Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Recenzja książki: „Świat w pudełku" - Katarzyna Rupiewicz

    Tytuł książki

    Katarzyna Rupiewicz - „Świat w pudełku”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 287
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    W dalekiej przyszłości powoli odbudowuje się zniszczona cywilizacja. Na zgliszczach starego świata musi powstać nowy, ale problem w tym, że należy go stworzyć z dwóch rzeczy: technologii, czyli tego, co znane, tego, co przetrwało apokalipsę, a czego pozostali przy życiu ludzie się boją, oraz tego, co nowe, co dopiero przyjdzie im ujawnić. Jedno z odkryć dokonało się jednak niespodzianie i przyniosło ze sobą coś, czego ludzkość wcale nie chciała poznać. Tym czymś są kukiełki, czyli inne, nieznane i niezbadane istoty noszące w sobie potężną moc. W dodatku jest tylko jedna rzecz, którą należy zrobić, gdy stanie ci na drodze – zabić ją. Taki właśnie jest „Świat w pudełku”, który wyszedł spod pióra Katarzyny Rupiewicz.

    Ludzie w większości żyją w niewielkich osadach terroryzowani przez bandy Sępów i pod rzekomą opieką Rządów, które od owych Sępów niewiele się różnią. Ocaleni nie korzystają z osiągnięć przodków, takich jak broń czy elektronika, bo to przez nie świat spotkała zagłada. Co jakiś czas w osadzie pojawia się kukiełka. Jeśli znajdzie ją szaman – efekt genetycznych eksperymentów starej cywilizacji, obdarzony niezwykłymi darami, jak choćby mocą uzdrawiania i prekognicji – to czerpie z niej energię. Dla ludzi jednak priorytetem jest zabicie owej istoty, dlatego główna bohaterka, A, za wszelką cenę stara się wtopić w tłum, skopiować emocje, „wyuczyć się” człowieczeństwa na pamięć, by nie zostać wykrytą, by przeżyć. Sprawę ułatwia jej wygląd – w odróżnieniu od znanych ludziom kukiełek nie przypomina dwunastoletniej dziewczynki, lecz dorosłą kobietę. A wewnątrz siebie przechowuje niewyobrażalne pokłady energii. Jej skryta natura musi jednak ulec zmianie, gdy trafia do dziwnej wspólnoty, gdzie spotyka jeszcze dziwniejszego szamana i zostaje uwikłana w plan obalenia jednego z Rządów.

    Tak wygląda „Świat w pudełku” stworzony przez Katarzynę Rupiewicz. Jest to pierwsza książka z motywem postapokaliptycznym, która wywarła na mnie tak pozytywne wrażenie. Bo pomimo tego, że rzeczywistość tego świataz jednej strony wygląda znajomo (jeśli weźmie się pod uwagę inne historie z tego gatunku), to z drugiej pozostaje całkowicie oryginalna. Małe, zamknięte społeczności, strach przed Rządami, ciemnota i zacofanie, walka o tereny i podział kobiet na płodne i niepłodne, a zatem te wartościowe i te nie, obecność kukiełek, szamanów, naukowców i samozwańczych przywódców – to przerażające, odpychające miejsce. I chyba właśnie dlatego ma tak niewyobrażalnie dobry klimat. Rzeczywistość po końcu świata sprowadzonym przez poprzednie pokolenia splata się z powrotem magii, zielarstwa i zjawisk nadprzyrodzonych. Sposób, w jaki historia została napisana, oferuje wiele, bo nieraz autorka wprawiła mnie w osłupienie nagłym i zaskakującym zwrotem akcji, która nie jest może szczególnie wartka czy trzymająca w napięciu, ale tak naprawdę mam wrażenie, że wcale nie miała taka być. W końcu mówimy tu o zamachu stanu, a takich decyzji nie podejmuję się pochopnie, a już tym bardziej nie realizuje na poczekaniu. Katarzyna Rupiewicz postawiła na wodzenie czytelnika za nos, zabawę schematami, podawanie coraz większej liczby wskazówek i faktów tylko po to, by odbiorca pomyślał, że rozgryzł tę zagadkę. Jednak szybko pokazuje mu, że nawet się do tego rozwiązania nie zbliżył. Sama fabuła jest równie nieprzewidywalna i z pozoru nielogiczna jak szamani ukazani w książce.

    Miłym dodatkiem są historie, gdzie pierwszoosobową narrację A zastępuje trzecioosobowa i przenosi czytelnika w przeszłość innych postaci. Takie wstawki pojawiają się na końcu każdego rozdziału i choć nie dorównują mu długością, to pozwalają lepiej poznać i zrozumieć pozostałych bohaterów. Te „przerywniki” nakreślają ich motywy, marzenia czy cele oraz sprawiają, że przestają być tylko i wyłącznie przypadkowymi towarzyszami nieszczęsnej kukiełki, a stają się pełnowymiarowymi bohaterami.

    Muszę przyznać, że spodobało mi się to, że zaczęłam podważać motywacje zachowania niektórych postaci, kwestionować ich działanie, a przede wszystkim rozumieć, że nic w tym świecie nie jest czarno-białe.

    „Świat w pudełku” to jedna z tych pozycji, które byłam w stanie docenić dopiero po skończonej przygodzie i mając przed oczami całokształt, choć nie zabrakło bardziej chaotycznych opisów i zdarzało mi się analizować pewne działania dwukrotnie zanim zrozumiałam, co tak właściwie zaszło. Nie jest to pozycja, którą czyta się jednym tchem, ale zdecydowanie warto po nią sięgnąć. To dobrze napisana i zaskakująco przyjemna lektura. Przyznam, że po cichu liczę na kontynuację.

     

  • Recenzja książki: „Ten pierwszy raz"

    Tytuł książki

     „Ten pierwszy raz”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 322
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Czy jesteśmy sami w kosmosie? To pytanie dręczy ludzkość od zarania dziejów. Próbujemy szukać dowodów na istnienie cywilizacji pozaziemskich i snujemy różne teorie, chociaż zdarzają się i tacy, którzy kompletnie odrzucają hipotezę o istnieniu obcych ras. Kosmos jednak jest niezbadany, co wielokrotnie podkreśla się we wszystkich opowiadaniach zebranych w antologii „Ten pierwszy raz”.

    Zbiór zawiera pięć futurystycznych opowiadań najwyżej ocenionych przez znakomite jury w składzie: Diana Cereniewicz, Marcin Dobkowski, Krystian Karolak, Marek Ścieszek oraz Tymoteusz Wronka w konkursie zorganizowanym pod tym samym tytułem co książka. Każdy z tekstów przedstawia bardzo skrajne wizje pierwszego kontaktu ludzi z obcymi. Czy jednak zawsze to obcy są tymi złymi? Wszystko zależy od perspektywy. Ludzie lubią podział na „my” i „oni”. Bojąc się nieznanego, od razu zakładają, że owe nieznane musi równać się niebezpieczne, a nie zawsze tak jest. Najbardziej zauważalne jest to w opowiadaniu „Uniwersalistyka” autorstwa Małgorzaty Wieczorek. Ludzie tak bardzo boją się niezbadanego, że zamiast przywołać jedynie lingwistkę, sprowadzają również jednostkę kontaktową trenowaną do likwidacji obcych.

    Fabuła we wszystkich opowiadaniach jest rozbudowana, możemy liczyć na ciekawe zwroty akcji i barwnych bohaterów wywodzących się z wielu różnych narodowości. Jednak, zapewne przez ograniczoną liczbę znaków, większość historii wydaje się urwana w kulminacyjnym momencie. W „Gwiazdy gasną nad MOA192b” Anny Wołosiak-Tomaszewskiej jest widoczna próba wciśnięcia zbyt dużej ilości akcji do zbyt krótkiego tekstu. Zapewne gdyby opowiadanie to było powieścią, autorka miałaby szansę bardziej je rozwinąć. Takiego problemu nie zauważymy jednak w opowiadaniu „Wow!” Anny Hrycyszyn – jest idealnie „rozłożone” i nie zostajemy z niedosytem. We wszystkich tekstach widzimy również motyw marzeń i pragnienie ludzkości, by rozwiązać odwieczną zagadkę.

    Każde z opowiadań ma łatwo rozpoznawalnego głównego bohatera, którego przeszłość jest lepiej rozwinięta od historii pobocznych osób. Wszystkie postacie są pod pewnymi względami do siebie podobne – boją się obcego, ale jednocześnie o nim marzą i ekscytują się nim. Bohaterowie są też różnej narodowości, co bardzo naturalnie łączy się z futurystycznymi fabułami, ale trochę przeszkadza w czytaniu, zwłaszcza gdy poszczególne osoby rozróżnia się tylko pod względem ich nacji. Z początku wręcz się w tym gubiłam, mając czasem wrażenie, że czynność wykonał inny bohater. Myślę jednak, że najbardziej rozwinięte postacie pierwszoplanowe mamy w „Uniwersalistyce” oraz „Sekundzie do północy”.

    Channery Chen, główna bohaterka „Uniwersalistyki” ukończyła uniwersalistykę, czyli zreformowaną lingwistykę. Na prośbę rektora, której nie mogła odmówić ze względu na możliwą utratę dochodów, ląduje ona na stacji Ra. Kobieta cierpi na klaustrofobię, o czym dowiaduje się dopiero podczas lotu w kapsule. Możemy zauważyć, że jest ona uparta, wierna swoim ideałom oraz nie ma uprzedzeń. Jako jedyna chce pomóc dzieciom, które przeżyły katastrofę Łowcy Przeznaczenia, jednego z pierwszych statków kolonizacyjnych. Pragnie też rozwiązać zagadkę ich ocalenia z wypadku, w którym zginęła cała załoga.

    Główną postacią opowiadania „Sekunda do północy” jest Setella Demitriou, kobieta zdeterminowana, znająca własną wartość, dumna i niepoddająca się pomimo trudności i własnych słabości. Ma swoje marzenia i cele, do których nieustannie dąży. Dzięki tym cechom pracująca w biurze Stella wpada na trop jednego z większych odkryć ludzkości i umożliwia światu kontakt z obcą rasą.

    W „Gwiazdy gasną nad MOA192b” pierwszoplanową bohaterką jest nieustraszona (obawiająca się jedynie głównego mechanika) kapitan statku Wang Wei, która budzi wyraźny respekt u członków swojej załogi. Podczas gdy statek kolonizacyjny zbacza z kursu na skutek wypadku, kobieta zachowuje trzeźwość umysłu i stara się znaleźć rozwiązanie trudnej sytuacji.

    Największym marzeniem Jakuba Góreckiego z „Wow!” było sprostanie oczekiwaniom ojca i znalezienie się w jednostce wyruszającej na pierwszy świadomy kosmiczny zwiad w poszukiwaniu życia pozaziemskiego. Chłopak jest niezdecydowany i nie widząc dla siebie innych opcji na życie, podąża za nie do końca wiadomo czyim marzeniem – swoim czy ojca.

    Porucznik Tomasz Gadzinowski z „Dalekiego zwiadu” jest znany ludziom pod pochodzącym od nazwiska pseudonimem Gadzina. Poznajemy go w momencie wybudzenia z hibernacji opisanym dość barwnie. Opowiadanie to wydaje mi się dużo mroczniejsze od pozostałych choćby ze względu na dość dokładny opis zwłok czy też zauważalnie złe nastawienie do obcych.

    Warto też wspomnieć o kwestii językowej, która w antologii prezentuje się dość interesująco. Autorzy posługują się słownictwem popularnonaukowym i codziennym. Każdy z twórców ma swój indywidualny styl pisania. Zarówno w opowiadaniu „Sekunda do północy” autorstwa Agnieszki Sudomir, jak i w „Dalekim zwiadzie” Macieja Różalskiego pisarze używają języka w ciekawy sposób, zachęcający czytelnika do wczucia się w sytuacje postaci. W „Sekunda do północy” mamy bogaty opis przeżyć wewnętrznych głównej bohaterki, natomiast w „Dalekim zwiadzie” autor przedstawia nam wszystko w sposób bardzo obrazowy. W opowiadaniu „Gwiazdy gasną nad MOA192b” statek zostaje ukazany jako mózg – autorka wyodrębnia jego części, dzięki czemu mamy wrażenie, jakbyśmy znajdowali się na pokładzie i uczestniczyli w akcji.

    Nie zabrzmi to może profesjonalnie, jednak muszę przyznać, że książka znalazła się na mojej półce w głównej mierze dzięki wyjątkowo pięknej okładce, która naprawdę mnie zachwyciła. Wydawnictwo doskonale zadbało o stronę graficzną książki. Dopatrzyłam się dwóch małych błędów w druku w postaci dziwnych znaków graficznych wewnątrz słów, nie utrudniało to jednak czytania.

