Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Recenzja mangi: „W stronę słońca” - Monika Kalinowska

    W stronę słońca

    W stronę słońca

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Monika Kalinowska
    Wydawnictwo: J.P.Fantastica
    Ilość tomów: 1+
    Cena okładkowa: 25,20 zł

    Kiedy spojrzałam na nadchodzące nowości od wydawnictwa JPF, bardzo zainteresował mnie opis mangi „W stronę słońca”. Po pierwsze, dlatego, że jego akcję umiejscowiono w świecie, w którym żyją mityczne stworzenia. Po drugie, ze względu na fakt, iż jego autorką jest Polka, Monika Kalinowska. Polskich twórców komiksów w japońskim stylu nadal jest niewielu, stąd tym bardziej chciałam zapoznać się z tą pozycją.

    Moje pierwsze wrażenie po wzięciu tomiku do ręki i przekartkowaniu go było bardzo dobre. Komiks „W stronę słońca” ma większy format od standardowych mang wydawanych przez JPF. Nie posiada obwoluty. Tym, co na pewno rzuca się w oczy, jest ładna kreska. To debiutancka manga tej autorki, a mimo to jej rysunki są dopracowane.

    W mandze opisana jest historia młodego chłopaka, Heliona, który ucieka ze świata ludzi do Podziemnego Miasta, krainy zamieszkanej przez „dziwolągi” – istoty wykluczone przez społeczeństwo ze względu na ich nietypowy wygląd czy niecodzienne umiejętności. Bohater pragnie odnaleźć tam maga lub czarodzieja, jednak powód, dla którego chce to zrobić, nie jest znany. Może ma to coś wspólnego z nawiedzającymi go koszmarami? Co więcej, poszukiwania chłopaka ściągają na niego niebezpieczeństwo, bowiem okazuje się, że jego tropem podążają tajemnicze, zakapturzone postacie.

    Na pochwałę zasługuje pomysł stworzenia Podziemnego Miasta, w którym żyją różnego rodzaju fantastyczne stworzenia, takie jak minotaury, pół wilkołaki czy nadludzie. Ciekawie został przedstawiony również główny bohater, ponieważ jest dość tajemniczą postacią, o której w pierwszym tomie dowiadujemy się niewiele. Nie wiemy nic o jego przeszłości ani dlaczego właściwie uciekł z domu i wyruszył na poszukiwania maga. Nie znamy też przyczyny dręczących go koszmarów. Chłopak nie jest osobą wylewną, dlatego nawet w rozmowach z innymi unika wdawania się w szczegóły swoich poszukiwań oraz życia osobistego. Na chwilę obecną ciężko jest mi powiedzieć, czy Helion wzbudził moją sympatię. Wydawał mi się trochę bezbarwny i zbyt opryskliwy. Jednak wątki koszmarów oraz poszukiwań czarodzieja są intrygujące i skłaniają czytelnika do dalszej lektury.

    Kolejną interesującą postacią jest Draven, młody mężczyzna poznany przez Heliona w świecie fantastycznych istot, który oferuje, że pomoże chłopakowi odszukać czarodzieja. Wątek tego bohatera szczególnie mnie zaciekawił. Z wyglądu i zachowania bardzo przypomina Itachiego z serii „Naruto”. Poza tym ma podobne do niego moce, a ich zbyt intensywne użytkowanie musi „odchorować”. Podobnie jak w przypadku głównego bohatera, prawie nic o nim nie wiemy. Czemu pomaga dopiero co poznanemu chłopakowi w poszukiwaniach? Czy skrywa jakieś sekrety? No właśnie, w pierwszym tomie mamy dużo tych zagadek, które z pewnością zachęcają do zapoznania się z dalszą historią Heliona i pozostałych. Jednak pewne niedociągnięcia mogą zniechęcić czytelnika do dalszej lektury.

    Pierwszymi, które rzucają się w oczy, są literówki oraz dziwny szyk poszczególnych zdań. Według mnie nie jest to wina autorki, lecz wydawnictwa i korektora, co nie zmienia faktu, że psuje to odbiór komiksu oraz sprawia, że traci w oczach czytelnika. Ponadto niektóre sceny w mandze bardzo przeciągnięto. Jedne dialogi są zbyt długie, w innych zaś pojawiają się zbędne wstawki, przez co wypowiedzi postaci stają się sztuczne oraz wymuszone. Sprawiają, że mangę źle się czyta i zaczyna ona nudzić.

    Historia ukazana w komiksie ma trochę chaotyczny przebieg. Zdarza się, że ważne wydarzenia trwają przez zaledwie kilka kadrów, a błahe, takie jak rozmowa telefoniczna Heliona z koleżanką, zajmują kilka stron. Myślę jednak, że w kolejnych tomach autorka nabierze wprawy w prowadzeniu narracji, dzięki czemu fabuła stanie się niezwykle zajmująca. Dodam też, że znajomość Heliona z Dravenem może okazać się czymś więcej niż tylko zwykłą przyjaźnią, ale tego zapewne dowiemy się w przyszłości.

    Podsumowując, myślę, że manga zasługuje na uwagę choćby dlatego, że tworzy ją nasza rodaczka. Jednak sama historia jest skierowana raczej do nastolatków, którzy tak jak jej bohaterowie szukają siebie oraz swojego miejsca na świecie. Poważnym minusem komiksu są dialogi, często sztuczne i przydługie, przez co lektura zaczyna się dłużyć i nudzić. Tak było w moim przypadku. Niestety, z ich powodu historia dużo traci.

  • Recenzja mangi „Odrodzony jako Yamcha”

    odrodzony jako yamcha

    Odrodzony jako Yamcha

    JPF

    Autor: dragongarow LEE i Akira Toriyama
    Wydawnictwo:Japonica Polonica Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 18,90 zł

    Pewnie każdy, kto spędził z mangą lub serialem „Dragon Ball” (w jednej z jego licznych wersji) chociaż ze sto kilkadziesiąt odcinków, kojarzy takie postacie jak Son Gokū czy Vegeta. Takich bohaterów się nie zapomina! A Yamcha? Właśnie, kim jest tytułowy bohater mangi „Odrodzony jako Yamcha”? Zapytałem o to będącego większym znawcą ode mnie kuzyna, który odrzekł: „Yamcha? To taki frajer”. Ale nadchodzi czas, kiedy Yamcha przestaje być pośmiewiskiem.

    „Odrodzony jako Yamcha” to manga autorstwa dragongarow LEE i spin-off serii „Dragon Ball”, której wielkim fanem jest mangaka. Została ona zamówiona i wydana przez wydawnictwo Sueisha. Mnie przywodzi ona na myśl typowy fan fiction.

    Opowieść zaczyna się we współczesnej Japonii. Pewien uczeń liceum, prywatnie wielki fan „Dragon Ball”, ulega wypadkowi, w wyniku którego traci przytomność i odradza się w ciele jednego z bohaterów swojej ukochanej mangi, tytułowego Yamchy. Dlaczego jednak się odrodził i czy stoją za tym zamierzenia jakiejś siły wyższej?

