowymi postaciami.  Po spokojniejszej drugiej części przyszedł czas na burzliwy finał historii o rewolucji w Fatraście. Najazd Bena Styke’a na Imperium Dynizyjskie przerywa potężny sztorm, Michael Bravis próbuje uniemożliwić wrogom wykorzystanie artefaktu, a lady Krzemień prowadzi adrańską armię na Landfall. Zbliża się ostateczna bitwa, bohaterowie, , by ją wygrać, muszą podjąć trudne decyzje, przezwyciężyć swoje słabości i zawiązać sojusze. Jedno jest pewne – w „Krwi Imperium” nie zabraknie emocji i akcji!

    Brian McClellanjest amerykańskim pisarzem fantastyki. Mieszka w Cleveland z żoną, kotem i dwoma psami. Jest pszczelarzem, pasjonatem opowieści historycznych, lubi też gry wideo. Swoją przygodę z pisaniem rozpoczął już jako nastolatek. Ukończył kurs kreatywnego pisania na Uniwersytecie Brigham Young, gdzie poznał Brandona Sandersona. Jego wsparcie pozwoliło McClellanowi rozwinąć skrzydła. W 2013 roku ukazała się jego pierwsza książka z trylogii „Magów Prochowych” – „Obietnica Krwi” – która sprawiła, że popularność autora zaczęła rosnąć. W Polsce ukazała się jego trylogia „Magów Prochowych”, trylogia „Bogów Krwi i Prochu”, a także zbiór opowiadań z tego uniwersum – „Sługa Korony”.

    Krew Imperium - okładka

  • Książka „Ja, inkwizytor. Przeklęte przeznaczenie” już w księgarniach!

    „Życie warto poświęcać tylko dla Boga. Bo kiedy Bóg woła, to odpowiadam: jestem!, nie zważając czy wzywa mnie dla chwały, czy dla męczeństwa”.

    „Przeklęte przeznaczenie” to ostatni tom „ruskiej trylogii”. Inkwizytor, walcząc o wszystko, co mu drogie i bliskie, oraz o wypełnienie Bożego planu, musi posuwać się do najgorszych czynów i zaplatać coraz ciaśniejszy węzeł zdrad.

    „Ruska trylogia” jest dziełem niezależnym od pozostałych tomów cyklu inkwizytorskiego, opowiadającego o losach Mordimera Madderdina, i może być czytana bez znajomości głównej historii. Wydanie zostało wzbogacone o ilustracje Pawła Zaręby.

    Książka już dostępna.

    Przeklęte Przeznaczenie

  • Inkwizytor powraca – „Przeklęte przeznaczenie” pod patronatem Konwentów Południowych!


    przeklete przeznaczenieJak wiele granic można przekroczyć w imię wyższego dobra?

    W „Przeklętym przeznaczeniu” inkwizytor będzie zmuszony znaleźć odpowiedź na to pytanie. Życie, jakie udało mu się ułożyć, uczucie ukochanej kobiety, a nawet samo przeżycie staną pod znakiem zapytania. W wirze intryg, zagrożeń i wyzwań, by uratować wszystko, co dla niego ważne, bohater będzie musiał podejmować kroki, które poprowadzą go na ścieżkę bardzo odległą od chrześcijańskiego ideału. Bo Boży Plan, którego wszyscy są częścią, nie jest planem łatwym – i wymaga niekiedy dokonywania tego, od czego sam Stwórca najchętniej odwróciłby wzrok.

    Objęte naszym patronatem zakończenie „ruskiej trylogii”, w której wyjaśnią się wątki z „Przeklętych krain” i „Przeklętych kobiet”, trafi do księgarń już 17 lipca.

  • Recenzja książki: Jacek Piekara – „Ja, Inkwizytor. Przeklęte kobiety”

    Ja, inkwizytor - przeklęte kobiety

    Jacek Piekara - „Ja, Inkwizytor. Przeklęte Kobiety”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 407
    Cena okładkowa: 43,90 zł

    Dzięki wysiłkom młodego wysłannika Inkwizycji, Mordimera Madderdina, oraz jego towarzyszki, wieszczki Nataszy, udało się pokonać zło nawiedzające knieje i bagniska otaczające Peczorę. O ile jednak nadnaturalne zagrożenie zostało powstrzymane, unicestwione i rozebrane na małe, przenośne kawałki, z których powstaną niechybnie ciekawe pamiątki tych szalonych kilku dni, o tyle niewielka domena księżnej Ludmiły nadal nie jest wolna od gróźb zupełnie zwyczajnych. Jak na przykład takich, kiedy nie jeden, a dwóch lokalnych władyków jednocześnie dochodzi do wniosku, że będzie rządzić Peczorą lepiej niż uzurpatorka, która skazała swojego męża na powolną, brutalną śmierć w klatce na zamkowej bramie… Oto kolejna część znaku rozpoznawczego Jacka Piekary, cyklu o Mordimerze Madderdinie: „Ja, Inkwizytor. Przeklęte kobiety”.

    Cóż więc pozostaje czynić w obliczu takiego zagrożenia? Mordimer czule żegna się z Nataszką (autor, jak zwykle, nie szczędzi nam szczegółów tego „czułego pożegnania”, w czasie którego dowiadujemy się, że Mordimer i Natasza już się więcej nie zobaczą – o tym później!) i razem z Ludmiłą oraz jej świtą wyrusza na wyprawę wojenną, by pokonać rebeliantów. Czynią to z łatwością na pierwszych stu stronach powieści. Później jednak okazuje się, że kiedy peczorscy wojacy byli zajęci pacyfikowaniem jednego powstania, drugi z buntowników wszedł i zajął Peczorę, gród spalił, ludzi wybił, a Nataszę zrzucił z murów. We wszystko wmieszani są jeszcze posłańcy od samego moskiewskiego księcia, przybywający do księżnej w niewiadomym celu. Towarzyszy im na dodatek pewna stara znajoma…

    Obserwujemy tutaj niewielki skok jakościowy w stosunku do poprzednich powieści – poczucie zagrożenia, którego wiecznie brakowało, oparte głównie o niejasną przesłankę o rzekomej śmierci Nataszy. Zanim jednak zdążymy się ucieszyć, że tocząca się gra zaczęła mieć jakąś stawkę, wszystko wraca do normy… W samą porę – jeszcze kilka stron i opowiadana historia mogłaby się stać angażująca. Podobnie jak wtedy, kiedy nasz inkwizytor wyrusza w samobójczą misję pozbycia się najeźdźcy, wykorzystując do tego podziemne przejście, które odkrył nie dalej jak jedną książkę temu. Koncept jest emocjonujący przez całe pięć stron, po których misja kończy się zupełnym fiaskiem, jednak zamiast zginąć, niedoszły asasyn zostaje bardzo uprzejmie ugoszczony i… wypuszczony z powrotem. To bez wątpienia wyraz tej słynnej słowiańskiej gościnności, nie natomiast braku pomysłu, jak skończyć rozpoczęty wątek.

    To jednak nie wszystko. Skoro Natasza przewidziała, że nie zobaczy się więcej z Mordimerem – a potem jednak się widzą, i na dodatek w pełnej krasie, więcej niż raz – czy to oznacza, że jej jasnowidzenie to jedna wielka bujda? Czy poprzednie wizje, jakie miała, też były podobnie obciążone? Fabuła powieści tętni od podobnych nielogiczności. Zaczynają się od samego pomysłu wyprawy wojennej, na którą Ludmiła zabiera wszystkie siły zbrojne, jakimi dysponuje, choć już na samym początku jest powiedziane, że spodziewa się ataku z obu stron – a kończą na pojawieniu się „starej znajomej”, której obecność na Rusi nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia, a która ostatecznie zostaje wykorzystana jako wihajster do popchania fabuły naprzód. Co następuje po tym, jak dwie powieści temu sporo wysiłku włożono w wykreowanie jej jako potężnej, znaczącej postaci w tym uniwersum.

    Sam Mordimer też chyba zapomniał, o co mu w tym wszystkim chodzi. Jego plan zmienia się w toku powieści co najmniej cztery razy, raz zakładając, że przeznaczona mu wiedźma jest „tylko narzędziem do osiągnięcia celu”, innym razem zaś deklarując niesłabnącą miłość do niej i planując nawet porzucenie swojej służby Officjum, aby razem z nią spędzić resztę życia. Naprawdę? Czy to nadal ta sama postać?

    Najgorsze jest to, że chyba nie tylko pomysły musiały się na pewnym etapie skończyć, ale również nowe słowa, których można by użyć. Aby nadać moim słowom wagi, niniejszym uroczyście obiecuję wam, drodzy czytelnicy: jeżeli przy okazji lektury kolejnej pozycji z tego cyklu natknę się choć raz na „zapasy spoconych ciał” albo wzmiankę o „zarzucaniu nóg na ramiona w czasie miłosnych uniesień”, przestanę czytać w tamtym momencie i napiszę swoją recenzję na podstawie tekstu, który przeczytam do tamtego momentu. Zakładam przy tym, że nie ominie mnie wiele, jeżeli utrzyma się ta tendencja do powtarzania w kółko tego samego.

    Mógłbym w tym momencie moją recenzję zakończyć – i byłoby to zakończenie tak samo eleganckie, jak finał „Przeklętych kobiet”, urwany, pozbawiony konkluzji, sprawiający wrażenie, jakby dłuższy tekst został po prostu przecięty na dwoje. Autor także musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo zaraz potem możemy przeczytać fragment kolejnej planowanej powieści, który natychmiast daje odpowiedzi na kilka z pytań, na które nie odpowiedział epilog. Dziwny to zabieg. Skoro i tak został napisany, czy nie miałoby więcej sensu uczynienie tego fragmentu częścią czytanej właśnie książki?

    Pora na apel. Fabryko Słów! Proszę, wypuśćcie Jacka Piekarę z piwnicy, w której go przetrzymujecie i zmuszacie do produkowania kolejnych prequeli Cyklu Inkwizytorskiego. To pisarz, który wielu z nas swoimi książkami zapewnił masę dobrej zabawy przez mnóstwo dni, kiedy je czytaliśmy. Pozwólcie mu napisać coś innego. Mówię poważnie – z takiego okładania martwego konia może wyniknąć co najwyżej czyjeś wypalenie zawodowe, nie natomiast coś, co warto czytać, nawet z braku lepszych zajęć.

