• Recenzja komiksu: „Porcelana. Tom 2: Kostna biel"

    Tytuł mangi

    „Porcelana. Tom 2: Kostna biel”

    Nazwa Wydawnictwa

    Autorzy: Benjamin Read, Chris Wildgoose
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Liczba stron: 128
    Cena okładkowa: 57,00 zł

    Z komiksem „Porcelana” spotkałam się pierwszy raz przy okazji premiery pierwszego tomu, wydanego w polskiej wersji przez Non Stop Comics. To był ciekawy moment, bo w tym samym czasie przyszło mi czytać i oglądać kilka tytułów, które nawiązywały mniej lub bardziej do baśni o Sinobrodym, mojej ulubionej historii z dzieciństwa. „Sinobrody”, umieszczony na końcu księgi z baśniami, od początku wywoływał we mnie fascynację, głównie dlatego, że była to jedyna z baśni, która umknęła łagodzącym wszystko dłoniom opiekunów literatury dziecięcej. W „Porcelanie” było jednak czuć jedynie lekką inspirację tym tytułem – od którego to wątku komiks odchodzi w drugim tomie.

    Mała dorosła i stała się Lady. Po śmierci opiekuna przejęła jego majątek i tajemnice. Jej talent do pracy z alchemią zaklętą w porcelanę rozwinął się, ale, podobnie jak Wuj, Lady odizolowała się od reszty społeczeństwa za murami posiadłości. Ale na zewnątrz wiele się dzieje, nadciąga wojna, a dowodzący armiami, świadomi istnienia porcelanowych istot i ich zalet, nie spoczną, póki nie przekonają bohaterki, by stworzyła dla nich żołnierzy idealnych – nieodczuwających bólu ani strachu. Konfrontacja młodej alchemiczki i pani generał zakończy się po myśli tej pierwszej – niestety, tylko pozornie.

    Być może Lady nie jest tak samotna, jak jej poprzednik, być może jest twardsza, odporniejsza, bardziej bezczelna. Ale też ma swoje słabe strony, które szybko zostaną wykorzystane. Podobnie jak Wuj, i ona ukrywa za drzwiami laboratorium bolesną tajemnicę, z którą wiąże się jej niechęć do oddania wojsku choć jednego Porcelana. Bardzo podoba mi się ta nowa Mała, osoba, którą ukształtowały tragicznie doświadczenia i sekret, którego nie może nikomu wyjawić. Jej skomplikowana osobowość co chwila czymś zaskakuje, trudno z nią nie sympatyzować i nie życzyć jej szczęścia. Ale szczęście to coś, na co przyjdzie jej długo poczekać.

    Dynamika opowieści w „Kostnej bieli” jest nieco inna niż miało to miejsce w „Dziewczynce”. Historia jest wyraźnie bardziej emocjonalna, mroczniejsza. Tom pierwszy dawał nadzieję, drugi ją odbiera. Zdrada, poświęcenie, wątki autodestrukcyjne – odradzałabym czytanie go osobom, które są wrażliwe na punkcie kwestii związanych z samookaleczaniem. Komiks nie jest może bardzo krwawy, ale nadal jest w pewien sposób subtelnie okrutny – a tego nie spodziewa się może czytelnik, który wyniósł z poprzedniego tomu wrażenie pewnej baśniowości, choć i tam nie brakowało przecież mrocznych tajemnic.

    Jeśli jednak lubi się takie historie, a może raczej baśnie, które szybko przestają być ładne, a zaczynają być ponure i okrutne, to „Porcelana” jest pozycją idealną. To mocna rzecz – zaskakuje i wstrząsa tam, gdzie trzeba, angażuje, wciąga, pozostawia w zawieszeniu i z poczuciem niedosytu. Daje trochę moralnych zagadek do przemyślenia, sytuacji bez dobrego wyjścia, mniejszego i większego zła. I ponad wszystko – bohaterkę, która jest silna, ale niepozbawiona słabości, nietuzinkową, o genialnym umyśle, ale też bardzo emocjonalną. A zakończenie – ponownie – szokuje.

    Wizualnie jest pięknie. Czysta kreska, wyraźna mimika postaci i stonowane, przygaszone kolory idealnie budują nastrój. Fascynujące są postacie Porcelanów – zupełnie inne, niż gdy wychodziły spod ręki jej Wuja, smuklejsze, bardziej eleganckie. Udoskonalone. Zupełnie nie chce się wierzyć, że tak delikatne i piękne istoty, o niemal ludzkim wyglądzie, mogłyby zostać wykorzystane na wojnie. Z przyjemnością czytałam wstęp autorów, w którym opowiadali o ewolucji postaci Lady – widać, że komiks został naprawdę przemyślany i włożono w jego powstawanie wiele serca.