    W mojej opinii „Ten pierwszy raz” jest ciekawą pozycją dla osób zainteresowanych przestrzenią pozaziemską, obcymi czy też podróżami w kosmos. Barwne opisy, ciekawe fabuły oraz przedstawienie różnych perspektyw na pewno pozwoli czytelnikowi wręcz zanurkować w galaktykę. Zachęcam Was do lektury, a sama czekam, aż autorzy postanowią wydać bardziej rozbudowane wersje swoich dzieł.

  • Między prawdą a fikcją

    ostatni prorokJesteś tylko obserwatorem. Nie istniejesz, a jednak egzystujesz. Nie masz na nic wpływu. Podróżujesz tylko od wspomnień do wspomnień, nie mogąc ani umrzeć, ani w pełni żyć... Niezbyt kusząca perspektywa? Wybierzcie się z nami w czytelniczą podróż po kartach powieści „Ostatni prorok” Marcina Kiszeli i przekonajcie się, co jest prawdą, a co tylko fikcją. Recenzję książki znajdziecie tutaj.

  • „Taniec marionetek” ze skorumpowanym materialistą w roli głównej

    taniec marionetek.jpgWyobraźcie sobie powieść, w której nie ma żadnej postaci pozytywnej, której miejscem akcji jest stara, wiecznie zabłocona wioska, a główny bohater to skorumpowany materialista. Dorzućcie do tego garść wulgaryzmów, prosty humor, talent pisarski autora i gotowe! Macie przedsmak tego, co znajduje się na kolejnych stronach „Tańca marionetek” Tomasza Nizińskiego. Chcecie więcej szczegółów? Znajdziecie je w naszej recenzji.

  • Recenzja książki: Marcin Kiszela - „Ostatni prorok"

    ostatni prorok

    Marcin Kiszela - „Ostatni prorok”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 318
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Marcin Kiszela wbrew pozorom nie jest autorem nowym na polskim rynku wydawniczym. Pod tym nazwiskiem kryje się Dawid Kain, autor takich książek, jak „Fobia” czy też recenzowanych już przeze mnie „Oczu pełnych szumu”. „Ostatni prorok” to debiut twórcy pod jego własnym nazwiskiem.

    Ludzie często zastanawiają się co by było, gdyby… A co, jeśli w jakiejś sytuacji postąpiliby inaczej, jeżeli opcja przez nich wybrana jest błędna i może doprowadzić do końca świata? Można nad tym tylko debatować, jednak te osoby mają jakiś wpływ na dalsze koleje losu. Gorzej się mają sprawy, gdy jesteś tylko obserwatorem. Nie istniejesz, a jednak egzystujesz. Bez wpływów, bez możliwości dotyku, podróżując tylko od wspomnień do wspomnień, nie mogąc umrzeć, ale nie mogąc również w pełni żyć.

    Świat przedstawiony w powieści zmienia się z rozdziału na rozdział. Tekst podzielony jest i opisany datami, określającymi czas akcji. Czytelniczą wędrówkę rozpoczynamy w Krakowie w latach dzieciństwa Damiana (1994–1999). W kolejnych rozdziałach lokalizacja pozostaje ta sama, jednak przenosimy się w zaawansowaną, zupełnie skomputeryzowaną przyszłość – od roku 2022 i dalej.

    Głównym, najważniejszym bohaterem powieści wydaje się sam narrator, o którym nie do końca wiadomo kim lub czym jest. Podczas czytania niejednokrotnie zdarzyło mi się o nim zapomnieć, gdyż tylko opowiadał o losach reszty. Istotnymi postaciami są również Damian, Ksawery i Agata. Tytułowy prorok, Damian, to chłopak z naprawdę trudną przeszłością, wpływającą na jego obecne życie. Ukończył psychologię, jednak przez narastającą depresję, psychozę oraz bezsenność sam, jak na ironię, zaczął potrzebować pomocy psychologa. Ksawery to najlepszy przyjaciel Damiana. Pracuje w firmie CyberArts, jednej z największych korporacji w branży gier i doświadczeń elektronicznych. Chłopak z dnia na dzień coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością, powoli nie odróżniając realu od przepięknej fikcji. Agata jest dziewczyną Damiana. Stara się, jak może, wyciągnąć chłopaka z depresji, robiąc z tego swoją wielką misję.

    Marcin Kiszela nie oddalił się za bardzo od klimatu wcześniejszej twórczości. „Ostatni prorok” porusza ważne problemy, jak depresja, samobójstwo, przymus szybkiego dorastania czy też ucieczka przed wszystkimi problemami w świat wirtualny, skutkująca zatarciem się granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją. W świecie, który wydaje się nie tak odległy, gdyż w dzisiejszych czasach technologia rozwija się w zatrważającym tempie i już obecnie komputery przy niektórych pracach są w stanie zastąpić ludzkość, a sprzęt VR nie jest niczym wyjątkowym, coraz łatwiej jest zatracić granice i wpaść w uzależnienie od internetu. Z pozoru niegroźne, a jednak nas od siebie oddalające. Zaczynamy żyć życiem innych, przestajemy umieć się ze sobą porozumiewać bez możliwości skorzystania z komunikatora.

    Język w „Ostatnim proroku” jest prosty, ale nie banalny. Pełen humoru, wzbogacony o ciekawe słownictwo oraz różne nawiązania do dzieł kultowych. Co jakiś czas wydarzenia pozornie przestają mieć sens, jednak gdy już rozwiązujemy zagadkę, nagle wszystko staje się nad wyraz oczywiste.

    Minusami powieści jest ponownie ilości zmarnowanego papieru. Nic nie wnoszące, puste białe kartki pomiędzy niektórymi rozdziałami, które ze względów ekologicznych są zupełnym marnotrawstwem. Ponadto czasem odnosiłam wrażenie, że niektóre wydarzenia z życia bohaterów mogłyby zostać pominięte. Owszem, w części wzbogacały portret psychologiczny protagonistów, ale niekiedy były tylko zbędnym zapychaczem, który dzielił nas od rozwiązania tajemnicy.

    W mojej opinii „Ostatni prorok” jest pozycją wartą przeczytania. Ciekawe, dobrze rozwinięte postacie, psychodeliczny klimat i teoretycznie niemożliwa do rozwiązania zagadka – to wszystko sprawia, że książki Marcina Kiszeli są wspaniałym doświadczeniem, którego choć raz w życiu należy spróbować.

  • Życie według szablonu

    szablonAdrian Lawson ma wszystko: cudowną rodzinę, wspaniały dom i pasjonującą pracę. Pewnego ranka odbiera dziwne SMS-y, a całe jego życie jednej chwili wywraca się do góry nogami. Adrian będzie musiał zmierzyć się z prawdą, o jakiej nawet mu się nie śniło. Czy uda mu się podtrzymać swój mały, walący się świat? Tego dowiecie się z powieści „Szablon” Agnieszki Sudomir. A tymczasem zapraszamy do przeczytania naszej recenzji tej książki!

  • Gdzieś w świecie Zimy...

    zima.jpg„Do Vadeline, niewielkiej miejscowości zagubionej gdzieś w świecie Zimy, przybywa młody teatrolog, Victor Caillou. Poszukuje zaginionych sztuk Samuela Zimmermana. Uważa, że znajdzie w nich zaszyfrowane wskazówki, jak unicestwić Białą Królową – tajemniczą, nieśmiertelną istotę, która od dwustu lat bezwzględnie panuje nad całym światem” – tak rozpoczyna się historia opisana na kartach powieści ,,Zima” Michała Ochnika. Brzmi ciekawie, prawda? Przeczytajcie naszą recenzję, a dowiecie się, czy cała opowieść jest równie interesująca.

  • Recenzja Książki: Agnieszka Sudomir - „Szablon”

    szablon

    Agnieszka Sudomir - „Szablon”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creation
    Liczba stron: 348
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    ,,Szablon” to powieść autorstwa Agnieszki Sudomir, absolwentki filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim, która zadebiutowała w 2017 roku powieścią ,,Miasto Obiecane: Faza REM”. Jest również autorką dwóch tomików poetyckich, a jej artykuły możemy przeczytać w czasopismach „Topos” i „Fraza”.

    Głównym bohaterem najnowszego dzieła autorki jest Adrian Lawson, który ma wszystko: cudowną rodzinę, wspaniały dom i pasjonującą pracę. Pewnego ranka budzą go sygnały przychodzących SMS-ów. W tym momencie całe jego życie staje do góry nogami, a on sam próbuje podtrzymać swój mały, walący się świat. Teraz musi zmierzyć się z prawdą, o jakiej nawet mu się nie śniło. Czy zaufa samemu sobie i podejmie właściwe decyzje? Od tego będzie zależało nie tylko bezpieczeństwo jego najbliższych, ale znacznie więcej.

    Taki zarys fabuły mogłam przeczytać na odwrocie książki i zaintrygował mnie on na tyle, że bez większego namysłu sięgnęłam po dzieło. Bardzo podobają mi się pozycje, które poruszają temat ludzkiej psychiki i tego, jak wielką jest ona tajemnicą. Książka zmusza czytelnika do refleksji nad sobą samym i nad tym, dokąd może doprowadzić nas własne szaleństwo. Pozwala spojrzeć na ludzką psychikę jak na narzędzie samozniszczenia, równocześnie pokazując jej niewykorzystany potencjał. Agnieszka Sudomir wykreowała niesamowity, a zarazem przerażający świat. Przerażający dlatego, że wcale nie wydał mi się tak niemożliwy, jak inne znane mi uniwersa tego typu.

    Podróż przez wykreowany świat nie była dla mnie prosta, bo akurat w tej powieści przydałaby się mapa. Autorka początkowo przeplata między sobą dwie rzeczywistości, a w każdej z nich toczy się zupełnie inna historia. Opisane jest to jednak w sposób niezwykle chaotyczny.  Ciągłe przeskakiwanie między zdarzeniami było uciążliwe i znacznie odbierało mi radość z czytania. Ciągnięcie jednocześnie dwóch wizji sprawiło, że fakty plątały się ze sobą, przez co kilka razy musiałam czytać dany fragment dwukrotnie, by w pełni zrozumieć, co tak właściwie się działo.  Komplikujący lekturę sposób narracji nie trwał jednak długo, bo kilka rozdziałów dalej historia prowadzona jest już w pełni przejrzysty i przyjemny sposób.

    W powieści dzieje się wiele, bo choć sposób napisania książki nazwałabym  „poprawnym” (nie jest ani zły, ani szczególnie porywający), to na nudę narzekać nie mogłam. Akcji nie brakuje, choć nie było tam scen walki czy pościgów. Towarzyszyłam głównemu bohaterowi w próbie zrozumienia samego siebie i tego, kim jest. Dla Adriana żyjącego w świecie, w którym każdy ruch został już wcześniej przewidziany przez maszyny, a każda decyzja jest przez nie cenzurowana, okazuje się to jednak nader trudne. Mogłabym powiedzieć, że uniwersum, do którego przeniosła mnie powieść, to jedno wielkie laboratorium do badań nad ludzkim umysłem. Autorka doskonale wiedziała, jak skłonić czytelnika do refleksji na ten temat. Niezwykle surowy i chłodny klimat powieści w pełni oddaje to, co dzieje się z Adrianem.  

    Tym, co umilało czytanie, zdecydowanie byli bohaterowie, wydający się być ludźmi naprawdę z krwi i kości. Targały nimi emocje, popełniali błędy i nie wszystko przychodziło im tak łatwo, jak by chcieli. Łatwo było mi się z nimi utożsamić i zrozumieć tok ich myślenia. Przyłapałam się na tym, że faktycznie trzymałam za kciuki za głównego bohatera, śledząc jego poczynania. Już na samym początku stałam się powiernikiem jego tajemnicy i świadomość, że cały misterny plan, jaki Adrian stworzył, w każdej chwili może się rozpaść, wywoływał we mnie niepokój, ale też ciekawość. W tym wszystkim był tylko jeden minus.

    Z bólem serca i lekkim rozczarowaniem muszę przyznać, ze główny motyw historii nie zaskakuje. Nie znalazłam w niej niczego, czego wcześniej nie dałaby mi inna pozycja. Każdy, kto miał do czynienia z dziełami zawierającymi motyw fałszywej rzeczywistości, zapewne odniesie to samo wrażenie, co ja, a mianowicie, że nie ma tu nic nowego. Autorka nie pokazała mi ani oryginalnego spojrzenia na ten temat, ani nowatorskiego podejścia.

    Mimo to mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę i to zwłaszcza tym osobom, które tak jak ja lubią zagłębiać się w możliwości ludzkiej psychiki. Choć nie jest to pozycja w pełni prosta w odbiorze i miałam małe problemy z czytaniem jej, stwierdzam, że przyniosła mi wiele radości. Zwłaszcza zakończenie, którego się nie spodziewałam i które jeszcze jakiś czas później kołatało mi się w głowie.

