Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Recenzja książki: Suren Cormudian - „Wędrowiec”

    Suren Cormudian Wędrowiec

    Suren Cormudian - „Wędrowiec”

    insignisWydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 304
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Moskiewskie metro 20 lat po wyniszczającej naszą planetę wojnie nuklearnej. Prawdopodobnie ostatnia siedziba ludzka, w której na stacjach i w podziemnych tunelach żyją ci, którzy przetrwali pożogę, kryjąc się przed promieniowaniem, zmutowaną fauną i florą oraz innymi niebezpieczeństwami czyhającymi tuż za rogiem i na powierzchni. Mimo tego, że ludzi została garstka, wciąż panują podziały. Stacje związały się w sojusze podług przekonań, ustrojów czy po prostu umiejscowienia. I właśnie na jednej ze stacji, która należy do ugrupowania zwanego Hanzą bądź Linią Okrężną, zaczyna się nasza opowieść o stalkerze, który w pogoni za tajemnicą ratował przy okazji całe metro.

    To już druga wydana w Polsce powieść Surena Cormudiana w Uniwersum Metro 2033. Pierwsza miała tytuł „Dziedzictwo przodków” i była jedną z najlepszych, jakie czytałem w tej serii. Tym razem przenosimy się do Moskwy znanej z oryginalnej trylogii, gdzie stalker imieniem Siergiej Minimalny zostaje wpleciony w ciąg wydarzeń, które przeganiają go po powierzchni oraz kilku stacjach, co rusz wystawiając na śmiertelne niebezpieczeństwo. Mamy tu sporo nawiązań do postaci i wydarzeń znanych już w powieści Dymitra Glukhovsky'ego, ale całościowo książka nie ingeruje w wydarzenia, które dopiero nadejdą.

    Fabuła „Wędrowca” jest poprowadzona spójnie, a kolejne wydarzenia wynikają z logicznych pobudek na bazie tego, co się dzieje wokół bohaterów. Intencje i powody, dla których Siergiej zachowuje się tak, a nie inaczej, są sensowne i pasują do przedstawionej charakterystyki samego stalkera. Wszystko opisane jest konsekwentnie i nie tworzy poczucia „zgrzytu”, które da się często odczuć, gdy wydarzenia bądź zachowania nijak nie pasują do przedstawionej nam wcześniej charakterystyki jednych i drugich.

    Ale o czym właściwie jest ta książka? Siergiej po tym, jak niemal zginął podczas jednej z eskapad, wraca na swoją rodzinną stację – Tulską, gdzie większość ma go za zmarłego. W międzyczasie zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Zaginął kolejny stalker, a na stację, dawno nieużywanym tunelem i z miejsca, które uznawano za opuszczone, przybywa dziecko, a po nim dziwny przybysz. Sprawa komplikuje się, kiedy dzieciak umiera w dziwnych okolicznościach, a opiekująca się nim lekarka znika. Minimalny wraz z przybyłym ruszają za nią w pogoń. I tak właśnie zaczyna się ciąg przygód, który niemal doprowadzi do zniszczenia całego życia w metrze.

    Postać Siergieja jest wyrazista, ciekawa i nieco zbzikowana, co dodaje humoru w ponurej rzeczywistości opisanej w powieści. Są to tak cyniczne i wyważone żarty, że nie psują przy tym mrocznej atmosfery, a jedynie pozwalają na chwilę nerwowego uśmiechu podczas czytania. Nie brakuje tu momentów pełnych akcji, wzruszających scen bohaterstwa i pożegnań czy melancholijnych rozmów na ważne życiowo tematy, które są w stanie zmusić nas do chwili przemyśleń.

    Książkę czytało mi się przyjemnie. Jest napisana bardzo przystępnym językiem i podzielona na swoisty wstęp i ukazanie głównej postaci, początek i rozwinięcie historii, pełną akcji przygodę oraz jej spokojne i przemyślane zakończenie, które nie pozostawia nas w domysłach, ale jednocześnie otwiera furtkę ewentualnej kontynuacji. Chętnie przeczytałbym o dalszych losach Siergieja Minimalnego.

  • 1 kwietnia - dzień cudów

    Wczoraj, jak co roku, działy się rzeczy niewyobrażalne. Powstawały nowe, wielkie projekty, inne upadały, odwołując swoje inicjatywy. W tym jednym dniu dzieje się dużo więcej niż zwykle, dlatego warto podsumować, na jakie to ciekawe pomysły wpadli organizatorzy konwentów, wydawcy i inne podmioty związane z tematyką naszego portalu.

  • Recenzja książki: Denis Szabałow - „Prawo do zemsty”

    Okładka książki prawo do zemsty Denis Szabałow

    Denis Szabałow - „Prawo do zemsty”

    logo wydawnictwa insignisWydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 481
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    To już trzecia i zarazem ostatnia książka Denisa Szabałowa z serii osadzonej w Uniwersum Metro 2033 – przynajmniej na ten moment – z tych przełożonych i wydanych na rynku Polskim. Stanowi ona bezpośrednią kontynuację cyklu „Prawo do…”. W jego ramach ukazały się „Prawo do użycia siły”, „Prawo do życia” oraz opisywane tutaj „Prawo do zemsty”. Niestety nie da się zrecenzować kolejnej książki z danej serii, unikając wszystkich możliwych spojlerów i nawiązań do poprzedniczek. Czujcie się ostrzeżeni.

    Akcja rozgrywa się na terenie Rosji, dwadzieścia lat po wojnie nuklearnej – w roku 2033. Po tym, jak Daniła, główny protagonista, przebył pieszo 2000 kilometrów do rodzinnego schronu po zdradzie Bractwa i odkrył jego ruiny, poprzysiągł on zemstę na oprawcach. I to właściwie streszcza całą fabułę. Wydarzenia rozwijają się w dobrym, jednostajnym tempie, które nie nudzi i sprawia, że z niecierpliwością przewracamy kolejne kartki powieści, by w odpowiednich momentach na chwilę odetchnąć i móc zwolnić lub przerwać lekturę jeżeli czytamy na raty.

    Tak jak w poprzednich książkach, tak i tutaj znajdziemy mnóstwo świetnie rozpisanych scen batalistycznych z użyciem różnorakiego sprzętu wojskowego. Fani militariów z pewnością odnajdą się w gąszczu oznaczeń amunicji, pojazdów czy konkretnych modeli karabinów o każdym możliwym kalibrze. Dla mniej zaznajomionych z cyklem są opisy wyjaśniające działanie każdej nowej „zabawki” pojawiającej się na polu walki. Nie brakuje też zjawisk paranormalnych, których mogliśmy zakosztować już wcześniej, więc jest to całkiem ciekawa mieszanka, która mimo ukazywania naprawdę odrębnych i z pozoru nie pasujących do siebie wątków, okazała się być całkiem smaczna.

    Również mamy tutaj do czynienia ze znacznie większymi operacjami niż miało to miejsce do tej pory. Poznajemy tajniki sztuki wojennej roku 2033 na znacznie większą skalę, ze sztabem dowodzenia, przepływem informacji, formacjami, taktykami, ciężkim sprzętem, zdobywaniem pozycji wroga, okopywaniem się czy inżynierią wojskową.