  • Regulamin konkursu: „Darmowe książki na kwarantannę”

    REGULAMIN KONKURSU

    § 1 POSTANOWIENIA OGÓLNE

    1. Konkurs jest organizowany pod nazwą „Darmowe książki na kwarantannę” i jest zwany dalej: „Konkursem”.
    2. Organizatorem Konkursu jest redakcja Konwenty Południowe z numerem ISSN 2353-8996.
    3. Konkurs zostanie przeprowadzony wyłącznie w Internecie, na profilu Facebookowym redakcji Konwenty Południowe w dniach 24 kwietnia do 8 maja 2020 roku (do godziny 18:00:00).

    § 2
    WARUNKI I ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE

    1. Uczestnikiem Konkursu („Uczestnik”) może być każda osoba fizyczna, która:
      a) jest Fanem profilu redakcji Konwenty Południowe na Facebooku. Przez Fana rozumie się osobę, która kliknęła „Lubię to” na profilu redakcji Konwenty Południowe i tym samym zyskała status Fana;
      b) napisała odpowiedź na pytanie „Jaki tytuł z wymienionych chcesz dostać za darmo i dlaczego? (można wybrać do trzech sztuk)” w komentarzu do posta konkursowego na profilu redakcji Konwenty Południowe na Facebooku;
      c) nie jest pracownikiem redakcji Konwenty Południowe;
    2. Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest łączne spełnienie następujących warunków:
      a) osoba biorąca udział w Konkursie musi posiadać status Uczestnika zgodnie z § 2 pkt 1.
    3. Uczestnikowi przysługuje tylko jedna szansa. Odpowiedzi ze zduplikowanych/fałszywych kont, stron (Fanpage) oraz takie, które budzą wątpliwości, nie zostaną uznane.

    § 3 NAGRODY

    1. Nagrodą w Konkursie są następujące książki:
      - „Mroczny Zbawiciel” Miroslav Zamboch
      - „Karpie Bijem” Andrzej Pilipiuk
      - „Ja inkwizytor: Przeklęte krainy” Jacek Piekara
      - „Mój Przyjaciel Kaligula” Jacek Piekara - 3 sztuki
      - „Dziedziczka Jeziora” Maria Dahvana Headley - 3 sztuki
      - „Serce lodu” Arkady Saulski - 2 sztuki
      - „Kiedy Bóg Zasypia” Rafał Dębski
      - „Miłość Bogów” Rafał Dębski - 2 sztuki
      - „Oprawca Boży” Eugeniusz Dębski - 2 sztuki
      - „Księga zepsucia, Tom 1” Marcin Podlewski - 2 sztuki
      - „Ostatnie Namaszczenie” Krzysztof Haladyn
      - „Ostatni” Charlie Fletcher
      - „Astralker” Tomasz Sobiesiek - 2 sztuki
      - „Śmiertelne Oczyszczenie” Agata Polte - 2 sztuki
      - „Wilcze Gniazdo” Jacek Komuda - 2 sztuki
      - „Gniew Imperium” Brian McClellan - 3 sztuki
    2. Zdobywcami nagród w Konkursie są Uczestnicy, którzy zostaną wybrani, przez redakcję Konwenty Południowe. Ich liczba zależeć będzie od ilości uczestników konkursu. Na każde 20 osób można będzie wygrać trzy książki.
    3. Zdobywcy nagrody zostaną powiadomieni o wygranej odpowiedzią na komentarz konkursowy na Facebooku oraz będą publicznie ogłoszeni w poście podsumowującym Konkurs.
    4. Celem potwierdzenia chęci przyjęcia nagrody, powiadomiony Zdobywca powinien odpowiedzieć w terminie do 3 (trzech) dni od ogłoszenia zwycięzcy.
    5. W celu odbioru nagrody, zwycięzca konkursu zobowiązany jest opłacić z góry koszty przesyłki paczkomatem - 15 zł.
    6. Za przekazanie nagrody zwycięzcy odpowiedzialna będzie redakcja Konwenty Południowe.

    § 5 POSTANOWIENIA KOŃCOWE

    Organizator ma prawo do zmiany postanowień niniejszego Regulaminu, o ile nie wpłynie to na pogorszenie warunków uczestnictwa w Konkursie. Dotyczy to w szczególności zmian terminów poszczególnych czynności konkursowych. Zmieniony Regulamin obowiązuje od czasu opublikowania go na stronie www.Kowenty-Poludniowe.pl 

    Konkurs nie jest w żaden sposób powiązany z serwisem Facebook. Serwis Facebook nie jest sponsorem, nie administruje, nie zarządza ani nie jest w żaden sposób odpowiedzialny za konkurs.

  • Wywiad z pisarzem - Jacek Piekara - O miłości, szaleństwie i śmierci

    jacek piekara

    Jacek Piekara

    Rok urodzenia: 1965
    Miasto pochodzenia: Kraków
    Rok pierwszej wydanej książki: 1987
    Fanpage: Jacek Piekara

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Cykl inkwizytorski jest jednym z najdłużej trwających cykli w historii polskiej literatury fantasy. Proszę powiedzieć – czy zasiadając do pierwszych prac lata temu zakładał Pan, że to wszystko się tak rozbuduje, rozwinie?

    Jacek Piekara: Z całą pewnością nie zakładałem, że z opowieści o inkwizytorze żyjącym w alternatywnym świecie powstanie bestseller na wiele lat. Opowiadania zostały ciepło przyjęte, ale ja wtedy koncentrowałem się bardziej na pracy dziennikarza i redaktora. Jednak w pewnym momencie, kiedy popularność cyklu i nakłady książek stawały się coraz większe, pomyślałem: a może by przejść na zawodowe pisanie? Nie trzeba będzie odpowiadać za pracowników, chodzić codziennie do pracy, będę „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”, a przede wszystkim zyskam możliwość mieszkania tam, gdzie chcę i będę mógł się „odkleić” od Warszawy. I tak właśnie wszystko się dalej potoczyło. Dodam tylko, że pomiędzy poszczególnymi tomami inkwizytora pisałem również inne książki, zazwyczaj kompletnie odmienne od nich zarówno w warstwie stylistycznej, jak i merytorycznej.
    Oczywiście nic z tego wszystkiego by nie było, gdyby nie tkwiła we mnie samym chęć i potrzeba opowiadania stworzonej historii. Ja naprawdę lubię tworzyć opowieści, chociaż nie zawsze przepadam za samym technicznym aspektem pracy literata, czyli spędzaniem godzin na stukaniu w klawiaturę. Kiedy całą historię mam już w głowie i dokładnie wyobrażoną, to samo jej zapisywanie bywa jak przepisywanie książki. No ale na szczęście nie zawsze tak jest. Czasami pisanie jest nie tylko przepisywaniem z pamięci wcześniej ułożonych kwestii i sytuacji wcześniej wymyślonych, lecz procesem żywej kreacji. Wtedy jest dla autora ciekawiej.

    AS: Mordimer wraca w „Przeklętych Kobietach” – czego możemy się spodziewać po tej nowej odsłonie jego przygód?

    JP: „Przeklęte kobiety” to kontynuacja „Przeklętych krain”. Środkowa część odpryskowego minicyklu, który nazywam „ruską trylogią”, a który zostanie zwieńczony „Przeklętym przeznaczeniem”. W sumie około 1200 stron maszynopisu, więc kawał solidnej opowieści. Notabene, trzeci tom jest już napisany i kończą się prace redakcyjne nad nim. Chyba zobaczymy go na rynku czerwcu i wtedy właśnie czytelnicy zakończenie przygód inkwizytora na dalekiej Rusi i dowiedzą się, co stało się ze wszystkimi bohaterami, których poznaliśmy w tej dzikiej krainie.
    Gdybym miał krótko nazwać ten cykl, to powiedziałbym, słowami urugwajskiego pisarza Horacio Quirogi, że jest o opowieść „o miłości, szaleństwie i śmierci”.

    AS: W jaki sposób „Przeklęte kobiety” wpisują się w poboczny cykl „Płomienia i Krzyża”?. No i – kiedy tom czwarty tegoż?

    JP: W czwartym tomie „Płomienia i krzyża” pojawią się wątki nawiązujące do całej „ruskiej trylogii”. Ale nie będzie to tak, że trzeba znać „ruską trylogię”, by w ogóle zrozumieć, o co chodzi. To raczej będzie bonus dla czytelników, którzy zobaczyli Ruś oczami Mordimera. Teraz będą mogli przekonać się, co o tym wszystkim, co się wydarzyło, sądzą inni bohaterowie. Ostatnie sceny czwartego tomu „Płomienia i krzyża” wyślą nas bezpośrednio w czas epidemii. Czwarty tom ukaże się na Gwiazdkę tego roku, a po nim w roku 2021 pojawi się właśnie „Czarna śmierć”, która opowiada o umierającej cywilizacji i szalejącej zarazie. W powieści czytelnicy dowiedzą się również, czy Mordimer przeżyje ten straszny czas i co w ogóle stanie się z całym światem.

    AS: Proszę zdradzić – jest Pan raczej literackim ogrodnikiem, pozwalającym by historia podczas pisania ewoluowała własnym torem, czy też architektem – mającym zaplanowane powieści co do zdania?

    JP: Pisałem takie opowiadania, w których wszystko było zaplanowane co do szczegółu, ale pisałem też takie, w których na początku miałem zaledwie pewien zarys historii, który był jednak na tyle obiecujący, iż wiedziałem, że wykrzesam z tematu dużo więcej. W powieściach pozwalam sobie na nieco większy luz, bo nie można zapominać, że pisanie powieści to jest wiele miesięcy pracy. Całkiem zrozumiałe, że zarówno fabuła, jak i bohaterowie ewoluują w trakcie pisania. Można powiedzieć, że najczęściej mam dość dokładnie zaplanowany dom, jeśli chodzi o rozmieszczenie pomieszczeń, ale już wystrój pokoi, kolor ścian i podłóg – to wszystko może ulegać mniej lub bardziej poważnym modyfikacjom. Chociaż zdarza się też, że dobudowuję piękne, przestronne piętro. Albo ciemną piwnicę, w której trzymam szalonego goblina-malarza ;)
    Zapraszam w lecie do lektury „Przeklętego przeznaczenia” – ostatniego tomu „ruskiej trylogii”. Tam w Posłowiu przedstawiam kulisy tworzenia całego utworu, coś w rodzaju „Behind the scenes”, formuły znanej w świecie kinematografii i znajdującej się wśród dodatków na płytach DVD czy Blu-Ray.

