Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Recenzja Mangi: Tatsuki Fujimoto - „Chainsaw Man” (Tomy 4-7)

    Tytuł mangi

    Chainsaw Man (tomy 4-7)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Tatsuki Fujimoto
    Gatunek: akcja, komedia, dramat, horror
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 11
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 7 tomów

    Manga „Chainsaw Man” zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, a kolejne cztery tomy utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z naprawdę dobrym tytułem. Tytułem, który ma jednak problem ze schematyzmem w prowadzeniu fabuły i rozwojem charakterów postaci.

    Denji w krótkim czasie przeszedł drogę od żula do profesjonalnego, choć trochę rozwydrzonego zabójcy demonów, stając się jednym z najlepszych w Japonii. Tym samym zwrócił na siebie uwagę najpotężniejszego znanego demona na ziemi – demona broni palnej, zwanego też palniakiem. Skutkowało to kolejną serią pojedynków na śmierć i życie.

    O ile pierwsze tomy wprowadzały bohatera w świat łowców demonów, zarysowując jego osobowość i postaci jego sojuszników (bo wrogów Denji pozbywał się na bieżąco), tak kolejne cztery tomy rozwijają istniejące już wątki, dodając przy okazji jeszcze więcej jeszcze potężniejszych sprzymierzeńców i przeciwników.

    Rytm mandze nadal nadają starcia pomiędzy łowcami a demonami. Pomiędzy tymi coraz chainsaw man 03dłuższymi fragmentami czytelnik może odnaleźć trochę wytchnienia w postaci scenek z życia naszych bohaterów pełnych (czasami czarnego) humoru. Tym razem jednak większy nacisk położono na wątki uczuciowe. I mamy tu ukazane dwie rzeczy. Po pierwsze, Tatsuki Fujimoto potrafi tworzyć intymne sytuacje i umiejętnie rozgrywać problemy sercowe Denjiego, który jest już zakochany w swej przełożonej, Makimie. Po drugie, ten bardzo interesujący wątek jest tylko przerywnikiem pomiędzy kolejnymi pojedynkami i nie pomaga znaleźć odpowiedzi na pytanie, czy uczucie wobec tej coraz bardziej podejrzanej kobiety jest tylko młodzieńczym zauroczeniem, czy też czymś więcej?

    W ogóle mam wrażenie, że akcja mangi rozwija się tak szybko, że po drodze uproszczeniu ulega nie tylko motywacja bohaterów, ale też obraz świata. Prowadzi to do sytuacji, w której początkujący łowca demonów zostaje wyznaczony jako ten, który pokona najpotężniejszego istniejącego demona, a samo nagłośnienie faktu jego istnienia powoduje, że wszyscy poza Japonią chcą ni stąd, ni zowąd jego śmierci. Taki obrót spraw rodzi u mnie pewne wątpliwości odnośnie do tego, jak bardzo autor przemyślał przedstawione wypadki, a w jakim stopniu idzie „na żywioł”.

    W przypadku postaci zaobserwowałem dwie tendencje. Po pierwsze, mamy tu istny wysyp zarówno nowych łowców demonów, jak i samych stworów z piekła rodem. Po drugie, widzimy stagnację w rozwoju już istniejących bohaterów. Dobrym przykładem drugiej tendencji jest Power, która została sprowadzona do roli komediowego przerywnika. Stała się narzędziem – podobnie jak wielu innych wprowadzonych magusów i demonów – do likwidowania słabszych przeciwników. Adwersarze Denjiego są dla nich zbyt silni. Tym niemniej są to często, przynajmniej na pierwszy rzut oka, całkiem interesujące postacie. Mnie z nowych członków 4. Specjalnego Oddziału Demonobójczego najbardziej zainteresował anielski demon. Anielska natura każe mu pomagać ludziom, a demoniczna zabijać. Czasami ten konflikt prowadzi do ciekawych dylematów moralnych.

    Grafika to nadal najmocniejsza strona mangi i powód, dla którego warto po nią sięgnąć. Starcia są bardzo czytelnie rozrysowane i kipiące akcją, a projekty demonów cieszą oko mnogością detali. Widać je tym lepiej, że komiks wydawany jest w powiększonym formacie. Co ciekawe, dopiero teraz zwróciłem uwagę, jak nieraz w uproszczony sposób potrafi być rysowana większość ciała Denjiego na tle skomplikowanej demonicznej maszynerii tworzącej jego głowę czy ręce.

    „Chainsaw Man” to nadal bardzo wciągająca manga, która nie wychodzi jednak poza ramy gatunkowe. Skupiając się na akcji, stopniowo zmniejsza znaczenie wątków pobocznych dotyczących życia postaci i upraszcza ich motywację przy jednoczesnym wprowadzeniu wielu nowych bohaterów. Wielka szkoda, bo Tatsuki Fujimoto radzi sobie z tymi wątkami bardzo sprawnie. Choć jestem gotów polecić ten tytuł każdemu, kto nie jest przewrażliwiony na punkcie scen przemocy (bardziej intensywnych niż wcześniej), to mam wrażenie, że po prostu mogło być lepiej.

  • Recenzja Mangi: Tatsuki Fujimoto - „Chainsaw Man” (Tomy 1-3)

    Tytuł mangi

    Chainsaw Man (tomy 1-3)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Tatsuki Fujimoto
    Gatunek: akcja, komedia, dramat, horror
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 11
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 3 tomów

    Czasem biorę mangę do ręki, patrzę na okładkę i myślę sobie: to może być dobre. W przypadku mangi „Chainsaw Man” to przeczucie okazało się prawdą.