    Odrodzony jako Yamcha chłopak nie ma nieziemskich mocy, z czego zresztą doskonale zdaje sobie sprawę. Jednak będąc znawcą tematu wie, jak może nie tylko podnieść swoją siłę, ale i wziąć aktywny udział w nadchodzących starciach. Realizuje też własne plany ubiegnięcia Vegety w ożenku z piękną Bulmą.

    Manga, co oczywiste, gdy weźmie się pod uwagę jej objętość, składa się z krótkich epizodów, nie jest próbą ponownego opowiedzenia całej historii znanej z „Dragon Ball” tylko z Yamchą w roli głównej. Z czasem akcent zostaje przeniesiony z prostego odtwarzania pewnych starć w kierunku problemów uwięzionego w ciele wojownika chłopaka. Przypuszczam, że gdyby nie konieczność zamknięcia się w jednym tomiku, historia mogłaby się ciągnąć jeszcze długo, doprowadzając być może nawet do stworzenia własnego uniwersum. Konieczna jest choćby pobieżna znajomość świata „Dragon Ball” (także jej najnowszej odsłony, czyli „Dragon Ball Super”), aby nie tylko wyłapać jak najwięcej nawiązań, ale też by w ogóle wiedzieć, co się dzieje. Nie trzeba jednak pamiętać wszystkich szczegółów z życia Yamchy, gdyż bohater na bieżąco wyjaśnia, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej i jak pierwotnie potoczyły się wypadki. Cóż, taki już urok fan fiction.

    Styl rysunków wyraźnie się różnicuje, gdy akcja dotyczy naszego świata i w momencie, gdy przenosi się do uniwersum „Dragon Ball”, w którym głównie rozgrywa się akcja komiksu. Widać to przede wszystkim w sposobie rysowania postaci – nieco bardziej realistycznym w przypadku oryginalnego „projektu” głównego bohatera przed odrodzeniem jako Yamcha. Jednak w obu przypadkach można dostrzec podobieństwa w rysowaniu detali twarzy (np. otarcia czy zadrapania). O tłach nie trzeba się rozpisywać, bo poza mało charakterystycznymi blokowiskami z naszego świata będziemy widzieć głównie rozbijane i niszczone potężnymi uderzeniami wojowników skały. Na ogół style dragongarow LEE i Akiry Toriyamy są na tyle zbliżone, że trzeba włożyć nieco wysiłku, by odróżnić spin-off od oryginału.

    Jak podsumować mangę „Odrodzony jako Yamcha”? Chyba najlepsze będzie określenie, że jest to komiks od fana dla fanów. Jeśli nie lubisz tej serii, nie ma sensu po nią sięgać. Ale trzeba przyznać, że nawet ja, osoba, która nie aspiruje do bycia fanem „Dragon Ball”, bawiłem się z tym tytułem naprawdę dobrze.

     

     

  • Recenzja mangi„W miasteczku piasku i błękitnych łusek” Autor: Yoko Komori

    w miasteczku piasku i blekitnych lusek

    W miasteczku piasku i błękitnych łusek

    JPF

    Autor: Yoko Komori
    Wydawnictwo: J.P.Fantastica
    Ilość tomów: 2
    Cena okładkowa: 25,20zł

    „W miasteczku piasku i błękitnych łusek” to interesująca manga, która urzeka czytelnika unikalną atmosferą. Najbardziej jednak cieszy mnie to, że J.P. Fantastica wydała ją w Polsce, nie czekając aż zwróci uwagę innych wydawców spoza Japonii. Było to tym większe ryzyko, że jest to komiks niszowy. Jednak tym chętniej spróbuję wam ją zarekomendować.

    Główna bohaterka komiksu, Tokiko Aoyama, przeprowadziła się wraz z ojcem do nadmorskiego miasteczka Sunanomori. Poza poszukiwaniem wytchnienia po niepowodzeniach, jakie spotkały jej rodzinę w Tokio, dziewczynka miała jeszcze jeden powód, by tam zamieszkać. Chciała przekonać się o prawdziwości lokalnej legendy mówiącej o tym, że okoliczne wody zamieszkują syreny.

    Od mangi „W miasteczku piasku i błękitnych łusek” nie należy oczekiwać wybuchowej akcji ani przejaskrawionego romansu, które przyciągają największe zainteresowanie czytelników. To niespieszenie rozwijająca się nastrojowa opowieść rozgrywająca się na przestrzeni kilku miesięcy, a czas Tokiko oraz jej nowych kolegów i koleżanek jest tutaj odmierzany przez rytm roku szkolnego oraz oczekiwanie na zbliżającą się uroczystość ku czci lokalnego bóstwa – Morzywita.

    Życie Tokiko, tak samo jak jej rówieśników, jest zwyczajne, a zarazem ciekawie zarysowane. Fabuła umiejętnie łączy ze sobą kilka wątków związanych z jej przeszłością, które – przeplatając się ze sobą – nie utrudniają śledzenia biegu wydarzeń. Wiele uwagi poświęcono relacjom dziecka z rodzicami, jak również między nimi, zaznajamianiu się z nowym środowiskiem i szukaniu swojego miejsca w świecie. Niebagatelną rolę odgrywa także próba odkrycia przez dziewczynkę lokalnych tajemnic związanych z bóstwem Morzywitem oraz jego posłańcami – syrenami obu płci. Właśnie w tym miejscu komiks mnie porwał, gdyż autorka niczym Guillermo Del Toro w filmie „Labirynt fauna” umiejętnie zaciera granice między dziecięcą wyobraźnią a rzeczywistością. Byłem na tyle zafascynowany tym wątkiem, że trochę się rozczarowałem nie tyle przedstawioną odpowiedzią, co faktem, że autorka nie pozostawiła czytelnikowi możliwości alternatywnej interpretacji wydarzeń.

    Urzekło mnie także przedstawienie społeczności zamieszkującej Sunanomori. Tak, tym razem chyba można mówić nie tylko o jednym czy dwóch bohaterach, którzy biorą na swoje barki ciężar pociągnięcia opowieści, ale właśnie o bohaterze zbiorowym. Młodzież, ludzie w średnim wieku i osoby starsze nie tylko żyją własnymi problemami, ale wręcz mieszkają w różnych światach. Dzieci są zainteresowane przede wszystkim życiem gwiazd czy modnymi ubraniami, tylko okazjonalnie angażując się w duchowe życie miasteczka, zaś osoby starsze pielęgnują tradycję. Ludzie ci jednak, choć tak różni, tworzą jedną społeczność. Dlatego właśnie Tokiko jest tak ciekawą bohaterką, gdyż jak w soczewce skupia się w niej cała skomplikowana rzeczywistość – nie tylko dziecięca, ale też ta pełna problemów ludzi w średnim wieku i tajemnic przeszłości uświęconych przez osoby starsze. Tokiko wszystko rozumie i ocenia na swój własny, indywidualny sposób.