    AS: Nie mogę sobie odmówić pytania o Pana najdawniejsze prace – niegdyś pisał Pan też fantasy heroiczną, nawiązującą do tradycji Howarda. Czy kiedykolwiek rozważał Pan powrót do tych klimatów? Na przykład pisząc coś w tym stylu do serii Polskie Fantasy?

    JP: Dawne dzieje. Napisałem dla zabawy powieść „Pani śmierć” o sławnym Conanie Cimmeryjczyku. Cóż, to było ze trzydzieści lat temu! Zresztą, czy to tak do końca było fantasy heroiczne? Jeżeli miałbym zabrać się za coś kompletnie innego niż fantasy historyczne albo współczesne opowiadania z pogranicza horroru i fantastyki (takie jak te pochodzące z tomu „Ludzie i Bestie”), to najchętniej zabrałbym się za powieść lub zbiór opowiadań w konwencji steampunka, może połączone z domieszką świata Lovecrafta. Ale, szczerze mówiąc, nie przypuszczam, żebym miał na to czas. W tej chwili kończę „Okiem Inkwizytora” – dużą książkę publicystyczną, traktującą o uniwersum polityki, ale też poruszającą problemy społeczne ze świata kultury, sportu, analizy zjawisk historycznych. Muszę oczywiście przygotować inkwizytorów na nadejście Czarnej Śmierci i koniecznie zakończyć trylogię Szubienicznika czyli kryminalno-obyczajową, pozbawioną elementów fantastyki opowieść o Polsce szlacheckiej. Jej dwa pierwsze tomy zostały świetnie przyjęte, a tom trzeci nie ukazał się do tej pory z powodów prawnych zawirowań z wydawcą (nie chodzi tu o Fabrykę Słów ;)).

    AS: Na koniec pozwolę sobie zapytać o postęp nad grą o Inkwizytorze – kiedy możemy spodziewać się nowych informacji?

    JP: Prace nad grą „Ja, inkwizytor” toczą się pełną parą. W tym roku na pewno będzie gotowy filmowy trailer, przygotowany przez jedno z topowych studiów zajmujących się tworzeniem filmów. Natomiast w przyszłym roku pojawi się grywalne demo. Jednak wydawca bezpiecznie zaplanował premierę na 2022 rok, bo wiadomo, że skomplikowane gry fabularne są nie tylko czasochłonne, ale i wymagają wielu testów. Produkt firmy, która chce zacząć wielką, międzynarodową karierę nie może być niedopracowany. Na takie wpadki mogą sobie pozwolić doświadczeni producenci, a i tak przecież spotyka się to zazwyczaj z wielką falą krytyki. Dla debiutu byłby to natomiast gwóźdź do trumny. Bo pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz!

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Cykl o Haldorze:

    • Imperium – smoki Haldoru cz.1
    • Imperium

    Cykl o Conanie:

    • Pani Śmierć, jako Jack de Craft

    Cykl o Arivaldzie z Wybrzeża:

    • Arivald z Wybrzeża
    • Ani słowa prawdy
    • scenariusz gry komputerowej Książę i Tchórz

    Cykl o Mordimerze Madderdinie:

    • Sługa Boży
    • Młot na czarownice
    • Miecz aniołów
    • Łowcy dusz
    • Płomień i krzyż. Tom 1
    • Ja inkwizytor. Wieże do nieba
    • Ja inkwizytor. Dotyk Zła
    • Ja inkwizytor. Bicz Boży
    • Ja inkwizytor. Głód i pragnienie
    • Ja inkwizytor. Kościany galeon
    • Płomień i krzyż. Tom 2
    • Płomień i krzyż. Tom 3
    • Ja inkwizytor. Przeklęte krainy
    • Ja inkwizytor. Przeklęte kobiety

    Cykl Necrosis:

    • Necrosis: Przebudzenie

    Cykl o Alicji:

    • Alicja tom 1
    • Alicja i Ciemny Las
    • Alicja – poprzednie 2 tomy zebrane w całość

    Inne:

    • Labirynt
    • Zaklęte miasto
    • Przenajświętsza Rzeczpospolita
    • Rycerz kielichów
    • Charakternik
    • Mój Przyjaciel Kaligula
    • Szubienicznik
    • Szubienicznik. Falsum et verum

    Źródło: Wikipedia

  • Ebooki Fabryki Słów jeszcze 3 dni ze zniżką!

    Jeszcze tylko 3 dni zniżki na fantastyczne ebooki! Fabryka Słów postanowiła wyjść naprzeciw oczekiwaniom miłośników fantastyki i obniżyła ceny swoich książek w wersji elektronicznej, by czas kwarantanny nie był tak uciążliwy. Można zdobyć między innymi dzieła takich autorów jak Maja Lidia Kossakowska, Jacek Piekara, Jarosław Grzędowicz czy  Magdalena Kozak. Książki są dostępne w cenie 9,90 zł, 

    Ebooki można kupić na stronie internetowej Świat Książki.

    Fabryka Słów - promocja na ebooki

  • Regulamin konkursu: „Nowe przygody Jakuba Wędrowycza!”

    REGULAMIN KONKURSU

    § 1 POSTANOWIENIA OGÓLNE

    1. Konkurs jest organizowany pod nazwą „Nowe przygody Jakuba Wędrowycza” i jest zwany dalej: „Konkursem”.
    2. Organizatorem Konkursu jest redakcja Konwenty Południowe z numerem ISSN 2353-8996.
    3. Konkurs zostanie przeprowadzony wyłącznie w Internecie, na profilu Facebookowym redakcji Konwenty Południowe w dniach 4 do 13 marca 2020 roku (do godziny 18:00:00).

    § 2
    WARUNKI I ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE

    1. Uczestnikiem Konkursu („Uczestnik”) może być każda osoba fizyczna, która:
      a) jest Fanem profilu redakcji Konwenty Południowe na Facebooku. Przez Fana rozumie się osobę, która kliknęła „Lubię to” na profilu redakcji Konwenty Południowe i tym samym zyskała status Fana;
      b) napisała odpowiedź na pytanie „Jaki tytuł powinny nosić kolejne przygody Jakuba Wędrowycza?” w komentarzu do posta konkursowego na profilu redakcji Konwenty Południowe na Facebooku;
      c) nie jest pracownikiem redakcji Konwenty Południowe;
    2. Warunkiem uczestnictwa w Konkursie jest łączne spełnienie następujących warunków:
      a) osoba biorąca udział w Konkursie musi posiadać status Uczestnika zgodnie z § 2 pkt 1.
    3. Uczestnikowi przysługuje tylko jedna szansa. Odpowiedzi ze zduplikowanych/fałszywych kont, stron (Fanpage) oraz takie, które budzą wątpliwości, nie zostaną uznane.

    § 3 NAGRODY

    1. Nagrodą w Konkursie są:
      - Trzy oryginalne koszulki z motywem Jakuba Wędrowycza ze sklepu SteelHog.
    2. Zdobywcą nagrody w Konkursie są Uczestnicy, którzy zostaną wybrani, przez redakcję Konwenty Południowe.
    3. Zdobywcy nagrody zostaną powiadomieni o wygranej odpowiedzią na komentarz konkursowy na Facebooku oraz będą publicznie ogłoszeni w poście podsumowującym Konkurs.
    4. Celem potwierdzenia chęci przyjęcia nagrody, powiadomiony Zdobywca powinien odpowiedzieć w terminie do 3 (trzech) dni od ogłoszenia zwycięzcy.
    5. Za przekazanie nagrody zwycięzcy odpowiedzialna będzie sklep SteelHog.

    § 5 POSTANOWIENIA KOŃCOWE

    Organizator ma prawo do zmiany postanowień niniejszego Regulaminu, o ile nie wpłynie to na pogorszenie warunków uczestnictwa w Konkursie. Dotyczy to w szczególności zmian terminów poszczególnych czynności konkursowych. Zmieniony Regulamin obowiązuje od czasu opublikowania go na stronie www.Kowenty-Poludniowe.pl 

    Konkurs nie jest w żaden sposób powiązany z serwisem Facebook. Serwis Facebook nie jest sponsorem, nie administruje, nie zarządza ani nie jest w żaden sposób odpowiedzialny za konkurs.

  • Wywiad z pisarzem - Andrzej Pilipiuk

    andrzej pilipiuk

    Andrzej Pilipiuk

    Rok urodzenia: 1974
    Miasto pochodzenia: Warszawa
    Rok pierwszej wydanej książki: 1999
    Fanpage: Andrzej Pilipiuk

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Jest Pan autorem kilkudziesięciu książek, jednak można odnieść wrażenie, iż najbardziej pasjonuje Pana kilka tematów – szczególne miejsce zajmuje tu historia XIX i XX wieku. Dlaczego?

    Andrzej Pilipiuk: Nieodległa historia jest ważna. Po pierwsze, wtedy ukształtował się świat, który nas otacza. Po drugie, stosunkowo łatwo zebrać informacje o tym, jak żyło się ludziom, jakie przedmioty mieli w domach, jakie urządzenia techniczne ułatwiały im pracę i codzienne obowiązki. W tym okresie ukazywała się już prasa codzienna. Wykonywano też fotografie. Mamy listy i pamiętniki zwykłych ludzi, którzy wówczas żyli, czasem możemy porozmawiać z żyjącymi jeszcze świadkami wydarzeń… To kopalnia wiadomości pomocnych, by nadać tekstom polor autentyczności.
    Jestem trochę regionalistą i historykiem amatorem. Nawet dzieje moich rodzinnych Wojsławic kryją masę ciekawych postaci, masę zaskakujących wydarzeń. A przecież nie jest to duża miejscowość.

    AS: W „Przyjacielu Człowieka” wracają Robert Storm oraz doktor Skórzewski – co skłoniło Pana do powrotu do tych postaci?