  • Recenzja Książki: Michał Ochnik „Zima”

    zima.jpg

    Michał Ochnik - ,,Zima"

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 388
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    ,,Zima” jest pierwszą książką napisaną przez Michała Ochnika, młodego magistra filologii polskiej.

    Do Vadeline, niewielkiej miejscowości zagubionej gdzieś w świecie Zimy, przybywa młody teatrolog, Victor Caillou. Poszukuje zaginionych sztuk Samuela Zimmermana. Uważa, że znajdzie w nich zaszyfrowane wskazówki, jak unicestwić Białą Królową – tajemniczą, nieśmiertelną istotę, która od dwustu lat bezwzględnie panuje nad całym światem. Ekscentryzm, nieokiełznana ciekawość i dziecięcy wręcz upór sprawiają, że na swojej drodze spotyka tylu samo wrogów, co sojuszników.

    „Zima” to opowieść, która nie zaczyna się na pierwszej stronie i nie kończy na ostatniej. Przez cały czas wyraźnie dawano mi do zrozumienia, że to, co czytam, jest jedynie fragmentem innej, większej układanki. Autor prezentuje nam zaledwie wycinek z życia człowieka, który mógł doświadczyć jeszcze setki podobnych zdarzeń. To swego rodzaju niedomówienie pozwalało mi snuć własne teorie i przypuszczenia dotyczące życia tajemniczego przybysza. Zdecydowanie jest to coś, co uznaję za duży plus w książkach.

    Czytając, przyłapałam się też na tym, że nie wiem, o kim czytam. Główny bohater niby mi się przedstawił, niby widziałam, co robi, poznałam jego charakter, ale wszystko w mojej głowie krzyczało, że kłamie. Nie pomyliłam się. Przez historię prowadził mnie szaleniec, próbujący oszukać wszystkich, nawet samego siebie, ale zważywszy na czasy, w jakich przyszło mu żyć, jakoś nie dziwi mnie ta ucieczka w wyobraźnię i zamknięcie się w sobie. 

    I tu pojawia się uczucie, które nie opuszczało mnie przez całą lekturę – niepokój. Autor w taki sposób budował sceny oraz opisywał wydarzenia i emocje, że udzielił mi się strach odczuwany przez głównego bohatera. W pewnym momencie zauważyłam, że przeżywam to tak, jakby Zima miała przyjść po mnie, a nie po teatrologa. Pod tym względem książka pochłonęła mnie całkowicie. Cudowną sprawą było przeżywać tę przygodę, jakby stało się obok, a niekiedy wręcz było cieniem samego Victora Caillou. 

    Fabuła nie opiera się na walkach, zamachach czy też dramatycznych zwrotach akcji. Książka jako całość przypomina zagadkę, którą trzeba rozwiązać. Jest subtelna, dająca do myślenia, posiadająca kilka mylących wątków i sprawdzająca spostrzegawczość. Wydawało mi się, że postacie wodzą mnie za nos od samego początku i śmieją się mi w twarz przy wszystkich nowo poznawanych faktach. (,,Od samego początku ci to sugerowałem, nie domyśliłaś się?”) Autor wydaje się chcieć pokazać, że, jak to mówi stare przysłowie, diabeł tkwi w szczegółach.

    Jednak brak bardziej porywających wydarzeń sprawił, że książka nie jest zbyt wciągająca. Nie należy do pozycji, które czyta się jednym tchem, przeżywając przy tym burzę emocji. Zabrakło mi odrobiny akcji, bo nic nie sprawiało, by opowieść ciągnęła mnie ku sobie.

    Niemniej jednak jest to pozycja, którą z czystym sumieniem mogę polecić. Moim zdaniem sprawdzi się zwłaszcza w zimowe wieczory, gdy za oknem będzie panowała aura rodem z kart książki. Zapraszam was do podróży przez zasypane śniegiem krainy oraz wykute w lodzie miasta. Do miejsca, gdzie każde złe słowo przeciwko władczyni może sprawić, że znikniesz na zawsze w niewyjaśnionych okolicznościach. Dajcie się porwać tajemnicy, spiskom i razem z Victorem spróbujcie odnaleźć zaginione scenariusze, a dostrzeżcie magię, którą w sobie kryją.

  • Rzućmy zaklęcie na morski wiatr

    zaklecienawiatr„Gwinto Gerk wraca do domu… A raczej do miejsca, które jego domem mogłoby być, gdyby nie pewne wydarzenia z przeszłości. Nie zostaje też ciepło powitany, wzbudza podziw jedynie w siostrzeńcu, młodym Arionie. Rozmowa w cztery oczy z ojcem chłopaka kończy się jednak kłótnią i Gerk czym prędzej opuszcza wybrzeże. Nie wie jeszcze, jak prędko będzie mu dane tam powrócić, jednak nie z powodu sentymentu, a łuny pożaru bijącej w niebo…” Jesteście ciekawi, jakie przygody czekają na Gerka? Sięgnijcie z nami po „Zaklęcie na wiatr” Pauliny Kuzawińskiej, a wszystkiego się dowiecie.

  • Recenzja książki: Paulina Kuzawińska - „Zaklęcie na wiatr”

    zaklecienawiatr

    Paulina Kuzawińska - „Zaklęcie na wiatr”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 466
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Nie ma dla mnie lepszej oprawy dla toczącej się w powieści akcji, niż morze i jego sekrety. Żywioł ten wyda się się często swoją siłą przyćmiewać – a może wręcz przeciwnie, tylko potęgować – ludzkie perypetie i tragedie, niewiele znaczące wobec tak nieodpartego zagrożenia. Piękna okładka „Zaklęcia na wiatr” Pauliny Kuzawińskiej zwróciła moją uwagę od razu, i chociaż książka musiała swoje odczekać, zanim udało mi się po nią sięgnąć, przyznaję już na wstępie, że warta była chwil spędzonych z nią.

    Gwinto Gerk wraca do domu… A raczej do miejsca, które jego domem mogłoby być, gdyby nie pewne wydarzenia z przeszłości. Nie zostaje też ciepło powitany, wzbudza podziw jedynie w siostrzeńcu, młodym Arionie. Rozmowa w cztery oczy z ojcem chłopaka kończy się jednak kłótnią i Gerk czym prędzej opuszcza wybrzeże. Nie wie jeszcze, jak prędko będzie mu dane tam powrócić, jednak nie z powodu sentymentu, a łuny pożaru bijącej w niebo… Jedyny ocalały świadek wydarzeń, Arion, musi dołączyć wbrew swojej woli do załogi statku, na którym wcale nie będzie bezpieczniejszy. Śladem Gwinta, jak i sekretu pochodzenia skarbu, którego niewielką część chłopak nosi przy sobie, podąża bowiem mag o srebrnych oczach. A na samym statku czai się zdrajca…

    Przed kim ucieka załoga Gerka i czym takim się parają, że aż stali się ludźmi wyjętymi spod prawa? W jaki sposób zagrażają magom tej krainy? Wątek magii w „Zaklęciu na wiatr” i tajemnic związanych z nią jest tym, co podobało mi się najbardziej – może nie tyle sama magia, co to, w jaki sposób, wraz z postępem fabuły, pozbawiana jest otoczki wzniosłości i niedostępności. Elita srebrnookich magów, przekonanych o własnej boskości, wydaje się najpierw przeciwnikiem nie do pokonania… A potem dowiadujemy się, że ta sama elita nie czuje się z obecną władzą komfortowo, mając pierwszego od dawien dawna niemagicznego króla, a mały stateczek poniewierany przez sztorm gdzieś na morzu, z grupą piratów i chłopcem na pokładzie, będzie znaczył więcej, niż może się wydawać, będąc solą w oku obu wspomnianym stronom. Dlaczego właściwie? Bo to oni wiedzą, co kryje się za napuszoną postawą czarodziejów.

    Jestem pod wrażeniem konstrukcji intrygi i tego, jak zgrabnie powiązane zostały ze sobą wątki w powieści. Z jednej strony osierocony chłopak wrzucony w wir wydarzeń, których nie pojmuje, z drugiej – lunatykująca dziewczynka, niekochane dziecko, rywalka dla matki i zagrożenie dla ojca, przedmiot spisku i nadziei, a oboje – uwikłani w wydarzenia, w których będą początkowo tylko biernymi uczestnikami, otoczeni przez zdrajców, a przez to niedoceniający przyjaciół… Cudo. Postaciom, zarówno tym pierwszoplanowym, jak i dalszym, autorka poświęciła odpowiednią ilość uwagi, tworząc z nich jednostki spójne, konsekwentne, złożone, skonfliktowane wewnętrznie i prowadzone przez indywidualny system wartości i motywów. Nie ma tu osób bez wad i win, nie ma czarnych i białych, za to odcieni szarości znajdzie się mnóstwo.

    Trochę przewrotnie może powiem też, że na pochwałę zasługuje nieumieszczanie wątku romantycznego w centrum zainteresowania. W „Zaklęciu na wiatr” mamy do czynienia z najmniej wyeksponowanym i tak pobocznym, jak się tylko da, motywem romansu. Jest przy tym doskonale wpasowany w całość fabuły i ani trochę nudny. To się chwali, zwłaszcza że świat przedstawiony w książce ma do zaprezentowania tyle szczegółów, a opowiadana historia jest tak złożona, że szkoda by było, by cokolwiek odwracało od niej uwagę. Zakończenie pełne nadziei (choć szkoda, że nie zapowiada kolejnego tomu!) pozostawia zaś po sobie dobre, ciepłe wrażenie, a to akurat rzadkość w ramach gatunku.

    „Zaklęcie na wiatr”, ponad czterysta stron opatrzonych przepiękną ilustracją na okładce, to książka, po którą warto sięgnąć. Nie nazwałabym jej wybitną, ale zdecydowanie jest przyjemna, wciągająca i satysfakcjonująca pod względem przedstawionej historii. Na parę wieczorów z morskim klimatem pirackich przygód jak najbardziej się nada.

  • Recenzja książki: Marcin Kowalczyk - „Pętle pamięci”

    petlepamieci

    Marcin Kowalczyk - „Pętle pamięci”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Czy książka może napisać człowieka? Pytanie może brzmieć dość absurdalnie, zwłaszcza że przyzwyczajeni jesteśmy raczej do odwrotnej relacji... To może inaczej: twórca wpływa na tworzywo i tak powstaje dzieło – ale czy powstające dzieło może mieć też wpływ na swojego rodzica, zmieniając to, o czym myśli albo jak postrzega świat wokół? Na pewno tak, z czym może się zgodzić chyba każdy, kto kiedykolwiek spróbował cokolwiek stworzyć i cieszył się z tego, co robi: myśli nieubłaganie zbaczają wtedy z rozmaitych ważnych spraw na wątek związany z czekającym w warsztacie niedokończonym cudem, wyczekuje się momentu, w którym będzie można wrócić do pracy, obrócić zamiar w czyn. Ale jak głęboko naprawdę sięga ta obustronna zależność? Być może pewną podpowiedzią w takich rozważaniach będzie powieść Marcina Kowalczyka – oto „Pętle pamięci”.

    Niedaleka przyszłość. Vermil Olson (nazwisko przybrane) mieszka w Bydgoszczy. Jego życiu w sumie niczego nie brakuje – zarabia całkiem przyzwoicie, przygotowując oprawę kulinarną różnych imprez w tak zwanych wyższych sferach, ma znajomych, a chociaż żyje samotnie, kiedy chce, nie ma żadnego problemu z nawiązaniem kontaktów z płcią przeciwną. Jest tylko jedna drobna kwestia, która spędza mu sen z powiek: Olson chce zostać pisarzem. Byłoby to dużo łatwiejsze, gdyby umiał tworzyć opowieści, niestety jednak – jest podręcznikowym grafomanem. Z pomocą przychodzą mu zdobycze współczesnej neurobiologii: zlepiacz narracyjny, cudowna maszyna, za pomocą której historia może zostać poskładana z myśli, które ma jej autor, wyciągnięta z głowy aspirującego artysty i zapisana na holograficzny nośnik, omijając całą tę żmudną robotę z klepaniem w klawisze, korektą, składem czy nawet przygotowaniem merytorycznym.

    Każda kolejna sesja sprawia, że dzieło Olsona, „Żniwiarze”, zaczyna nabierać kształtów. Życie toczy się swoim rytmem wyznaczanym przez niecierpliwe oczekiwanie na kolejne kilka godzin na zlepiaczu, dopóki nie przerywa go nagły wypadek samochodowy, w wyniku którego Olson częściowo traci pamięć. Od tej pory wszystko miesza się w jego okaleczonej głowie, zaś kolejne sesje, zamiast budowania fabuły jego magnum opus, stanowić będą próby odzyskania z luźnych skojarzeń odzianych w szatę sztampowej powieści fantasy (na którą stopniowo przebija coraz więcej elementów współczesnych) – czegokolwiek, co mogłoby pozwolić mu sobie przypomnieć, co właściwie sprawiło, że wybiegł z willi klientki prosto pod nadjeżdżający samochód...