    Wydaje się, że seria zamknie się w trzech tomach, i muszę przyznać, że jestem niesamowicie ciekawa trzeciego. Właściwie każda z dotychczasowych części mogłaby się obronić jako samodzielny komiks, jako że w swoim zakresie zamykają większość wątków, niejako tylko na koniec otwierając drzwi do kolejnej potencjalnej historii. W „Porcelanie” wątki znane z „Sinobrodego” zagrały idealnie z moją ciekawością i zamiłowaniem do mroku ukrytego pod pozorem baśniowości – jeśli masz podobnie, to od razu sięgaj po ten komiks.

  • Recenzja komiksu: Tokyo Ghost

    Tokyo Ghost

    „Tokyo Ghost”

    Nazwa Wydawnictwa

    Autorzy:  Rick Remender (scenariusz); Sean Murphy (rysunek); Matt Hollingsworth (kolory)
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Liczba stron: 288
    Cena okładkowa: 109,00 zł

    Rzeczywistość roku 2089 jest, cóż, paskudna. Zasoby naturalne środowiska zostały praktycznie w całości wykorzystane, co skazało ludzkość na życie w brudnych, paskudnych, przerośniętych miastach, wśród zanieczyszczonych oceanów i w opadach kwaśnych deszczy. Jeśli jednak myślicie, że to jest smutne, powinniście zobaczyć, co się stało ze społeczeństwem: WSZYSCY są uzależnieni od sieci. Dziesięciolecia taniej, łatwo dostępnej i odmóżdżającej rozrywki sprawiły, że sterowanie naiwnymi ludźmi jest łatwiejsze niż kiedykolwiek. Tłum dostaje swoje upragnione igrzyska i namiastkę chleba – a korporacyjne elity robią, na co tylko mają ochotę, czyli pławią się w całkowitej dekadencji. Tak z grubsza przedstawia się zarys świata w serii komiksów „Tokyo Ghost” autorstwa scenarzysty Ricka Remendera, rysownika Seana Murphy’ego oraz kolorysty Matta Hollingswortha. Seria istnieje od roku 2015, została zakończona w 2016 na tomie dziesiątym, a jej wydanie zbiorcze w Polsce zostało przygotowane przez wydawnictwo Non Stop Comics pod koniec 2020 – i właśnie jemu będziemy się dzisiaj z niepodzielną uwagą przyglądać.

    Na tle tego uroczego obrazka poznajemy parę protagonistów. Debbie Decay i Led Dent pracują dla pana Flaka – głowy Flak Corporation, jednego z największych graczy na wyspach Los Angeles – jako stróże ładu i porządku na ulicach miasta. Ona – luddystka, od dzieciństwa spędzonego z wiecznie podłączoną do Sieci matką serdecznie nienawidząca techniki i postępu. On – również niechciany dzieciak, który, upokorzony na oczach ukochanej przez bandę oprychów, dał się przerobić na napakowanego cybernetyką superżołnierza. Dent, jak większość społeczeństwa, jest kompletnie uzależniony od programów – jego hełm wyświetla mu je wszystkie naraz nawet wtedy, kiedy obwieszony bronią prowadzi swój służbowy motocykl. Deb opiekuje się nim jak tylko może w nadziei, że spod powłoki otępiałego mięśniaka uda się jej jeszcze kiedyś wydobyć mężczyznę, którego kiedyś kochała. Tych dwoje staje przed niezwykłą okazją: pan Flak wysyła ich bowiem jako swoich szpiegów do zrujnowanego Tokio, ostatniego miejsca na Ziemi niezajętego przez korporacje. Prezes Flak Corporation szczerze pragnie zasobów, których zazdrośnie strzegą tambylcy. Dla Debbie to okazja, o której od zawsze marzyła – zobaczyć świat nietknięty przez wszechobecną konsumpcję… I jeszcze raz spróbować zawalczyć o duszę Leda.