    AP: Czytelnicy przyzwyczajają się do bohaterów. Lubią co jakiś czas spotykać ponownie znajome postaci. Pisząc opowiadania – te na poważnie, bez Wędrowycza – często używam wymyślonych wcześniej postaci. To także ułatwia pracę. Znajduję pomysł na fabułę, ustalam chronologię wydarzeń, zastanawiam się, czy mam bohatera, za pośrednictwem którego pośrednictwem mógłbym tę historię czytelnikom opowiedzieć.
    Doktor Skórzewski to przy okazji świetna postać, by pokazać pewne „zakręty” medycyny i zarzucone obecnie terapie. Żył w takich latach, że mógł być świadkiem pokonania syfilisu, powstania pierwszych leków przeciwgruźlicznych, ale także zachłyśnięcia się lobotomią czy torakoplastyką. W jednym z tekstów piszę na przykład o tak zwanym Kikucie Krukenberga – dziś to kompletnie zarzucony pomysł, ale w latach po zakończeniu I wojny światowej pozwalał wielu okaleczonym żołnierzom odzyskać choć częściową sprawność…

    AS: Jedno, co jest zawsze zaskakujące dla Pana czytelników, to niekończąca się inwencja w kwestii pomysłów – mimo kilkunastu lat przy piórze stale potrafi Pan zaprezentować coś nowego... Nie, nie chcę zapytać o to, skąd Pan bierze pomysły, tylko o źródła historyczne – z pewnością pisanie takich tekstów, jak „Przyjaciel...” wymaga ogromnej pracy nad źródłami. Które stanowią najlepszy rezerwuar pomysłów czy inspiracji?

    AP: Nasza przeszłość jest kopalnią rozmaitych anegdot. Część z nich można wykorzystać jako źródło inspiracji lub bezpośrednio wpleść w tekst. Notuję wszystkie pomysły. Nawet najgłupsze. Potem siedzę nad nimi i myślę. Czasem z dwu kiepskich pomysłów składa się jeden bardzo dobry. Inspirują mnie miejsca, przedmioty, wydarzenia, o których słyszałem lub czytałem. Zaczynam obracać sobie w głowie różne historie. Czasem coś z tego wychodzi, czasem nie.
    Bywa i tak, że czytam coś i nachodzi mnie myśl. Wszyscy piszą o wampirach, a właściwie dlaczego ja nie piszę o wampirach? Albo przypominam sobie coś, co czytałem przed laty, i łapię się na myśli, że nigdy nie pisałem o szalonych naukowcach – może zatem najwyższy czas? Staram się nie podążać za modami – ale siłą rzeczy czasem fala nakrywa nas z głową i trzeba umieć to wykorzystać. Na przykład pisząc zjadliwą parodię jakiegoś trendu.

    AS: Pomówmy jeszcze chwilę o historii - czy nie miał Pan kiedykolwiek poczucia, iż zamykanie się w historycznych ramach ogranicza Pana inwencję? Czy podczas pisania nie zdarzyło się westchnięcie: „Ach, gdybym tylko nie musiał trzymać się realiów dziejowych!”. A może właśnie wtedy rozwija Pan najbardziej skrzydła?

    AP: Realia dziejowe nie są dla nie żadnym odczuwalnym ograniczeniem. Wręcz przeciwnie. Uważam fantasy, obracające się z reguły w całkowicie zmyślonych rzeczywistościach, za gatunek przeważnie dość jałowy intelektualnie. Owszem – wymyślenie świata od A do Z jest ciekawe, ja jednak wolę najpierw długo grzebać, a potem skleić swoją opowieść z możliwie licznych autentycznych okruchów. Lubię, gdy czytelnik przy okazji lektury dowie się czegoś prawdziwego.
    Czytelnicy bardzo dobrze odebrali moje opowiadania „Wielbłądzie masło” i „Wilcze leże” rozgrywające się podczas okupacji hitlerowskiej. Pokazałem jako bohaterów zwykłych ludzi, którzy ograbieni przez Niemców, zagrożeni w każdej chwili utratą życia, próbują nadal pomagać sobie wzajemnie, usiłują przetrwać i przy tym jeszcze zachować godność… Te teksty nasiałem drobnymi elementami tamtej rzeczywistości. Są tam autentyczne plotki z epoki – poznane dzięki dziennikowi okupacyjnemu malarza z Chełma Z. Waśniewskiego. Jest
    okupacyjna metoda słodzenia kawy – ze wspomnień mojej znajomej staruszki p. Joszt. Miasteczko, w którym rozgrywa się akcja, jest ciut podobne do moich rodzinnych Wojsławic.

    AS: W jakim gatunku czuje się Pan najlepiej? Mamy wszak wiejską fantasy, horror, historie alternatywne... I czy kusiło Pana kiedykolwiek, by wyjść poza te ramy i napisać coś w gatunku, w którym nie czuje się Pan komfortowo? A jeśli tak – to jaki byłby to gatunek?

    AP: Fantasy to raczej nie moja bajka. Myślę natomiast od lat o napisaniu swojej space opery. Może coś o kosmicznych archeologach. Albo o spotkaniach z obcą cywilizacją. Myślę nad powieścią lub cyklem opowiadań, w którym Europę po wybuchu superwulkanu na Polach Flegrejskich nęka wieloletnia wulkaniczna zima… Taki zimowy postapokaliptyk.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Cykl o Jakubie Wędrowyczu

    • Kroniki Jakuba Wędrowycza
    • Czarownik Iwanow
    • Weźmisz czarno kure...
    • Zagadka Kuby Rozpruwacza
    • Wieszać każdy może
    • Homo bimbrownikus
    • Trucizna
    • Konan Destylator
    • Karpie bijem

    Cykl Kuzynki

    • Tom 1: Kuzynki
    • Tom 2: Księżniczka
    • Tom 3: Dziedziczki
    • Tom 4: Zaginiona

    Cykl Pan Samochodzik

    Andrzej Pilipiuk wydał też w latach 1999-2005, pod pseudonimem Tomasz Olszakowski, 19 tomów kontynuacji przygód Pana Samochodzika:

    • Pan Samochodzik i... Arka Noego
    • Pan Samochodzik i... rubinowa tiara
    • Pan Samochodzik i... tajemnice warszawskich fortów
    • Pan Samochodzik i... zaginiony pociąg
    • Pan Samochodzik i... sekret alchemika Sędziwoja
    • Pan Samochodzik i... zaginione poselstwo
    • Pan Samochodzik i... łup barona Ungerna
    • Pan Samochodzik i... zagubione miasto
    • Pan Samochodzik i... wynalazek inżyniera Rychnowskiego
    • Pan Samochodzik i... potomek szwedzkiego admirała
    • Pan Samochodzik i... ikona z Warszawy
    • Pan Samochodzik i... Czarny Książę
    • Pan Samochodzik i... więzień Jasnej Góry
    • Pan Samochodzik i... brązowy notes
    • Pan Samochodzik i... Adam z Wągrowca
    • Pan Samochodzik i... diable wiano
    • Pan Samochodzik i... mumia egipska
    • Pan Samochodzik i... Relikwiarz świętego Olafa
    • Pan Samochodzik i... Zamek w Chęcinach

    Cykl Norweski dziennik

    • Tom 1: Ucieczka
    • Tom 2: Obce ścieżki
    • Tom 3: Północne wiatry

    Cykl Oko Jelenia

    • Droga do Nidaros
    • Srebrna Łania z Visby
    • Drewniana Twierdza
    • Pan Wilków
    • Triumf Lisa Reinicke
    • Sfera Armilarna
    • Sowie zwierciadło

    Cykl Wampir z...

    • Wampir z M-3
    • Wampir z MO
    • Wampir z KC

    Źródło: Wikipedia

  • Recenzja książki: „Miłość bogów" - Rafał Dębski

    Tytuł książki

    Rafał Dębski - „Miłość bogów”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Fabryka Słów
    Liczba stron: 368
    Cena okładkowa: 42,90 zł

    Do trzech razy sztuka! Rafał Dębski powrócił, a wraz z nim ostatni tom trylogii „Piastowskie fantasy”. Akcja powieści przenosi nas do średniowiecza, gdzie poznajemy najstarszego syna Bolesława Krzywoustego, Władysława zwanego Wygnańcem. Jego losy oraz przygody tworzą tło dla powieści, a miejscem wydarzeń została tym razem Saksonia, w której po przegranej walce z braćmi osiadł Wygnaniec.

    Nieznajomość poprzednich tomów nie wpłynie znacząco na lekturę obecnego. W całej książce jest zaledwie kilka nawiązań do wydarzeń z „Kiedy Bóg zasypia” czy „Jadowitego Miecza”. Jednak ci, którym te pozycje nie są obce, mogą wyłapać kilka smaczków, a nawet zdziwić się obecnością w głównej akcji postaci, które wcześniej uchodziły za poboczne. Jest to dobra wiadomość dla osób, które niekoniecznie chciałyby zagłębiać się w całą serię.

    Dla znających poprzednie części dużą zmianą będzie też klimat ostatniej części. Ja sama z pewną ulgą przyjęłam jego spokojniejszą wersję, bo, w przeciwieństwie do wcześniejszych tomów, w tym nie mamy żadnych wojen czy sporów politycznych. Nie ma rzezi, zbiorowych walk czy dynamicznych potyczek. Dębski skupił się na bardziej prostych problemach, a dokładniej dworskich konwenansach, intrygach i romansach. Dużym zaskoczeniem był dla mnie rozbudowany wątek miłosny, którego się nie spodziewałam, a który idealnie współgrał z fabułą i dodawał jej powiewu świeżości. Sama fabuła jest dość tajemnicza i rozwija się powoli. Przez długi czas daje nam tylko i wyłącznie rosnącą masę pytań, i nawet zakończenie nie przynosi odpowiedzi na wszystkie z nich. Tego typu otwarte zakończenia są ciekawe, ale jednocześnie pozostawiają niedosyt.