    Jego literackie alter ego, Mervil, jest śledczym królestwa Nerolfu, zgorzkniałym i nieubłaganie starzejącym się, jednak wciąż najlepszym w swoim fachu. Kiedy jednak przykry zbieg okoliczności sprawia, że popada w niełaskę i musi na pewien czas opuścić królestwo, przypadkiem trafia na trop sprawy większej niż cokolwiek, z czym do tej pory się mierzył – oto z mapy świata znikają całe kraje, wraz z miastami i wszystkimi ich mieszkańcami. Wespół ze swoim towarzyszem, medykiem-hulaką Ginkorem, będzie próbował zrozumieć i powstrzymać ten proces... Póki jeszcze cokolwiek istnieje.

    Powyższe trzy akapity stanowią nieudolną próbę przybliżenia, o czym jest ta książka – nieudolną, bo nie jestem w stanie powiedzieć niczego więcej bez zdradzenia choćby części niespodzianek, które przygotował autor, a to w nich tkwi cały czar tej powieści. Jest to jednocześnie tekst, któremu nieoswojony z bardzo swobodnie traktowaną konwencją czytelnik musi dać olbrzymi kredyt zaufania – jak w wielu powieściach z listy wydawniczej Genius Creations, tak i w „Pętlach” mamy do czynienia z oryginalnym pomysłem, jednak takim, który może zostać przedstawiony dopiero po długim wprowadzeniu. Dość powiedzieć, że wzajemne przenikanie się życia pisarza i akcji w jego dziele, mieszanie się dwóch rzeczywistości i z pozoru oderwane tematycznie wątki pojawiające się w obu są mocno uzasadnione, zaś ta historia ma jeszcze drugie, a nawet trzecie dno – jednak co to za dno dowiedzieć się można tylko doczytując do samego końca.

    Warsztatowo „Pętle pamięci” stanowią tekst co najmniej solidny – napisany dowcipnie, opowiedziany w sposób angażujący czytelnika. Wizja wykreowana w utworze jest dziwna, ale ma prawo taka być i chociaż taka lekko postmodernistyczna kompozycja ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników, tutaj, w przeciwieństwie do wielu innych powieści utrzymanych w podobnym klimacie, sprawia ona wrażenie... logicznej. Ba! Kiedy już przeczytamy całość i dokopiemy się do samego sedna warstwowej konstrukcji przygotowanej przez autora, interesującym doświadczeniem jest przeczytanie jej drugi raz i odnajdywanie poukrywanych tu i ówdzie smaczków. „Pętle” robią z czytelnikiem z grubsza to samo, czego kiedyś dokonał „Podziemny Krąg” Chucka Palahniuka – i to samo w sobie jest niezłym osiągnięciem.

    Kto powinien przeczytać „Pętle pamięci”? Cóż, na pewno ktoś, kto poszukuje interesujących doznań czytelniczych, choćby ze względu na zastosowany tu zabieg. Książka nie oczaruje fabułą, która sprawia wrażenie dość typowej, sporo z jej zwrotów (przynajmniej w obrębie konkretnych „warstw”) odrobinę wieje sztampą – jednak nie czyta się jej, by poznać losy Mervila tudzież Vermila, a względy, dla których mogą one zainteresować, są zupełnie inne niż zwykle bywa to w powieściach fantasy. Nie – „Pętle pamięci” to angażująca podróż w głąb ludzkiego umysłu, zaś historyjka o niespełnionym pisarzu i jego śledczym stanowi tylko pretekst, aby to i owo unaocznić. Chociaż od zakończenia lektury minęły dwa tygodnie, nadal nie wiem, jak mam się z tym czuć – i dlatego szczerze tę powieść polecam. Też miejcie zagwozdkę, a co!

  • Recenzja książki: Marta Kładź-Kocot - „Noc kota, dzień sowy. Zamek Cieni”

    nockota

    Marta Kładź-Kocot - „Noc kota, dzień sowy. Zamek Cieni”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 338
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Są takie tytuły, które na zawsze pozostają w pamięci czytelnika. Można tu mówić o klasyce, tej uznanej i tej ścisłej, ale obie te grupy wcale nie muszą się pokrywać. Dla przeciętnego odbiorcy rozpoczynającego swoją przygodę z fantastyką w młodych latach większe znaczenie i wartość sentymentalną będą miały najczęściej te pierwsze książki, przy których poznawał odmienne światy, rasy, magię i przeżywał przygody niemal jako jeden z bohaterów. U mnie zaczęło się od klasyki po części dziecięcej, a po części fantasy – tytułów takich, jak „Niekończąca się opowieść”, „Fantaghiro” czy… „Zaklęta w sokoła”. Później oczywiście przyszedł czas na Harry’ego Pottera, „Władcę Pierścieni” i wiele innych, więc o tych dziecięcych fascynacjach trochę się zapomniało… aż przypomniał mi o nich jeden tytuł współczesny. Mowa o „Nocy kota, dniu sowy” Marty Kładź-Kocot, która w swojej debiutanckiej powieści postanowiła wykorzystać motyw znany z właśnie z „Zaklętej” – trochę go odświeżając.

    Virbio Allenmargh, przybywając do Castelburgu, zupełnie nie był przygotowany do roli konspiratora. Podający się za kupca, jąkający się i wyraźnie przerażony młodzieniec od razu budził podejrzenia, ale jednak udało mu się trafić tam, gdzie wiodło go zadanie – do domostwa mistrza Jardala, maga-banity. Zamiast czarodzieja zastał tam jednak jego towarzyszkę, przedstawiającą się jako Mear de Witten. Oferta, jaką ma do złożenia magowi za pośrednictwem rudowłosej jest trudna do przełknięcia – za przysługę pewne dość tajemnicze grono osób oferuje mu bowiem przebaczenie win i zdjęcie rzuconej na oboje klątwy. Jakie uczynki wygnały w tak odległe od siedziby Kapituły tę niezwykłą parę i co będzie musiał zrobić Jardal? I czy na pewno będzie chciał wejść w tak nietypowy układ?

    Wszystko, czym dysponuje Virbio, a wraz z nim i czytelnik, to plotki – dotyczące domniemanych postępków maga, które skazały go na wygnanie, a także zagadkowej obecności przy nim rudowłosej czarodziejki. Dopiero po chwili dowiemy się więcej na temat praw rządzących wykreowanym przez Martę Kładź-Kocot światem, a głownie – jego magiczną częścią. Dość powiedzieć, że zakazany owoc nie tylko kusi najbardziej, ale jest też powszechnie spożywany przy utrzymanym statusie tajemnicy poliszynela. Oczywiście do czasu… Akcja książki obfituje w retrospekcje, które pozwolą czytelnikowi zbudować sobie pewien obraz bohaterów i ich motywacji. Czy da to możliwość zrozumienia ich i poczucia sympatii – to już inna sprawa.

    Trzeba przyznać, że konstrukcje postaci są w „Nocy kota…” bardzo solidne, złożone i konsekwentnie prowadzone. Szczodrze nakreślona przeszłość (tu zwłaszcza Mear) nie pozwala tu bowiem na zbudowanie sobie obrazu bohatera idealnego, pozbawionego wad, wędrującego do określonego celu, którym jest zwycięstwo nad przeciwnościami. Nie, ich przeszłość jest trudna. Bohaterowie Marty Kładź-Kocot byli niegdyś dziećmi, niekoniecznie mile widzianymi, nie zawsze rozpieszczanymi, nie dorastającymi w idealnych warunkach, o czym nie zapomnieli – a co dało im pewien rodzaj siły. Dla równowagi – posiadają także z okrutną konsekwencją wysnute z tak skonstruowanego obrazu słabości. Tym lepiej!

    Mieszane mam uczucia odnośnie zastosowania zabiegu znanego właśnie ze starej baśni o Zaklętej w sokoła. Autorka wykorzystała podobne przeciwieństwa, zmieniając parę bohaterów w tytułowe zwierzęta, dając im też krótki czas przejścia, w którym mogą się porozumieć. Tym trudniejsze będzie podjęcie misji mającej na celu uwolnienie od klątwy. W tym względzie fabuła jest też dość przewidywalna. Na szczęście wkraczają wątki poboczne, jak pojawiające się od czasu do czasu Prządki Losu, wygłaszające kilka enigmatycznych zdań, wyjaśniających niewiele, ale skutecznie podsycających napięcie, oraz samego przedmiotu zadania – władcy krainy, tyleż tajemniczego, co wydającego się… nie do końca człowiekiem. Te dwa elementy przesądziły o mojej chęci zapoznania się z dalszymi losami Mear i Jardala.

    „Noc kota, dzień sowy” jest też lekturą, która wymaga odrobiny cierpliwości na początku. Zanim bowiem ujawni wskazówki co do natury wydarzeń rozgrywających się w niej, minie trochę czasu. Miałam też momentami wrażenie przeładowania informacjami – nagromadzenie wątków pobocznych zdawało się zbyt duże (zwłaszcza sceny rozgrywające się w Kapitule miały tę cechę), a ich powiązanie ze sobą – niejasne. Część z nich trzeba było tez do wyjaśnienia odłożyć na później. Nie można jednak odmówić autorce warsztatowej precyzji, z jaką konstruuje fabułę i sylwetki bohaterów – jednocześnie nie narażając powieści na „suchość”, którą czasem daje się odczuć w takich razach. Dla mnie stanowi to ogromny potencjał na solidną historię o wielopoziomowej intrydze – zdecydowanie więc zostanę przy niej aż do końca.

  • Recenzja książki: Małgorzata Lisińska - „Tropiciel”

    tropiciel malgorzata lisinska

    Małgorzata Lisińska - „Tropiciel”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 380
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Klasyczne fantasy może przybierać różne formy: od heroicznych przygód z magią i mieczem w roli głównych narzędzi walki aż do lekkich, karczemnych opowieści. Osobiście zaliczam się do grona fanów całego spektrum tego gatunku, tym bardziej więc cieszyłam się z możliwości recenzenckiego relaksu, którym miały być chwile spędzone z „Tropicielem” Małgorzaty Lisińskiej. Wdzięczna, choć brzydka mordka krasnoluda, przedstawiciela mojej ulubionej fantastycznej rasy, na okładce, tylko wzmogła pozytywne nastawienie do lektury. Wiadomo jednak, że budowanie oczekiwań względem książki na podstawie tak kruchych przesłanek, jak okładka, przed czytaniem nie jest rozsądne… Tym razem jednak obyło się bez strat czy ofiar.

    Sodi Yudherthardere, zaprzysiężony (czy może raczej oddany do usług) królowej Krainy, w towarzystwie pierwotnego maga Yasy (mniej lub bardziej zadowolonego z takiego stanu rzeczy – w zależności od humorów obu) zostaje przez Jaśnie Wielmożną wysłany do wioski leżącej na skraju Ciemnych Lasów. Sprawa wydaje się być nieszczególnie warta uwagi – ginący po zmroku wieśniacy to przecież nic nowego, a i powodów tego zjawiska może być mnóstwo, z najbardziej prozaicznymi na czele. Towarzysze nie wiedzą jeszcze jednak, że największa niespodzianka czeka na nich w wiejskiej karczmie. Uratowana przez Yasę młoda służka, przerażona do głębi zagrożeniem czyhającym na nią ze strony grupki miejscowych chłopaczków, w tym syna wójta, okazuje się mieć bowiem swój udział w wydarzeniach rozgrywających się w okolicy… Sama jednak będzie stanowić tajemnicę o wiele bardziej intrygującą.

    Biorąc pod uwagę powyższe, zaskakującym może być fakt, że bohaterów w „Tropicielu” jest trójka, nie dwójka. Młoda Likal, poznana w tak nietypowych okolicznościach, dołączy bowiem do grupy może nie jako jej pełnoprawny członek, ale stanowczo jako ktoś, bez kogo trudno się obejść. Ale od początku: Kraina, w której rozgrywają się wydarzenia z udziałem trójki towarzyszy, nakreślona została dość ogólnie – części miejsc brakuje nazw, a opisy są skąpe. Nie jest to jakiś znowu duży minus i chociaż sama chętnie widziałabym tu jakaś mapę do pomocy, to łatwo da się porzucić rozważania praktyczne na rzecz innych elementów. Fabuła powieści jest lekka, nieangażująca, bazuje na kliszach i nawiązuje do klasyków gatunku oraz, jakżeby inaczej, baśni. Jest tylko pretekstem do żartów sytuacyjnych i scenek rozgrywających się między bohaterami – a motyw łączący poszczególnie części, choć pojawia się dość wcześnie, daje jednak nadzieje na „coś grubszego” w przyszłości. Bo przecież na jednym tomie się nie skończy?...