    Powinienem to powiedzieć już teraz: „Tokyo Ghost” jest komiksem dla dojrzałego odbiorcy. Widowiskowa przemoc i bluzgi to jedno, mało tego, ukazane w nim społeczeństwo jest po prostu opętane seksem i pornografią. Wszędzie roi się od mało subtelnych nawiązań, a główny antagonista dosłownie paraduje z genitaliami na wierzchu i co i rusz robi z nich ostentacyjny użytek. Nie jest to, dodajmy, epatowanie dla samego epatowania, bo zdecydowanie przysłużyło się to wykreowaniu tej widzianej w krzywym zwierciadle wizji społeczeństwa przyszłości, niemniej jednak – zostaliście ostrzeżeni.

    Historia opowiedziana w „Tokyo Ghost” jest wciągająca, chociaż niekoniecznie bardzo ambitna. Wyprawa Debbie i Leda do państwa-ogrodu przebiega z grubsza tak, jak można by się spodziewać po przeczytaniu lub obejrzeniu dziesiątek tytułów bazujących na podobnym motywie. Dość standardowo prezentuje też typowy morał o tym, że ludzkość niszczy planetę, na której żyje, w pogoni za szczęściem, którego nie może dostać. I chociaż to wszystko już gdzieś widzieliśmy, podlane solidną dawką akcji i zaprezentowane w oszałamiający sposób broni się znakomicie.

    Myślę jednocześnie, że prawdziwą treścią tej opowieści jest relacja Debbie i Leda. Tło psychologiczne obu postaci jest mocno rozbudowane – cały kontekst znajomości obojga poznajemy dzięki pojawiającym się czasem retrospekcjom ukazującym wspomnienia bohaterki. Krótko mówiąc: jest to związek z ogromnymi problemami, z których fakt, że jedna jego połowa jest pogrążonym w niemal całkowitej katatonii cyber-ćpunem wcale nie jest największym. Mimo że główny motor tej historii to coś specyficznego dla świata – uzależnienie od zaawansowanej techniki – zadziwiająco łatwo znaleźć w niej odniesienia do naszych czasów, do zjawiska pogłębiającej się izolacji człowieka od człowieka, nawet pomiędzy dwojgiem ludzi żyjących ze sobą.

    Strona wizualna komiksu jest znakomita. Los Angeles przyszłości krzyczy tysiącem neonowych świateł oraz ekranów transmisyjnych, świetnie kontrastuje z soczystą, uspokajającą zielenią ostatniego wolnego zakątka na Ziemi. Kreska jest ostra, wyrazista, zaś wizerunki postaci charakterystyczne i stylowe. Przyznaję, na początku trochę śmieszyły mnie obcisłe gatki, w jakie wciśnięto napakowanego Denta oraz jego bojowy motocykl, którym dałoby się jeździć chyba tylko po idealnie płaskiej nawierzchni – ale po pewnym czasie nawet to wskoczyło na miejsce jako pasujący element całości.

    Największe wrażenie zrobiły na mnie sceny akcji. W „Tokyo Ghost” rozwałki nie brakuje – moją całkowicie ulubioną jest samurajski pojedynek Leda z jednym z oprychów z jego odległej przeszłości, zrealizowany w postaci gry cieni na tle nocnego nieba, wyłamujący się z wszechobecnej orgii kolorów w tak nagły, że aż niewiarygodny sposób. Sean Murphy, autor rysunków, jest przy okazji absolutnym mistrzem opowiadania historii w niebezpośredni sposób – upakowuje każdą swoją ilustrację ogromną wręcz ilością szczegółów do zauważenia przez spostrzegawczego czytelnika. To ostatnie sprawia, że do „Tokyo Ghosta” na pewno wrócę jeszcze kilka razy, by znaleźć te wszystkie rzeczy, które przeoczyłem, a które dają lepsze pojęcie o tej niewiarygodnej wizji zdegenerowanego świata.

    Pora na małe podsumowanie. „Tokyo Ghost” jest dla mnie komiksem po prostu wybitnym. Chociaż nie opowiada ambitniej, zawiłej ani oryginalnej historii, to robi to w sposób niezwykle angażujący, okraszony świetną kreską i kolorystyką. Jeżeli, podobnie jak ja, do tej pory nie mieliście okazji go poznać, wydanie zbiorowe jest najlepszą z możliwych okazją, aby te braki nadrobić. Polecam zarówno koneserom cyberpunku, dystopii jak i komiksu w ogóle.