    Pomimo zmian klimatu powieści, postacie pozostały takie jak poprzednio – dobrze wykreowane, zróżnicowane i wyraziste. Autor nie pożałował im przemian, temperamentu, osobistych dramatów czy chwil na osobiste przemyślenia. Wciąż nie potrafią one pozyskiwać zwolenników, wpadają w kłopoty i nie zawsze wychodzą z nich cało. Mnie właśnie ten sposób kreowania postaci przyciąga najbardziej. Do takiego bohatera łatwo jest się przywiązać i zaciekawić jego losami. 

    Naprawiono też kilka błędów z poprzednich części. Tym, czego mi zabrakło była magia. Wcześniej została przedstawiona skąpo i skupiała się głównie na potworach i makabrycznych rytuałach oraz opisie dokonywanych przez nich mordów. Tu jest podobnie, ale w mniejszym stopniu, a obok potworów stoją tu bóstwa, przesądy i zwyczaje.  Dostajemy też informację o tym, jak wielki miały one wpływ na życie dworskie, a nawet decyzje władców.

    Mało płynne przejścia między wątkami, które dokuczały mi w „Jadowitym Mieczu”, zniknęły. Historie poszczególnych postaci tym razem łączą się i uzupełniają. Losy bohaterów przedstawione są jako ciąg przyczyn i skutków, tego, jak wielkie konsekwencje ma jeden czyn czy też decyzja, a nawet nieszczęśliwie skierowane uczucie. Ścieżki postaci nieraz się krzyżują, co zostało przedstawione w sposób  czytelny i zrozumiały. Przemyślenia i wspomnienia bohaterów pozwalają zrozumień nie tylko ich charakter, ale i to, co kieruje nimi podczas przygód.

    Pomimo tych wszystkich cech, nie jest to książka, którą byłabym w stanie przeczytać jednym tchem. Były w niej sytuacje, przy których musiałam się na chwile zatrzymać, przeanalizować je, i dopiero kontynuować lekturę.

    Każdy rozdział bardziej pobudza ciekawość, a historyczna prawda przeplatająca się ze słowiańską magią hipnotyzuje umysł. Wykreowany przez Rafała Dębskiego świat urzeka dbałością o szczegóły i realia epoki, a wizja wciąż czającego się gdzieś w cieniu niebezpieczeństwa wywołuje dreszcze. Niepowtarzalny klimat powieści zdecydowanie pozostanie mi na długo w pamięci i serdecznie polecam tę książkę każdemu, kto szuka dobrej polskiej fantastyki.

  • Wywiad z pisarzem - Arkady Saulski

    arkady saulski

    Arkady Saulski

    Rok urodzenia: 1987
    Miasto pochodzenia: Gdynia
    Rok pierwszej wydanej książki: 2016
    Fanpage: Arkady Saulski - Kolonia Literacka

     

     

    Wywiad

    Paweł Richert, Pożeracz Światów: Nie lubisz, gdy nazywa się Ciebie pisarzem, wolisz być „autorem książek”. Jak godzisz pracę dziennikarza ekonomicznego z powieściopisarstwem?

    Arkady Saulski: Nie godzę (śmiech). To znaczy – dziennie piszę od kilkunastu do kilkudziesięciu stron… Tylko że nie są to strony powieści, lecz artykułów, które piszę w ramach życia zawodowego, głównie dotyczące ekonomii, transportu, gospodarki morskiej, segmentu gamingowego, czasami historii gospodarczej. Na pisanie mam czasu niewiele, dlatego staram się wykorzystywać każdą chwilę, aczkolwiek nie jest to łatwe, bo jednak po ośmiu, dziesięciu godzinach pisania tekstów ekonomicznych niełatwo się przestawić na literaturę, ale coś tam staram się jednak robić. Mimo to należę do autorów, którzy piszą wolno, zdecydowanie za wolno jak na mój gust, ale co zrobić, realiów nie przeskoczę. Zapewniam czytelników, że jak wygram milion w „totka”, to będę pisał częściej, na ten moment muszą uzbroić się w cierpliwość. A co do kwestii „autor czy pisarz”, hmm, zdecydowanie „autor”. Wydałem trzy książki i wszyscy z uporem określają mnie mianem pisarza. Donald Tusk wydał czternaście książek i jakoś nikt nie nazywa go pisarzem, choć przecież były premier ma w tym zakresie znacznie większe osiągnięcia ode mnie. Dlatego wolę jednak pozostać przy dyplomatycznym „autorze” – jak kiedyś wydam dwadzieścia pozycji i będę żył z pisania, to rozważę zmianę określenia (śmiech).

    PR: Opowiadania postapo, historyczne, groza, powieści science fiction i fantasy – jakim jeszcze gatunkiem nas zaskoczysz? Zmierzasz w jakimś nowym kierunku czy może planujesz dalszy ciąg Kronik Czerwonej Kompanii/Serca lodu?

    AS: Gdy byłem młodszy, ze sceptycyzmem podchodziłem do autorów skaczących od gatunku do gatunku, uznając, że pisarz powinien wyspecjalizować się i osiągnąć mistrzostwo najpierw w jednym segmencie… Po czym przyszło co do czego i już na etapie opowiadań w latach 2010-2016 skakałem od jednego klimatu do drugiego (debiutowałem zresztą w „Nowej Fantastyce” u Macieja Parowskiego jako autor… grozy!). Jestem więc niekonsekwentny, przyznaję. A co do gatunków, cóż, mniej więcej od gimnazjum, kiedy ukształtował się mój fantastyczny gust, mam trzy ulubione: fantasy, postnuklear, cyberpunk. Czasem przychodzą mi do głowy pomysły na opowiadania czy książki w innych klimatach niż wymienione, więc staram się siadać do nich w ramach ćwiczenia stylu (tak powstał dwutomowy cykl o Czerwonej Kompanii). Z fantastyki zawsze najbardziej chciałem pisać fantasy, przygotowywałem się do tego mentalnie przez kilka lat, ale dopiero w 2018 roku udało się napisać pierwszą powieść w tym klimacie, czyli „Serce Lodu”. Aczkolwiek zawsze to podkreślałem i podkreślam – moim absolutnie ukochanym gatunkiem jest western, i tak po prawdzie to ja zawsze piszę westerny, tylko umiejscowione w realiach czy to kosmicznych, czy fantasy (śmiech). A co do dalszych planów? Czerwona Kompania to na obecną chwilę sprawa zamknięta. Wola kontynuacji z mojej strony jest, ale cykl cieszył się zbyt małym zainteresowaniem rynkowym, by którykolwiek wydawca rozważał jego dalsze pociągnięcie. No i trudno, biznes jest biznes, nie mam żalu, płyniemy dalej. Na pewno chętnie napisałbym coś jeszcze w gatunku fantasy, bo tu pomysłów nie brakuje, aczkolwiek na pewno nie byłby to „drugi tom” poprzedniej książki czy ścisły ciąg dalszy – tego typu cykle mnie samego odstraszają jako czytelnika, więc nie chcę skazywać własnego odbiorcy na podobne odczucia. Raczej będzie to nowa opowieść, z nowymi bohaterami, rozgrywająca się w tym samym świecie, bo jest to koncepcja najbardziej do mnie przemawiająca, a niestety w segmencie polskiej fantasy praktycznie nieobecna.

    PR: Jak układa się współpraca z wydawcami?

    AS: Lepiej niż dobrze! Wchodząc do literatury słyszałem zaiste mrożące krew w żyłach historie o relacjach pisarz-wydawca, i muszę stwierdzić, że w moim przypadku absolutnie nigdy nie miało to miejsca. Zarówno z Drageusem, jak i z Fabryką Słów współpracowało i współpracuje mi się bardzo dobrze! Wydawcy wyrażają zrozumienie dla mojego widzenia literatury, ja staram się zaś wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom względem tego, co i jak piszę. Jest dobrze, mam wielkie szczęście, że trafiłem akurat tam, gdzie trafiłem.

    PR: Aktywnie obserwujesz rynek gier komputerowych. Czy nie kusi Cię, by napisać powieść w uniwersum jakiejś znanej produkcji? Jak to wygląda od strony praw autorskich? Czy podobnie jak w fanfikach do gier fabularnych?

    AS: Fanfik? Zdecydowanie nie! Wolę tworzyć własne światy, aczkolwiek zdarza mi się czytać z zainteresowaniem na przykład książki z uniwersum Zony. Co do praw autorskich to jest to indywidualna kwestia podejścia danej firmy – jedne nie dopuszczają nawet do tworzenia niekomercyjnych fanfików ze światów swych produkcji, inne są bardziej otwarte. Co do gier fabularnych, to w tym roku istotnie napisałem trzy opowiadania, których akcja rozgrywała się w światach stworzonych przez Games Workshop – było to związane z wydarzeniem Odlhammer Weekend w Warszawie. Tutaj sprawa była dość klarowna i dla organizatorów, i dla GW, i dla mnie: teksty nie miały charakteru komercyjnego, podobnie jak samo wydarzenie – był to event czysto, powiedzmy, towarzyski, fanowski, toteż nie mieliśmy żadnych problemów z uzyskaniem stosownych zgód. Hmm, teraz wychodzi na to, że istotnie jednak pisałem fanfik, ale był to ewenement, jednorazowe wydarzenie i tekst napisany na prośbę bardzo fajnej ekipy (którą przy okazji z tego miejsca pozdrawiam!).

    PR: Często uczestniczysz w konwentach – MiniCon, Smokon czy Krzyżakon, czy spotkania w gronie fandomu jakoś wpływają na proces twórczy, stanowią inspirację?

    AS: Nie, no bez przesady – rok 2019, zapewne w związku z debiutem w Fabryce Słów był dla mnie intensywny konwentowo, ale tak to raczej nieczęsto bywam na takich spotkaniach. Aczkolwiek są imprezy, które, jeśli mogę, staram się wspierać moją obecnością. Na pewno takim konwentem był krakowski Smokon, bardzo sympatyczna impreza, na której straciłem konwentowe dziewictwo. Krzyżakon to świetne spotkanie na malborskim zamku, zaś gdyńska ekipa Miniconu wykonuje naprawdę wspaniałą robotę i myślę, że w kilka lat Pasja Minicon będzie jedną z najważniejszych imprez tego typu w Polsce. A czy wpływa to na proces twórczy? Zdecydowanie, choćby dlatego, że przez konwenty mam jeszcze mniej czasu na pisanie (śmiech). A serio, to lubię spotykać się z konwentowiczami, rozmawiać, dzielić opinie, uwagi, to bardzo sympatyczne. Budowanie relacji jest ważne, dużo zyskuję dzięki takim wydarzeniom i zawsze jestem za nie wdzięczny.