    Denji przegrał życie zanim naprawdę mógł zacząć nim się cieszyć. Winny mafii miliony, żył o chlebie i wodzie. Miał jednak coś, czym nie wszyscy mogą się pochwalić – przyjaciela. Był nim Pochita, demoniczny piesek, któremu z pyszczka wystawał brzeszczot piły mechanicznej, a w okolicach odbytu uchwyt. Denji, pracujący jako drwal i nielicencjonowany łowca demonów lokalnej jakuzy, używał go do wykonywania swoich obowiązków. Choć zarabiał krocie, znakomita część jego wynagrodzenia szła na spłatę lichwiarskich odsetek.

    Nie był to jednak koniec jego problemów. Pewnego dnia został on zdradzony przez gangsterów i zamordowany wraz ze swoim demonicznym przyjacielem. Pochita jednak nie umarł, lecz zjednoczył się z ciałem chłopaka. Dzięki temu Denji ożył, po czym jako pół człowiek i pół demon, z którego ciała wyrastały piły łańcuchowe, zemścił się na swoich krzywdzicielach. Od tej pory był lepiej znany jako Chainsaw Man!
                                                                                                                                                                      chainsaw man 01
    Manga „Chainsaw Man” opowiada o przygodach Denjiego i jego kompanów oraz kompanek z eksperymentalnego 4. Specjalnego Oddziału Demonobójczego. Jego nowatorskość polega na tym, że pracują w nim zarówno ludzie, jak i istoty demonicznego pochodzenia. Tak się bowiem złożyło, że gdy Denji odpłacił mafiosom pięknym za nadobne, zwrócił na siebie uwagę Makimy, kierującej działaniami zawodowych łowców demonów na obszarze Tokio. W ten sposób chłopak dostał legalną pracę.

    Od mangi o łowcach demonów należałoby oczekiwać dużo akcji, prawda? I otrzymujemy jej sporo. Walka z demonami na ogół nie jest zbyt finezyjna, lecz krwawa i brutalna, przy czym siła demonów, z którymi mierzą się Denji i jego koledzy, rośnie stopniowo. Choć tytułowa demoniczna postać bohatera jest nastawiona na walkę w zwarciu, to nie wszystkie demony da się pokonać brutalną siłą (co jest bardzo widowiskowe), gdyż niektóre można zabić dopiero, gdy zrozumie się sposób ich działania. Ważne są jednak nie tylko kolejne zlecenia, które wykonuje nasz początkujący łowca demonów. Ciekawie przedstawiono życie codzienne łowców. Są oni związani sztywnymi zasadami obowiązującymi urzędników państwowych względnie pracowników korporacji. Wyraźna jest tutaj hierarchia starszeństwa, zasady ubierania się czy nieformalny wymóg wspólnego spędzanie czasu po pracy. Nadaje to komiksowi swoistego klimatu i pozwala lepiej poznać bohaterów i to, czym żyją na co dzień. Ale takie momenty spokoju to przysłowiowa cisza przed burzą, bo zwroty akcji są tutaj nieraz tak gwałtowne, że nawet ja byłem zaskoczony ich skalą.

    Natomiast mam pewne obawy wobec projektu w dłuższej perspektywie. Nie liczę tutaj na szczególną finezję w poprowadzeniu fabuły. Ta zapewne będzie powtarzać dobrze znany schemat kolejnych potyczek z pomniejszymi potworami połączonych z poznawaniem zasad, jakimi rządzą się demony i łowcy oraz odkrywaniem przez bohatera kolejnych mocy, które zostaną wykorzystane w walce z głównym złym. Jeśli jednak nawet „Chainsaw Man” obierze taką drogę, to nic nie wskazuje na to, by była ona nużąca. Wręcz przeciwnie. A to dzięki bohaterom.

    Denji to chłopak, który sięgnął dna. Nieobce mu było „stołowanie się” w śmietnikach ani spanie w nich. Mógł on już tylko umrzeć (co faktycznie się stało) lub rozpocząć powrót na łono społeczeństwa. Mimo tego, że praca łowcy demonów jest prestiżowa i dobrze płatna, Denjiego nadal motywują, poza jedzeniem, dwie rzeczy: majtki i cycki, względnie cycki i majtki. Bohater nie uważa również, że przemoc nie jest rozwiązaniem. Wszak przy jej pomocy zwalcza demony, a czasami także wyjaśnia nieporozumienia z kolegami z pracy. Mimo ponurej przeszłości jest to postać, która dzięki dążeniu do zaspokojenia swoich najbardziej podstawowych instynktów niemalże za wszelką cenę wydaje się zabawna, ale zarazem charyzmatyczna.

    Niewiele ustępuje mu Power, magus (czyli demon, który opętał ciało zmarłego), która jest równie żarłoczna, co Denji, ale w przeciwieństwie do niego zdaje się nie mieć nawet odrobiny poczucia honoru. Kłamie w żywe oczy, jeśli uważa, że pozwoli jej to osiągnąć cel. Pomimo nieustannych utarczek ta dwójka musi szukać kompromisu, aby przetrwać. Rodzi to również mnóstwo zabawnych sytuacji.