    Nie mogło też zabraknąć rozwiązania wielu rozpoczętych wątków i wyjaśnienia zagadek porozrzucanych we wcześniejszych odsłonach trylogii. Niestety, część z nich jest dosyć oczywista i mimo że autor stara się nas trzymać w niepewności, nie do końca ten zabieg się udaje. Zbyt dużo zostaje zdradzone zbyt wcześnie i ciężko się dziwić, kiedy pewne sprawy stają się oczywiste już w połowie książki. Jednak nawet mimo tej wpadki był przynajmniej jeden moment, który mnie faktycznie mocno zaskoczył.

    Podczas czytania i splatania rozpoczętych wątków w jedną, logiczną całość, rzuca się w oczy tendencja autora do wyciskania ze wszystkiego możliwie jak najwięcej nawiązań do głównego bohatera, co finalnie wygląda nieco sztucznie, sprawiając, że cały wykreowany świat (a ten nie jest przecież mały!) wydaje się skupiony wyłącznie wokół niego, jego wyborów i splotów przypadków.

    Mimo tych niedoskonałości „Prawo do zemsty” czyta się naprawdę przyjemnie. Jest to książka, którą dosłownie pożerasz i nie zauważasz, kiedy przewracasz setną z rzędu stronę. Zgrabnie domyka wszystkie rozpoczęte wcześniej wątki i rozwiewa wątpliwości, więc fani zamkniętych zakończeń poczują się jak u siebie w domu. Od początku do końca jest też utrzymana w jednej, spójnej konwencji narzuconej już w poprzednich dwóch powieściach. Nie żałuję ani chwili spędzonej z tą pozycją.

  • Recenzja książki: Artur Chmielewski „Achromatopsja”

    achromatopsja

    Artur Chmielewski - „Achromatopsja”

    insignisWydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 424
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Każdy fan postapokaliptycznych realiów dobrze wie, jak ważny jest klimat. I nie mamy tu na myśli pogody (choć ta też odgrywa w tym wypadku istotną rolę), ale to, jakie wrażenie wywołuje w nas ukazana w książkach, grach lub filmach opowieść. W przypadku książek osadzonych w uniwersum Metro 2033 wydawałoby się, że zadanie jest mocno ułatwione przez autora i pomysłodawcę projektu – Dymitry’a Glukhovsky’ego. Narzuca on pewne standardy i wytyczne, których każdy autor piszący swoją część historii musi przestrzegać. W ten sposób otrzymaliśmy książkę o losach Krakowa i Wrocławia dwadzieścia lat po wybuchu wojny nuklearnej – prawdopodobnie ostatniej wojny światowej ludzkości. Teraz przyjrzymy się, jak według Artura Chmielewskiego i jego powieści „Achromatopsja” poradziła sobie Warszawa.

    Przede wszystkim tło fabularne. Mieszkańcy stolicy przeżyli dzięki tunelom jedynego w Polsce metra, a dokładniej jego dwóch nitek. Standardowo już społeczność szybko podzieliła się na rywalizujące ze sobą ugrupowania, które spaja jedynie chwiejny sojusz z radą metra zrzeszającą szefów poszczególnych stacji. Prym w radzie wiedzie stacja Ratusz Arsenał ze względu na szeroki dostęp do broni palnej i amunicji, której poza tym miejscem nie ma praktycznie wcale.

    Kilka słów o samej Warszawie. Infrastruktura jest praktycznie nietknięta, ponieważ stolica została zaatakowana w dużej mierze pociskami chemicznymi. Zapasy drewna i innych przydatnych materiałów w bezpośrednim sąsiedztwie stacji praktycznie już nie istnieją, a i wychodzenie na powierzchnię jest niemal niemożliwe przez stada oszalałych mutantów tam grasujących. I tutaj mamy pierwszy zgrzyt logiczny, ale o nich osobno w jednym, zbiorczym akapicie.

    I w takich, niezbyt przyjaznych warunkach zaczyna się akcja „Achromatopsji”. Otóż okazuje się, że poza metrem prawdopodobnie ktoś przeżył. Wskazuje na to odebrana transmisja radiowa. Rada zbiera się, by omówić sytuację, i postanawia wysłać ekspedycję w celu odnalezienia ocalałych oraz nawiązania z nimi stosunków dyplomatycznych lub handlowych bądź po prostu zdobycia wiedzy o tym, kim są ci ludzie. Po krótkiej naradzie uznaje też, że grupę ekspedycyjną trzeba wysłać natychmiast, wybierając delegatów spośród członków rady, a raczej towarzyszącego im orszaku. Tutaj już nie wytrzymałem. Autor zapędził się o wiele za daleko. Wysłać totalnie nieprzygotowanych, nieprzystosowanych do przeżycia ludzi, którzy nigdy nie byli na powierzchni, do świata zewnętrznego, przedstawianego przez autora jako miejsce, w którym nawet dobrze wyekwipowane i wyszkolone grupy znikają bez śladu porywane i pożerane przez mutanty?

    To jednak nie wszystko. Takich absurdów jest znacznie więcej. Przede wszystkim puszki z jedzeniem, które otrzymała grupa. Mam rozumieć, że to jedzenie z powierzchni nie jest napromieniowane, skażone, zepsute, nie zostało zjedzone przez te 20 lat, skoro brakuje podstawowych surowców, i jeszcze do tego ma być smaczne? Kolejnym zgrzytem jest właśnie fakt niewychodzenia na powierzchnię od wielu lat. Skąd w takim razie stacje miały jakikolwiek prąd, ogrzewanie i wiele innych materiałów? Autor sam przedstawił świat w okowach postnuklearnej zimy z temperaturami od -10 do -30 stopni. Dobrze, to jeszcze jakoś można uznać za dopuszczalne w fikcji literackiej, ale ilość broni i amunicji, jaką finalnie posiada stacja Ratusz, jest absurdalna. Niestety, bez zdradzenia ważnej części fabuły nie mogę podać więcej szczegółów, ale uwierzcie mi, że podane wartości są niemożliwe. Żeby tego było mało, autor szafuje konkretnymi liczbami ludzi wysłanych (niestety, nie zdradzę dokąd, gdyż musiałbym odsłonić zbyt dużo z fabuły)… w pewnym celu, stanowczo przekraczającymi sensowną liczbę osób, które można zmieścić na powierzchni zajmowanej przez tunele metra. Kiedy kilka tysięcy osób stanowi zaledwie jakąś część mieszkańców i to tę w kwiecie wieku, sprawną, zdolną do walki i dalekich wypraw, to wychodzi na to, że warszawskie metro zamieszkuje społeczność licząca około 20 000 mieszkańców. Ktoś mi powie, gdzie oni wszyscy żyją i co jedzą? Bo nawet wyjaśnienie pochodzenia szarej papki, którą karmieni są ludzie, nie tłumaczy ilości pokarmu zdolnej utrzymać przy życiu taką masę ludzi…