    W „Tropicielu” króluje humor – dość specyficzny, należy dodać, który nie każdemu przypadnie do gustu. Opis z okładki mówi, że książka przeznaczona jest dla czytelnika dorosłego, z czym się nie do końca mogę zgodzić – pewna niewrażliwość na wulgaryzmy niewiele ma bowiem do magicznego progu wiekowego, w którym możliwe jest legalne nabywanie alkoholu. Słów uznawanych powszechnie za niecenzuralne jest w książce mnóstwo (Sodi, pozostający w centrum uwagi narratora, rzadko kiedy uznaje za stosowne hamować się w tym względzie), ale nie to powoduje mieszane uczucia. Żarty, którymi sypie bohater, są bowiem rubaszne aż do granic możliwości, oparte na prześmiewkach z tylnej części ciała, stosunków płciowych (o których mowa będzie często i gęsto) rzeczywistych czy domniemanych, a także sporej dozy złośliwych docinek, którymi przerzucają się Sodi i Likal przy sporadycznym udziale Yasy.

    Tym, co w „Tropicielu” jest rzeczywiście dobre, są bohaterowie. Sodi, tytułowy Tropiciel, poza specyficznym poczuciem humoru, cechuje się także bystrością i tym rodzajem pewności siebie, który sprawia, że z miejsca wskakuje na pozycję osoby godnej zaufania. Posiadający unikalną zdolność wykrywania magii, jest na nią niezwykle wrażliwy, przez co wybór maga jako kompana wydaje się być nie do końca właściwy (cierpiący na migrenę zrozumieją)... Pewnym jednak jest, że ostatecznie obu panom niejednokrotnie wyjdzie to na dobre. Żarty krasnoluda zaś, zamiast irytować, prowokują do poszukiwania odpowiednio zaczepnej odpowiedzi – co z upodobaniem wykorzystuje Likal, pozostająca w dość niepewnej pozycji podopiecznej maga. Jej charakter ewoluuje szybko z nieśmiałej dziewczynki w przekorną i samodzielną, ale nadal wrażliwą młodą kobietę. Na nieszczęście – zaangażowaną emocjonalnie w klasycznej relacji uczennicy i nauczyciela z Yasą. A on jest, cóż… Pierwotnym magiem, najpotężniejszym i najstarszym, jedynym i ostatnim (no, prawie), a ponad wszystko – nieszczególnie przywiązanym do ludzkich wartości. Byłabym skora przeczytać, jak się to rozwinie dalej. Pani autorko, da się?...

    Ta mieszanka sprzeczności nadaje rytm i barwę książce. Na dość monotonnym tle trójka bohaterów tym wyraźniej odznacza się za sprawą pewnie i konsekwentnie nakreślonych osobowości. Dlatego też, pomimo pewnych zgrzytów i niepewności względem mojego stosunku do poziomu i rodzaju żartów, „Tropiciel” był dla mnie wcale znośną rozrywką, którą chętnie bym kontynuowała. Polecam

  • Recenzja książki: Artur Olchowy - „Czarownica znad Kałuży”

    czarownicaznadkaluzy

    Artur Olchowy - „Czarownica znad Kałuży”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 510
    Cena okładkowa: 39,90 zł

     

    Jak to będzie, kiedy już skończy się świat, jaki znamy? Och, możemy powiedzieć, że doskonale to wiemy, w końcu co chwila kolejny z autorów przedstawia nam swoją wersję wydarzeń po różnych kataklizmach. One jednak obfitują w przykłady heroizmu ludzkiego w różnych skrajnych sytuacjach. A co ze zwykłymi ludźmi, co z normalną, wiejską codziennością? Czy ona zmieni się jakoś znacząco? A może to coś, cokolwiek by to było, kryzys, klęska, wojna, wpłyną na nie tylko w niewielkim stopniu? Jak bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do codziennych wygód, czy poradzilibyśmy sobie, gdyby je nam tak po prostu zabrano? Możemy gdybać w nieskończoność, rozważać ewentualności, ale można też, oczywiście, przeczytać, jak widzi to na przykład Artur Olchowy w swojej „Czarownicy znad Kałuży”.

    Wojna skończyła się lata temu, niewielu ją pamięta. Stara Koślawa, niegdyś studentka, której naukę przerwał najazd… właściwie nie wiadomo kogo, obecnie ma lat osiemdziesiąt i robi za wiejską mądrą kobietę. To do niej przychodzą chorzy i potrzebujący, dzieci, dorośli czy starcy. Jest strażniczką czystości i higieny, leki wyrabia własnymi rękami i próbuje przeżyć w świecie, który dawno zapomniał o czymś takim jak elektryczność. Miejscowy sołtys poleca jej na ucznia młodego Michała, który, pomimo początkowych obaw przyszłej opiekunki, okazuje się nader pojętny i chętny do nauki, przy którym staruszka może zacząć myśleć o przekazaniu całej swojej działalność w spadku – w końcu ma już swoje lata. Wszystko, co dobre, kończy się jednak dość szybko – miejscowy proboszcz nie był starowinie przyjazny, ale nowy wikary, który przybył „z misją” do Okartowa ma plan, którego głównym elementem ma być pozbycie się „czarownicy”.

    Książka Olchowego właściwie mieści się w ramach postapokalipsy, dość klasycznie pojętej, choć obserwowanej ze specyficznego punktu widzenia. Wiemy, że była wojna, ale kto atakował, dlaczego? O tym informacji brak. Zastosowano wiele osiągnięć technologicznych, które dla nas są częściowo znane, a częściowo „możliwe”: drony rozpylające gaz bojowy były główną siłą, która zamieniła (względnie) dobrze prosperujące państwo w ruinę. Miasta nie istnieją, zostały wsie, w których część ludzi przetrwała, ukrywając się. Jest ich niewielu. Akcja dzieje się we wsi, która zarówno obyczajowością, jak i poziomem technologicznym przypomina czasy średniowiecza, silne są jednak wspomnienia o tym, że kiedyś było inaczej – a dowodem na to są znajdywane po lasach i polach szczątki urządzeń, niewypały i inne przemysłowe śmieci.

    Koślawa jest postacią wyjątkowo ciekawą. Konstrukcja, jej prowadzenie w świecie, w którym warunki są wybitnie niesprzyjające, i zachowanie spójności z podwójnymi realiami, jakie narzuca postapokaliptyczne średniowiecze musiała być wyzwaniem, ale temu autor zdecydowanie podołał. Każdy rozdział rozpoczyna anegdotka w tematach okołowiedźmich, w domyśle mają one dotyczyć, i w większości przypadków wprost dotyczą, głównej bohaterki. Nadają one powieści pewnego niepowtarzalnego smaczku, budują to nadprzyrodzone oblicze Koślawej, które chciałoby się w niej widzieć. Natomiast ona sama wcale nie jest zwykła, zresztą – jak można mówić o zwykłości cwanej staruszki, która tyle w życiu widziała? To ona jednak stara się zachować standardy higieny we wsi, walcząc w tym względzie z ludzkim niechciejstwem i głupotą, stosuje środki, o których nie śniłoby się nawet przedwiecznym znachorkom, a które daleko leżą od stereotypowej, pełnej duchów i demonów „medycyny” wiejskiej.

    Nade wszystko jednak Koślawa jest bohaterką z charakterem. Jest zrzędliwa, nieustępliwa, bystra i uparta, co czyni z niej postać, której losy chętnie się śledzi. Jej planowanie utarczek słownych z proboszczem (na zasadzie memicznego „tym razem będzie zaorane”) było po prostu przekomiczne, babka jest zawzięta, a raz wkurzona, łatwo nie odpuszcza. Jest po prostu taka, jaka być powinna, by wzbudzać szacunek, a jednocześnie pozostawać osobą dość przystępną – jeśli tylko sama tego zechce. Najciekawsze wydają się jej wspomnienia z czasów wojny, ale tych nie dostaniemy wiele – to tylko drobne elementy codzienności, przywodzące na myśl coś, co zdarzyło się dawno, momenty tęsknoty za dawno umarłymi ludźmi i czasami, gdy problemy były o wiele mniejsze i tak błahe z obecnej perspektywy. Pomimo dość nostalgicznego momentami nastroju „Czarownica znad Kałuży” zawiera parę istotnych, poruszających myśli na temat zawodu lekarza, jego ciemnej strony, odpowiedzialności i mrocznych chwil zwątpienia we własne siły. To zdecydowanie coś, co warto przeczytać i zastanowić się przez chwilę.

    Książkę Artura Olchowego mogłabym polecić właściwie każdemu miłośnikowi fantastyki. Jest ona miłym, lekkostrawnym ogniwem łączącym postapo z fantasy, zawierając domieszki innych podgatunków. To mieszanka słodko-gorzka, ale zdecydowanie warta spędzonego przy niej czasu. Bardzo chętnie przeczytałabym też o Koślawej więcej, zwłaszcza o jej wcześniejszych losach. Może autor da się namówić na takie przedsięwzięcie?

  • Recenzja książki: Marcin Guzek „Szare Płaszcze: Komandoria 54”

    komandoria 54

    Marcin Guzek - „Szare Płaszcze: Komandoria 54”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 490
    Cena okładkowa: 39,99 zł

     

    W rodzimej fantastyce dzieją się ostatnimi czasy rzeczy przeróżne. Mieliśmy więc fantasy słowiańskie, próby pożenienia folkloru z powieścią science fiction, była nawet iście narkotyczna wizja przyszłej niepodległej Polski, obleganej ze wszystkich stron przez... orków. Od coraz bardziej nietuzinkowych pomysłów dobrze od czasu do czasu odpocząć przy czymś nieco bardziej tradycyjnym. Tu na ratunek przychodzi Marcin Guzek ze swoją debiutancką powieścią: „Szare Płaszcze: Komandoria 54”.

    Tłem wydarzeń są rubieże chylącego się ku upadkowi imperium. Z dala od cywilizacji, osadnicy zamieszkujący wsie na skraju wielkiej puszczy, za którą ciągną się niezbadane tereny, w walce z bezprawiem mogą liczyć tylko i wyłącznie na Szarą Straż. Tytułowa komandoria to właśnie posterunek Zakonu w tym zapomnianym przez Deusa miejscu – tu, pod dowództwem starego Olafa, zmęczonego życiem i służbą ochlapusa, znajduje się ledwie kilku świeżych rekrutów. Jest to jednak barwna gromadka: uciekający przed wyrokiem bard, harda najemniczka, grabieżca z odległej północy, niedoszły mnich czy syn arystokratycznego rodu z odległej stolicy to tylko kilkoro spośród śmiałków, którzy jeszcze się nie spodziewają, że dostali najgorszą robotę na świecie. Oprócz utrzymywania porządku przyjdzie im rozwiązywać spory, walczyć z nieczystymi siłami nadprzyrodzonymi oraz samotnie opierać się barbarzyńskim hordom, chcącym uszczknąć dla siebie kawał padliny, jaką jest cesarstwo...

    Pierwszym, co zwraca uwagę, jest kreacja świata przedstawionego. Mamy tu do czynienia z niemal klasycznym dark fantasy – element magiczny jest tu może z pozoru nikły, ale znaczący i niemal zawsze wiąże się z siłami ciemności, ludzie są podli i egoistyczni, a życie na rubieży krótkie i brutalne. Tu i ówdzie znajdujemy elementy w jakiś sposób rozpoznawalne, znajome, po prostu swojskie – barbarzyńcy modlący się do Peruna, podczas gdy Szarzy Strażnicy wzywają na pomoc Deusa, stojące w opozycji lokalny kościółek i chatka wiedzącej... Mamy więc mocny standard i niewiele zaskoczeń – ale „Komandoria 54” odkrywa ten standard na nowo, ukazując go w zaskakująco świeży, intrygujący sposób. Ciężko powiedzieć, co to takiego, ale wizja ta ma w sobie coś, co sprawia, że obyty z tym gatunkiem fantastyki czytelnik poczuje się tutaj jak w domu, nie uzna jednak utworu za coś wtórnego.

    Podobnie ma się sprawa z bohaterami – mnich, cyrkówka, szlachcic, jeden czy dwóch rębajłów, bard, przybysz z północy – nad każdym z nich można po prostu otworzyć podręcznik do „Warhammera” i wyłowić pasującą do niego profesję. A jednak autorowi ponownie udaje się tchnąć nowe życie w wyświechtane, mocno wyeksploatowane motywy i nadać tym z pozoru typowym herosom własne osobowości. Wiele z nich rodzi się poprzez konflikt – a konfliktów w drużynie nie brakuje: od typowych przechwałek, kto jest większym twardzielem, poprzez spór o funkcję dowódcy rekrutów, a nawet o względy kobiety. W efekcie udało się niewielkim wysiłkiem uzyskać bohaterów, którzy zapadają w pamięć – tym lepiej, bo...