    Pozostali bohaterowie są całkiem interesujący, zwłaszcza Makima, przełożona Denjiego, i Power, która potrafi doskonale motywować swoich podwładnych. Nieważne, czy apeluje do ich poczucia honoru, czy też najniższych rządz, robi to zawsze z klasą. Poza tym mamy też innych łowców demonów, każdego z trochę inną historią i mocami. Choć ich przeszłość zarysowana jest szczątkowo, to dzięki niej rozumiemy ich motywację i stają się oni istotnymi postaciami drugoplanowymi. Nie tylko wprowadzają głównych bohaterów w świat łowców demonów i uczą zasad, jakie w nim obowiązują, ale również przelewają na nich swoje cele i ambicje. Są oni niezbędnym, choć nie nieśmiertelnym czynnikiem kształtującym Denjiego.

    chainsaw man 02Te i inne opisane wyżej elementy należy zaliczyć na plus. Ale nie wiem, czy manga sprawiała by tak pozytywne wrażenie, gdyby nie oprawa graficzna. Rysunkom nie brakuje detali, a proporcje postaci (w każdym razie tych ludzkich) na ogół są zachowane. Sceny walki są dynamiczne i przerysowanie krwawe, aczkolwiek nie nazwałbym ich niesmacznymi. Ale demony… Demony są tym elementem, dla którego powinniście sięgnąć po tę mangę. Niektóre swoim wyglądem nawiązują do japońskiej tradycji, inne są przesiąknięte wpływami nowoczesnej cywilizacji, o czym świadczą ich nazwy, jak np. demon piły mechanicznej czy demon broni palnej. Sam wygląd głównego bohatera po przemianie jest jednym z najfajniejszych projektów postaci, jaki widziałem, odkąd interesuję się mangą i anime. Najwyraźniej autor też jest dumny ze swego pomysłu, bo czasami, tworząc inne demony, powraca do wizerunku monstrum, któremu broń wyrasta z ramion oraz czaszki.

    Podsumowując, po przeczytaniu pierwszych trzech tomów manga „Chainsaw Man” budzi u mnie pozytywne nastawienie. Bohaterowie i świat są interesujący, a wygląd demonów czasami zapiera dech w piersiach. Nie wiem jednak, jak autor poradzi sobie z ograniczeniami fabularnymi, jakie mogą wyniknąć z faktu, że kolejne rozdziały ukazują się co tydzień. Może to w końcu doprowadzić do przepełnienia komiksu trwającymi w nieskończoność pojedynkami i nawarstwieniem się wątków i terminów, które swą liczbą będą odstraszać nowych czytelników. Póki jednak „Chainsaw Man” ma niski próg wejścia, należy dać mu szansę.

  • Recenzja Mangi: „Freyja - Fałszywy Książę” - Autor: Keiko Ishihara

    Tytuł mangi

    Freyja - Fałszywy Książę

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Keiko Ishihara
    Gatunek: Shoujo, akcja, dramat, romans, fantasy
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 5+
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 5 tomów

    Komiks „Freyja – Fałszywy książę” wzbudził moje zainteresowanie już w momencie, gdy przeczytałem jego zapowiedź. To zdarza się dość często, jednak utrzymanie czytelnika wymaga czegoś więcej niż tylko poruszania interesującej go tematyki. A tej mandze ta sztuka się udała.

    Freyja, główna bohaterka opowieści, była rezolutną dziewczyną żyjącą w małej wiosce, którą zdawały się omijać zawieruchy dziejów. Lecz wszystko trwało do czasu. Pewnego dnia do osady przybyli jej dwaj przyjaciele, Aaron i Alexis, którzy zostali rycerzami. Mieli oni dla Freyji nie jedną, ale aż dwie złe wiadomości i pewną propozycję. Po pierwsze, Królestwo, w którym znajdowała się wioska, Tyr, było na skraju upadku, toczone wewnętrzną korupcją i zagrożone podbojem przez silniejszego sąsiada, imperium Sigurdu. Po drugie, jedyna nadzieja podupadającego państwa, książę Edvard (zwany też księciem nadziei), został otruty. Dlatego właśnie bracia złożyli Freyji intratną i jednocześnie niebezpieczną propozycję. Dziewczyna, podobna do Edvarda jak dwie krople wody, mogła wcielić się w rolę umierającego następcy tronu i zyskać dla Tyru odrobinę czasu.

    Sytuacja, w której znalazł się Tyr, wydaje się beznadziejna. Państwo praktycznie pozbawione jest władcy, a osoby, które chciałyby wziąć rządy w swoje ręce, są podejrzewane jeśli nie o prywatę, to wprost o zdradę. Freyja, choć wygląda identycznie jak zmarły książę, nie ma z początku ani jego charyzmy, ani umiejętności. Ma natomiast wiele dobrej woli i wiernych przyjaciół, którzy za cenę własnego życia będę bronić zarówno jej, jak i królestwa przed agresorem.

    Freyja musi działać szybko i sięgać po najróżniejsze środki, by zwyciężyć. Nieustannie uczyfreyja falszywy ksiaze 1się zasad, jakimi kierują się wyższe sfery, bierze udział w bitwach, podróżuje do innych królestw z misjami dyplomatycznymi, a w międzyczasie nie raz i nie dwa znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wydarzeniom nie brakuje zwrotów akcji i dramatyzmu. Mam jednak wrażenie, że czasami akcja była wręcz zbyt dynamiczna, a sytuacja zmieniała się w sposób tak gwałtowny i niezapowiedziany, że zaczynałem kartkować strony, by sprawdzić, czy nie przeoczyłem po drodze czegoś istotnego. Ponadto, jeśli jest to wygodne i służy przyspieszeniu wypadków, to autorka zawiesza chyba na pewien czas działanie praw fizyki. Bohaterowie potrafią skakać z całkowitą pogardą dla wysokości, na jakiej się znajdują, nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy, względnie biec o wiele szybciej niż pędzący za nimi tłum i jeszcze znaleźć czas na pogawędkę. Wygląda to czasami naiwnie, zwłaszcza jeśli dotyczy rycerzy w ciężkich zbrojach.