    Jeśli chodzi o oprawę graficzną, to postawiono na prostotę – nie odnajdziemy tutaj pełnych detali rysunków postaci czy teł. Bohaterowie już na pierwszy rzut oka wydają się sympatyczni i od razu można ich polubić. Przypatrując się im, mimowolnie wspominałem powieść graficzną „Persepolis” Marjane Satrapi ze względu na kontrasty czerni i bieli w sposobie rysowania postaci. Silnie emanująca emocjami opowieść nie potrzebuje barokowej oprawy, by się spodobać. Niestety, tłumaczenie pewnych zwrotów grzecznościowych nie przypadło mi do gustu. Stosowanie polskich zdrobnień do japońskich imion chyba trochę wymknęło się spod kontroli, gdyż co rusz zasypują nas kwiatki typu „Tokiś” czy „Sayuś”. Wbrew założeniom, nie czułem, że manga jest dzięki temu wierniejsza japońskiemu oryginałowi, lecz japonizowana trochę na siłę.

    Jeśli mam uparcie szukać wad mangi „W miasteczku piasku i błękitnych łusek”, byłaby nią właśnie wspomniana zwyczajność. Podczas lektury nieraz zastanawiałem się, czy opowieść nie zmieni swego charakteru i co bardziej porywczy widz nie przeoczy, co autorka miała na myśli, oczekując bardziej fantastycznej interpretacji utworu. Ale dzięki zachowaniu spójności gatunkowej pokazano nam bogaty obraz japońskiego życia, choćby nawet na przykładzie fikcyjnego miasteczka. Dla fanów japońskich klimatów oraz wzruszeń jest to pozycja warta polecenia.

  • Recenzja mangi „Iluzoryczne ginekokracje” Autor: Hiroaki Samura

    iluzoryczne ginekokracje

    Iluzoryczne ginekokracje

    JPF

    Autor: Hiroaki Samura
    Wydawnictwo: J.P.Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 44,99zł

    „Iluzoryczne ginekokracje” to pozycja, którą trudno komuś polecić, gdyż więcej czytelników dostrzeże eksponowaną i odpychającą szpetotę niż mistrzowski czarny humor i zwariowaną zabawę pozornie nieprzystającymi do siebie konwencjami. Tym niemniej będę was próbował zachęcić do lektury.

    Hiroaki Samura jest w Polsce najlepiej znany z wydawanej przez Egmont mangi pt. „Miecz Nieśmiertelnego” (Mugen no jūnin). Niestety, cykl ten zakończył się u nas na 22. tomie z 30 wydanych w Japonii. Jednak nie wszyscy wiedzą, iż wspomniany mangaka ochoczo rysuje krótkie opowiastki, zebrane już w kilkunastu tomikach. Jeden z tych zbiorów zatytułowany „Iluzoryczne ginekokracje” i zawierający 23 opowieści został wydany w Polsce nakładem J.P. Fantastica.

    Wydaje mi się, że bezcelowe jest przytaczanie treści zawartych w tomiku historyjek, gdyż nie łączy ich ani wspólny czas, ani miejsce czy nawet bohaterowie. Jedyną wspólną dla nich płaszczyznę stanowi niesamowita pomysłowość ich autora.

    Czytelnik zetknie się z wielkim bogactwem motywów i inspiracji pomieszanych oraz połączonych w pozornie niepasujący do siebie sposób. Ludowe legendy mieszają się tutaj z science fiction, fantasy i współczesnymi subkulturami. Ochoczo parodiowane są święte księgi czy klasyki literatury. Niekiedy źródłem weny były opowieści rodem z kroniki kryminalnej podlane czarnym humorem wysokiej próby. Koniec końców, równie często doceniałem pomyślunek autora, co byłem zniesmaczony, ale nigdy zawiedziony wyborem tematu czy jego rozwinięciem.

    W ślad za fabułą wyraziste osobowości otrzymały także postacie: czasami są groteskowe, innym razem powiązano je z regionem, z którego pochodzą, czy określoną kulturą, dzięki czemu zyskują na wiarygodności. Nie są zatem zawieszone w próżni. Niektóre swobodnie przekraczają znane nam granice etyki, choć konsekwencje takiego postępowania nierzadko są zarówno tragiczne, jak i zabawne. Czytelnik nie powinien sugerować się tytułem, gdyż manga nie koncentruje się tylko na kobietach, choć bardzo często to one są głównymi bohaterkami. Manga nie ma też charakteru feministycznego manifestu, pokazuje kobiety z różnej perspektywy, także w ich relacjach z mężczyznami. Moim zdaniem, jeśli nawet autor chciał coś przekazać odbiorcy, to albo poległ po drodze, albo stwierdził, że „wszystko jest względne”.

    Hiroaki Samura, pomimo niezwykłości ukazywanych wydarzeń, tworzy postaci realistyczne, pełne szczegółów. Znakomicie oddaje ich stany emocjonalne, wystrzegając się karykaturalnych uproszczeń (lepiej znanych jako super-deformed). Trochę mniej uwagi poświęcono tłom, ale nie odnosi się wrażenia, że autor próbował dotrzymać terminów za wszelką cenę, płacąc za to karygodnymi zaniedbaniami. Manga nie jest co prawda brutalna, ale odpycha z innych powodów, o których nie będę tutaj wspominał, żeby szanownego czytelnika na wstępie nie zniechęcać. Napiszę tylko, że to nie jest manga dla dewiantów, ale o dewiantach.

    „Iluzoryczne ginekokracje” próbują widza zaskakiwać i czynią to bardzo skutecznie. W żadnej z opowieści nie uświadczyłem wtórności ani nawet przewidywalności. To wyborna czarna komedia, świetna rozrywka, ale przeznaczona dla osób dojrzałych, gdyż manga wymaga od czytelnika dystansu nie tylko do pracy autora, ale też do samego siebie. Żywię nadzieję, że JPF pójdzie za ciosem i zaprezentuje nam większą porcję twórczości Hiroaki’ego Samury.

  • Recenzja nowelki: Masashi Kishimoto, Akira Higashiyama - „Tajemna historia Kakashiego”

    tajemnahistoriakakashiego

    Tajemna historia Kakashiego

    JPF

    Autor: Masashi Kishimoto, Akira Higashiyama
    Wydawnictwo: J.P.Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa:24,90 zł

    Najpierw było Kotori. Potem Waneko. Za ich przykładem poszło Studio JG. Aż w końcu przyszedł czas na JPF. Wkroczyli w świat light novel, zaczynając od wydania „Tajemnej historii Kakashiego”. Akcja tej nowelki rozgrywa się rok po Czwartej Wielkiej Wojnie Shinobi, a Kakashi ma wkrótce stać się Szóstym Hokage. Jednak nie jest mu dane spokojnie przemyśleć, czy na pewno sprawdzi się w tej roli. Trafia na pokład Latającego Shachimaru, podniebnego statku, który stworzył w tajemnicy Kraj Fal. Jego zadaniem jest ocalenie zakładników, co nie będzie takie proste.