    PR: Czerwona kompania obfitowała w whisky, w „Sercu Lodu”, jak przystało na świat fantasy, było piwo. Alkohol jako niebagatelny czynnik społeczny, czy spodziewać się jakichś nowych trunków w nadchodzącej twórczości? Czy to już zamknięty akcent?

    AS: Paradoksem jest to, że im mniej piję, tym więcej piszę o piciu. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, dlaczego wplatam tego typu wątki do swoich książek. Lubię dobrą whisky, to prawda, ale preferuję Kentucky Bourbon. Co do piw, to niestety w Polsce trudno znaleźć w tej chwili coś naprawdę wartościowego, choć obecność piw rzemieślniczych sprawia, że sytuacja i tak jest lepsza niż była tę dekadę temu. Obecność trunków w literaturze traktuję jako kolejny element wprowadzenia życia do światów, które tworzę. Staram się, by były to miejsca wiarygodne, w których ludzie, oprócz tego, że przeżywają wielkie przygody, podróżują w kosmosie, walczą z potworami i odnajdują starożytne artefakty, to też… żyją. Jedzą, śpią, ubierają się, handlują i piją. Handel, tak w Czerwonej, jak i „Sercu...” opisałem, mam wrażenie, równie dalece i szczegółowo, a jednak wszyscy zwracają uwagę na ten alkohol. Może dobra whisky jest bardziej „sexy” od sprawnie wynegocjowanej umowy kupna-sprzedaży? Nie wiem, ale jeśli czytelnik identyfikuje dzięki temu moją literaturę wśród szeregu innych książek, rozpoznaje ją, cóż, bardzo mnie to cieszy. A jak ma ochotę ją czytać przy kominku ze szklanką wypełnioną Lagavulin, Jackiem Danielsem albo Busmillsem (chyba moim ulubionym), to jestem, jako autor, zaszczycony.

    Wywiad przeprowadzony przez blog Pożeracz Światów.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Kroniki Czerwonej Kompanii:

    1. Czarna kolonia
    2. Wilk

    Samodzielne powieści:

    1. Serce lodu
  • Wywiad z pisarzem - Andrzej Ziemiański

    andrzej ziemianski

    Andrzej Ziemiański

    Rok urodzenia: 1960
    Miasto pochodzenia: Wrocław
    Rok pierwszej wydanej książki: 1987

     

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Saga o Virionie dociera wraz z ostatnią książką do finału, a Pan może pochwalić się zamknięciem kolejnego cyklu w świecie Achai. Moje pierwsze, być może banalne pytanie brzmi: co dalej? Zaś drugie – czy pisząc pierwszą „Achaję” spodziewał się Pan, że zabrnie w ten świat, jego historię i losy tych bohaterów tak głęboko?

    Andrzej Ziemiański: No i widzi Pan, ze mną tak zawsze jest. Chciałem być wolnym człowiekiem, bez zobowiązań, a tu Virion krzyczy, że jego historia nie jest skończona, że mam opowiadać dalej. I w dodatku znalazł sojuszników w osobach moich wydawców, którzy wtórują mu gromkimi głosami: pisz dalej Viriona! No i co ja mam zrobić? Historia szermierza natchnionego rzeczywiście skończona nie jest. Te cztery tomy to tylko opowieść o młodości Viriona, nic więcej. Jeszcze nie pokonał legionu Moy, jeszcze nie spotkał Achai. Będę więc musiał poddać się woli czytelników, którzy również chcą dalszego ciągu, i napisać, co wydarzyło się dalej.
    A pisząc „Achaję”, miałem w głowie ogólny zarys całości aż do czasów współczesnych, czyli epoki późniejszej niż ta opisana w „Pomniku…”.

    AS: Choć najbardziej monumentalne pozycje, które wyszły spod Pańskiego pióra, wchodzą w skład „achajowego” uniwersum, to jednak nie lękał się Pan sięgania po inne gatunki. Czy można się spodziewać kontynuacji lub prequelu jakiegoś innego dzieła z przeszłości?

    AZ: To bardzo prawdopodobne. Czytelnicy na spotkaniach często domagają się kontynuacji opisu życia Toy. I przyznam, że ta postać również we mnie siedzi mocno i twierdzi, że jeszcze nie powiedziała wszystkiego o sobie. Nie wiem jednak, kiedy będę mógł usiąść do tego na poważnie. Dwa razy chodziła mi już po głowie kontynuacja, najpierw „Bomby Heisenberga”, potem „Autobahn nach Poznań”, i dwa raz nic z tego nie wyszło. Zresztą autostradę Wrocław - Poznań właśnie kończą budować. Może więc zamiast pisać kontynuację opowiadania warto poczekać trochę i zobaczyć na własne oczy, co będzie dalej…

    AS: „Pomnik Cesarzowej Achai” czy „Virion” to długie, skomplikowane cykle, nad którymi praca musiała być nie tylko intensywna, ale też wymagająca. Czy podczas pisania miewał Pan momenty, kiedy czuł Pan zmęczenie tym światem, tymi bohaterami? A może opowieść tak porywała, że nie było czasu na tego typu odczucia?

    AZ: Zmęczenia bohaterami nigdy nie czułem. Jeżeli coś mi się nie podoba, to kończę historię danego bohatera i zaczynam pisać o czymś innym. Ale częściej jest odwrotnie. Fascynacja danym bohaterem i jego możliwościami rośnie i wielokrotnie ci, którzy byli drugoplanowi, stają się nagle postaciami znaczącymi dla rozwoju fabuły.
    Natomiast jeśli opisy świata zaczynają mi wydawać się zbyt jednorodne, to generalnie wykonuję skok o tysiąc lat i już wszystko wygląda zupełnie inaczej.

    AS: Uniwersum „Achai” dość silnie oparte jest na okresie antycznym, ze szczególnym uwzględnieniem hellenistycznej i romańskiej części basenu Morza Śródziemnego. Jak wyglądał research podczas pisania? Czy były jakieś informacje historyczne, które szczególnie mocno wpłynęły na kształt tego świata? A może takie, które musiał Pan odrzucić, by zachowana została pierwotna wizja pisarza?

    AZ: Researchem jest całe moje życie. Antykiem interesowałem się od czasów młodości. Najpierw były powieści Witolda Makowieckiego „Diossos” i „Przygody Meliklesa Greka” (czy imię Melikles nie wydaje się czytelnikom „Viriona” znajome?). Potem jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, genialny, fantastyczny, najbardziej cool na całym świecie Joe Alex i jego „Czarne okręty” – gigantyczna powieść, która nauczyła mnie myśleć o antyku w kategoriach współczesności.
    A potem, w miarę dorastania pojawiło się „Sprzysiężenie” Johna Herseya – książka w formie listów, raportów rzymskiego policjanta, który szpiegował wrogów cesarza w ubikacji w termach, oraz „Upadek Agatona” Johna Gardnera – książka opisująca rodzinne kłótnie rozgrywające się w starożytnej Grecji prowadzone jak najbardziej współczesnym językiem.
    No i z całym tym bagażem poszedłem na studia, na architekturę, gdzie zaczęło się studiowanie antyku na poważnie. I nie kończy się do dziś.
    Dlatego na pytanie, jak długo trwał research, mogę odpowiedzieć jedynie: nie wiem. On jeszcze trwa.

    AS: Na koniec chciałem zapytać o moją osobistą ulubienicę: co dalej z Toy? Czy istnieje szansa, byśmy otrzymali o tej bohaterce równie rozbudowany cykl jak o bohaterach uniwersum Achai?

    AZ: Jak powiedziałem wyżej: Toy przychodzi do mnie często i dopomina się. Jest przecież jeszcze jedna uśpiona Valkiria, którą może otrzymać jej wróg. Są źli Rosjanie, którzy mimo niepowodzeń przez cały czas pracują nad swoimi implantami bojowymi. Cała masa nieprzyjaciół knuje i spiskuje aż dysząc, żeby zagrozić światu i być może już niedługo niepozbierana Toy będzie musiała go ratować.
    Nie wiem tylko, kiedy to nastąpi. Dajmy więc wrogom chwilę na stworzenie prawdziwego zagrożenia.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Pojedyncze powieści:

    • Wojny urojone
    • Zabójcy szatana
    • Bramy strachu
    • Nostalgia za Sluag Side
    • Dziennik czasu plagi
    • Przesiadka w przedpieklu
    • Miecz Orientu
    • Toy wars
    • Breslau forever
    • Ucieczka z Festung Breslau
    • Das Building
    • Wzgórze zwane Cymbo
    • Żołnierze grzechu
    • Za progiem grobu

    Achaja

    • tom I
    • tom II
    • tom III

    Pomnik Cesarzowej Achai

    • tom I
    • tom II
    • tom III
    • tom IV
    • tom V

    Imperium Achai. Virion

    • Wyrocznia
    • Obława
    • Adept
    • Szermierz

    Zbiory opowiadań

    • Daimonion
    • Zapach szkła
    • Toy Wars
    • Pułapka Tesli

    Źródło: Wikipedia

  • Mordimer Madderdin powraca

    przekletekrainyMordimer Madderdin wreszcie doczekał się kolejnej odsłony swoich przygód. Każdy, kto tęsknił za tym marudzącym i narzekającym sługą Świętego Officjum, może znów spotkać Mordimera, tym razem na kartach powieści „Ja, Inkwizytor. Przeklęte krainy”, która ukazała się pod patronatem Konwentów Południowych.

    Recenzję tego tytułu znajdziecie oczywiście na naszej stronie, a dokładnie tutaj.

  • Wywiad z pisarzem - Michał Gołkowski (ponownie)

    Wywiad Michał Gołkowski

    Michał Gołkowski (ponownie)

    Rok urodzenia: 1981
    Miasto pochodzenia: Sochaczew
    Rok pierwszej wydanej książki:2013 
    Fanpage: Michał Gołkowski - ofiszyl fanpejcz

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Właśnie zakończył Pan prawdziwie monumentalną trylogię „Bramy ze Złota”. Nie zwalnia Pan tempa, bowiem już zapowiedział kolejną powieść z cyklu „Stalowe Szczury”, rozgrywającą się w alternatywnym uniwersum I wojny światowej. Skąd zainteresowanie historią?