    Kłuje w oczy także brak promieniowania. Owszem, było wspomniane, że jest i nawet ostatnimi czasy wzrosło znacznie, choć nie powinno, natomiast w toku opowieści nigdzie nie było ani słowa o efektach i ogniskach skażenia. Nic. Ba, wyprawa wyruszyła bez żadnego czujnika promieniowania! Po prostu przeszli sobie całą Warszawę i spore tereny podmiejskie, odwiedzając przy tym budynki, które zaliczyły bezpośrednie bądź bliskie trafienie, i nikomu nic nie jest. Pojawia się oczywiście wzmianka o połatanych i byle jak zszytych kombinezonach i maskach, do których najwidoczniej nie trzeba żadnych filtrów, bo i o ich wymianie czy w ogóle obecności w bagażach nie było mowy, a wielokrotnie zdarzało się, że ekipa ściągała je jak gdyby nigdy nic i najwidoczniej w nich spała (?), natomiast nie jest to ochrona, która wytrzymałaby jakąkolwiek ilość promieniowania dłużej niż 10 minut, a przypominam, że marsz trwał kilka dni…

    „Achromatopsja” to zdecydowanie najsłabsza powieść osadzona w uniwersum Dymitry’a Glukhovsky’ego i widać, że autor nie posiada bądź zwyczajnie ignoruje wiedzę o tematach ważnych dla tego typu powieści. Dodatkowo totalny brak logiki i sensu w funkcjonowaniu społeczności w metrze i wielu innych sprawach sprawia, że książkę można co najwyżej bezmyślnie przeczytać, bez żadnej refleksji i zastanawiania się, czy to, co się dzieje, ma w ogóle sens. Drażniąca też była totalna nieśmiertelność głównego bohatera, jak choćby w przypadku absurdalnej sytuacji, w której kolejny raz okazało się, że ten przeżył coś, czego nie powinien, a główny „zły”, zamiast go wykończyć, wygłasza po raz kolejny, jakie to miał wielkie plany, i wychodzi… Poważnie?

    Możliwe, że książka spodoba się młodzieży bądź ludziom, którzy nie fascynują się postnuklearną rzeczywistością, a jedynie lubią czytać o przygodach osadzonych w półmartwym świecie. Mnie książka nie przypadła do gustu w ogóle.

  • Recenzja książki: Paweł Majka - „Człowiek obiecany”

    czlowiek obiecany

    Paweł Majka - „Człowiek obiecany”

    insignis Autor: Paweł Majka
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 400
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Apokalipsa dotarła do Polski. Wiadomo już, że ludzie przetrwali w Krakowie i Wrocławiu, a o ich losach przeczytać możemy w powieściach Roberta J. Szmidta oraz Pawła Majki. Dziś na tapet weźmiemy drugiego pana i jego książkę o tytule „Człowiek obiecany”, będącą bezpośrednią kontynuacją „Dzielnicy obiecanej”.

    Akcja „Człowieka obiecanego” toczy się w nieco szerszym terenie niż poprzedniczka - skupiona głównie na Nowej Hucie. Tym razem zwiedzimy także kilka innych dzielnic (w tym Śródmieście) oraz… tereny wokół klasztoru w Tyńcu. Już od pierwszych stron widać spory wpływ, który wywarł Król i jego armia maszerujące przez Kraków. Większość miasta jest wyludniona. Zarówno potwory, jak i ludzie niechętnie pokazują się teraz na powierzchni. Przynajmniej ta garstka, która zdołała przetrwać.

    Z początku trudno zauważyć, co jest głównym wątkiem. Skaczemy między samozwańczym królem frakcji Konopków (Szurniętym Stachem) i jego poszukiwaniami ukochanej, kapitanem Maciejem Pitalą ze Straży Wewnętrznej Kombinatu, posłanym za zbiegłą kobietą oraz duchem o imieniu Halny, szukającym starych towarzyszy broni. Mimo całkowicie odrębnych celów wyruszają razem, każdy z nadzieją na wykonanie własnych zamierzeń.

    Czytając powieść, nie nudziłem się ani przez chwilę. Dosłownie porwała mnie w wir akcji i za każdym razem, kiedy zmieniało się miejsce i bohaterowie, z zapartym tchem brnąłem przez kolejne strony, żeby powrócić do poprzedniego wątku. Problem w tym, że ten kolejny ciąg akcji wciągnął mnie tak samo jak poprzedni i znów nie mogłem się doczekać poznania dalszych losów innych bohaterów książki. Sprawiło to, że całość pochłonąłem w zaledwie półtora dnia, licząc czas na pracę, odrobinę snu i załatwienie spraw osobistych. Gdybym miał wolny dzień, zamknąłbym „Człowieka obiecanego” kilka godzin po otwarciu.

    Przejdźmy do konkretów. Każda postać ma swój indywidualny, wyraźny charakter. A są to osoby tak różne, że nie sposób je ze sobą pomylić. Jesteśmy w stanie polubić, znienawidzić czy po prostu zrozumieć każdą z nich. Autor nie sugeruje, kto jest zły, dobry czy neutralny. Tutaj nawet najgorszy wróg może się okazać miłosiernym wybawcą, a przyjaciel jest w stanie niespodziewanie wbić ci nóż w plecy. Akcja powieści jest nieprzewidywalna i arcyciekawa, a sama fabuła całkiem logiczna i spójna. Ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Odkrywamy też dzieje Krakowa na przełomie lat 2013 i 2014, kiedy to zaczęła się zagłada, i dowiadujemy się wiele o samym Królu, potworze (smoku) z Wawelu czy o samym Tyńcu i jego obecnych mieszkańcach. Paweł Majka idealnie mieszał proporcje między akcją, historią i odkrywanymi tajemnicami teraźniejszości, doprawiając to szczyptą nieprzewidywalności wydarzeń aż do samego końca. A jest na co czekać, bo zakończenie wciska w fotel/łóżko/kanapę/murek czy gdziekolwiek indziej czytacie książkę.

    Jest to dla mnie odkrycie i jednocześnie jedna z najlepszych powieści w Uniwersum Metro 2033, jaką miałem okazję czytać (a czytałem wszystkie jakie wyszły w języku polskim) i polecę ją każdemu, kto zapyta o warte przeczytania książki osadzone w tym właśnie świecie. Stanowi ona świetną przeciwwagę dla niezbyt dobrej „Dzielnicy obiecanej” - stanowiącej pierwszy tom krakowskiej dylogii. O dziwo, zyskuje ona nieco po wyjaśnieniach z kontynuacji, choć nie na tyle, by zatrzeć złe wrażenie. Jednak dla takiego arcydzieła warto przecierpieć gorszą poprzedniczkę.