    Naruto to tytuł, który zna chyba każdy. Na całym świecie seria ta podbiła serca wielu ludzi. Mając do czynienia z mangą oraz anime, byłem bardzo ciekawy, jak będzie obcowało mi się z pozycją, która jest czymś zupełnie odmiennym od tego, co znałem dotychczas. Zdecydowałem się na przeczytanie tej noweli nie tylko dlatego, że bardzo lubię postać Kakashiego Hatake, lecz również ciekawiło mnie to, jak wydawnictwo, które oceniam wysoko pod kątem jakości wydania mang, poradzi sobie z wypuszczeniem na rynek swojej pierwszej light novel. Muszę przyznać, że bardzo dobrze poradzili sobie z tym wydaniem.

    Zanim omówię kwestie fabularne, zacznę od spraw technicznych. Na swojej półce mam „Zerową Marię i puste pudełko” od Waneko, jednak trochę nie podoba mi się to, że obwoluta jest błyszcząca. U JPF-u sprawa ma się inaczej i obwoluta jest matowa. Dzięki temu trzymanie jej w rękach jest bardzo przyjemne. Po otwarciu „Tajemnej historii” wita mnie kolorowa strona. Tutaj nie mogę jej niczego zarzucić. Głębia kolorów jest odpowiednia. a jakość druku wysoka. Przejdźmy teraz do sprawy najważniejszej – wielkość czcionki, tłumaczenie. Czcionka jest odpowiedniej wielkości, dzięki czemu nie męczy oczu. Przez cały czas czytania odnosiłem wrażenie, jakbym czytał zwykłą książkę, a nie light novel, co w przypadku „Zerowej Marii” nie do końca wyglądało tak samo. No i tłumaczenie. Generalnie oceniam je dobrze, jednak niektóre tłumaczenia ataków wyglądały dla mnie dość dziwnie, a kolejność ich zapisywania trochę szczypała w oczy. Oprócz tego nie rzuciło mi się w oczy nic więcej. Dużym udogodnieniem było to, że rozdziały w „Tajemnej historii” nie są za długie. Dzięki temu po przeczytaniu dużej liczby stron mogłem praktycznie w każdej chwili zrobić sobie przerwę od czytania i nie czułem, że się męczę, bo rozdział będzie ciągnął się przez jeszcze kilka kartek. Ponadto nie zauważyłem żadnych literówek. Bardzo dobry wynik.

    Tyle w kwestii technicznej. Muszę przyznać, że kiedy czytałem tę light novel, miałem wrażenie, jakbym czytał opisaną krok po kroku starą kinówkę Naruto. A to w żadnym wypadku nie jest minusem. W przeciwieństwie do mangi, która od pewnego czasu straciła dla mnie klimat, czytanie tej nowelki było czymś odświeżającym, czymś, co pozwoliło mi na powrót do „starego dobrego” ,,Naruto". Tej części ,,Naruto'', która dawała mi dużo radości i frajdy. Cieszę się, że samego Naruto nie było w tej nowelce za dużo. Pierwsze skrzypce grał tutaj Kakashi i czytanie opisu jego emocji podczas wykonywania misji było tym, czego mi w ,,Naruto” bardzo brakowało. Szkoda tylko, że ta light novel jest taka krótka, bo dała mi ona ochotę na więcej. Muszę przyznać, że wszelkie slogany i wielkie słowa brzmiały w tej nowelce zupełnie inaczej aniżeli w mandze czy anime. Brzmiały znacznie lepiej. Bywały momenty, w których się uśmiałem, a opisy walk pozwoliły na dokładne wyobrażenie sobie, jak dane sceny wyglądałyby w wersji animowanej.

    Podsumowując, nowelkę tę oceniam bardzo dobrze. Jest ona z jednej strony czymś, co doskonale znamy z ,,Naruto”, ale również czymś odmiennym, czymś, co pozwoliło na przypomnienie sobie dobrze znanego nam klimatu tej serii o ninja. Tytuł ten został stworzony przez Akirę Higashiyamę i Masashiego Kishimoto. Po przeczytaniu tej pozycji, uważam, że warto po nią sięgnąć, choć pewnie zrobią to głównie fani serii. Jednak jeżeli nimi nie jesteście, musicie sami zdecydować, czy zagości u was na półce.  

  • Recenzja mangi: Junji Ito - „Uzumaki”

    ok uzumaki 01

    Uzumaki

    JPF

    Autor: Junji Ito
    Wydawnictwo: J.P. Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 59,85 zł

    Junji Ito... to dziwny autor. Każdy, kto miał do czynienia z jego dziełami, jest w pełni tego świadomy. Nie inaczej jest w przypadku mangi, której recenzję przeczytacie już za chwilę. Moją przygodę z Ito zacząłem od mangi „Gyo”. Niestety, ale... nie wzbudziła we mnie zbyt pozytywnych emocji. Nawet wręcz przeciwnie. Była to manga ohydna, powodująca obrzydzenie, a nie strach. Mocno zraziło mnie to do tego autora i na inne jego dzieła kompletnie nie zwracałem uwagi. Było tak aż do tego roku, kiedy w ręce wpadły mi „Miłosne Cierpienia Umarłych”. Kupiłem je pod wpływem chwili, ale okazało się, że tytuł był tak dobry, iż wiara w pana Ito wróciła we mnie z nowymi siłami. Ze wszystkich wydanych mang tego autora bardzo zainteresowałem się właśnie „Uzumaki”. No i wybór tej pozycji okazał się strzałem w dziesiątkę.

    „Uzumaki” to opowieść o mieście, które dotknięte jest dość nietypową klątwą. Klątwą spirali. I tak jak mówi opis na okładce: "Sprężyny. Ślimaki. Spływająca woda. Dym z krematorium. Gałęzie drzew. Naczynia. Włosy. Linie papilarne" - to wszystko opanowała spirala. Brzmi zabawnie i niedorzecznie? Opis może i jest zabawny, ale mieszkańcom, którzy mieszkają w tym mieście, do śmiechu jest już nie za bardzo. Kurouzu to wioska, która stopniowo popadnie w obłęd. A my będziemy świadkami całego procesu.

    Często mówi się, że nawet jeżeli mangę można podciągnąć pod tematykę horroru, nie jest się w stanie nikogo przestraszyć. Mnie „Uzumaki” raczej nie wystraszyło. Choć nie mogę stwierdzić tego z całkowitą pewnością. Za to pewną rzecz mogę powiedzieć bez wahania. Ten tytuł wywarł na mnie tak wielkie i mocne wrażenie, że po lekturze ciężko było mi się pozbierać. To, czego się nie spodziewałem to to, że zadziałał na podświadomość. Ito pokazał w tej mandze, że niesamowicie sprawnie potrafi posługiwać się groteską i absurdem. Stopniowo "podkręcał" obroty i w pewnym momencie klątwa zaczyna być tak silna, że otoczenie znane nam do tej pory całkowicie się zmienia. Uwierzcie mi, po lekturze tej mangi zupełnie inaczej będziecie patrzeć na spiralę.