    Postacie są naprawdę interesujące. Freyja to żywiołowa i optymistyczna dziewczyna, jednak zarazem bardzo uczuciowa. Czasami sytuacja zdaje się ją przerastać, co jest zrozumiałe i czyni Freyję wiarygodną dla czytelnika. Jej pragnienie chronienia innych nawet z narażeniem własnego życia jest dobrze i przekonująco wyjaśnione. Moim zdaniem to bardzo udana postać kobieca, której wielu będzie kibicować.

    Przez karty komiksu przewija się też sporo innych bohaterów, którzy mają zróżnicowane charaktery. Autorka starała się unikać schematów, w efekcie czego antagoniści potrafią wzbudzić szczery podziw czytelnika swoją pomysłowością czy poczuciem honoru, które sprawiają, że czasami wyrastają ponad własny egoizm i czynią coś dobrego. W otoczeniu Freyji nie brakuje też niesnasek, gwardziści rywalizują o względy księcia, w którego wciela się dziewczyna, ale pokazują też innym ich miejsce w szeregu. To tworzy niesamowitą mieszankę i sprawia, że chciałoby się lepiej poznać te postacie. I nieraz drży się o ich los, bowiem autorka „Freyji – Fałszywego księcia” niczym w „Pieśni Lodu i Ognia” nie czyni swych postaci nieśmiertelnymi.

    Grafika robi dobre wrażenie. Postacie są ciekawie zaprojektowane, choć występują pewne problemy z ich anatomią. Zarówno kostiumy, jak i wyposażenie wnętrz często są pełne detali, choć na ogół, jeśli na materiale jest jakiś wzór, to powtarza się on na całej jego powierzchni. W wielu kadrach brakuje tła, które pomogłoby lepiej zaprezentować przedstawianą sytuację. Widać, że manga bardziej skupia się na akcji i historii niż szczegółach, gdyż walki są rozrysowane przejrzyście i dynamicznie. Co prawda brakuje mi trochę wyrazistego i niepowtarzalnego stylu rysowania choćby postaci, ale ogólnie od strony technicznej to kawałek dobrej roboty.

    Podsumowując, komiks „Freyja – Fałszywy książę” to „udana” pozycja. Widać, że przyłożono dużą wagę do nakreślenia charakterów postaci, dzięki czemu są one interesujące, a obawa o ich losy udzielała mi się nieraz podczas przeglądania mangi. Jeśli dodamy do tego pełną (czasami naiwnych) zakrętów fabułę, otrzymamy produkt godny polecenia nie tylko fanom mang z gatunku shoujo, ale też innym czytelnikom.

  • Recenzja gry: Postaw na klocka

    Postaw na klocka

    Postaw na klocka

    Nazwa Wydawnictwa

    Wydawca: Muduko
    Autor: Paweł Świstek
    Rodzaj: gra zręcznościowa
    Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
    Losowość: Mała
    Gra składa się z: 
    - 30 klocków
    - 40 kart budowli
    - 10 kart trudności
    - 6 pionków graczy
    - toru punktacji
    - instrukcji

    Gry zręcznościowe są specyficzną kategorią, która wśród bardziej zaawansowanych graczy nie ma dużej rzeszy fanów. Planowanie, układanie strategii i taktyczne myślenie nie są wymagane. Zamiast nich potrzeba spostrzegawczości, szybkości lub pewnej ręki. Nie inaczej jest w przypadku „Postaw na klocka”, najnowszej propozycji wydawnictwa Muduko. 

    Rozgrywka nieco różni się w zależności od liczby graczy. W mniejszym gronie (2-3 osoby) każdy otrzymuje po pięć dużych klocków w dwóch kolorach oraz dwa odpowiadające im małe, które kładzie na torze punktacji. W większym składzie (4-6 osób) gracze dostają tylko jeden zestaw komponentów. 

    Postaw na klockaRunda rozpoczyna się od odkrycia wierzchniej karty budowli z talii. Następnie wszyscy jednocześnie zaczynają układać ukazaną na niej konstrukcję ze swoich klocków. W zależności od poziomu skomplikowania do ułożenia jednego układu może być potrzebna współpraca dwóch lub trzech osób. Odpowiednie oznaczenia są pokazane na kartach, tak jak i kolory graczy, którzy powinni być tymczasową drużyną. 

    Osoba lub drużyna, która najszybciej odtworzy pokazany układ, zdobywa punkt, który od razu jest zaznaczany na torze punktacji. Ten, kto jako pierwszy zdobędzie ich dwanaście, wygrywa. 

    Dodatkowo w większym składzie (4-6 osób) po wejściu na czerwone pole gracz „dociąga” kartę trudności z czerwonej talii. Od tej pory ta osoba musi grać z wylosowanym utrudnieniem, czyli wskazaną techniką chwytu klocków. Zmiana nastąpi dopiero przy kolejnym takim polu. Odejmując sobie punkt, można odrzucić tę kartę. 