  • Recenzja komiksu: „Mercy. Tom 1: Dama, mróz i diabeł"

    Mercy

    „Mercy. Tom 1: Dama, mróz i diabeł”

    Non Stop Comics

    Autorzy: Mirka Andolfo
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Liczba stron: 64
    Cena okładkowa: 44,90 zł

    Mirka Andolfo to włoska ilustratorka i rysowniczka, która na polskim rynku komiksowym zasłynęła tytułami takimi jak „Sacro/Profano” czy „Wbrew naturze”. Trzecim z jej autorskich projektów jest seria „Mercy” – jej pierwszy tom ukazał się ostatnio w kraju za sprawą wydawnictwa Non Stop Comics. Nie miałam przyjemności zapoznać się z poprzednimi dziełami tej autorki, choć kojarzę jej styl i kreskę – jak chyba większość osób, które, podobnie jak ja, zwracają uwagę szczególnie na pięknie rysowane komiksy. „Mercy” przyciągnęła mnie jednak nie tylko ze względu na walory wizualne – połączenie tychże z klimatem weird westernu i intrygującą postacią kobiecą to aż nadto, by mnie zainteresować.

    Zanim jednak przyjdzie nam poznać główną bohaterkę, zaprezentowane zostaje parę informacji na temat miejsca akcji i jego przeszłości. Tragiczne wydarzenia sprzed lat odcisnęły piętno na mieszkańcach miasteczka Woodsburgh, w którym obecne nastroje zdają się bardzo napięte – zbyt dużo niewypowiedzianych uraz wisi w powietrzu. W tym wszystkim mamy też kobietę głoszącą przepowiednie o powrocie „Diabła z Woodsburgh”, a także małą sierotę, półindiankę, która wierzy, że jej dawno zaginiona matka, wyidealizowana świetlista istota ze skórą upstrzoną gwiazdami, kiedyś po nią wróci, by uratować córkę od niedoli. Gdy w mieście zjawia się piękna i błyskotliwa lady Hellaine, wszyscy są nią zachwyceni – choć każdy z innego powodu. No, prawie wszyscy…

    Czytelnik od początku niemal będzie świadomy prawdziwej natury Hellaine, ale już nie jej przeszłości i pochodzenia. Z tego punktu obserwowanie, w jaki sposób reagują na jej grę, skądinąd nie tak doskonałą, mieszkańcy Woodsburgh, jest bardzo ciekawe. Jak ma się do tego niesławny Diabeł i tragiczne wydarzenia z pobliskiej kopalni? Powiązanie wydaje się być silne, a jednak rola nowo przybyłej piękności – nie tak oczywista. Do tego dochodzi jej tajemniczy opiekun i morderstwa, które przydarzają się w miasteczku. Zagadka, która właściwie nie jest zagadką. I w tym rzecz – że spora część ciężaru fabularnego w „Mercy” nie koncentruje się jedynie na bohaterce – ale jest on w ogromie powiązań i tajemnic łączących ją z mieszkańcami Woodsburgh.

    Te zaś są wyśmienicie rozegranie w warstwie obyczajowej i psychologicznej. Nie ma tu postaci płaskich i jednowymiarowych – każdy przeżywa jakąś traumę, w jakiś sposób zmaga się z przeszłością. Woodsburgh nie jest spokojnym, sennym miasteczkiem i dzięki wszystkim bogom za to – bo do doprowadzenia tego tygla do wrzenia wcale nie trzeba było kilku nowych morderstw. Wręcz przeciwnie – sprawiają one, że nastrój w opowieści robi się nagle wręcz mroźny. A to bardzo odpowiednio, patrząc choćby na tytuł pierwszej części.

    Wizualnie „Mercy” jest przepiękna – ale niczego innego nie można się spodziewać po Mirce Andolfo. Autorka, która odpowiedzialna jest nie tylko za rysunki, ale też kolory i scenariusz, wspaniale oddała twarze postaci i głębię ich uczuć, od radości, aż po rozpacz i szaleństwo. Widać, że jest to przemyślany i staranny projekt.

    Widziałam już porównanie „Mercy” do takich tytułów serialowych, jak „Penny Dreadful” i „Alienista”. Zdecydowanie mają pewne wspólne smaczki, zwłaszcza jeśli chodzi o wiktoriański horror „Penny Dreadful” i jego nawiedzoną bohaterkę. Dla wielbicieli tych klimatów „Mercy” powinna być pozycją obowiązkową – ale nie tylko dlatego warto ją przeczytać.