    Co prawda mamy w tej mandze różnych bohaterów, jednak żaden z nich nie budzi sympatii. Protagonista wszędzie widzi klątwę spirali, a jego dziewczyna trafia w sam środek absurdalnych wydarzeń chyba bardziej niż by chciała.

    „Uzumaki” składa się z 19 rozdziałów i początkowo akcja, która się w nich dzieje, nie jest ze sobą jakoś mocno powiązana. Każdy z nich poświęcony jest zupełnie innemu przypadkowi klątwy spirali, jednak zawsze zamieszani są w to główni bohaterowie. Dopiero w pewnym momencie manga zyskuje cechę ciągłości historii, odkrywając przed nami karty i prowadząc do kulminacji. Jednak w głowie nadal kłębi się wiele pytań, na które raczej nie znajdziemy odpowiedzi.

    W „Uzumaki” Ito daje pełen popis swojej inwencji twórczej. Nadal jestem zszokowany tym, co przeczytałem. Chociaż z drugiej strony kilka razy zdarzyło mi się uśmiechnąć - dlatego, że poziom groteski przekraczał moje oczekiwania.

    Manga ta wręcz kipi upiornym klimatem. Nie znajdziecie tu ani jednego szczęśliwego wątku. To opowieść, w której trup ściele się gęsto. Jest to tytuł wyjątkowy, pokazujący, jak specyficzny i oryginalny jest Junji Ito. Jego tworów nie da się zapomnieć, są jedyne w swoim rodzaju. Samo za siebie mówi to, że po przeczytaniu tej mangi, jeszcze długo będziecie mieli przed oczami to, co zobaczyliście na jej łamach. 

    Ito szokuje. Robi to w sposób niesamowicie sprawny.

    „Uzumaki” to pierwsza Mega Manga wydawnictwa JPF i trzeba przyznać, że zrobili przy niej kawał dobrej roboty. Nie ma w niej literówek, druk jest wysokiej jakości, a tłumaczenie nadaje dodatkowego klimatu i dobrze odzwierciedla charakter tej pozycji. Pomimo że liczy sobie ona ponad 600 stron, czyta się ją w mgnieniu oka. A po zakończeniu ma się ochotę na więcej. Może trudno w to uwierzyć, ale nad kupnem tego komiksu, który kosztuje prawie 60 zł, nie ma się co wahać. Jest to niesamowicie nietypowa manga i powinna znaleźć się w waszej kolekcji.

  • Recenzja mangi: Makoto Yukimura - „Planetes”

    Planetes 01

    Planetes

    JPF

    Autor: Makoto Yukimura 
    Wydawnictwo: J.P. Fantastica
    Ilość tomów: 2
    Cena okładkowa: 54,60 zł

    Jest druga połowa XXI wieku. Coś, co kiedyś dla ludzi było odległym marzeniem, teraz jest chlebem powszednim – loty w kosmos stały się niczym podróże samolotem, a księżyc skolonizowano. Niestety, obecność ludzkości w kosmosie doprowadziła do tego, że stał się on zaśmiecony. Wokół orbity Ziemi dryfują wszelkiego rodzaju odpadki. Ludzie bagatelizowali zagrożenie do czasu, aż wydarzyła się tragedia promu Alnail 8. Oto ,,Planetes" – manga, której fabuła kręci się wokół codziennego życia ekipy kosmicznej śmieciarki.

    Brzmi mało interesująco? Muszę przyznać, że w momencie zapowiedzi nie podchodziłem do tego tytułu z większym entuzjazmem. Pomimo że autorem tej mangi jest człowiek, który stworzył ,,Vinland Sagę” - pozycję, która oceniana jest bardzo wysoko. Mój brak zapału nie był w sumie spowodowany tym, że „Planetes” to manga w klimatach sci-fi, bo mimo że fanem tej tematyki nie jestem, to na pewno nie mam do niej wstrętu. Ba, jednym z moich ulubionych filmów jest właśnie twór, który jest jej pełen. No i nie możemy zapominać o świetnej pozycji, jaką jest saga ,,Obcego''. Ale manga omawiana w mojej recenzji to opowieść o śmieciarzach... Z jednej strony ciekawy pomysł, ale w moim przypadku na pewno nie zachęcający do lektury.

    Dobrze, że były to tylko pozory, bo z pierwszego tomu jestem zadowolony. Nie mam pojęcia, jak JPF to robi, ale nawet jeżeli nie jestem zainteresowany daną mangą, to i tak w pewnym momencie dochodzi do tego, że ją czytam... i rzadko jestem zawiedziony. Bohaterem „Planetes” jest Hachirota Hoshino. To chłopak o niebywale silnej determinacji, postać, która ma jasno określony cel i choćby waliło się i paliło, nie odpuści.

    Śledzenie historii takiego protagonisty jest bardzo przyjemne, ponieważ kiedy przyjdzie czas na test jego silnej woli, nie będziemy zgrzytać zębami z irytacji. Hoshino to bez wątpienia bohater wyrazisty, ale narwany. Cieszę się, że nie jest to postać, która buja w obłokach, tylko twardo stąpa po ziemi i doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudno będzie zrealizować jego marzenie.

    Towarzyszami Hachiroty są Yuri Mihalkov oraz Fee Carmichael. Yuri to protagonista, który, pomimo swojej trudnej przeszłości, jest bardzo ciepły wobec innych, a jego obecność potrafi uspokoić. Taki charakter okazuje się później na wagę złota. Fee z kolei to kobieta, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Nie ma oporów przed robieniem tego, na co ma ochotę, a poza tym jest mocno narwana. Bardzo ją polubiłem, bo obecność takiej babki często wywoływała na mojej twarzy uśmiech. Dobrane z nich trio, nie da się ukryć. Niestety, nie wszyscy bohaterowie wzbudzają sympatię. W pewnym momencie opowieści pojawia się pewna postać, która potrafi mocno grać na nerwach. I to bardzo mocno. Dobrze, że przez pierwszy tom przewija się dużo pozytywnych postaci – w tym rodzice głównego bohatera, bo dzięki temu, pomimo dużej ilości tekstu, czyta się bardzo szybko i przyjemnie.

    „Planetes” to tytuł, który jest przede wszystkim lekki, a ponadto klimat sprzyja komfortowemu czytaniu. Terminy związane z astronomią i fizyką nie kłują w oczy, a praca bohaterów nie jest taka nudna, jak mogłoby się wydawać. Jest również miejsce na dynamiczną akcję, rozmyślania o kosmosie oraz obserwowanie tego, jak oddziałuje na poszczególne osoby i jak wielkie ma dla nich znaczenie.