    Jedną z najfajniejszych cech tej książki jest dla mnie to, jak niewiele litości ma dla swoich bohaterów. Nie chodzi tutaj o urządzanie plebiscytu na „Najbardziej Krwawą i Żałosną Śmierć Protagonisty 2017” i rozdania Złotych Zniczy czy czegoś podobnego – a o jedno fundamentalne założenie, jakie autor poczynił, siadając do pisania. A mianowicie: każdy może umrzeć. Zwykła wiejska potańcówka może nagle zmienić się w walkę na śmierć i życie, w której rosły jak dąb strażnik zostanie po prostu zadźgany przez podpitego chłopa. Jednocześnie nie widać, aby było to w jakikolwiek sposób wymuszone – płynne przejścia między życiem a śmiercią, bez rozckliwiania się nad kruchością tego pierwszego i nieuchronnością tego drugiego. Ot, nagle urwany życiorys... i tyle. Tym bardziej szokujący, bo przecież tak dobrze się zapowiadał. Pod tymi względami „Komandoria” bardzo mocno przypomina dwóch klasyków gatunku: Glena Cooka i jego „Czarną Kompanię” (tę wczesną, kiedy faktycznie była o najemnikach) oraz „Pieśń Lodu i Ognia” George'a R. R. Martina, przy czym tutaj kładzenie się bohaterów do smętnych, samotnych mogił wychodzi ciut bardziej naturalnie – śmierć bohatera nie jest punktem kulminacyjnym rozdziału, wręcz przeciwnie!

    Całość, jak na dobre dark fantasy przystało, nacechowana jest specyficznym humorem – też raczej po „ciemnej” stronie. Autorowi udało się jednak nie przesadzić, nie popaść w parodię, ogranicza się bowiem niemal wyłącznie do świetnych, wyrazistych dialogów. Praktycznie nie występuje tu komizm sytuacyjny – w końcu sytuacja, w jakiej znajduje się komandoria na końcu świata, nikogo nie zachęca do śmiechu. Klimat jest więc jednolity, a rozładowujący napięcie humor dawkowany zadowalająco oszczędnie.

    Jedyne, czego mógłbym się tutaj przyczepić, to moment zahamowania akcji, jaki następuje mniej-więcej w 2/3 objętości utworu. Miałem wtedy wrażenie, że większość bohaterów przestała przejmować się służbą, zamiast tego skupiając wyłącznie na umizgach. Ten impas, na szczęście, nie trwa wiecznie i prędko zostaje przerwany przez zadowalającą dozę akcji, był to jednak moment (ponownie – na szczęście jedyny w utworze), kiedy straciłem na chwilę wątek i przypomniałem sobie, że czytam powieść fantasy.

    Podsumowując: „Szare Płaszcze: Komandoria 54” to kawał dobrego dark fantasy w starym, klasycznym stylu – co wcale nie znaczy, że wtórnego i nudnego. Przeciwnie! To nieoczekiwany powiew świeżości w obrębie gatunku, w którym, wydawałoby się, powiedziano już wszystko – nic nowego, nic odkrywczego, ale świetnie napisane i zajmujące. Z tych powodów debiut Marcina Guzka mogę tylko i wyłącznie szczerze polecić.

  • Recenzja ksiązki: Maria Zdybska - „Wyspa Mgieł”

    wyspamgiel

    Maria Zdybska - „Wyspa Mgieł”

    genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Czy gatunek young adult może nas jeszcze czymś zaskoczyć? Podążając za wytycznymi, jakie stawiane są książce, by mogła ona zaliczyć się właśnie do tego rodzaju, wydawałoby się, że możliwość taką posiądą tylko te, które nawiązywać będą do innych, mniej znanych czy popularnych motywów i wątków. Ale czy to dla takich zaskoczeń czyta się young adult? Czy to powiew świeżości decyduje o satysfakcji czytelniczej? Poszukujący powiedzieliby pewnie, że i owszem, ale ja odpowiem: niekoniecznie. Częstokroć nawet początkowy brak entuzjazmu może zostać rozwiany przez ciekawie poprowadzoną fabułę, przewidywalną, ale pełną zwrotów akcji intrygę i bohatera, z którym łatwo się identyfikować. Tak też miałam z debiutancką powieścią Marii Zdybskiej, „Wyspą Mgieł”.


    Elirrianoi jest dzieckiem morza. Dosłownie! Jako kilkulatka wyłowiona przez załogę okrętu pirackiego, wychowana została na jego pokładzie, a przeszłości, tej zanim trafiła do tak specyficznego opiekuna, nie pamięta. Dziewczyna jednak dorasta, a wraz z tym procesem statek piracki przestaje być dla niej najlepszym – i najbezpieczniejszym – miejscem. Lirrian trafia więc do Ysborga, gdzie wyraźnie nie jest mile widzianym gościem. Nieoczekiwanie jednak stan zdrowia księżnej Maeve, jej formalnej opiekunki, bardzo się pogarsza, co komplikuje nie tylko życie dziewczyny, ale i jej relację z księciem Caelem, który jest tam jej jedynym bliskim – i do którego żywi ukryte jeszcze uczucie. Gdy do zamku przybywa medyk, człowiek o dziwnym wyglądzie i jeszcze dziwniejszym sposobie bycia, tajemnica choroby Maeve wydaje się być rozwiązana – oto ktoś rzucił na księżną klątwę, a w jej zdjęciu pomóc mogą tylko słynne Łzy Zarii, które znaleźć można na tytułowej Wyspy Mgieł. Na ową wyspę wpuszczane są jednak wyłącznie kobiety, a tą, której przypadnie zaszczyt udania się tam, będzie… no właśnie.


    A więc mamy chorą macochę i kopciuszka, który musi ją uratować, chociaż najchętniej utopiłby babsztyla w najbliższym szambie. Na nieszczęście jest jeszcze czynnik motywujący w postaci syna księżnej, dość niezdecydowanego początkowo w zakresie własnych uczuć do towarzyszki, ale całkowicie zdecydowanego zrzucić na jej wątłe i cokolwiek niestabilne barki misję uratowania matki. Cóż zrobić… Przygód po drodze jest co niemiara, włączywszy w to rusałkę, która jednak nie potrafi zrobić bohaterce krzywdy oraz poproszonego o pomoc maga, będącego katalizatorem dla wielu dalszych wydarzeń. Łzy Zarii mają uratować księżną, ale i ten ratunek wydaje się być mocno wątpliwy – władczyni i medyk coś knują, Cael, ta młodzieńcza, idealna miłość, okazuje się działać tylko w interesie matki, dla tegoż interesu wykorzystując też uczucie, które żywi do niego towarzyszka... Sama zaś Wyspa zapowiada się jako miejsce mało przyjazne przyjezdnym, nawet kobietom. Bohaterka zdaje się więc brnąć w coraz większe kłopoty, zaślepiona uczuciem i przekonaniem, że wypełnienie misji pomoże w zyskaniu względów ukochanego.


    Na dobrą sprawę należałoby zacząć od tego, że „Wyspa Mgieł” pod względem fabularnym i warsztatowym jest książką co najwyżej średnią. Rozpoczyna się sceną polowania i przedstawia główną bohaterkę jako wrażliwą na los zabijanych zwierzątek, zakochaną po uszy w synu księżnej i podporządkowaną całkowicie idei „notice me, senpai”. Dalej nie jest wiele lepiej – Lirrian, pomimo wyraźnych oznak, że Cael zainteresowany jest nią tylko na tyle, na ile może mu się ona przydać w zdobyciu leku dla matki, trwa w swoich do niego uczuciach. Problemem niemal nie do przejścia okazał się dla mnie jej charakter – Lirr jest po prostu niesamowicie irytująca. Niestabilna emocjonalnie, roszczeniowa, egoistyczna i porywcza, wpada z przesadnej egzaltacji w paskudną hipokryzję. Jej zachowanie jest nielogiczne – odrywając fakt, iż Cael jej nie kocha, nadal usilnie się go trzyma, nawet gdy ten stosuje wobec niej groźby i inne środki przymusu. Ucieka, mając w perspektywie bezpieczne schronienie – ale potem zmienia zdanie i wraca, rujnując wysiłki wszystkich, którzy działali na korzyść wyrwania jej z wrogiego już wówczas obozu straży księcia.


    Postacią ratującą książkę jest Raiden. Pomijając skojarzenie, jakie wywołało u mnie jego imię i opis wyglądu (mag, jasnobłękitne, zimne oczy – i mam przed oczami Raidena z serii gier „Mortal Kombat” już do końca powieści), to właśnie jego charakter i działania były tu najbardziej logiczne i sensowne. Lirrian w towarzystwie przygodnie poznanej rusałki wchodzi (niechcący) w konflikt z miejscowymi plemionami, które ścigają ją zażarcie aż do bram – bram posiadłości maga właśnie. Resztkami sił Lirr prosi o azyl, który otrzymuje. Tam, w twierdzy postaci, która z założenia powinna być wroga dziewczynie pochodzącej z ziem, na których nie toleruje się magii, wyjaśni się wiele tajemnic, ale i pojawią się kolejne. Intrygujący jest motyw kruka towarzyszącego dziewczynie odrobinę wbrew jej woli, który, jak się okazuje, potrafi przemawiać do niej w myślach – a potem robi to także Raiden. Pada kilka sugestii co do pochodzenia bohaterki (nieludzkiego!), jednak na wyjawienie tego sekretu przyjdzie nam jeszcze poczekać. Tak czy siak, wątek relacji tworzącej się pomiędzy Lirrian a Raidenem jest jedną z przyczyn, dla których tę książkę czytało się tak dobrze – jest zdecydowanie dobrze nakreślony, odpowiednio buduje napięcie, odwracając uwagę od niedociągnięć fabularnych. Raiden też balansuje niedojrzałość emocjonalną bohaterki swoją powagą i pewnością siebie. Powstaje tu też oczywiście standardowy dla young adult trójkąt romantyczny – no cóż, ja wiem, kogo wybrałabym na miejscu Lirr!


    Problemem powieści pozostaje jednak konstrukcja świata. Jest ona bowiem dość uboga, a przez brakujące szczegóły trudno jest wiele zjawisk i zachowań zrozumieć. Zacząć można już od nielogicznego zachowania głównej bohaterki – dlaczego właściwie została oddana pod opiekę osoby, która wyraźnie nie żywi ku niej zbyt ciepłych uczuć? Na to i podobne pytania możemy jednak jeszcze uzyskać odpowiedź w dalszych tomach, pozostaje jednak fakt bardzo słabo nakreślonej sytuacji Ysborga, w którym z jakiegoś powodu nie toleruje się magii – w przeciwieństwie do, jak się wydaje, reszty świata. Brakuje też jakiegokolwiek opisu wierzeń mieszkańców księstwa, wiadomo o nich tyle, że są – i nic ponadto. Książka jest też niestety pełna potknięć logicznych (rusałka wychodząca z jeziora w powiewających szatach, natomiast gdy chwilę potem siada, już ociekają wodą. Deszcz? Nic o tym nie wspomniano), zdarzają się w niej także błędy, które mogłaby usunąć odrobinę dokładniejsza korekta.


    Ostatecznie, pomimo wieku wad tej pozycji, muszę przyznać, że czytało mi się ją bardzo dobrze. Jest w niej pewien potencjał, przedstawiona w niej historia jest intrygująca, trudno też mówić o większej przewidywalności lub domyślić się, co też może kryć się za niepewnym pochodzeniem Lirrian czy jej dziwną, nadnaturalną więzią z Raidenem. Nade wszystko jednak wciąga i trudno nie kibicować bohaterce, by w końcu wzięła się w garść i wykazała odrobinę zdrowego rozsądku. Osoby wrażliwsze na pewną nieporadność warsztatową nie zagustują w tej powieści, ale wszystkich spragnionych lekkiego, bardziej kobiecego czytadełka serdecznie zapraszam do zapoznania się z „Wyspą Mgieł”.

  • Recenzja książki: Paweł Majka - „Wojny przestrzeni”

    wojnyprzestrzeniPaweł Majka - „Wojny przestrzeni”

    genius creationsAutor: Paweł Majka
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 664
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Wydany w roku 2014 „Pokój światów”, debiutancka powieść Pawła Majki, znanego również z kilku książek w Uniwersum Metro, był książką, która wprowadziła coś nowego i świeżego do polskiej fantastyki. Do dzisiaj trudno jest określić dokładnie ramy gatunkowe tej pozycji, zawierającej w sobie mieszankę motywów podanych w sposób, który nawet wydawnictwo zwykło określać mianem „majkowych”. Po pierwszym tomie długo przyszło nam czekać na kontynuację, niemniej jednak te trzy lata zaowocowały powieścią kilkukrotnie przekraczającą objętością poprzedniczkę. „Wojny przestrzeni” są zaś tym bardziej specyficzne, że akcję powieści, która luźno mogłaby przywodzić na myśl urban fantasy przeniosły... w kosmos. Czyżby więc zemsta miała trwać wiecznie?