    Postaw na klocka„Postaw na klocka” ma bardzo proste ilustracje przedstawiające konstrukcje z komponentów oraz ułożenie rąk przy utrudniających grę chwytach. Grafiki mnie zachwyciły, ale w tego typu zręcznościówce mają spełniać proste zadanie przekazania informacji i robią to dobrze. Nie podoba mi się natomiast format pudełka, który w ostatnim czasie staje się dosyć popularny, a mianowicie kostka. Za plus można uznać natomiast jego rozmiar, ponieważ klocki i karty mieszczą się w nim idealnie. 

    Niektóre konstrukcje mają zabawne nazwy, które na pewno pomogą zapamiętać układany wzór. I tak możemy znaleźć „Klockowskaz”, „Krzywe kloce z Piccy” czy „Dżedajkloc”, które nawiązują do bajek, filmów i przedmiotów codziennego użytku. 

    Postaw na klockaUstawianie klocków może wydawać się łatwe, ale ułożenie budowli dla dwóch i trzech graczy wymaga niemałej zręczności i pewnej ręki. Jeśli do tego doda się utrudnienie w postaci układania tylko przy pomocy kciuków lub bez użycia środkowego palca, to zabawa wchodzi na trochę wyższy poziom trudności.  

    „Postaw na klocka” poleciłabym przede wszystkim dzieciom i ich rodzicom. Podany na pudełku sugerowany wiek graczy 12+ wydaje mi się zawyżony, ponieważ młodsze dzieci także sobie poradzą. Jednak wtedy byłoby najlepiej, gdyby osoby grające były w zbliżonym wieku. Najnowsza propozycja wydawnictwa Muduko sprawdzi się również na imprezach, bo upadające konstrukcje i nienaturalne chwyty momentami wywołują salwy śmiechu. 

  • Recenzja Mangi: „Darling In The Franxx” - Autorzy: Code: 000, Kentaro Yabuki

    darling in the franxx

    Darling in the Franxx

    Nazwa Wydawnictwa

    Autorzy: Code:000 (scenariusz) ,Kentaro Yabuki (rysunki) 
    Gatunek: mecha, romans, fantastyka naukowa
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 8
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 4 tomów

    Niniejsza recenzja, tak jak manga „Darling in the Franxx”, skierowana jest do czytelników, którzy ukończyli osiemnaście lat.

    Anime „Darling in the Franxx” cieszyło się niemałą popularnością i nie będę z tym faktem polemizował, bo przeglądając mangę, domyśliłem się przyczyn powodzenia oryginału. Jednak przedstawiona w mandze alternatywna i odbiegająca od anime historia pozostawia wiele do życzenia.

    Głód energii sprawił, że ludzie poczęli czerpać ją z magmy. Niestety, wykorzystanie jej mocy przyciągało uwagę istot zwany Kyoryu, które poczęły niszczyć wszystko, co było napędzane tym paliwem. Ludzie, aby uniknąć zagłady, przenieśli się ze stałych siedzib do poruszających się po lądzie przypominających kopuły miast, które przed atakami Kyoryu chroniła nie tylko mobilność, ale też oddziały mechów zwanych na cześć ich twórcy Franxxami. Ich pilotami nie byli jednak dorośli, ale dzieci, a dokładnie pary złożone z chłopców i dziewczynek zwanych pasożytami.

    W jednym z miast mieszkał chłopiec imieniem Hiro, który nie mógł zestroić się z żadną partnerką, a przez to nie był w stanie pilotować mecha i bronić dorosłych. Ciążyło mu to na sumieniu tak bardzo, że gdy tylko w mieście pojawiła się dziewczyna zwana Zero Two, przy pierwszej nadarzającej się okazji wsiadł do jej mecha. Był jednak pewien szkopuł, gdyż wszyscy poprzedni partnerzy Zero Two wyzionęli ducha po trzeciej walce…
                                                                                                                                                                      darling in the franxx 01
    Skąd pochodzą Kyoryu? Dlaczego dzieci chowają się w specjalnych wydzielonych strefach i bronią dorosłych, a nie na odwrót? Na te i inne istotne pytania manga co prawda nie udziela (jak na razie) odpowiedzi. Udziela ich za to Wikipedia. Znam przykłady światów, których enigmatyczny opis skłania widza do zadawania pytań, a szukanie odpowiedzi może mieć swój urok. Jednak manga „Darling in the Franxx” doprowadziła to do skrajności, bo czytelnik posiada tak mało informacji o świecie, że nawet nie bardzo wie, o co pytać, a autor nie pali się do udzielania odpowiedzi, rzucając po drodze mało okruszków, za którymi można by podążać, aby zaspokoić głód wiedzy. Moim zdaniem brak odpowiedzi na te pytania utrudnia późniejsze zrozumienie motywacji bohaterów.

    Jednak to nie świat przedstawiony jest tym, co stanowi o sile komiksu. Akcja praktycznie od pierwszej strony rusza z kopyta, a jeśli zdarza się jej zwolnić, są to krótkie chwile wytchnienia dla czytelnika. Nie brakuje starć pomiędzy mechami a Kyoryu, które są szybkie i dynamiczne. Nie uświadczymy też zbędnego patosu i dłużyzn, w których bohaterowie dzielą się swoimi filozoficznymi rozważaniami. Ale wiele z tych spokojniejszych momentów rozgrywa się w damskiej łazience, pod prysznicem czy damskiej przebieralni. W żadnym razie nie jest to więc czas stracony.