    Edycja po raz kolejny nie zawodzi. Druk jest bardzo dobrej jakości, czerń odpowiednio nasycona, a kolorowe strony świetnie ukazują piękno kosmosu. Warto też wspomnieć, że koszt pracy nad „Planetes” był tak duży, że konieczne było podniesienie ceny. Tłumaczenie miejscami zwala z nóg. Oczywiście w tym pozytywnym sensie. W „Planetes” jest sporo humoru i tłumacz nie szczędził swojej inwencji, dostarczając nam dużo pozytywnej energii. W ogóle, zanim „Planetes” miało swoją premierę, niektórzy krytykowali wydawnictwo JPF za czcionkę, której użyto na okładce. Jednak według mnie jest ona bardzo estetyczna i przyjemna dla oka.

    Podsumowując, tytuł ten jest zdecydowanie godny uwagi. Jeżeli chcecie sięgnąć po pozycję, która was odstresuje, a także zauroczy pięknem kosmosu, „Planetes” jest dla was. Jest to manga, która pokazuje, co może nieść z sobą rozwój kosmicznych technologii, a także jak wpłynie to na ludzkość.

    Cena okładkowa to 54,60 zł, jednak za tak dobrze wydany tytuł warto wyjąć z kieszeni taką sumę pieniędzy.

     
  • Recenzja mangi: Masashi Kishimoto, Takashi Yano - „Tajemna historia Shikamaru”

    naruto tajemna historia

    Tajemna historia Shikamaru

    JPF

    Autor: Masashi Kishimoto, Takashi Yano
    Wydawnictwo: J.P.Fantastica
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 24,90 zł

    To druga light novel ze świata „Naruto”, powstała dzięki współpracy Masashiego Kishimoto i Takashiego Yano, który jest ekspertem w dziedzinie powieści historycznych. Cóż, przy takim duecie, nasze oczekiwania co do fabuły zdecydowanie rosną. Wyobrażamy sobie naprawdę dobrą i wciągającą lekturę - i tu może nas spotkać lekkie rozczarowanie... Ale od początku.

    Wydawnictwo J.P.F. zdecydowanie się postarało i tomikowi pod względem wizualnym nie można niczego zarzucić. Po pierwsze, posiada on obwolutę, dzięki której dobrze prezentuje się na półce i wygląda bardziej „elegancko” od zwykłej serii Naruto. Po drugie, bardzo podoba mi się pomysł zamieszczania na niej szkiców postaci, które są głównymi postaciami nowelki. Wyglądają one naprawdę super!

    Całość liczy sobie cztery rozdziały. Czyta się ją naprawdę szybko. Opisana w niej historia Shikamaru rozgrywa się między Czwartą Wielka Wojną Shinobi, a wydarzeniami przedstawionymi w „Siódmym Hokage i Księżycu Szkarłatnego Kwiatu”. W tomiku nie mogło zabraknąć najlepszych przyjaciół tytułowego bohatera: Ino, Chojiego oraz Temari. Oprócz nich pojawiają się również postacie Kakashiego, Sakury, Saia oraz oczywiście Naruto.

    Historia ukazuje codzienne życie bohatera, który po wojnie zajmuje wysokie stanowisko w Unii (organizacji jednoczącej wszystkie kraje Shinobi). W związku z tym na jego barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność, przez co Shikamaru ma naprawdę dużo pracy, co jest sprzeczne z jego wewnętrzną naturą i marzeniem o „jako takim życiu” bez zbędnego wysiłku. Dlatego ma on coraz więcej wątpliwości i czuje się zagubiony w otaczającej go rzeczywistości. Nie ma sprecyzowanego celu w życiu i nie wie, co chciałby robić. Przejawia dokładnie takie same lęki, jak każdy młody człowiek wchodzący w okres dorosłości. Jednak kiedy pewnego dnia do Hokage dociera list z informacjami o niepokojących wydarzeniach w Kraju Ciszy, Shikamaru postanawia zająć się tą sprawą. Tak oto wyrusza na niebezpieczną wyprawę, podczas której będzie zmuszony odnaleźć samego siebie.

    Sam pomysł na tę historię jest naprawdę ciekawy. Ukazuje Shikamaru od zupełnie innej strony - z głównej serii znaliśmy go jako bardzo opanowanego, inteligentnego i zawsze lekko znudzonego chłopaka. Tutaj dowiadujemy się o nim nieco więcej. Poznajemy jego troski, marzenia oraz uczucia, jakimi darzy on inne osoby. Niestety, opisy pojawiające się w tej nowelce są dość płytkie i powierzchowne, a czytając je czuje się pewien niedosyt. Opisy fabuły również nie są rozbudowane, przez co akcja kończy się, zanim na dobre się rozwinie. Według mnie za dużo jest też różnego rodzaju przytoczeń i wyjaśnień odwołujących się do mangi „Naruto”. Autor, często kosztem fabuły, opisuje wydarzenia mające miejsce w głównej serii, co może trochę nużyć osoby, które znają tę historię.

    Pomimo tego wszystkiego, szczerze polecam „Tajemną Historię Shikamaru” wszystkim fanom „Naruto”. Czyta się ją bardzo szybko, przy czym na pewno nie będzie to zmarnowany czas, a przy okazji dowiemy się czegoś więcej o bohaterach serii. Odradzam jednak osobom, które nie znają historii przedstawionej w „Naruto” - po prostu nie będą one za dobrze orientować się w fabule - oraz tym, którzy liczą na to, że historia ukazana w nowelce będzie niezwykle wciągająca i zaskakująca. Owszem, jest ona na swój sposób ciekawa, ale nie na tyle, żeby pochłonęła nas bez reszty. A zakończenia, jak to w „Naruto” zwykle bywa, jesteśmy w stanie sami się domyślić.

  • Recenzja mangi: Hiroshi Sakurazaka, Takeshi Obata - „All You Need Is Kill"

    all you need is kill

    All You Need Is Kill

    JPF

    Autor: Hiroshi Sakurazaka, Takeshi Obata
    Wydawnictwo: J.P. Fantastica
    Ilość tomów:  2 (zakończona)
    Cena okładkowa:  25,20

    All You Need Is Kill to mangowa adaptacja light novel o tym samym tytule. Autorem jest Ryōsuke Takeuchi, natomiast rysunkami zajął się Takeshi Obata. Historia opowiada o niedalekiej przyszłości, w której ludzkość musi walczyć z inwazją niebezpiecznych mimików. Głównym bohaterem jest żołnierz Keiji Kiriya, który z niewiadomych powodów wpada w pętle czasową i za każdym razem, kiedy ginie, wraca do tego samego punktu w czasie.