  • Recenzja książki: Tullio Avoledo - „Korzenie Niebios”

    korzenie niebios

    Tullio Avoledo - „Korzenie Niebios”

    insignis Autor: Tullio Avoledo
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 608
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    W ostatniej recenzji książki osadzonej w świecie uniwersum Metro 2033 wspomniałem o mnogości gatunków literackich i imponującej rozpiętości tematów oferowanych przez tę serię. Mimo to, kolejnej powieści z serii, z akcją umiejscowioną we Włoszech, a dokładniej, w ruinach Rzymu, a później w drodze do Wenecji, udało się mnie zaskoczyć. Motywem przewodnim jest bowiem wiara. Nie tylko w boga chrześcijańskiego, ale także innych, w tym zupełnie zapomnianych. 20 lat po nuklearnej zagładzie, wyjdą oni ze swoich kryjówek, by opanować umysły śmiertelników i sprawić, żeby ci znów uwierzyli.

    Głównym bohaterem jest ojciec John Daniels, będący jednocześnie przedstawicielem Kongregacji Nauki Wiary, znanej wcześniej jako Święta Inkwizycja. Dostaje on niezwykle ważną misję od kardynała Albaniego. Musi udać się do Wenecji i odszukać kardynała patriarchę, który rzekomo przetrwał katastrofę. Tylko on może objąć urząd papieża, co byłoby silną kartą przetargową dla słabnącej władzy Kościoła Katolickiego w podziemiach Watykanu i pozwoliłoby od nowa rozpalić płomień wiary w mieszkańcach. Oficjalnie treścią zadania jest zniszczenie ogniska herezji i właśnie dlatego zostaje tam wysłany ojciec Daniels wraz z drużyną doświadczonej w bojach Gwardii Watykańskiej.

    Brzmi to niezbyt zachęcająco? Już pierwsze kilkadziesiąt stron trąci totalnym brakiem logiki, a fabuła jest szyta tak grubymi nićmi, że cała misja i otoczka w postaci życia w katakumbach brzmią wręcz absurdalnie głupio i nienaturalnie. Dla przykładu: Społeczeństwem rządzą dwie grupy. Mafijne rodziny zgarniające większość bogactw, żyjące w bogatszej części krypt i rządzące twardą ręką oraz wspólnota kościoła, nie mająca nic poza Gwardią Watykańską, która pracuje także dla rodzin, a jednak wciąż kościelni opływają w bogactwa, nie robiąc dla wspólnoty absolutnie nic. Oczywiście układ jest nieco bardziej skomplikowany i wyjaśnienie go, zajęłoby spory akapit, jednak wcale nie nadałoby mu prawdopodobieństwa, a wręcz obnażyłoby niemożliwość funkcjonowania podobnej struktury. Na domiar złego, około połowy książki zajmują rozważania ojca Danielsa nad sensem wiary oraz jego rosnącymi wątpliwościami, co nie przeszkadza mu przymykać oczu na zjawiska i zachowania, które powinien otwarcie tępić. Przez kolejne strony brnie się ciężko i nie pomaga w tym bardzo mała czcionka - przy jednoczesnej opasłości tego tomu przygód postapokaliptycznej społeczności.
    Czytając „Korzenie niebios”, niejednokrotnie gubiłem się w akcji i zapominałem o tym, co właściwie dzieje się wokół i gdzie są bohaterowie powieści. A to wszystko przez wspomniane rozważania i dyskusje teologiczne, które ciągną się niemiłosiernie przez wiele kolejnych stron. Dodatkowo książka opiewa w błędy logiczne i czytając ją, zacząłem podejrzewać, że i sam autor miał momenty, w których gubił się w tym co sam napisał. Tekst jest też bardzo nierówny. Tak, jakby Tulio Avoledo przelewał na kolejne kartki swoje aktualne nastroje, co powoduje duże zaburzenia klimatu budowanego przez powieść. Nagłe, nie mające podstaw zrywy, bezpodstawne roztkliwianie się nad czyimś losem, by za chwilę zignorować śmierć przyjaciół i przejść nad tym niemal obojętnie to dopiero początek. Wszyscy bohaterowie wykazują podobny brak stabilności i nie byłoby w tym może nic złego, gdyby nie wcześniejsza kreacja części z nich na bezdusznych i nieczułych rębajłów, którzy ni z tego ni z owego wszyscy naraz się poddają i płaczą, by za chwilę, bez żadnego wyjaśnienia, znów przemienić się w killerów bez serca i zapomnieć, że jeszcze przed chwilą chcieli porzucić całą misję.

    Istniało też kilka wątków pobocznych, które były ucinane bardzo szybko i wydawałoby się, że nie mają prawa już wrócić i przepadły wraz z przedmiotami silnie z nimi powiązanymi, żeby nagle pojawić się znów i wywrzeć silny wpływ na bieg wydarzeń. Problem w tym, że wspomniany przedmiot został utracony dużo wcześniej i „znaleziono” go również bez wyjaśnienia, a całość była tak przedstawiona, jakby wcale się nie zgubił.

    Zupełnie nie potrafiłem się wczuć w głównego bohatera. Jego postępowanie, przemyślenia czy przekładanie tych drugich na zupełnie odwrotne czyny, sprawiało, że już sam nie wiedziałem czy to na pewno jego myśli, czy też może autor chciał coś przedstawić czytelnikowi. Apogeum tego zjawiska zostało osiągnięte pod koniec książki, kiedy wbrew wszelkiej logice i wszystkiemu co zostało dotąd napisane, nasz ojciec doznał pełnego nawrócenia i płomyk jego wiary został rozniecony na nowo…

    „Korzenie niebios” zmęczyły mnie. To opasłe tomisko, w którym akcji jest tyle, że zanim się człowiek obudzi po usypiających filozoficznych rozważaniach autora, to te zdążą wrócić. Wycieczka do postapokaliptycznych Włoch okazała się dla mnie nudna i niezbyt ciekawa.

  • Recenzja książki: Siergiej Antonow - „Ciemne Tunele”

    Recenzja książki Ciemne Tunele Siergieja Antonowa

    Siergiej Antonow - „Ciemne Tunele”

    insignis Autor: Siergiej Antonow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 328
    Cena okładkowa: 37,99 zł

    Dzięki książce „Ciemne Tunele” ponownie wracamy do znanego z oryginalnej trylogii Glukhowsky’ego metra pod zniszczoną Moskwą. Dwadzieścia lat po wojnie nuklearnej, kiedy cały znany świat przestał właściwie istnieć w formie, jaką niegdyś znali ludzie, ci, którzy przetrwali wciąż nie uczą się na swoich błędach. Następują głębokie podziały między stacjami, chwiejne sojusze, wojny, powstają różnorodne systemy władzy z powrotem do komunizmu i nazizmu włącznie. A gdzieś w tym wszystkim tkwią stacje Wspólnoty Wojkowskiej, znane też jako Hulajpole, wyznające anarchistyczne poglądy. To właśnie tu zaczyna się nasza przygoda, w której głównym bohaterem jest jeden z „wojskowych” – Anatolij.

    Fabularnie Anatolij wraz z oddziałem anarchistów musi udać się na linię czerwoną i zniszczyć tamtejsze laboratorium produkujące superludzi odpornych na promieniowanie i ból. Z takimi GML (bo tak nazywani są ci genetycznie zmodyfikowani) można objąć władzę nad całym metrem, a możliwe też, że i nad powierzchnią. Anarchiści podjęli się trudnego zadania powstrzymania komunistów przed absolutną dominacją.