  • Recenzja komiksu: „Oblivion Song. Pieśń otchłani. Tom 3"

    Tytuł mangi

    „Oblivion Song. Tom 3”

    Nazwa Wydawnictwa

    Autorzy: Robert Kirkman, Lorenzo De Felici, Annalisa Leoni
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Liczba stron: 128
    Cena okładkowa: 44,00 zł

    Nie ma chyba lepszego (albo według niektórych – gorszego) sposobu na skuszenie czytelnika do sięgnięcia po kolejną cześć serii, niż porządny cliffhanger. Ale taki, który po nieco rozwleczonej i raczej nastawionej na problemy obyczajowe akcji robi takie zamieszanie, że czytający zbiera metaforyczną szczękę z podłogi. Tak mniej więcej czułam się skończywszy drugi tom komiksowej serii Oblivion Song. No, teraz to dopiero się będzie działo! Problem w tym, że takie nastawienie nie sprzyja czytaniu – tworzą się jednak oczekiwania, które łatwo zawieść. Tu na szczęście się tak nie stało.

    Akcja rozpoczyna się trzy lata po zakończeniu wydarzeń z tomu drugiego. Nie jesteśmy sami w Oblivion – to informacja, którą bardzo szybko będą musieli sobie przyswoić zarówno mieszkańcy tytułowej Otchłani, jak i przestrzeni poza nią. Ci pierwsi spotkanie przeżywają o wiele bardziej intensywnie – inteligentne istoty, w których istnienie dotąd nikt nie wierzył, atakują członków grupy wypadowej z bazy Eda Cole’a i porywają jej członków. Tymczasem w Filadelfii Nathan Cole odbywa dalszą odsiadkę za błędy przeszłości. Nie będzie mu jednak dane zaznać spokoju za kratami, bo członkowie zespołu badawczego związanego z Oblivion będą potrzebowali jego wiedzy – i pomocy.

    Nowe zagrożenie bardzo zmienia dynamikę komiksu, dodaje też tajemnicę do wyjaśnienia i pretekst dla bohaterów do ponownego podjęcia współpracy. Po trzech latach część z nich zmieniła się, prowadzi inne życie – przyjdzie nam poświęcić chwilę na nadrabianie zaległości. Podobnie będzie z zaufaniem – trochę pozmienia się w motywach postępowania niektórych, wiele się też wyjaśni. Bardzo podoba mi się wprowadzenie do fabuły jeszcze jednej strony konfliktu – to wymusza przegrupowanie w już skonfliktowanym układzie Nathan-wojsko-mieszkańcy Oblivion. Tę część zakończono w idealnym momencie, kiedy jeszcze nie zdążyła się znudzić, nie wyczerpała do końca formy – wspaniały zabieg dla utrzymania uwagi czytelnika.

    O samych „obcych” nie dowiemy się dużo, poza może jednym bardzo znaczącym faktem, który będzie już informacją stanowiącą kolejny cliffhanger. I nadal tak samo skuteczny, obawiam się – już sam sposób przedstawienia Bezimiennych (bo tak nazwano ich w Oblivion) jasno mówi, że będą wrogiem, przeciwko któremu jeden Nathan Cole na pewno sobie nie poradzi. I być może, ale tylko może, dotąd zwaśnione raczej społeczności obu realiów będą musiały nauczyć się na nowo współpracować.

    Warstwa wizualna komiksu trzyma poziom. Mimika bohaterów, mowa ciał, wszystko to odpowiednio oddaje dramatyzm sytuacyjny, ostro zarysowane twarze nawet momentami przerażają swoją wyrazistością. Annalisa Leoni, odpowiedzialna za warstwę kolorystyczną tytułu, zrobiła ponownie świetną robotę i tchnęła więcej emocji w świat przedstawiony, świetnie zestawiając kontrast pomiędzy Filadelfią a Oblivion.

    Trzeci „Oblivion Song” rozwija skrzydła i pokazuje, że ma jeszcze wiele do opowiedzenia. Wydanie angielskie oferuje w tej chwili 24 tomy serii – tom 3 polskiego obejmuje zbiorczo zeszyty 13-18, wydaje się więc, że czeka nas jeszcze jedna część przygód w tym postapokaliptycznym świecie. No i niezmiennie tytuł polecam – przede wszystkim fanom takich klimatów.