    Akcja i fanserwis – na tym trzyma się „Darling in the Franxx”. Mocnym elementem tego tytułu nie są natomiast postacie. Mści się na nich pobieżne zarysowanie świata, przez co motywacja bohaterów jest albo niezrozumiała, albo łatwo ją źle zinterpretować. Hiro może się wydawać wyjętym wprost z naszego świata archetypem japońskiego nastolatka, który musi mierzyć się z wysokimi oczekiwaniami dorosłych. Natomiast Zero Two, zdająca sobie doskonale sprawę, że jej partnerzy giną, i kłócąca się z niedoszłą partnerką swego „ukochanego” (jak nazywa Hiro) o to, która z nich kocha chłopaka bardziej, wygląda nie tyle zabawnie, co niepoważnie. Motywacja tej dwójki bohaterów, przypominająca relację między samcem a samicą modliszki (modliszka zjada samca po kopulacji), wydaje się być okrutnie uproszczona.

    Pozostali bohaterowie są nakreśleni bardzo pobieżnie, o każdym z nich można powiedzieć nie więcej niż dwa lub trzy zdania. Mam jednak wrażenie, że głównym zadaniem ich męskiej części było pilotowanie mechów, a żeńskiej (poza kierowaniem wielkimi robotami) – hojne obdarowywanie czytelnika fanserwisem.

    darling in the franxx 02Czasem mam wrażenie, że komiksowe adaptacje anime czy też light novel ilustrują mangacy, którzy dopiero zdobywają swoją pozycję w branży. W przypadku „Darling in the Franxx” jest inaczej. Ilustratorem jest bowiem Kentaro Yabuki, znany jako rysownik mangi „To Love Ru”. Jest on weteranem w swoim fachu i to widać. Przede wszystkim zwracają na siebie uwagę niezwykle przyjemne dla oka projekty postaci, zwłaszcza dziewcząt, których krągłości nie są przerysowane czy karykaturalne. A bohaterki pokazują je często i to nie tylko w łazience czy w przebieralni, gdyż stroje noszone przez nie w mechach są bardzo ciasno dopasowane. Muszę przyznać, że pozycja, w jakich piloci (chłopiec i dziewczyna) prowadzą mechy, wydawała mi się dość nieprzyzwoita i kojarzyła z pewną pozycją seksualną. Nie koniec na tym, bo gdy bohaterki przeżywają w kokpicie jakieś duchowe rozterki, są pokazywane obnażone. Można się uśmiechnąć, kiedy naga dziewczyna zastanawia się, czy jest dobrym dowódcą w czasie walki.

    Mechy przypominają mi swoim wyglądem japońskie idolki z ich dziwnymi fryzurami i prążkowanymi pończochami, które udało się odwzorować. Wygląda to interesująco i cieszy oko. Dzięki temu, że mechy posiadają pewnego rodzaju „twarz”, są bardzo ludzkie, wręcz wydają się bohaterami mangi na równi z ich pilotami. Szkoda tylko, że zróżnicowany wygląd i uzbrojenie nie przekładają się na taktykę prowadzenia walk, która tutaj prawie nie istnieje. Zdziwiłem się bardzo, że nawet Franxxy stają obiektem swoistej seksualizacji – ukazywane są pod nietypowym kątem, często w sugestywnej pozie. Jednak walki, które toczą, są dynamiczne i narysowane z pasją.

    Niestety, projekty Kyoryu budzą mieszane uczucia, bo choć są szczegółowe, to w jednym przypadku wyglądają jak opętany przez Szatana efekt pracy frezarki, który dostał nóżek i uciekł z zakładu. Słowem, nie są one zbyt inspirujące, raczej standardowe.

    Podsumowując, mangę „Darling in the Franxx” czyta się szybko, łatwo i zasadniczo przyjemnie. Pozostawia ona jednak niedosyt związany z bardzo pobieżnym pokazaniem świata, które przekłada się na rozumienie (lub niezrozumienie) motywacji głównych bohaterów. Moim zdaniem nie jest to zupełnie samodzielny produkt, gdyż sugerowane jest wcześniejsze zapoznanie się z anime, które pozwoli w pełni go zrozumieć.

  • Recenzja gry: Spór o bór

    Spór o bór

    Spór o bór

    Nazwa Wydawnictwa

    Wydawca: Muduko
    Autor: Reiner Knizia
    Rodzaj: karciana, dwuosobowa
    Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
    Losowość: Średnia
    Gra składa się z: 
    - 64 kart
    - 9 płytek
    - 2 płytek pomocy
    - instrukcji

    Kilka lat temu ktoś polecił mi grę „Schotten Totten”, dwuosobową karciankę, w której wcielamy się w Szkotów. Gdy zobaczyłam pudełko i grafiki, podziękowałam za polecenie i nawet nie spróbowałam zagrać. Ani temat, ani ilustracje do mnie nie przemówiły. Dlatego gdy dowiedziałam się, że wydawnictwo Muduko wydaje odświeżoną wersję tego tytułu, postanowiłam dać tej grze drugą, a właściwie dopiero pierwszą szansę. Tym razem oprawa wizualna przypadła mi do gustu i tak „Spór o bór” trafił na mój stół. 

    W nowej odsłonie przyjdzie nam stanąć na czele armii zwierzaków. I choć niepozorna wiewiórka na pierwszy rzut oka nie może równać się z potężnym żubrem, to nie siła jednostki ma znaczenie. Ważniejsze jest taktyczne rozstawienie naszych poddanych. 