    Historia z początku opowiadana jest bardzo ciekawie i spójnie. Na pierwszych kilkudziesięciu stronach dowiadujemy się sporo o przeszłości głównego bohatera, między innymi to, skąd pochodzi, ale także dostarczane nam jest wiele szczegółów z historii samej stacji i jej rozwoju. Daje nam to na tyle szeroki obraz sytuacji, że nawet nie czytając książek z głównego cyklu jesteśmy w stanie bez problemu się w niej odnaleźć. Nasz Tola także jest postacią konkretną i łatwo zrozumieć jego pobudki. Znamy jego mocne i słabe strony, wiemy, czego się po nim spodziewać. Do czasu…

    Właśnie. Książka ma bardzo nierówny poziom. Jak po przeczytaniu niemal połowy mógłbym spokojnie zaliczyć dzieło do jednego z najlepszych w całym uniwersum, tak kolejne strony skutecznie zniechęcały mnie do dalszej lektury. Nie doćć, że Anatolij zaczął zachowywać się zupełnie bez sensu (choćby ucięcie sobie drzemki w tunelu wentylacyjnym, kiedy tuż pod nim kłębiły się krwiożercze bestie próbujące dostać się na górę), to jeszcze sam autor stał się zupełnie niekonsekwentny i zaczął zwyczajnie gubić ważne wątki. Przykładem takiego zjawiska jest postrzelenie głównego bohatera w głowę (wyraźnie poczuł szarpnięcie, a później zauważył krew i nie był w stanie chodzić, gdyż przy każdej próbie mdlał), które zostaje zwyczajnie zapomniane i po kilku dniach Tola nie czuje już żadnych skutków rany. Ba, w ogóle jakby jej nie było! Pojawiają się też błędy logiczne, jak mijanie się w korytarzu, który był opisany jako „tak ciasny, że ledwo udało się do niego wcisnąć w pozycji przygarbionej”. Zresztą wielki, barczysty i ponad dwumetrowy mutant nie miał większych problemów, żeby iść tym samym korytarzem. To tylko kilka zarzutów, wymienienie wszystkich tego typu kwiatków zajęłoby kilka stron.

    Warto zwrócić uwagę na samą historię, która również ucierpiała gdzieś w połowie książki przez gubione wątki, bezsensowne zachowania postaci oraz styl pisania, który możemy znać z forów dla początkujących pisarzy. Mam na myśli to naiwne podejście z bajek fantasy, gdzie bohater z każdego niebezpieczeństwa wychodzi przez zupełny przypadek, bo akurat tuż obok pojawił się niezbędny element pozwalający się uratować. Taki zabieg nie jest zły, póki nie powtarza się go za każdym razem.

    Czytając „Ciemne Tunele” zwróciłem też uwagę na jedzenie. Zwykle nie przejmuję się takimi szczegółami, tak jak tym, że bohaterowie się nie myją czy też nie załatwiają swoich potrzeb fizjologicznych. Tylko że w tym wypadku autor kilkakrotnie zaznaczał, że Anatolij nie przyjął pokarmu przez trzy dni, a później, kiedy wszyscy jedzą, on wprost odmawia kolejnych posiłków. Łącząc to z postrzałem w głowę, wielokrotnym pobiciem i innymi urazami, których doznał, wychodzi na to, że jest on nieśmiertelny i nie musi jeść, pić, ani martwić się o jakiekolwiek drobnostki, takie jak promieniowanie (tutaj też pojawiły się spore rysy w opowieści, gdyż bohater powinien przyjąć sporą dawkę, a jakoś się o tym nie wspomina). Ostatnim zarzutem będzie zmieniający się nastrój powieści i koncepcja bohatera: Tola wychodzi na niebywale rozchwianego emocjonalnie człowieka. Nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie wspomniany wstęp i niemal połowa książki, gdzie była to zupełnie inna osoba.

    Podsumowując: można przeczytać „Ciemne Tunele”, ale części z Was pewnie ta książka pozostawi głęboki niesmak. Powieść miała spory potencjał, który został niestety zmarnowany: na początku czuje się rękę doświadczonego pisarza, natomiast w dalszej części była to już wesoła opowiastka jakiegoś młodzika.

  • Recenzja książki: Rusłan Mielnikow - „Mrówańcza”

    Okładka książki Mrówańcza Rusłan Mielnikow

    Rusłan Mielnikow - „Mrówańcza”

    Logo Wydawnictwo Insignis Autor: Rusłan Mielnikow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 368
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    „Mrówańcza” jest powieścią specyficzną z tego względu, że autor przenosi nas do Rostowa nad Donem, w którym obecnie metra nie ma. Już na wstępie Rusłan Melnikow tłumaczy, że pozwolił sobie na pewną dozę fantazji przyspieszając budowę tuneli, która miała zostać rozpoczęta w 2014 i ukończona w 2020 roku, a jak dobrze wiemy, wojna nuklearna w Uniwersum Metro miała miejsce rok wcześniej.

    Pod miastem biegły dwie linie metra, niebieska i czerwona, z czego ta pierwsza nigdy nie została ukończona, a przez mniejszą głębokość i brak hermetycznych grodzi promieniowanie miało tam większy poziom niż w przypadku linii czerwonej. Oczywiście, nastąpiły głębokie podziały, nie tylko między obiema liniami, których mieszkańcy wzajemnie się nienawidzili, ale także na samej linii czerwonej, podzielonej między Kozaków Dońskich, Stacje Elitarne, Teatralnych, Diasporę Targową, Manufaktury Selmasza oraz stacje niezależne. Spore różnice w bogactwie poszczególnych jednostek wynikały z ich umiejscowienia i zamieszkującej je ludności. Na przykład, mieszkańcy Manufaktury byli wykwalifikowanymi technikami, mającymi w garści praktycznie całą elektryczność i maszyny, natomiast stacje targowe opływały w bogactwa ze względu właśnie na handel.

    Bohaterem powieści jest Ilja Magin, znany też pod pseudonimem Mag. Mieszka on na opuszczonej stacji końcowej – Port Lotniczy. Ta, niegdyś zaludniona, stacja została zaatakowana przez straszne potwory z powierzchni, zwane żabami (ze względu na dźwięki jakie wydawały oraz chwytne języki). Mieszkańcy próbowali się ratować wysadzając tunel, z którego przybyły potwory, jednak nie wszystko poszło po ich myśli. Żaby zaatakowały niespodziewanie, powodując chaos i zabijając wszystkich mieszkańców, łącznie z żoną i synem Maga, natomiast on sam cudem przeżył. Ocalał też Saper – trójpalczasty naczelnik stacji, który, ratując się ucieczką, wysadził korytarz łączący Port Lotniczy z resztą metra, tym samym odcinając drogę ucieczki reszcie. Od tamtej tragedii Ilja żył samotnie, trudniąc się zabijaniem wszystkich napotkanych mutantów i stalkerstwem, przynajmniej do czasu nadejścia tytułowej mrówańczy, stanowiącej zagrożenie dla całego metra.