  • Recenzja komiksu: „Oblivion Song. Pieśń otchłani. Tom 2"

    Tytuł mangi

    „Oblivion Song. Tom drugi”

    Nazwa Wydawnictwa

    Autorzy: Robert Kirkman, Lorenzo De Felici
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Liczba stron: 136
    Cena okładkowa: 44 zł

    W recenzji pierwszej części komiksu „Oblivion Song” zadałam pytanie: a co, jeśli świat się nagle skończy? Podejmując temat części drugiej, należałoby je zadać nieco inaczej. Co, jeśli świat skończy się z naszej winy, mojej, twojej, winy konkretnej osoby czy konkretnej grupy osób? Czy naprawdę będziemy winni, jeśli ten koniec nastąpi jako wypadek w trakcie działań, które miały przynieść ludzkości tylko większe dobro? Czy ktoś nas kiedyś z tej winy rozgrzeszy, czy my sami będziemy potrafili przejść nad tym do porządku dziennego? To nie jest dylemat, z którym mogłaby poradzić sobie jedna osoba. A jednak twórcy komiksu „Oblivion Song” postanowili postawić przed tym wyzwaniem właśnie jednego bohatera.

    Druga odsłona wprowadza czytelnika w genezę wydarzeń mających miejsce w Filadelfii. Historię swoją i grupki młodych naukowców, a także ich przykrego końca, przyjdzie jednak Nathanowi opowiedzieć już z więziennej celi. Załamany, przepełniony poczuciem winy i zdecydowany odpokutować za efekty swojej pracy dowiaduje się jednak od odwiedzającej go Heather, że jego wynalazek znalazł się w rękach władz, które już planują, jak przerobić go na broń. Dziewczyna umożliwia też Nathanowi wydostanie się z celi… W międzyczasie Ed próbuje odnaleźć się z powrotem w mieście, odwiedza znane dawniej miejsca i nawiązuje kontakt ze znajomymi – to znaczy tymi, którzy nadal żyją. Coraz bardziej dotkliwie przekonuje się, że w Filadelfii jest już tylko wyrzutkiem, człowiekiem z marginesu. Postanawia za wszelką cenę wrócić do Oblivion.

    Tym razem, już wraz z dwójką bohaterów, czytelnik będzie przeskakiwał między dwoma równoległymi światami zdecydowanie częściej. Bliżej też uda się poznać i Nathana, i Eda – zwłaszcza tego drugiego, którego skomplikowania sytuacja życiowa i pragnienie znalezienia własnego miejsca determinują w większości przypadków kierunek akcji. To bardzo odświeżające, bo o ile w pierwszej części Ed sprawiał wrażenie podejrzanego typa, który narobi kłopotów, o tyle teraz już wiemy, co nim powoduje i do czego dąży.

    Zdecydowanie zmienia się rozkład sympatii czytelnika pomiędzy oboma panami. Wyznanie Nathana, chociaż robi wrażenie, nie powoduje jednak, że ocenia się go bardziej surowo – a przynajmniej wyglądało to tak z mojego punktu widzenia. Dobrze tę sprawę podsumowuje partnerka Nathana, Heather – jest winny, ale też i jako jedyny poświęcił życie, żeby następstwa swoich działań opanować. Problemem natomiast staje się jego postawa wobec Oblivion i tego, co się tam dzieje – a także to, że uparcie nie chce zrozumieć innego niż swój własny punkt widzenia. Tu jeszcze jednak da się zrozumieć motywy jego postępowania. Gorzej jest później – z jakiegoś powodu twórcy postanowili dodać scenę, w której Nathan odmawia zabicia potwora z Oblivion, argumentując to tym, że „ta istota nie jest niczemu winna” – no, może poza tym, że chciała zjeść jego i jego brata. To moment tak niepasujący do dotychczas pokazanej osobowości Nathana, że to aż zgrzyta – wcześniej bohater nie miał takich rozterek.

    Akcja przyspiesza i komplikuje się, zostają też ukazane poboczne wątki dotyczące innych osób, których powrót z Oblivion do normalnego życia powiódł się nie tak dobrze, jak można było przypuszczać. Dobrze pokazano tu trudności z przystosowaniem się do życia w cywilizacji, nieudane próby ponownego nawiązania relacji z bliskimi, pożegnania zamiast powitań, trudne terapie zamiast szczęśliwego życia. Wizualnie komiks utrzymuje poziom, kreska jest brudna, ale szczegółowa, kolory wyraziste, postacie nieładne, ale posiadające własne charaktery. Wyjątkowo podoba mi się końcowa scenka, która zapowiada naprawdę interesujący rozwój wydarzeń.

    Nie obyło się bez zdziwień, ale „Oblivion Song” nadal polecam, jako ładny kawałek postapokalipsy bliskiego zasięgu. Historia jest przemyślana i ładnie przedstawiona, dzięki czemu komiks naprawdę angażuje. Warto czytać i czekać na kolejne części.