    Na początku podchodziłam do tej pozycji sceptycznie. Zmieścić coś takiego w dwóch tomach? Zdecydowanie jest potencjał na więcej. Ale to przecież nie oznacza, że cała historia będzie kiepska. I rzeczywiście, nie była. All You Need Is Kill pokazuje historię młodego człowieka, który musi zmagać się z nieustannym powtarzaniem jednego dnia i wciąż przeżywać swoją własną śmierć. To właśnie Keiji Kiriya jest kluczowym elementem mangi, jako że praktycznie nic nie wiemy o przedstawionym świecie. Znamy tylko tajemnicze potwory, które terroryzują ludzkość, niewiele jest powiedziane o świecie poza bazą wojskową, w której rozgrywa się cała akcja. Był to dla mnie spory minus, bo jednak lubię wiedzieć co nieco o tle historycznym całej opowieści. Mamy za to okazję zaobserwować rozwój głównego bohatera, który z niedoświadczonego żołnierzyka staje się prawdziwą maszyną do zabijania. To prawdopodobnie największa zaleta mangi, kiedy bohater własnymi siłami próbuje walczyć z niezbyt wesołym losem. Dodatkowo poznajemy też Ritę Vrataski, najlepszego żołnierza w dziejach ludzkości, która wydaje się skrywać jakąś tajemnicę, związaną z pętlą czasową, w której utknął Keiji.

    Fabuła jest bardzo zgrabnie przedstawiona, nie ma niepotrzebnych ciągot i przestojów. Każda scena i każdy dialog wydaje się bardzo ważny, mimo że, tak jak bohater, słyszymy je po raz setny. Mogłoby się wydawać, że powtarzanie wciąż tego samego dnia może znudzić, ale nic bardziej mylnego. Z każdym kolejnym razem Keiji uczył się czegoś nowego, wymyślał nowy plan, więc dzień odbywał się według zupełnie innego scenariusza. Podczas czytania towarzyszy niepewność i atmosfera niepokoju. Czytelnik zaczyna się zastanawiać, kombinować razem z postacią, dręczy go myśl, czy chłopak obudzi się po następnej śmierci.

    Pod względem graficznym nie ma nic do zarzucenia. Kreska ładna, ale przeciętna, warto zwrócić uwagę na zmianę w wyglądzie głównego bohatera wraz z postępem historii. Bardzo dobrze widać zmiany, jakie w nim zaszły. Wydawnictwo J.P. Fantastica wydało mangę w formie A5, z przyjemną w dotyku obwolutą. Okładki są w kolorze niebieskim i czerwonym, co ma znaczenie symboliczne, które czytelnik pozna dopiero po zakończeniu lektury.

    Mangę All You Need Is Kill polecam każdemu, kto jest łasy na zakończoną historię z dużą ilością akcji i elementów psychologicznych. Jest to opowieść z pewnością popularna, biorąc pod uwagę, że manga jest świeżą adaptacją novelki z 2004 roku. Jeśli ktoś już zna to uniwersum i czuje niedosyt, a może woli poprostu obejrzeć akcję na ekranie, w 2014 roku powstał amerykański film science-fiction Na skraju jutra w reżyserii Douga Limana, który oparty jest na novelce, a gdzie główne role odgrywają Tom Cruise i Emily Blant.

  • Recenzja mangi: Yukito Ayatsuji - „Another”

    another

    Another

    JPF

    Autor: Yukito Ayatsuji
    Wydawnictwo: JPF
    Ilość tomów: 4
    Cena okładkowa: 25,20 zł

    Manga „Another” jest dość ciekawą pozycją, ponieważ powstała na podstawie książki z gatunku horroru autorstwa Yukito Ayatsuji’ego. Ilustracje do niej stworzył Hiro Kiyohara. Kreska jest przyjemna dla oka, obrazki nie zawierają za dużo szczegółów, są przejrzyste i czytelne. Wydarzenia przedstawione w mandze trzymają czytelnika w napięciu. Sporadycznie pojawiają się humorystyczne wstawki, które wywołują uśmiech na twarzy. Myślę, że manga, która powstała dzięki współpracy obu autorów, jest interesującą propozycją dla wszystkich miłośników historii grozy oraz fanów zagadek. Już pierwsze strony zachęcają do lektury.

    Na początku pierwszego tomu poznajemy historię opowiadającą o uczniu o imieniu Misaki. Był on istnym wzorem do naśladowania, miał bardzo dobre wyniki w nauce i sporcie, jednak krótko po zmianie klasy na trzecią ce zginął w wypadku. Zarówno uczniowie, jak i nauczyciele nie potrafili pogodzić się z jego śmiercią. Pewnego dnia jeden z uczniów powiedział: „Przecież Misaki nadal żyje i siedzi razem z nami w klasie”. Pozostali podchwycili jego słowa i zaczęli udawać, że ich kolega nadal z nimi jest, mówili do jego pustej ławki, udawali, że wychodzą razem z nim ze szkoły. Wszyscy zaczęli zachowywać się tak, jakby nic się nie stało i Misaki nadal był wśród nich. Kiedy na zakończenie szkoły zrobiono zdjęcie klasie trzeciej ce, okazało się, że byli na nim wszyscy uczniowie, łącznie z ich nieżyjącym kolegą.

    Głównym bohaterem mangi jest piętnastoletni uczeń, Kouichi Sakakibara, który przeprowadza się do rodzinnego miasteczka swojej zmarłej matki, gdzie obecnie mieszkają jego dziadkowie i ciocia. Chłopak miał nadzieję, że ta przeprowadzka i zmiana szkoły staną się początkiem jego nowego życia. Jednak w dniu rozpoczęcia nauki chłopak trafia do szpitala z powodu ataku choroby, na którą cierpi. Jest nią samoistna odma opłucnowa, która, według lekarzy, pojawia się pod wpływem silnego stresu lub dużego wysiłku. Mimo to Kouichi nie narzeka na szpitalną nudę, gdyż odwiedzają go dziadkowie, częste wizyty składa mu również pielęgniarka Mizuno, z którą bohater zdążył się zaprzyjaźnić. Również dwójka uczniów z jego nowej klasy, trzeciej ce, przychodzi, aby zobaczyć, co u niego słychać. Pozornie miłe odwiedziny wzbudzają jednak pewien niepokój u Sakakibary, gdyż uczniowie zadają mu nietypowe, natarczywe pytania i zachowują się podejrzanie.

    Podczas swojego pobytu w szpitalu główny bohater spotyka w windzie tajemniczą dziewczynę z przepaską na oku trzymającą na rękach lalkę, która przedstawia się jako Mei Misaki. Niestety nie udaje mu się dowiedzieć niczego więcej, gdyż wybiega ona z windy mówiąc, że „musi komuś coś zanieść”.