    Powieść jest mroczna. Główny bohater poświęca się swojej misji w pełni i tylko to się dla niego liczy. Nie przepada za innymi ludźmi, a jedynymi osobami, z którymi regularnie rozmawia, są Sierioża i Oleńka – żona i syn, którzy dawno już umarli. Jak to możliwe? O tym możecie się przekonać, czytając książkę, gdyż wyjaśnienie jest całkiem sporym spojlerem. Dostajemy głęboki wgląd w umysł Ilji, który sporo rozmawia sam ze sobą, w ten sposób dzieląc się przemyśleniami i z czytelnikiem. Wielu uważa go za dziwaka czy szaleńca, jednak książka nie daje pewności, czy Mag na pewno nim jest. Widzimy też jego przemianę, która dokonuje się automatycznie i jest następstwem wydarzeń opisanych w powieści.

    Mag podąża drogą niewybraną przez siebie: nie ma wyboru i musi ratować się ucieczką do metra i znienawidzonych ludzi. Jest też zmuszony przebywać wśród nich i z nimi rozmawiać, co prowadzi go do wielu przemyśleń, a w końcu zdaje sobie sprawę z tego, jakim naprawdę jest człowiekiem i kim są dla niego inni z jego gatunku. Tym wszystkim dywagacjom towarzyszy często rzeź, pełna flaków, krwi, mordu i groteskowych scen. Trup ściele się naprawdę gęsto i zabitych można by spokojnie liczyć w setkach. Nie wiem czy jest to celowy zabieg, czy niekonsekwencja autora, ale z tekstu wynika, że liczebność mieszkańców zmniejszyła się do poziomu, w którym ciężko będzie odbudować mały, podziemny świat. Ale z drugiej strony, czy wszystko zawsze musi kończyć się dobrze? A może właśnie o to chodziło autorowi, żeby pokazać, że ludzkość, mimo dotkliwych strat, wciąż jest w stanie podnieść się z kolan (a w tym przypadku już z łopatek) i nadal żyć?

    Nie podobała mi się ta liniowa fabuła. Miałem poczucie, że bohater nie ma żadnego wpływu na to, co się wokół niego dzieje. Jest prowadzony za rękę, z miejsca na miejsce i jedyne co może zrobić, to podążać według ustalonego szlaku, bo każda inna droga prowadzi do śmierci. Nie przypadła mi też do gustu postać Gapcia, który był nierealistyczny. Nie pasował w ogóle co całej mrocznej otoczki. Może tak miało być, ale dla mnie była to fałszywa nuta w piosence. Ostatnim już zarzutem będzie wątek z umarłymi, którzy nie umarli i płytkość tych postaci. Do końca wierzyłem, że pewna historia ma drugie dno, ale okazało się, że niestety czarne jest czarne, a białe pozostaje białym. Na odcienie szarości nie starczyło farby.

    Książka w ogólnym rozrachunku wypada na plus i zmusza do pewnych przemyśleń, a kto nie lubi się zastanawiać po lekturze nad tym, co właśnie przeczytał? Klimat w niej jest bardziej filozoficzny, z morałem; w mniejszym stopniu jest to pełna akcji i przygód powieść. Niemniej, poza niebywale przeciągającymi się momentami, w których wewnętrznie modliłem się o jakiś ruch fabuły, czytało się ją całkiem przyjemnie.

  • Recenzja książki: Andriej Diakow - „Za horyzont”

    Recenzja książki Za horyzont Andriej DiakowAndriej Diakow - „Za horyzont”

    insignis Autor: Andriej Diakow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Kiedy zabierałem się do czytania trylogii Adrieja Diakowa, uderzyła mnie niejaka naiwność w kreowaniu postaci, ich zachowaniu i sposobie rozwoju bohaterów. Teraz, kiedy mam za sobą trzecią i ostatnią część o tytule „Za horyzont”, mogę z czystym sercem powiedzieć, że autor rozwinął swój talent i z książki na książkę jest coraz lepiej. Nie wyprzedzając jednak faktów, zapraszam do przeczytania recenzji kończącej cykl Diakowa.

    Na rozwój wydarzeń nie musimy długo czekać. Już po pierwszych stronach akcja rusza z kopyta, kiedy komandosi Imperium Wegan uderzają na dom stalkera Tarana i jego przybranego syna – Gleba. Tyle że zostali oni zawczasu ostrzeżeni, a w schronie nie znajdowali się sami. Towarzyszyła im młoda Aurora – przygarnięta do małej „rodzinki”, przyjaciel Dym (zwany też Giennadijem) – wielki, zielony mutant o niezwykłej sile i gabarytach, były mechanik grabarzy metra – Migałycz, były przywódca gangu Bezbożników – Bezbożnik, oraz były wódz plemienia Ogryzków – Indianin. Do swojej dyspozycji mają przerobioną i potężną mobilną wyrzutnię rakiet ochrzczoną mianem „Maleństwa”. Po tym, jak udaje im się wydostać z potrzasku, dowiadują się od Tarana, który dowodzi grupą, że w petersburskim metrze wybuchła wojna wywołana przez Wegan. Niestety, obie strony konfliktu chcą mieć stalkera po swojej stronie.

    Szybko jednak okazuje się, że to nie wydarzenia w Piterze odgrywają główną rolę. Kompania wyrusza na daleki wschód, do Władywostoku, w poszukiwaniu legendarnego projektu Alfejos, który ma mieć moc wyzwolenia terenów od promieniowania. Niestety dane na ten temat są szczątkowe i wszystko trąci zwykłą legendą. To jednak nie przeszkadza grupie wyruszyć do oddalonego o tysiące kilometrów celu…

    Porzucamy ciasne tunele na rzecz całkowicie otwartego świata, który został barwnie i całkiem szczegółowo opisany przez autora. Malownicze tereny, zniszczone miasta, pokryte śniegiem i lodem połacie lądu… Temu wszystkiemu towarzyszy klimat ciągnącej się podróży, który wbrew pozorom nie nudzi, a jedynie wzmacnia klimat powieści. Z każdym kilometrem bohaterowie, oraz wraz z nimi czytelnik, tracą nadzieję na odbudowanie dawnej chwały ludzkości. Nawet kiedy już spotykają grupy, które jakoś przetrwały w tym nieprzyjaznym środowisku, to rzadko są one nastawione przyjaźnie do kogokolwiek. Nie ma tutaj typowych odcieni szarości ani dylematu moralnego, co właściwie jest dobre, a co nie. Autor podaje nam gotowe informacje, które nie pozostawiają zbyt wielu złudzeń. Świat jest zły. Tak samo jak zamieszkujący go ludzie. Czy to przez wojnę i ciężkie warunki przeżycia, czy też ludzie byli już tacy wcześniej, ale zasłaniali się maską cywilizacji. Faktem jest, że dla własnego przeżycia człowiek zdolny jest do najokrutniejszych czynów. I takim właśnie jest świat książki „Za horyzont”.