  • Recenzja komiksu: „Głębia. Tom 1: Ułuda nadziei”

    glebia1

    „Głębia. Tom  1: Ułuda nadziei”

    nonstopcomics

    Autorzy: Rick Remender, Greg Tocchini
    Wydawnictwo: Non Stop Comics
    Liczba stron: 176
    Cena okładkowa: 45,00 zł

    Czym jest optymizm? Dla jednych to chwilowy stan, w którym postrzegają nadchodzące wydarzenia w jasnych barwach, dla innych będzie po prostu stylem życia, oczekiwaniem, że wszystko się prędzej czy później ułoży i potoczy jak powinno. Taka postawa kłóci się z ogólnie przyjętymi założeniami konwencji science fiction, a zwłaszcza tej postapokaliptycznej bądź zawierającej elementy dystopijne. Świat się skończył albo właśnie ma się ku końcowi, życie nie może już być cięższe, z czego się tu cieszyć, na co czekać, kiedy wokół sami wrogowie, a tylko od naszej zdolności przetrwania zależy to, czy jutro jeszcze będziemy istnieć? Na przekór tej tendencji postanowił wyjść scenarzysta serii komiksów „Głębia”, Rick Remender, tworząc bohaterkę wręcz tryskającą optymizmem w warunkach bardziej niż niesprzyjających.

    Ci, którzy przetrwali kataklizm i zdołali schronić się przez niszczycielskim promieniowaniem umierającego słońca w wodnych głębinach, są obecnie skazani na powolną śmierć. Zamieszkujący kopułę Salus, od wielu lat oddychający zatęchłym powietrzem oczyszczanym przez psujące się filtry ludzie wiedzą, że ich czas dobiega końca. Rodzina Caine’ów, pielęgnująca dawne tradycje i jako jedna z niewielu nadal zachowująca nadzieję na ratunek, planuje wyprawę poza kopułę i przedstawienie nastoletnim córkom, Delli i Tajo, piękna podwodnego świata i założeń tradycji łowców. Statek Caine’ów wpada jednak w pułapkę, w czasie której córki Stel i Johla zostają porwane wraz ze skafandrem, stanowiącym starą broń łowców należącą do rodziny. Stel przeżywa cudem, by pogrążyć się w rozpaczy, obserwując upadek moralny ostatniego ze swoich dzieci, syna Marika. I właśnie po dziesięciu latach takiej stagnacji pojawia się sygnał – odpowiedź na wołanie o pomoc, znak, że sonda, wysłana w poszukiwaniu innych zdatnych do zamieszkania światów, jednak coś znalazła.

    Komiks opatrzono tytułem „Ułuda nadziei”, co w pewnym sensie dobrze obrazuje wojująca osobowość głównej bohaterki i to, jak wiele znaczy dla niej każda, nawet najmniejsza wskazówka, że jest szansa na ratunek. Remender we wstępie nakreśla przyczyny, które skłoniły go do wykreowania postaci tak nietypowej jak Stel, a jednocześnie to, dlaczego idealnie pasuje ona do czasów, w jakich przyszło jej żyć. Trudno się z tym nie zgodzić, i chociaż ani komiks, ani inne media nie rozpieszczają nas wizjami pełnych nadziei protagonistów wierzących w lepsze jutro, to Stel w pewnym sensie wynagradza ten brak. Jest optymistką niepoprawną, zdeterminowaną, zdesperowaną wręcz, przez co nie zawsze znajduje zrozumienie nawet wśród bliskich. W ocenie jej charakteru pomagają wstawki narracyjne z punktu widzenia Johla, wskazujące zarówno na dobre strony jej postępowania, jak i płynące z tego zagrożenia.

    Pozostając jeszcze przy Stel, jako że wydała mi się ona postacią wyjątkowo intrygującą: jej charakter nie jest przerysowany. Nadmiar wiary we własną siłę sprawczą, to, że przyszłość zależy nie od ślepego losu, a od tego, jak wiele wysiłku włożymy w jej kształtowanie, bywa irytujący dla mojego wewnętrznego realisty, głównie ze względu na fakt, że bohaterka stawiana jest przed wyzwaniami daleko przerastającymi możliwości jednego człowieka. Tymczasem ona dąży do zachowania przy życiu aż czterech… i populacji kopuły Salus, jeśli się da. Jako jedyna nie pogrąża się w poszukiwaniu tanich uciech bądź w depresji, widząc jeszcze jakąkolwiek nadzieję. Ryzykuje wiele, momentami można nawet powiedzieć, że zbyt wiele, by dotrzeć do celu. Trudno nie pomyśleć, że nie powinno się jej udawać, że jakikolwiek przejaw fabularnego wsparcia będzie tu nie do zniesienia… A jednak Remender nie głaszcze po głowie swojej bohaterki, wystawia ją na próby, które łamią ducha i w niej. Z tą różnicą, że Stel znajduje w sobie siłę, by się podnieść ten jeszcze jeden raz. I pociągnąć za sobą innych.