    Spór o bórPrzygotowanie do rozgrywki zajmuje tylko chwilę. Należy potasować talię składającą się z pięćdziesięciu czterech kart w sześciu kolorach o wartościach od 1 do 9 i rozdać każdemu po sześć na rękę. Na środku stołu tworzymy rząd z płytek przedstawiających polany. Następnie gracze na zmianę będą wykładali jedną kartę przy dowolnym kafelku po swojej stronie i dobierali z zakrytego stosu kolejną, tak aby mieć na ręce zawsze tyle samo kart. 

    Przy każdej polanie po swojej stronie można umieścić maksymalnie trzy karty. Dokładamy je w dowolnej kolejności i nie musimy zapełnić całej kolumny, aby przejść do następnej. Naszym celem jest „przejęcie kontroli” nad kafelkami. Możemy to zrobić, posiadając lepszy od przeciwnika zestaw trzech kart przy tej samej polanie. 

    Na kartach pomocy gracze mają ściągę grup, które można utworzyć. Przewagę zdobywamy, gdy mamy silniejszą formację, a jeśli posiadamy taką samą jak rywal, wygrywa ta z wyższą sumą liczbową. Najmocniejszy jest legion (następujące po sobie wartości w tym samym kolorze), potem kompania (trzy te same wartości różnych kolorów), bractwo (trzy karty tego samego koloru), banda (następujące po sobie wartości w dowolnych kolorach) oraz zgraja (trzy dowolne kolory i wartości). 

    Grę wygrywa osoba, która zdobędzie przewagę nad trzema sąsiadującymi płytkami lub nad pięcioma bez względu na ich położenie.

    Spór o bór„Spór o bór” to szybka karcianka, po której nie spodziewałam się wiele. Moje przeczucia były błędne, bo okazało się, że gra jest naprawdę przyjemna. Początkowo wydaje się, że wykładanie karty i pobieranie nowej będzie nudne, ale zaplanowanie swoich zestawów na wszystkich dziewięciu polanach nie jest takie proste i wymaga myślenia. Oczywiście nie musimy przejąć kontroli nad wszystkimi płytkami, żeby wygrać, ale i tak optymalne ułożenie jest bardzo trudne do zrealizowania, tym bardziej że nie mamy wszystkich informacji o tym, co jeszcze dobierzemy podczas rozgrywki. I co gorsza – nie wiemy, co przeciwnik posiada na ręce. Żadna karta się nie powtarza, więc jeśli drugi gracz trzyma coś, na co czekamy, może umyślnie opóźniać wyłożenie i pozbawiać nas ważnych informacji. 

    Po kilku partiach możemy urozmaicić naszą grę. W pudełku znajdują się także jednostki specjalne. Pozwalają one między innymi na ustalanie wartości i koloru danej karty w momencie przejmowania przewagi nad polaną, odrzucanie lub przenoszenie wcześniej wyłożonych zwierząt czy też zmienianie zasad zdobywania płytki. Ten wariant wprowadza sporo zamieszania, ponieważ pierwotnie rozlokowane jednostki nie są już na stałe przypisane do jednego miejsca. Nasze mocne zestawy bardzo łatwo zniszczyć i zniweczyć cały plan.  

    Spór o bórW dwuosobowych grach często występuje sporo negatywnej interakcji. Tu też ją spotkamy, ale w mniejszym stopniu. Nie możemy bezpośrednio komuś zaszkodzić, ponieważ karty są dobierane na zmianę i nie mamy na to wpływu. Natomiast wspomniane ukrywanie i przeciąganie przy umieszczaniu danych wartości na stole to czysta przyjemność, gdy wiemy, że przeciwnik na to właśnie czeka. Więcej ingerencji w poczynania rywala daje wariant ze specjalnymi jednostkami. Tam mieszanie w szeregach wroga to już otwarta wojna.

    Bardzo podoba mi się wykonanie gry. Grafiki są ładne i ciekawe. Na kartach z tymi samymi cyframi znajdują się zwierzęta tego samego gatunku, ale różnią się kolorystyką ubrań i gadżetów, zgodnie z przynależnością do różnych klanów. Dzięki temu – mimo powtarzalności ilustracji – czujemy, że rzeczywiście dwa borsuki należą do innych plemion, natomiast różne gatunki tego samego koloru to jedna rodzina. 

    „Spór o bór” to gra, która zyskuje z każdą partią. W pierwszej rozgrywce chcemy mieć najsilniejsze formacje przy każdej polanie, a przynajmniej ja miałam taką nierealną wizję. Natomiast następne rozdania odkrywały przede mną nowe taktyczne zagrania, w których nawet wspomniana wiewiórka z dwiema koleżankami mogła pokonać z pozoru silniejsze zwierzęta.

    Stara gra w nowej odsłonie jest śliczna, szybka do rozegrania i po prostu dobra. To świetny przykład na to, że talia kart bez stosu plastiku, planszy, żetonów i wielkich figurek może dawać wiele satysfakcji. Grę poleciłabym wszystkim – początkującym i zaawansowanym graczom, a także dzieciom. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie, a krótki czas rozgrywki zachęca do rozegrania kilku partii z rzędu. 