    W tej całej beznadziei wciąż tli się pochodnia nadziei niesiona głównie przez młodego Gleba. Jest to na tyle silny płomień, że potrafił on rozpalić tą samą nadzieję we wszystkich uczestnikach ekspedycji. Taran przeszedł wewnętrzną transformację – z człowieka twardego, bez marzeń i nadziei, bezwzględnego i bez oznak jakichkolwiek uczuć, w troskliwego ojca; człowieka, który dzięki odrobince wiary w przywrócenie świata ludzkości potrafi rzucić wszystko i wraz z przyjaciółmi ruszyć w szaloną podróż przez pół kontynentu.

    Opowieść jest spójna, ciekawa, pełna akcji, ale także wyważona, czego brakowało choćby w „W mrok”. Jest to też powieść o wiele doroślejsza i jakby bardziej przemyślana. Jest tu miejsce na smutek po bezpowrotnej stracie, radość odkrycia, żal i wściekłość, a nawet żądza zemsty. Wszystkie elementy wzajemnie się dopełniały i tworzyły przyjemną dla oka powieść, która po skończeniu zostawia pewną pustkę i żal, że to już koniec. Warto było przebrnąć przez dwa poprzednie tomy dla takiego zakończenia trylogii.

  • Recenzja książki: Szymun Wroczek - „Piter"

    piterSzymun Wroczek - „Piter”

    insignis Autor: Szymun Wroczek
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 600
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    Postapokaliptyczne uniwersum stworzone przez Dmitrija Głuchowskiego cały czas się rozrasta. Seria zapoczątkowana w 2005 roku powieścią „Metro 2033” każdego roku rozrasta się o nowe pozycje pisane przez różnych autorów z całego świata. Wśród nich prym wiodą pisarze rosyjscy, między innymi Szymun Wroczek, autor omawianego „Pitera”.

    O ile akcja oryginału działa się w Moskwie, o tyle w przypadku powieści Wroczka czytelnik przeniesie się do tytułowego Pitera, czyli Petersburga – a raczej tego, co z dawnego miasta zostało. Historię będziemy obserwować z perspektywy Iwana Mierkułowa, diggera mieszkającego w petersburskim metrze. Mężczyznę poznajemy tuż przed jego ślubem, który jednak nie odbywa się, a wszystko za sprawą kradzieży zasilającego stację agregatu. Iwan zostaje wciągnięty w sam środek konfliktu, który stopniowo przeradza się w coś większego i o wiele groźniejszego.

    Tym, co rzuca się czytelnikowi w oczy od samego początku, jest fakt, że „Piter” jest pisany w bardzo przystępny sposób. Autor kreuje świat tak, że nawet ktoś, kto z oryginałem Głuchowskiego nie miał do czynienia, bez problemu połapie się w całej historii. Książkę, mimo sporych rozmiarów, czyta się dość szybko, nie uświadczymy tu bowiem zbędnych opisów. Przez niemal 600 stron akcja jest wartka i szybka, z rzadka tylko zwalnia tempo. Pozytywne wrażenie wywarli na mnie również bohaterowie. Zarówno Iwan, jak i jego towarzysze czy przeciwnicy, są postaciami bardzo wiarygodnymi, ich zachowanie jest typowo ludzkie. Nasz protagonista to postać, z którą łatwo będzie nam się utożsamić i przeżywać jego przygody od początku do końca.

    „Piter” to bardzo dobra pozycja zarówno dla weteranów uniwersum Głuchowskiego, jak i dla świeżaków dopiero zagłębiających się w świat rosyjskiego metra. Powieść wciąga czytelnika, momentami trudno oderwać się od lektury, a historia, choć prosta, pozostaje w pamięci na długo. 

  • Recenzja książki: Andriej Diakow - „W mrok”

    w mrokAdriej Diakow - „W mrok”

    insignis Autor: Andriej Diakow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 432
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    „W mrok” to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z powieści „Do światła”. Po tym, jak Taran wraz z przybranym synem, Glebem, zostali uratowani przez mieszkańców kompletnie nieskażonej promieniowaniem wyspy Moszczny, mieszkańcy petersburskiego metra zyskali nadzieję na nowe, lepsze życie. Zgodnie z umową, część z nich już przeniosła się do nowego domu lub do pracy na mobilnej platformie wiertniczej. Sielanka nie trwa jednak długo, a przerywa ją... Nie, nie powiem Wam, mimo że to pierwsze trzydzieści stron. Musicie przeczytać sami. Niemniej, kierowani rządzą zemsty wyspiarze przybywają do Pitera i zajmują jedną z niezamieszkanych stacji metra, by następnie postawić ultimatum całej społeczności: albo odnaleziony i wydany zostanie sprawca tragedii, albo system wentylacyjny zostanie skażony.

    Oczywiście, zadanie odnalezienia winnego przypada nikomu innemu, jak Taranowi, który, jako niezależny, znany najemnik o dobrej reputacji wydaje się być najlepszym kandydatem. Niestety, jego osobista tragedia sprawia, że misja zostaje odstawiona na dalszy plan. Gleb, pod nieobecność przybranego ojca, znika.

    Powieść prowadzona jest dwuwątkowo, przeskakując między tą dwójką, wzajemnie próbującą się odnaleźć, jednocześnie przybliżając się do odkrycia pilnie strzeżonych sekretów metra. A tych jest niemało. Wydawać by się mogło, że przewrotny los ma swoje własne plany i prowadzi dwójkę bohaterów w taki sposób, by historia toczyła się zaplanowanym z góry torem. Nic nie jest takie, jakie się wydaje, a najbardziej nieprawdopodobne legendy okazują się mieć w sobie o wiele więcej niż ziarno prawdy.

    Autor położył spory nacisk na rozwój relacji syn-ojciec i pokazał twardego i nieustraszonego najemnika w zupełnie innym świetle: jako rodzica, martwiącego się o swoje dziecko. Było to dla mnie trudne w odbiorze i zupełnie nie potrafiłem wczuć się w jego nowe oblicze. Brzmiało mi to jak fałszywa nuta w piosence, która co jakiś czas przebija przez dźwięki muzyki i burzy cały utwór. Problemem były też sytuacje, gdy, przykładowo, Taran, zgodnie ze swym mianem, przemierzał tunele i powierzchnię przebijając się przez rzesze przeciwników, cudem unikając gradu kul, szponów, zębów i odłamków, kładąc trupem istną armię wrogów. Jednocześnie odniósł w potyczkach tyle ciężkich ran, że nie powinien być w stanie się poruszać, że o poważniejszej walce nie wspomnę, ale jakoś nie przeszkadzało mu to gołymi rękami (z karabinem jako swego rodzaju dźwignią), skręcić kark wielkiemu i umięśnionemu mutantowi. Nie lubię niezniszczalnych bohaterów, a tu mamy z takim do czynienia.