    „Głębia” to jednak nie tylko Stel, ale też bogactwo mikro- i makroświata – rodziny Caine’ów i podwodnej cywilizacji, z której obecnie pozostały jedynie marne resztki. Rozpad rodziny jest elementem inicjującym fabułę, ale przecież walka o jej przetrwanie sprzęga się z koniecznością poszukiwania ratunku dla ludzkości jako takiej, która to ludzkość ogółem dawno odpuściła sobie i zsuwa się na równi pochyłej ku marnemu kresowi. Problematyka psychologiczna, to, jak zachowują się ludzie postawieni w obliczu nieuniknionego końca, jest tu mocno zarysowana i ujęta z różnych stron – od przeciętnego człowieka aż po szczyty władzy. Mając za głównych bohaterów Stel, sprawiającą wrażenie wręcz arystokratki swoją dystynkcją, i Marika, pracującego jako szeregowy stróż prawa, raczej odpuszczającego sobie swoją robotę dla uciech cielesnych, za które nie potrafi nawet zapłacić, mamy już w tak niewielkim wymiarze zarysowane dwie różne osobowości, których mechanizmy obronne działają zupełnie inaczej – ale które muszą w pewnym zakresie ze sobą współistnieć, a nawet współpracować.

    Komiks rysowany jest dość nierówną kreską, całość sprawia wrażenie mało szczegółowej i nieco rozmytej. Bogactwo kolorystyczne nadrabia jednak braki wszędzie tam, gdzie się one pojawią, ukazując pełnię podwodnych krajobrazów, surowe życie w Salus oraz w pewnym zakresie budując nastrój poszczególnych scen. I chociaż brak szczegółowości może nie przypaść do gustu wielbicielom komiksów o bardziej dopracowanej warstwie graficznej (do których zresztą i ja należę), to całość nadal pozostaje znośna, nie sprawiając problemów w zrozumieniu treści, jaką ma przekazać, a także doskonale oddając emocje postaci i nastrój scen.

    Pierwszy tom „Głębi” zaintrygował mnie przedstawioną w nim historią i zachwycił głębią psychologiczną postaci. Z całą pewnością sięgnę po dalsze części, i chociaż wiem, że przed Stel jeszcze wiele ciężkich chwil, to przecież… kto, jeśli nie ona, może sobie z tym poradzić? Komiks polecam zaś wielbicielom opowieści z niekoniecznie oczywistym przesłaniem.

  • Z wikingami ku przygodzie!

    veiOdległy Jotunheim. To właśnie tam zmierza wyprawa dowodzona przez młode książątko, chronione i hołubione przez grupę wikińskich wojowników. Ale jak to zwykle bywa, ekspedycja nie przebiega zgodnie z planem. Jej punktem zwrotnym staje się wyłowienie z morza nieprzytomnej z wyczerpania dziewczyny... Początek historii, jakich wiele. Tylko czy na pewno? Jeśli interesuje Was mroczna skandynawska mitologia i jesteście ciekawi, co skrywa pierwszy tom komiksu „Vei”, przeczytajcie naszą recenzję, którą znajdziecie tutaj.

  • „Oblivion Song. Pieśń Otchłani”, czyli wyprawa w inny wymiar!

    oblivionsongPuff! I jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki zniknęło z Filadelfii dwadzieścia tysięcy ludzi. W zamian ludzkość otrzymała mnóstwo dziwnych, nieprzyjaźnie nastawionych stworów. Co się tak właściwie stało? Nie wiadomo, ale jedno jest pewne: istnieje inny wymiar, do którego zaginieni zostali przeniesieni. Nathan Cole potrafi się tam dostać. Co znajdzie na miejscu? Możecie sprawdzić, sięgając razem z nami po komiks „Oblivion Song. Pieśń Otchłani”! Jego recenzję znajdziecie tutaj.