    Statek patrolowy OTG „Dorka”, na którego pokładzie chorąży Adam Drygieł ma zaszczyt przeżywać swoje pierwsze rozterki miłosne, próbując przekonać niedostępną, choć piękną jak malowanie (dosłownie) Marikę do zauważenia jego obecności w sposób inny niż oficjalny, trafia w nie najszczęśliwsze okoliczności. Któż jednak mógłby się spodziewać, że planowany postój na orbicie Kallisto, na stacji wybudowanej na szczątkach bogini Tiamat, niegdyś wskrzeszonej i z powrotem uśmierconej, okażą się dla statku i misji zgubne? Oto bowiem smoczyca za sprawą nieznanych jeszcze osób budzi się ponownie, sprawiając, że załoga „Dorki” musi się ewakuować – w wyniku czego Drygieł, wraz z wiernym, choć dość ironicznie nastawionym do życia towarzyszem Petyrem Hoygrenem, pakują się do kapsuły ratunkowej i dryfują przez kosmos prosto w ręce... piratów?

    Niemal dwieście lat wcześniej Mirosław Kutrzeba próbuje skontaktować się z księciem Markiem, rezydującym w Belgradzie i posiadającym, być może, jakieś informacje na temat Szóstego – ostatniego z ludzi odpowiedzialnych za śmierć jego rodziny. Kolejne spotkania w mieście nie dają jednak jednoznacznej odpowiedzi, mieszając mu tylko jeszcze bardziej w głowie i udowadniając, że nie on jest tu tym, który dyktuje warunki. Miasto okazuje się być punktem, w którym ścierają się różne siły – i wszyscy jednakowo chętnie pozbyliby się niewygodnego mściciela, który zdążył już im zaleźć za skórę. Muszą jednak najpierw pozbyć się Zmory...

    Sięgając po „Wojny przestrzeni” należy się szykować na naprawdę solidną mieszankę gatunkową. Jeśli ktoś czytał „Pokój światów” jakiś czas temu, może poczuć się srogo zagubiony – książka zaczyna się wątkiem „kosmicznym”, który koresponduje z poprzednim tomem tylko poprzez obecność namalowanej postaci – Mariki, która odpowiada za łączność na statku. To wybitnie absurdalny pomysł – wykorzystywać, zamiast klasycznie-nowoczesnych metod znanych z książek sf, właśnie Malowaną Moskwę. Ma to sens, ale nie jest chyba pierwszym, co mogłoby przyjść do głowy człowiekowi, który szukałby dla żyjących w obrazach ludzi zastosowania praktycznego. Wracając jednak do głównej myśli: przeskoki pomiędzy wątkami i postaciami, znane już z poprzedniego tomu, tutaj występują również, są jednak bardziej wyraźne, bo obejmują więcej czasów i perspektyw. Mamy więc panów z kapsuły ratunkowej „Dorki” w roku 2172, Malowaną Moskwę, również w przyszłości, do tego dołącza później Mars i urządzona na nim kolonia bogów pod rządami Wandy; z drugiej strony jest „przeszłość”, czyli aktualne działania Kutrzeby i ukrywający się Korycki. Wszystko to podawane jest w formie krótkich fragmentów na przemian, tworząc wrażenie chaosu informacyjnego i wymagając dłuższego czasu, aby przyzwyczaić się do takiej postaci i oswoić z wydarzeniami rozgrywającymi się na rożnych płaszczyznach. Potem już jest z górki.

    Dość absurdalny pomysł, który ujawnia już okładka, przedstawiająca, jak się okazuje, kapsułę ratunkową Drygła i Hoygrena tuż przed przechwyceniem jej przez Czarną Sarę – okręt piracki, jest jednym z najciekawszych w powieści. Obraz klasycznego od strony wizualnej statku rodzi szereg pytań, rozpoczynających się od słowa „jak” – nie należy się jednak martwić, wszystko zostało zgrabnie wyjaśnione. Pływający w próżni kosmicznej jak na falach mórz piraci, odtwarzający wciąż szanty w celu wywołania zakłóceń i obniżenia morale przeciwnika (skutecznie, chociaż bardziej niż lęk wywołując zapewne osłupienie), dowodzeni przez samego Burzymura wiozą jednak tajemnicę większą niż to, jak stary olbrzym mógł przetrwać dwieście lat i wyruszyć w rejs po kosmosie. Co tu dużo mówić – będzie się działo.

    Równie urokliwa jest Malowana Moskwa, jak się okazuje bardzo rozbudowana przez kolejnych jurodiwych malarzy. Ród Rostowów, chociaż nadal trzymający tam władzę, nie ma już monopolu na życie w obrazach, miasto rozrosło się więc i zyskało specyficzną strukturę, zawierającą, jak większość starych grodów, swoje mroczne tajemnice. Wspomniana na początku Marika szybko jednak ustępuje miejsca na pozycji głownej bohaterki Oldze Rostow, wokół której obracać się będą dzieje miasta i jego powiązań z rzeczywistością – jak się okazuje, wielu uznało Malowaną Moskwę na miejsce, w którym warto mieć jakieś kontakty.

    W obliczu tych wątków stary, „dobry” Kutrzeba okazuje się niemal nudny, a jego misja – odrobinę zbyt daleko pociągnięta. Ale tylko do pewnego momentu, w którym wszystkie fragmenty układanki zaczną do siebie pasować i odkrywa się połączenie pomiędzy wszystkimi przedstawionymi czasami. Mało mamy za to Marsjan – pan Nowakowski co prawda się pojawia, ale tylko na chwilę, reszta to kontynuacja tylko lekko zarysowanego wątku z pierwszego tomu. Organizacja Ludzkościowców ma się dobrze i obmyśla kolejne teorie odnośnie tego, co właściwie Marsjanie robią na Ziemi i czy rzeczywiście ich przybycie było tak nieudane, jak sami twierdzą. W roli spiskowców dostajemy zaś pisarzy-fantastów (z najgłośniejszymi polskimi nazwiskami na czele), którzy, jak się okazuje, widzą więcej i są przez to niebezpieczni (zwłaszcza we własnym mniemaniu). Ale i trochę racji mogą mieć.

    Co do całości muszę jednak przyznać, że odczucia miałam dość mieszane. Spowodowała to w znacznej mierze mnogość wątków, motywów i postaci, która w pewnym momencie wydawała się wręcz przesadna. Jeśli miałabym określić książkę pobieżnie, jednym słowem, byłoby to zapewne „przekombinowana”. Sporo do tego wrażenia dokłada Malowana Moskwa, będąca zbiorem elementów niekonieczne pasujących do siebie. Widzę w tym celowe działanie, które dodaje sporo do uroku powieści, stanowi jednak o jej przyciężkim charakterze, jakby przeładowanej ilością ozdobników. Również postać Olgi, która początkowo sprawiała wrażenie solidnej i charakternej, późnej okazała się bardzo powierzchowna – zamiast pewnej siebie kobiety zdecydowanej walczyć o swoje dostaliśmy panienkę, która tupie nóżką i głośno krzyczy o swojej roli, ale w rezultacie jest jedynie przerzucana pomiędzy lokacjami przez bohaterów, którzy więcej robią, a mniej mówią. Mocną stroną jest za to zakończenie – czy odkrywcze, czy banalne, każdy musi ocenić sam, dla mnie było jednak zaskoczeniem nie tylko przez samą koncepcję, ale przez to, że... się udało. Z tymi bohaterami, z ich charakterami, całą otoczką niekończącego się pościgu za zemstą.

    „Wojny przestrzeni” bardzo różnią się od „Pokoju światów”. Przede wszystkim skalą przedsięwzięcia - i nie mówię tu o samej liczbie stron, a o tym, jak szeroko została zarysowana fabuła. W tomie drugim rozmach (i stopień komplikacji) jest o wiele większy, książka jest trudniejsza w odbiorze, ale też i więcej radości z czytania jej będzie miała osoba zaznajomiona z klasyką polskiej literatury fantastycznej. Z drugiej strony powieść ta nie jest już opisem konkretnej misji, a całościową analizą konsekwencji, jakie ona wywołała, z reakcjami społeczeństwa włącznie. Jest tego dużo – ale i jest na co popatrzeć, w co się zagłębić i w czym odkrywać bogactwo szczegółów. Czy to jednak koniec historii? Niekoniecznie...

  • Recenzja książki: Anna Hrycyszyn – „Zatopić »Niezatapialną«”

    zatopic niezatapialna

    Anna Hrycyszyn – „Zatopić »Niezatapialną«”

    genius creationsAutor: Anna Hrycyszyn
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 382
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Wśród książek, po które sięgam chętnie i bez potrzeby polecania rzadko zdarzają się jakieś w pirackiej tematyce. Nie dlatego, żeby temat ten w jakiś sposób mnie odstręczał - wręcz przeciwnie: mam trochę sentymentu do powieści, w których motywy morskie spod znaku czarnej bandery pełniły rolę naczelną, takiego pana Kresa chociażby. Wszystko to należy jednak do przeszłości, tej dalszej, kryjącej się często aż w mrokach moich pierwszych przygód z literaturą fantastyczną. Miło było mi więc usłyszeć, że bohaterka książki, po którą zamierzam sięgnąć, parać się ma tym właśnie zajęciem. Miała być przygoda, steampunk, pościgi, emocje, romans... Mieszanka ciekawa acz, mam wrażenie, odrobinę ryzykowna. Jak wyszło?

    „Niezatapialna” pływa po wodach Krainy Jezior i Rzek jako jeden z bardziej uprzykrzonych jej elementów. Jest bowiem statkiem pirackim z nietypową jednakowoż załogą: złożoną w całości (no, prawie!) z kobiet. Poznajemy ją w chwili, gdy ucieka przez ścigającym ją okrętem Straży. Kapitan Jollienesse Rożnowski ma jednak wiele asów w rękawie – parowiec pod jej komendą potrafi czynić sztuczki, o jakich się miejscowej władzy nie śniło, więc łatwo znikają z oczu ścigającym, bezpiecznie i w ukryciu zawijając do portu w Prato. Odpoczynek w karczmie przynosi jednak złe wieści – wielcy tego świata postanowili przestać się cackać z piracką plagą, pozbawiającą ich sporej części zysków z handlu. Pirackich załóg w okolicy jest wiele, jednak „Niezatapialna” wyróżnia się na ich tle i składem, i zajadłością w działaniu, to ona zostaje więc wybrana na pierwszy cel. W dodatku zaostrzone zostaje prawo – od teraz każdy, na kogo padnie podejrzenie, iż pomaga piratom, może zostać stracony bez sądu. Posiadające wielu przyjaciół na lądzie dziewczyny z „Niezatapialnej” muszą więc uciekać – tym prędzej, że przygodnie poznany w czasie tańców w karczmie mężczyzna, z którym Nes spędziła noc, okazuje się być kapitanem Straży, wysłanym w celu ujęcia jej.

    Dziewczyny stają więc w obliczu coraz trudniejszych czasów. To nie to, że przyjdzie im uciekać przed „byłym” pani kapitan, która podejrzanie często oglądać się będzie za siebie, roniąc łezkę lub dwie. Romans jest i to w nie najmniejszej ilości, nie można mu jednak odmówić pewnego uroku, który kojarzy się raczej z Pocahontas i Johnem Smithem niż Romeem i Julią, chociaż i jedna, i druga, i nawet trzecia opowieść to klasyka przyciągających się przeciwieństw i łączenia zwaśnionych rodów. Pozornie, bo jak Indianka i Europejczyk nie bardzo mieli swój happy end (co w sumie zależy od wersji...), tak Nes i Felix Ucelli raczej będą stawać przeciwko sobie niż współpracować, a jeśli już, to w warunkach mocno niesprzyjających. Wątek ten jednakowoż najczęściej po prostu się gubi w chaosie ogarniającym okoliczne ziemie (i wody w sumie też). „Zatopić »Niezatapialną«” to nie tylko, a nawet i wcale nie radosne przygody ekipy piratek na wodach Palude – to przede wszystkim całość wzajemnych oddziaływań, jakie wywierają na siebie piracka działalność i polityka państwa im przeciwnego, z przyjaznymi portami jako miejscem ścierania się wpływów.

    Z obaw, jakie mogłam żywić co do żeńskiej załogi parowca nie sprawdziła się niemal żadna. Panie są odpowiednio umiejętnie, znają swoje rzemiosło i żadne z nich delikatności. Bohaterek jest jednakowoż dosyć dużo, i chociaż na początku zostają już wymienione z imienia i funkcji, trzeba chwili, żeby się we wszystkich rozeznać. Ich imiona to też zbiór niezwykłości – od bajecznej Jollienesse, przez egzotyczną Zijeme czy Darnę, aż po „zwykłe” Kass i Maritę. Stanowią one też bardzo zróżnicowaną pod względem charakterów bandę, z której najbardziej przypadła mi do gustu Heile, o której wiele można się dowiedzieć w trakcie opowieści, chociaż niedługo przyszło mi się cieszyć jej osobą – oraz Gracja, lekarka, pozornie zrzędliwa, ale zdecydowanie posiadająca dla ekipy miękkie serducho. Nie można zapomnieć i o v’Ankarze, drobnym człowieczku o bystrym umyśle, jedynym mężczyźnie na statku, zagonionym przez panie „do garów” i doskonale radzącym sobie ze swoją robotą.