    Postać Gleba jest rozpisana bardzo dobrze, realistycznie, i pomimo przygód i pewnej dawki szczęścia, które kilka razy wyciągnęło bohatera z paszczy śmierci, nie odnosi się wrażenia niezniszczalności. Wręcz przeciwnie. Zaciskając bezwiednie dłonie na kartkach, śledziłem losy młodego stalkera i czułem napięcie w sytuacjach zagrożenia. Podobała mi się również konsekwencja w nieco naiwnym, a jednocześnie prawym charakterze dwunastolatka, jego ciągła walka ze złem tego świata i swoista niewinność, którą, mimo ciężkich przeżyć, Gleb wciąż posiada.

    Sama akcja nie daje nam wiele momentów wytchnienia. Jak wcześniej wspomniałem, nawet ciężko ranny Taran nie spędza nawet chwili na odpoczynku i kroczy śladem syna niczym... Taran. Książka przez nadmiar akcji zaczyna w pewnym momencie nużyć. Autor nie daje czytelnikowi odpocząć i kiedy tylko w jednym miejscu kończy się szaleńcza ucieczka, walka czy inna ważna akcja, Diakow przerzuca nas do kolejnego, gdzie po krótkiej chwili także dzieje się coś wymagającego od czytelnika pełnej uwagi. Ma to też swoje plusy, gdyż książkę czyta się szybko i ciężko się od niej oderwać, ale prędzej czy później zaczyna to męczyć.

    Druga część trylogii jest napisana nieco doroślej, choć dalej kłuje w oczy naiwnością, która przypadnie do gustu tylko czytelnikom lubującym się w lekkiej literaturze. Fabularnie otrzymujemy spójną, acz chaotyczną opowieść, która nie zostawia nam wiele pola do domysłów. Większość wątków zostaje domknięta i z powodzeniem „W mrok” mogłaby kończyć historię Tarana i Gleba. Ale nie kończy, więc już wkrótce pojawi się recenzja trzeciego tomu, o tytule „Za horyzont”.

  • Recenzja książki: Denis Szabałow - „Prawo do życia”

    Recenzja książki Denis Szabałow Prawo do życiaDenis Szabałow - „Prawo do życia”

    insignis Autor: Denis Szabałow
    Wydawnictwo: Insignis
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    „Pozamiatane” - to pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy po przeczytaniu „Prawa do życia” Denisa Szabałowa. Kotłuje się we mnie mnóstwo przemyśleń, pytań i emocji, jednak jedna rzecz przeważa nad resztą. Chcę trzeciej części trylogii „Prawo do...”. Teraz, kiedy już z góry wiecie, że moje zdanie o książce jest bardzo dobre, zapraszam do reszty tekstu, w którym - pobieżnie i nie zdradzając szczegółów - opowiem Wam, co mnie tak zachwyciło.

    Odradzam czytanie tej książki bez znajomości pierwszego tomu trylogii. To niestety (lub stety) jest bezpośrednia kontynuacja i niemożliwym jest zrozumienie wielu wątków, zachowań czy postaci, bez przeczytania prequela. Wydawałoby się to oczywiste, jednak po tym, jak Dymitry Glukhovsky napisał główną powieść w formie pozwalającej sięgnąć po dowolny tom trylogii jako pierwszy bez dużego uszczerbku fabularnego, ta informacja jest całkiem istotna. Fabuła opiera się na podróży wojowników ze schronu pod dworcem oraz niedalekiej bazy wojskowej (które to miejsca i żyjące w nich społeczności opisane są dokładniej w „Prawie do użycia siły”) wraz z dobrze wyekwipowanym oddziałem Bractwa. Cel jest jasny, choć wcale niełatwy do osiągnięcia, a w dodatku oddalony o 1200 kilometrów: kombinat miasta Berezowska i jego legendarna Rosrezerwa, zawierająca niemal wszystko co potrzebne jest do przetrwania w świecie zniszczonym atomowym ogniem i to w ilości zapewniającej życie w dostatku dla niewielkiej społeczności. Niestety skarby te są bronione przez uzbrojonych po zęby i dobrze wyszkolonych mieszkańców kombinatu i tamtejszego schronu.

    To jednak nie wszystko, gdyż nasi bohaterowie mają zaledwie miesiąc na dotarcie do celu i zdobycie go, zanim zrobią to konkurenci. Przeszkadzać w podróży będą lokalki (mniejsze i większe tereny dotknięte zbyt wysokim promieniowaniem, by przez nie przejechać), nieprzejezdne drogi lub ich brak, bandyci, zmutowane stworzenia, wrogie społeczności czy anomalie, od których może zakręcić się czytelnikowi w głowie. To wszystko poprzetykane jest zręcznie wplecionymi rozmyślaniami nad słusznością misji, wątpliwościami na temat prawdziwych intencji bractwa wobec dworcowych i wojskowych czy opowieściami o przygodach, jakie przeżyli towarzysze podróży.

    Ten zabieg sprawił, że postacie zyskały unikalny charakter i nie stanowiły jedynie pustawego tła dla głównego bohatera, którym niewątpliwie jest tu Daniła. Widać było wyraźne różnice między zachowaniami, językiem czy właśnie osobowościami poszczególnych ludzi, w tym też tych spotykanych po drodze. Powieść była pełniejsza i jakby bardziej realistyczna. Ciężko tu o wyraźny podział na dobrych i złych, nawet zachowania i reakcje Daniły pozostawiają czasem moralnego kaca.

    Ponownie Denis Szabałow postawił mocno na militarną stronę książki, ubarwiając tekst masą nazw różnorodnego sprzętu wojskowego i taktyk bojowych wraz ze szczegółowym opisami. Ucieszy to na pewno fanów militariów, natomiast utrudni nieco odbiór tekstu przez laików. Niemniej jednak jest jeszcze jeden, rzucający się mocno w oczy aspekt: zjawiska paranormalne i próba naukowego wytłumaczenia ich. Osobiście uwielbiam tego typu wątki w fantastyce, szczególnie, kiedy w grę wchodzi zabawa czasem, a tej tutaj nie brakuje. Wraz z kolejnymi stronami, wszystko połączyło się zgrabnie w spójną całość i zostawiło mnie z poczuciem pełnej satysfakcji z domkniętych wątków i wyjaśnionych tajemnic. Szczególnie, że tych ostatnich jest całkiem niemało i nierzadko są to rewelacje wywołujące autentyczny i niekontrolowane opadnięcie szczęki. Materiałów do spojlerów jest tu tyle, że nie powstydził by się ich nawet sam J. R. R. Martin.

    Książkę czytało się lekko, szybko i była na tyle wciągająca, że przegapiłem zachód słońca i zgubiłem gdzieś kilka godzin życiorysu. Przypominam jednak, że wątki militarne i niemała ilość wstawek rodem z science fiction nie każdemu przypadną do gustu. Nie mogę doczekać się zwieńczenia trylogii, choć jednocześnie obawiam się go. Przy takiej ilości zakończonych wątków i odkryciu właściwie wszystkich kart, gdzie pozostaje już tylko jeden cel: eliminacja, ciężko będzie napisać książkę dorównującą „Prawu do życia”. Nie uprzedzając faktów i nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem, że z pewnością poświęcę choćby i cały dzień na nowe „Prawo do...”, jak tylko się ukaże.