    Michał Gołkowski: Historia zawsze była dla mnie tą ciekawszą, bo ukrytą częścią składową teraźniejszości. Wychowałem się w wielkim, starym domu, pełnym trzeszczących podłóg, dziwnych zakamarków, zakurzonych słojów i stojących wszędzie książek. Nie było miesiąca, żeby dziadek nie wykopał w ogródku czegoś z ziemi – a to monety z XVIII wieku, a to naboju do pierwszowojennego Mosina. Albo gwoździa od trumny, bo zdarzyło się raz i tak!
    Jestem potomkiem rodziny humanistów, miłośników języka i jego dziejów, którzy zawsze rozpatrywali książkę przez pryzmat czasów, w których powstawała, i równoległych z nią wydarzeń historycznych. Od małego czułem, że tego, co jest tu i teraz, jest niewspółmiernie mniej od rzeczy, które już były tam i kiedyś – a więc że historia jest o wiele obszerniejsza, jeśli nie wręcz ciekawsza niż teraźniejszość.
    Poza tym nikt, nikt nie jest w stanie wymyślić ciągu zdarzeń tak bardzo niesamowitego, niewiarygodnego, obłąkanego i zaskakującego jak to, co czasami dzieje się naprawdę. Najlepsze scenariusze pisze ponoć życie, więc wystarczy sięgnąć pomiędzy karty historii i znaleźć tam wszystko, co potrzebne. Tym bardziej, że historia zatacza koła, a my wyłącznie powtarzamy nowymi słowami te same opowieści.

    AS: Pisząc fabuły umiejscowione w okresach historycznych lub quasi-historycznych, z pewnością pracuje Pan na źródłach. Jak wygląda w Pana przypadku kwerenda? Czy natrafił Pan na jakieś źródła, które w toku pisania lub dalszych badań uznał za niewiarygodne lub przeciwnie – bardzo rzetelne a niedoceniane?

    MG: Nie wierzę w szykowanie się do pisania książki *przed* rozpoczęciem pracy.
    Jeśli miałbym w ogóle nie mieć pojęcia o danym okresie i miejscu – weźmy na ten przykład starożytne, albo i średniowieczne Chiny – to w ogóle bym nie brał się za pisanie o nim, bo musiałoby to być albo skrajną głupotą, albo zwyczajną butą, żeby wierzyć, że można rzetelnie zrobić coś, o czym nie wie się nic. Dlatego też zawsze zaczynam od miejsc i czasów, o których mam już jako taką wiedzę, a potem pogłębiam ją w trakcie, w miarę zapotrzebowania. W ten sposób unikam sytuacji, gdy znajduję coś, co uznaję za tak ciekawe, że koniecznie, nieodwołalnie, musowo chcę to pokazać czytelnikowi – bo wtedy ten ostatni nieodmiennie ma wrażenie, że autor próbuje zabłysnąć, olśnić go swoją wiedzą eksperta. Czytelnicy doskonale czytają nie tylko książkę, ale i jej twórcę, i bardzo szybko wyłapują takie chwile słabości.
    Wierzę natomiast w zarażanie ludzi swoją pasją. Nie próbuję pozycjonować siebie jako eksperta od czegokolwiek, bo ja nadal się uczę, uczę wraz z moim odbiorcą, ale zdecydowanie jestem w każdym wypadku pasjonatem danego tematu. Na tej zasadzie zakochałem się w Wielkiej Wojnie podczas pisania „Stalowych Szczurów”. Wcześniej, owszem, interesowała mnie, ale dopiero podczas robienia badań przy pisaniu książki zrozumiałem, jak cudownie obłąkany był to czas.
    Źródła są niewiarygodne z założenia, bo piszą je ludzie. Każdy bardziej obszerny tekst literacki musi być w taki czy inny sposób nacechowany poglądami, propagandą lub światopoglądem. Dla przykładu, większość kronik średniowiecznych „cierpi” na chroniczną dyskalkulię megalomańską, wyolbrzymiając liczbę walczących w bitwach i zamieszkujących miasta ludzi dziesięcio-, a najpewniej i dwudziestokrotnie.
    Najbardziej niedocenione źródło? Pochodzące z epoki minojskiej krótkie notatki kwatermistrzowskie znajdowane w pałacach Krety. Liczba wydanych oficerom hełmów, odebrane promienie do strzał, zamówione koła do rydwanów. Widać i czuć w tym ogrom oraz złożoność machiny gospodarczo-wojennej, jaką musiała stanowić wówczas ta ikonicznie wręcz piękna wyspa. Zdecydowanie preferuję teksty krótkie, robocze i techniczne od kronik czy peanów na cześć władców, bo to one najpełniej przekazują nam może i wąski, ale niezmiernie wymowny wycinek rzeczywistości.

    AS: W trylogii „Bramy ze Złota” przedstawia Pan rozmaite kultury umiejscowione na różnych szerokościach geograficznych. Badanie której z nich było najtrudniejsze?
    Szczerze mówiąc, nadal zagadką są dla mnie ludy Wielkiego Stepu. To pokłosie diametralnie odmiennej od naszej kultury, mentalności i religii, która przecież przez długi czas stała nie to, że u progu, ale wręcz w przedpokoju średniowiecznej Europy i zupełnie poważnie rozważała wejście w butach na salony!

    MG: Absolutnie zafascynowali mnie Ongurowie, czyli lud koczowniczy będący założycielem tak zwanego (nieszczególnie trafnie) Pierwszego Carstwa Bułgarskiego. Pozornie prymitywni nomadzi, którzy pod wodzą obdarzonego nietuzinkową wizją chana zdecydowali się rzucić wyzwanie samemu Imperium Rzymskiemu ze stolicą w Konstantynopolu – i na dość długi czas faktycznie dali radę przyćmić jego blask.
    Chan Terwel, bo to o nim mowa powyżej, miał być nieledwie postacią drugo- albo i trzecioplanową. Już czytając o nim czułem, że będzie kimś o wiele ważniejszym, zaś tworząc jego postać poczułem, że w zasadzie to jakby dobrze pomyśleć, to fajnie by było napisać osobną książkę – o nim samym.
    To właśnie takie smaczki, takie rodzynki w cieście sprawiają, że pisanie książek daje mi tyle radości i satysfakcji, bo jest to podróż, która nie kończy się nigdy.

    AS: Przed premierą „Świątyni na Bagnach” opisywał Pan, iż wiele miejsc nakreślonych w książce jest autentycznych. Czy mógłby Pan wskazać, o które lokalizacje chodzi?

    Och, oczywiście 😊
    Miejscem, które zainspirowało mnie do napisania samej „Świątyni na Bagnach” był tak zwany Krąg Galindów stojący w lesie pod Białą Piską – uroczym miasteczku, z którego wywodzi się cała rodzina od strony mojej ślicznej małżonki. Polecam każdemu wizytę tam i poczytanie o samym kręgu, bo już nawet historia jego odkrycia jest mocno niesamowita i potrafi zainspirować.
    Siłą rzeczy sama „Świątynia” dzieje się właśnie tam! Pośród bezdroży i mokradeł Puszczy Piskiej, na pagórkach i w ciemnych dolinach Mazur Garbatych, pomiędzy największymi jeziorami, z których – gdy dobrze poszukać – można znaleźć rzeczkę, która potem wpada do większej rzeki, toczącej swe wody ku morzu. Te miejsca istnieją naprawdę, trzeba tylko je znaleźć!

    AS: „Stalowe Szczury” eksplorują okres Wielkiej Wojny, zaś opowieść Zahreda pozwala Panu na podróż przez różne okresy historyczne. Lecz czy są okresy, o których chciałbym Pan napisać, ale jeszcze nie nadarzyła się okazja? Jeśli tak, to o jakie czasy mogłoby chodzić?

    Ojej, ojej! To może powiem, jakie są plany. Tak będzie łatwiej i prościej.
    Teraz jestem w trakcie eksplorowania dystopijnej, przyszłościowej wizji Federacji Rosyjskiej, więc zamiast obserwować przeszłość, zabawiam się ekstrapolowaniem przyszłości.
    Następne w kolejności są trzy powieści osadzone w XVI wieku, które poruszą temat podboju, a raczej holokaustu Meksyku dokonanego przez wojska Corteza, następnie powstania chłopskiego Floriana Geyera i wreszcie niesławnego Sacco di Roma, czyli złupienia Rzymu przez hiszpańskich kondotierów. Wspólnie stanowią trylogię „Świat we krwi”.
    Nieustająco mam w głowie całą fabułę „Ostatniego Cesarza”, czyli powieści stricte historycznej o dojściu do władzy, światłych rządach i w końcu śmierci ostatniego wielkiego i prawdziwego cesarza, czyli Manuela Komnena w drugiej połowie XII wieku w Konstantynopolu.
    Kusi mnie tchnieniem dżungli i zapachem świeżo suszonych liści herbaty „Krwawa Kompania”, a więc opowieść o poszukiwaniu ostatnich prawdziwych bogów pośród zapomnianych i opuszczonych miast XVIII-wiecznych Indii.
    Ja naprawdę mam więcej pomysłów niż czasu, żeby je spisywać w formie kolejnych książek 😊

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    1. Cykl Siedmioksiąg grzechu
      Spiżowy gniew, Bogowie Pustyni, Bramy ze złota 1. Świątynia na bagnach, Bramy ze złota 2. Złote miasto
    2. Cykl .S.T.A.L.K.E.R.:
      Ołowiany świt, Drugi brzeg, Droga Donikąd, Sztywny, Powrót
    3. Cykl Stalowe Szczury:
      Błoto, Chwała, Konigsberg, Otto
    4. Cykl Komorniczy:
      Komornik, Komornik ++ Rewers, Komornik +++ Kant
    5. Powieść:
      Moskal.
    6. Antologie:
      Pióra Falkonu - Na nocnej zmianie, Idiota skończony
  • Wywiad z pisarzem - Rafał Dębski

    Rafał Dębski

    Rafał Dębski

    Rok urodzenia: 1969
    Miasto pochodzenia: Oleśnica
    Rok pierwszej wydanej książki: 2005

     

     

     

     

    Słowiańskie bestie, dawne wierzenia, nowa religia i bezwzględna polityka – to wszystko można znaleźć w finale Trylogii Piastowskiej Rafała Dębskiego. Przy okazji premiery „Miłości Bogów” rozmawiamy z autorem o historii, o dynastii Piastów i o tym, jak wiele zostało z dawnych Słowian w nas samych.