    Postać Nes Rożnowski nadaje całości sens i ciągłość - jej przeszłość, obecna, bardzo kontrowersyjna sytuacja, nie tylko jako piratki, ale też córki znanego rewolucjonisty, która miała zniknąć i nie dawać o sobie znaku opinii publicznej. Nes zdecydowała się występować pod własnym nazwiskiem, wywołując zamieszanie w dwójnasób – poglądy jej ojca, będącego raczej idealistą niż specem od intryg (co zresztą doprowadziło go do dość paskudnego końca, pozbawiając żonę i córkę czegoś więcej niż tylko wygód stanu szlacheckiego), pozostają żywe i aktualne wśród uciskanego ludu. W kraju zaczynają szerzyć się bunty, krwawo tłumione przez władzę. Siłą rzeczy panna Rożnowski znajdzie się więc gdzieś w centrum tego chaosu, otoczona przez ludzi, którzy więcej od niej wiedzą o tym, jakie tajemnice kryje jej pochodzenie. Trochę pod naporem zmian losowych poruszonych w niej powieść zmienia też charakter – z czysto awanturniczej na polityczno-przygodową. Czego było mi trochę żal, jako że dziejów załogi „Niezatapialnej” w pełnym składzie i czysto korsarskim charakterze chętnie poczytałabym więcej. Co nie znaczy, że zmiana ta jest zła.

    Poruszyć trzeba by też kwestię męskiego pierwiastka powieści, czyli kapitana Ucellego. Mieszane uczucia wzbudza ten pan, jako że jest dobry i... niedobry. Z jednej strony bardzo „romansowo” przedstawiony – twardziel, przystojniak, och ach, po pierwszym rozdziale już wiem, że go nie lubię – potem pokazuje więcej charakteru. Powtarzające się aluzje do tego, jak dorobił się stanowiska kapitana, wzmianki o jego rodzinie i to, jak na nie reaguje sprawiają, że dopiero tu staje się interesujący, pokazuje też ludzkie oblicze. Trzeba też przyznać mu punkt za to, że jest w swych działaniach konsekwentny i nie kieruje się własnymi chęciami, a zasadami – a i tego nie robi bezmyślnie. Tymczasem autorka nie należy do bogiń łaskawych i nie wybacza błędów, więc i on, i reszta nie raz dostaną od życia po tyłku – za głupotę i za niewinność. To się chwali, żadnych cudów, żadnego głaskania po główkach. Może to fantastyka, trochę ładna, trochę romantyczna, ale jednak pisana przysłowiową twardą ręką.

    Cóż dodać? Bierzcie i czytajcie. „Zatopić »Niezatapialną«” to przygoda zakończona – tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie zanosi się na to, by miała powstać kontynuacja po TAKIM zakończeniu, ale przyznam, że chętnie przeczytałabym o dziewczynach coś więcej. Coś o latającej swoją skrzydlatą maszyną Kass, zadziornej Fraan czy wiernej Heile... A najlepiej o wszystkich razem. Za taką opowieścią po prostu się tęskni.

  • Recenzja książki: Ahsan Ridha Hassan - „Trupojad i dziewczyna”

    trupojadAhsan Ridha Hassan - „Trupojad i dziewczyna”

    genius creationsAutor: Ahsan Ridha Hassan
    Wydawnictwo: Genius Creations
    Liczba stron: 342
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Pech – słowo to oznaczać może wszystko, co złego nam się przytrafia. Skręcona kostka, zgubiony drobiazg, zapomniany ze sklepu składnik na dzisiejszy obiad - wszystko może być pechem, zwłaszcza jeśli tego typu zdarzenia następują jeden po drugim. Mówimy wtedy o kiepskim dniu, o wstawaniu lewą nogą czy innych powodach naszej niezbyt dobrej organizacji, odruchowo poszukując przyczyn gdzieś indziej. Sztandarowym przykładem takiej sytuacji jest ta, kiedy drogę przebiega nam czarny kot. Ten symbol wszelkich nieszczęść, bogu ducha winny zwierzak, który gdzieś po prostu się we własnych sprawach spieszy, staje się zaraz uzasadnieniem wszelkich następujących później przykrych zdarzeń. Pomimo tego, że nowoczesny człowiek mocno skłania się ku racjonalizmowi, takie przekonania potrafią być głęboko zakorzenione, psując radość dnia powszedniego. A gdyby tak czarny dachowiec, zamiast być heroldem pecha, miał za zadanie zwrócić naszą uwagę i kroki ku innemu celowi?

    Życie Ady kończy się w gwałtowny sposób. Jeszcze szybsza niż zwykle jazda gokartem po torze – w końcu trzeba pobić rekord! – czarny cień, który okazał się kotem siedzącym na jej drodze, gwałtowny skręt, wypadnięcie z barierek, potem błyskawiczna droga do szpitala i pobudka w białej sali, z bólem i brakiem czucia w nogach. Zrozpaczeni bliscy niedługo pocieszyli się jej przebudzeniem – po paru dniach, podczas których dziewczynie zdawało się, że widuje czarnego kota w sali, jej stan gwałtownie się pogarsza. Chwila ciemności i... Ada budzi się w zupełnie innym świecie jako Pani Klątwa, a towarzyszy jej ten sam czarny kocur, teraz twierdzący, że zbyt długo na nią czekał. Nie wiedząc, kim jest, ale powoli tracąc wspomnienia z „prawdziwego” życia, rzucona zostaje w wir wydarzeń - rozpoczynających się poszukiwaniem zaginionej Lilki, córki Patrycjusza.

    Wprowadzenie do historii, przedstawiające Adriannę jako aktywną, pełną życia dziewczynę, której dotychczasowe życie kończy się w tak nagły sposób, szybko przechodzi w mniej realny świat, w którym przenikają się wpływy rzeczywistości i najdzikszych wytworów wyobraźni. Tu dopiero zaczyna się zabawa, a ponieważ Pani Klątwa sama początkowo niewiele wie, to i czytelnik nie ma szans na zagubienie się w ilości nowych motywów. Wszystko odkrywać będziemy razem z główną bohaterką, z jej punktu widzenia. Pani Klątwa to zresztą bardziej zawód niż imię – jej szczególnie zdolności, pozwalające na wgląd niemalże w istotę rzeczy, sprawiają, że nie jest zbyt lubiana – każdy ma w końcu coś do ukrycia. A właśnie Ada, a może raczej nie-Ada, jak będzie nazywana czasem „po drugiej stronie lustra”, będzie musiała podjąć się trudnego zadania (a raczej zadań, gdyż na jednym się nie skończy) wyjaśnienia tajemnic, które niekoniecznie powinno się odkrywać. A przynajmniej nie wszystkim jest to na rękę.

    Towarzyszy jej Chowaniec, kot, będący przyczyną jej wypadku i prowadzący ją do celu jak Kot z Cheshire Alicję, który niemal od początku stał się moim ulubieńcem z powodu charakteru (no dobrze, z powodu tego, że jest kotem również). Złośliwy, arogancki, ale w gruncie rzeczy nie tak nieprzystępny, jak można by się spodziewać, przypomina mi tego z gry American McGee’s Alice - sposobem wypowiadania się i postawą (głos tej postaci towarzyszył mi też podczas czytania), nie sposób nie skojarzyć go też z postacią Behemota z „Mistrza i Małgorzaty”, który, zdaje się, obdarzony był podobnym co Chowaniec charakterem. Duet Klątwa–kot ma wyraźnie spory potencjał w kwestii nie tylko podejmowanych zadań, ale przetrwania w ogóle, pomimo początkowych rozdźwięków. Ada z kolei jest postacią przedstawioną w sposób bardzo szczegółowy, ale też i dość zasadniczy: niewiele pozostawiono pola dla domysłów, autor miał koncepcję na niemal każdą sferę jej życia. Jej postępowanie będzie więc zawsze doskonale umotywowane i szczegółowo opisane. Powoduje to zresztą pewną przewidywalność, dość szybko poznaje się charakter Ady-Klątwy i niczym nie potrafi ona zaskoczyć – co niekoniecznie jest cechą złą.

    Poza nimi pojawia się cała plejada postaci mniej lub bardziej dziwnych, co, o dziwo, nie dzieli się tak wyraźnie pomiędzy „rzeczywistością” a „nierzeczywistością”. Intrygujący wydał mi się ojciec Adrianny, pojawiający się w historii kilka razy, choć opisywany bardziej „z boku” – przypadłość, jaka go trapi, zdała mi się sprawą bardziej wartą wyjaśnienia niż spora część zadań Pani Klątwy. Jest też Dale, czyli Prawdziwy Mężczyzna tej opowieści, taki, przed którym wszyscy ostrzegają, ale właściwie to co mogłoby się stać... Ekhm. Wątek romantyczny, który Być Musi (nie wyjaśniam, przeczytajcie sami), stanowi urozmaicenie, które nie każdemu przypadnie do gustu, zwłaszcza w odniesieniu do postaci Ady „rzeczywistej”, niemniej jednak sama postać Dale’a pachnie mi czymś tolkienowsko klasycznym, do czego trudno nie poczuć lekkiej sympatii. No i jest jeszcze Głupi Anioł, którego jest tak bardzo za mało – Panie Autor, może chociaż jeszcze jakieś opowiadanie? Świrnięty (but aren’t we all mad here?), a jednak mający w sobie coś takiego, co chciałoby się rozszyfrować nawet kosztem godzin spędzonych na próbach – jest jednocześnie uroczy i groźny w swym szaleństwie.

    Tym, co jednak najbardziej przyciąga w powieści, jest świat przedstawiony. Przenikanie się Krakowa z miastem „po drugiej stronie”, opisane jako proces zachodzący w sposób stopniowy wraz z przemianą Ady w Klątwę (a nie była to przemiana ani natychmiastowa, ani zupełna), bardzo mocno oddziałuje na wyobraźnię. Później jeszcze wielokrotnie przyjdzie czytelnikowi zatrzymać się na chwilę i zastanowić, skąd zna motyw, który właśnie napotkał. Bo też i „Trupojad...” przesycony jest nawiązaniami do literatury – klasyki i baśni, przedstawionych w różny sposób, częstokroć mocno wypaczony. Po historii Śnieżki i jej siedmiu krasnali, którzy u Hassana stanowią bandę psychicznie chorych karzełków wożących za sobą rozkładające się ciało w nadziei, że w końcu powstanie i wróci do nich (z motywem „bardzo nie dla dzieci” o stosunkach, jakie pannę z nimi łączyły, bynajmniej nie dobrowolnych, włącznie) sądziłam, że nie zaskoczy mnie nic – a jednak. Pogłębiający się, oniryczny, momentami wręcz schizofreniczny nastrój nie pozwala się oderwać. Historia Klątwy i jej misji staje się momentami wręcz drugorzędna wobec kolejnych szczegółów dotyczących świata wykreowanego przez autora. Myliłby się jednak ten, który w „Trupojadzie...” widziałby typowe fantasy – to mieszanka gatunków, jakich mało, i konwencja w tej powieści nawet nie jest łamana – ją po prostu poszatkowano i złożono od nowa.

    Książka, choć tak intrygująca, nie ustrzegła się błędów. Są to co prawda potknięcia drobne, ale wprowadzające lekką dezorientację. Przykładem niech tu będzie chwila, w której Klątwa budzi się z kotem śpiącym jej na piersi. Szturcha go, chwilę rozmawiają, po czym Ada wstaje... a kot śpi dalej. Mowa jest o przewracaniu się na drugi bok, ostrożnym odchylaniu kołdry, ale o tym, by zwierzak przemieścił się z dziewczyny na łóżko już nie. Pewną niespójność można zauważyć też już na samym początku powieści, gdy w roli głównej bohaterki mamy Adriannę, nie zaś Adrianę, jak jest to zapisane w opisie na okładce.

    „Trupojad i dziewczyna” to książka, która ma w sobie znacznie więcej niż tylko kolejną historię o przenikaniu się światów i szukaniu światła na końcu tunelu. Polecam ją szczególnie osobom, które lubują się w wyszukiwaniu nawiązań i motywów z innych dzieł literackich (i nie tylko!), bo oni będą się tu najlepiej bawić. Pozostałych również zachęcam do zapoznania się z tą powieścią, bo to po prostu bardzo dobra dziwność, a wiele takich u nas nie ma.