    Jeszcze dziwniejszy jest pierwszy dzień w szkole, który wzbudza w bohaterze coraz większy niepokój. Chłopak ma wrażenie, że atmosfera w klasie jest napięta, a uczniowie coś przed nim ukrywają. W dodatku odkrywa, że Mei również jest w tej samej klasie, jednak pozostali, nawet nauczyciele, traktują ją tak, jakby jej nie widzieli. Nie chcą rozmawiać na jej temat, zachowują się tak, jakby jej wcale nie było. Co więcej, kiedy Sakakibara chce pomówić z Mei, ona daje mu radę, żeby trzymał się od niej z daleka. Kouichi jednak się nie poddaje i za wszelką ceną chce dowiedzieć się, kim naprawdę jest tajemnicza dziewczyna z przepaską, dlaczego pozostali jej nie widzą oraz jaki sekret kryje klasa. Czy jego ciekawość i upór się opłacą? Czy wydarzenia sprzed lat dotyczące Misakiego mają jakiś związek z atmosferą panująca w klasie?

  • Recenzja mangi: Kohta Hirano - „Drifters”

    drifters

    Drifters

    JPFAutor: Kohta Hirano
    Wydawnictwo: J.P. Fantastica
    Ilość tomów: 5 i wciąż rośnie
    Cena okładkowa: 19,90zł

    I stało się – na polskim rynku pojawił się pierwszy tom „Drifters” autorstwa Kohty Hirano. Jakimi słowami można by scharakteryzować tę mangę? Może by tak: „morze krwi, zniszczenie, zagłada”? Albo: „pie**** się, do kur** nędzy”? Można też użyć wyrażenia: „podróże w czasie”. Tom pierwszy obfituje w pięknie ukazane ścinanie łbów i inne sposoby zarzynania, przekleństwa na każdym kroku i takie zaplątanie, że nie mogę się już doczekać tego, co będzie dalej.

    Ale od początku – czyli tego, co zauważamy jako pierwsze. Co tu się dzieje z rysunkami? Bardzo dobre wrażenie robi pierwsze kilka stron, wydrukowanych w kolorze. Jest żywo i naturalnie. Styl autora wydaje się być prosty i surowy, czasami nie mogłam odróżnić jednego bohatera od drugiego (jeśli akurat mieli podobne fryzury i garderobę, ale na szczęście w tej mandze takich postaci nie może być wiele). Jednak nie dotyczy to całości, urzekające są rysunki przedstawiające chociażby ruiny czy wioskę elfów. Co prawda często zdarza się też, że tło jest po prostu czarną plamą, ale to kompletnie nie przeszkadza, ponieważ w „Drifters” istotna jest przede wszystkim dynamika. A to, że niekiedy jednemu z bohaterów brakuje wtedy oka (i całej reszty połowy twarzy), to już nie tak istotny szczegół. Jestem pod wrażeniem, jak czasami postaci wyglądają na naprawdę przerażające lub przerażone, innym razem mają wyraz twarzy tak komiczny, że nie da się nie spojrzeć na całość jak na komedię. Zresztą autor chyba się tego nie boi, skoro jego główny bohater jest zwyczajnym idiotą a jednemu z największych wodzów w historii nie udało się powstrzymać przed wybuchem nie tyle wojny, co własnego pęcherza. Następnie pokłócił się ze swoim śmiertelnym wrogiem, ponieważ ten poczęstował go słodkim: „Prawem zwycięzcy jest bronić słabszych!”. No cóż, ja chyba też poczułabym się urażona. W mandze roi się od żartów oraz absurdalnych sytuacji. Na pewno nie jest to lektura dla kogoś, kto wszystko bierze na poważnie.

    Kto jeszcze nie pokocha tej mangi? Miłośnicy koni. Och, oglądanie tych czterokopytnych stworzeń samo w sobie było niesamowitą atrakcją. Zastanawianie się, jakim cudem mogą w taki sposób wykręcać kończyny to druga sprawa. Trzecią jest natomiast oglądanie równie zabawnych smoków.

    No tak, w tej mandze mamy smoki. Oraz elfy. Ale mamy też postacie historyczne i to okazuje się być naprawdę dobrym pomysłem. Wrzucenie ludzi z „naszego świata” ale zupełnie z różnych części świata i czasów do„tamtego świata”, gdzie nazywani są „drifterami” bądź „dryfującymi”. Mają oni pomóc w walce z Panem Ciemności i „odpadami”. Wśród nich również znajdziemy znane nam postacie, jak chociażby Joannę d’Arc. Z tego też względu ciężko pomylić kogoś z kimś innym – bo „ktoś” jest ubrany w strój z czasów drugiej wojny światowej, a „ktoś inny” wygląda jak kowboj z Dzikiego Zachodu. Bardzo się cieszę, że drifterzy nie są wbijani w identyczne stroje, zachowanie indywidualności jest ogromnym plusem mangi.

    No tak, tylko skąd oni wszyscy się tam wzięli? Za tym stoją tajemniczy Purpurowy i Easy. Wiemy o nich na razie niewiele, ale mam nadzieję, że z biegiem wydarzeń dowiemy się wszystkiego dokładniej. Purpurowy wysyła do innego świata „drifterów”, a Easy nazywa „odpady” swoimi. Łatwo jest więc się domyślić, kto stoi po czyjej stronie. Wspomniane zostaje też to, że „błąd musi zostać naprawiony”. Chyba każdy się ze mną zgodzi – nie rozwinięcie tego wątku byłoby ogromnym marnotrawstwem.

    Co do bitwy to nie bójcie się – nie będziecie musieli długo na nią czekać. Tak jak wspomniałam, krwawe jatki towarzyszą nam przez cały tom pierwszy, natomiast armia Pana Ciemności zostaje przedstawiona w drugiej połowie. Nie wiem, o co dokładnie toczy się bitwa i zdaję sobie sprawę, że to nieładnie oceniać po wyglądzie. Ale jeśli mam do wyboru „drifterów”, którym pomagają istoty przynajmniej wyglądające na ludzkie oraz „odpady”, którym towarzyszą stworzenia podejrzanie przypominające orków z „Władcy Pierścienia”, to oczywiście wybieram tych pierwszych. Zwłaszcza, że Pan Ciemności nawet nie pokazuje twarzy – skąd mam wiedzieć, że on również uśmiecha się w ten czarujący sposób, który mówi nam „ojoj, pora komuś wpierdolić”. No, ewentualnie ściąć łeb, bo „twoja głowa należy do mnie” to również tekst, który często w tej mandze przeczytacie.

    Podsumowując – „Drifters” spodoba się fanom bijatyk i historii, którzy mają dystans do świata i nie obrażą się śmiertelnie, kiedy ktoś zostanie przedstawiony jako kompletny kretyn. Nie znajdziecie tu pięknych rysunków postaci i głębokich emocji, rozgrywających się na ich twarzach z wielkimi oczami. Ale jest tu dynamika, złość, gniew i rządza krwi. Oraz czysta radość z pokonania wroga, nawet kosztem własnego życia. Wartości, jakie przekazuje nam tom pierwszy, są proste. Zobaczymy, co będzie dalej i jakie komplikacje wprowadzą Purpurowy i Easy. Być może koniec końców coś nam objawią, ale mam nadzieję, że nie. Na razie nie mogę doczekać się rozwinięcia bitwy oraz kolejnej porcji soczystych żartów. Z pewnością jest to manga, którą mogę polecić.