    Wywiad

    Arkady Saulski: Po ponad 10 latach otrzymamy wreszcie finał trylogii zapoczątkowanej powieścią „Kiedy Bóg Zasypia”. Historia, batalistyka, ale i horror – dlaczego akurat w taki sposób zdecydował się Pan opisać historyczne wydarzenia z czasów piastowskich? Czy historie opisane w powieściach istotnie były tak… mroczne?

    Rafał Dębski: Historia tamtych czasów jest znacznie bardziej mroczna, niż to ukazują moje powieści. Okropieństwa, jakich dopuszczano się w czasie buntu po śmierci Mieszka Lamberta, są trudne do opisania, podobnie jak zbrodnie czeskich najeźdźców, a niecały wiek później – żniwo buntu palatyna Awdańca. Paradoksalnie, poczwary i upiory, które dokonują krwawego dzieła na kartach książek, łagodzą znacznie straszliwy obraz ludzkiego okrucieństwa. Naturalistyczne oddanie rzeczywistości z pewnością odrzucałoby większość czytelników.
    Ale jest też inna strona tego medalu. Osobiście najchętniej opisałbym tamte czasy w powieści stricte historycznej. Problem w tym, że polską historią nikt nie był wówczas zainteresowany – zresztą do dzisiaj z tym marnie –, i jedynie Fabryka Słów chciała zaryzykować z taką materią. Automatycznie musiałem więc włożyć „Kiedy Bóg zasypia” w kanon fantastyczny. Po latach stwierdzam, że nie zaszkodziło to jednak opowieści, a może wręcz przeciwnie.

    AS: Czytając Pana książki wchodzące w skład „Trylogii Piastowskiej”, można odnieść wrażenie, iż jest Pan wobec niektórych władców z tej dynastii niezwykle krytyczny. Czy ów ród był istotnie tak brutalny i bezwzględny, jak Pan to przedstawia?

    RD: Zaraz krytyczny! Jeśli chodzi o Piastów, cierpię na to samo schorzenie, które dotknęło Pawła Jasienicę. A zatem uważam ich za ród srogi i okrutny. Potrafili być straszni, krwawi, wiarołomni, a przy tym niekiedy zachowywali się wręcz tchórzliwie. Ale to właśnie oni stworzyli Polskę, to ich starania zlepiły ją później w całość po prawie dwóch wiekach rozbicia dzielnicowego. Byli też szaleńczo odważni, szlachetni, skłonni do poświęceń w imię racji stanu.
    I tak, jak Paweł Jasienica, kocham tych skurczybyków całym sercem!
    A że o takim Krzywoustym sądzę swoje, to inna sprawa. Zasłużył – i jego akurat nie lubię, chociaż umiem bezstronnie docenić genialny cynizm niektórych jego poczynań, jak choćby zwabienia przyrodniego brata niby w pokojowych zamiarach i wydarcia mu oczu. Nie zabójstwo, bo przecież Piast nie powinien zabijać Piasta, tylko okaleczenie. A że potem tak pielęgnowano konkurenta do książęcego diademu, że zmarł? Cóż, wola Boska. Zresztą, nie tylko on miał takie sprawki na sumieniu, do podobnych podstępów nie uciekali się też jedynie nasi władcy. Jeśli się spojrzy na historię Europy, był to raczej proceder niż jakieś niechlubne wyjątki. Niemniej, właśnie Krzywoustego uważam rzeczywiście za najgorszego z Piastów – oczywiście tych sprawujących władzę nad całym krajem (bo z mojego wyklinania na takiego Konrada Mazowieckiego można by spory gmach zbudować). Ale i tak wolę tego Bolka krzywoprzysięzcę od chociażby Zygmunta Wazy i w ogóle całej szwedzkiej dynastii. Co robił, to robił, ale zawsze starał się budować i umacniać państwo. Tamci zaś wiecznie spoglądali łakomie za morze, a nie jak Krzywousty – na morze. Ten kierunek jego polityki, to znaczy dążenie do umocnienia się nad Bałtykiem, uważam za bodaj najbardziej wartościowy.

    AS: W trylogii silnie obecny jest motyw dawnych, prasłowiańskich wierzeń. Chciałem zapytać o rzecz następującą – ile z tych dawnych rytuałów, zwyczajów, wierzeń przetrwało, Pana zdaniem, do współczesności? Czy istotnie odcięliśmy się od dawnych, słowiańskich korzeni? A może są one jednak obecne w naszym życiu, zwyczajach, świętach?

    RD: Oj, można się zdziwić, ile dawnych zwyczajów tkwi w naszych na wskroś chrześcijańskich obrzędach. Chociażby święcenie jajek. Jajko to przecież symbol witalności. Czy chrześcijański? Skąd – uniwersalny. A te wszystkie Matki Boskie Zielne i w ogóle nabożeństwo dla matki? Czy to chrześcijaństwo? Przecież przedstawienia Maryi z Dzieciątkiem to istny kult Izydy, a na Słowiańszczyźnie kobieta również była otaczana szczególną czcią. Takich przykładów jest wiele. Kościół chrześcijański był na tyle mądry, żeby te najbardziej zakorzenione zwyczaje i wierzenia wchłaniać, a nie zwalczać za wszelką cenę. Etnografowie potrafią godzinami opowiadać o pozostałościach pogańskich w wierzeniach chrześcijańskich.
    We wszelkich kulturach, w tym słowiańskich, krzyż jest symbolem solarnym, znakiem życia i nadziei. Dzisiaj o tym zapominamy, ale przecież z jakiegoś powodu tak naturalnie przyjął się również wśród naszych przodków. A nie były to grzeczne owieczki. Prędzej grzeszne. Już za Chrobrego wybuchały bunty przeciw nowej wierze. Tyle że krwawy Bolesław miał na tyle mocy, aby je tłumić bez większego wysiłku i hałasu na cały świat. Z kolei powstanie po śmierci jego syna jest mocno przeceniane jako tak zwana „reakcja pogańska”. To był raczej bunt możnowładców, którym nie odpowiadała silna władza królewska lub książęca, ale ruchawka najwyraźniej wymknęła się spod kontroli. No i czeski Brzetysław skorzystał wtedy z okazji, żeby nam całkiem sporo urwać.
    Niemniej, kulty pogańskie istniały przez długi czas po ochrzczeniu zarówno Polski, jak i Rusi. U naszych wschodnich sąsiadów można mówić o reakcji pogańskiej tlącej się grubo ponad sto lat. Historycy mówią nawet o stu osiemdziesięciu.

    AS: Na koniec chciałem zapytać o „Miłość Bogów” – czego mogą się spodziewać czytelnicy po tym finale cyklu? Czy będzie to historia równie mroczna, jak pozostałe, a może na finał pozwolił sobie Pan na wpuszczenie do nich nieco światła?

    RD: Ta część jest nieco inna od poprzednich. Dzieje się bowiem nie w Polsce, lecz na terenie Saksonii, w której znalazł schronienie Władysław Wygnaniec po przegranej wojnie domowej. Jest on zresztą jedną z głównych postaci dramatu. Różnica polega również na tym, że wprawdzie odwołuję się do faktów historycznych, ale tylko w reminiscencjach. Główna oś fabuły nie ma nic wspólnego z autentycznymi wydarzeniami, za to mocno wyeksponowałem tło obyczajowe – życie zarówno wysoko urodzonych, jak i chłopów, panujące między nimi stosunki, a przede wszystkim: nabierające rozpędu obyczaje rycerskie, w tym szczególnie miłość dworską.
    Co nie znaczy, że nie jest krwawo, bo jest – i to chwilami nawet chyba bardziej okrutnie niż we wcześniejszych tomach.
    A jeśli chodzi o nieco światła? Uchylę rąbka tajemnicy. Dominika Repeczko, moja agentka i ulubiona redaktorka, wyrzucała mi nieraz daleko posunięty szekspiryzm rozwiązań fabularnych, dotyczących przeżywalności postaci dramatu. Dlatego, aby zrobić jej przyjemność, w „Miłości bogów” zrobiłem coś w rodzaju happy endu. Jak Dominika stwierdziła, popełniłem rzeczywiście „tylko coś w tym rodzaju, ale dobre i to”.
    I jeszcze jedno. Wszystkie części trylogii spina jedna postać – moja ukochana bogini Wiłła. Tutaj ponownie występuje w towarzystwie wilka, jako że uwielbiam wilki. Co nie znaczy, że czytelnicy poprzednich części nie spotkają innych starych znajomych. Aczkolwiek, podobnie jak drugi tom, również ten można przeczytać bez znajomości poprzednich historii, bo mimo pewnych nawiązań, każda opowieść stanowi kompletną, zamkniętą całość.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Pojedyncze powieści:

    • Łzy Nemesis
    • Czarny Pergamin
    • Przy końcu drogi
    • Gwiazdozbiór kata
    • Kiedy Bóg zasypia
    • Wilki i Orły
    • Słońce we krwi
    • Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu
    • Światło cieni
    • Kamienne twarze, marmurowe serca
    • Łuna za mgłą
    • Ramię Perseusza
    • Jadowity miecz

    Cykl „Wilkozacy”:

    • Wilcze prawo
    • Krew z krwi
    • Księżycowy Sztylet

    Cykl „Rubieże Imperium”:

    • Kraniec nadziei
    • Żar tajemnicy

    Cykl o komisarzu Wrońskim:

    • Labirynt von Brauna
    • Żelazne kamienie
    • Krzyże na rozstajach

    Cykl „Żelazny kruk”:

    • Wyprawa
    • Szalony mag

    Zbiory opowiadań:

    • Pasterz upiorów
    • Serce teściowej

    Źródło: Wikipedia