  • Recenzja gry: Spór o bór

    Spór o bór

    Spór o bór

    Nazwa Wydawnictwa

    Wydawca: Muduko
    Autor: Reiner Knizia
    Rodzaj: karciana, dwuosobowa
    Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
    Losowość: Średnia
    Gra składa się z: 
    - 64 kart
    - 9 płytek
    - 2 płytek pomocy
    - instrukcji

    Kilka lat temu ktoś polecił mi grę „Schotten Totten”, dwuosobową karciankę, w której wcielamy się w Szkotów. Gdy zobaczyłam pudełko i grafiki, podziękowałam za polecenie i nawet nie spróbowałam zagrać. Ani temat, ani ilustracje do mnie nie przemówiły. Dlatego gdy dowiedziałam się, że wydawnictwo Muduko wydaje odświeżoną wersję tego tytułu, postanowiłam dać tej grze drugą, a właściwie dopiero pierwszą szansę. Tym razem oprawa wizualna przypadła mi do gustu i tak „Spór o bór” trafił na mój stół. 

    W nowej odsłonie przyjdzie nam stanąć na czele armii zwierzaków. I choć niepozorna wiewiórka na pierwszy rzut oka nie może równać się z potężnym żubrem, to nie siła jednostki ma znaczenie. Ważniejsze jest taktyczne rozstawienie naszych poddanych. 

    Spór o bórPrzygotowanie do rozgrywki zajmuje tylko chwilę. Należy potasować talię składającą się z pięćdziesięciu czterech kart w sześciu kolorach o wartościach od 1 do 9 i rozdać każdemu po sześć na rękę. Na środku stołu tworzymy rząd z płytek przedstawiających polany. Następnie gracze na zmianę będą wykładali jedną kartę przy dowolnym kafelku po swojej stronie i dobierali z zakrytego stosu kolejną, tak aby mieć na ręce zawsze tyle samo kart. 

    Przy każdej polanie po swojej stronie można umieścić maksymalnie trzy karty. Dokładamy je w dowolnej kolejności i nie musimy zapełnić całej kolumny, aby przejść do następnej. Naszym celem jest „przejęcie kontroli” nad kafelkami. Możemy to zrobić, posiadając lepszy od przeciwnika zestaw trzech kart przy tej samej polanie. 

    Na kartach pomocy gracze mają ściągę grup, które można utworzyć. Przewagę zdobywamy, gdy mamy silniejszą formację, a jeśli posiadamy taką samą jak rywal, wygrywa ta z wyższą sumą liczbową. Najmocniejszy jest legion (następujące po sobie wartości w tym samym kolorze), potem kompania (trzy te same wartości różnych kolorów), bractwo (trzy karty tego samego koloru), banda (następujące po sobie wartości w dowolnych kolorach) oraz zgraja (trzy dowolne kolory i wartości). 

    Grę wygrywa osoba, która zdobędzie przewagę nad trzema sąsiadującymi płytkami lub nad pięcioma bez względu na ich położenie.

    Spór o bór„Spór o bór” to szybka karcianka, po której nie spodziewałam się wiele. Moje przeczucia były błędne, bo okazało się, że gra jest naprawdę przyjemna. Początkowo wydaje się, że wykładanie karty i pobieranie nowej będzie nudne, ale zaplanowanie swoich zestawów na wszystkich dziewięciu polanach nie jest takie proste i wymaga myślenia. Oczywiście nie musimy przejąć kontroli nad wszystkimi płytkami, żeby wygrać, ale i tak optymalne ułożenie jest bardzo trudne do zrealizowania, tym bardziej że nie mamy wszystkich informacji o tym, co jeszcze dobierzemy podczas rozgrywki. I co gorsza – nie wiemy, co przeciwnik posiada na ręce. Żadna karta się nie powtarza, więc jeśli drugi gracz trzyma coś, na co czekamy, może umyślnie opóźniać wyłożenie i pozbawiać nas ważnych informacji. 

    Po kilku partiach możemy urozmaicić naszą grę. W pudełku znajdują się także jednostki specjalne. Pozwalają one między innymi na ustalanie wartości i koloru danej karty w momencie przejmowania przewagi nad polaną, odrzucanie lub przenoszenie wcześniej wyłożonych zwierząt czy też zmienianie zasad zdobywania płytki. Ten wariant wprowadza sporo zamieszania, ponieważ pierwotnie rozlokowane jednostki nie są już na stałe przypisane do jednego miejsca. Nasze mocne zestawy bardzo łatwo zniszczyć i zniweczyć cały plan.  

    Spór o bórW dwuosobowych grach często występuje sporo negatywnej interakcji. Tu też ją spotkamy, ale w mniejszym stopniu. Nie możemy bezpośrednio komuś zaszkodzić, ponieważ karty są dobierane na zmianę i nie mamy na to wpływu. Natomiast wspomniane ukrywanie i przeciąganie przy umieszczaniu danych wartości na stole to czysta przyjemność, gdy wiemy, że przeciwnik na to właśnie czeka. Więcej ingerencji w poczynania rywala daje wariant ze specjalnymi jednostkami. Tam mieszanie w szeregach wroga to już otwarta wojna.

    Bardzo podoba mi się wykonanie gry. Grafiki są ładne i ciekawe. Na kartach z tymi samymi cyframi znajdują się zwierzęta tego samego gatunku, ale różnią się kolorystyką ubrań i gadżetów, zgodnie z przynależnością do różnych klanów. Dzięki temu – mimo powtarzalności ilustracji – czujemy, że rzeczywiście dwa borsuki należą do innych plemion, natomiast różne gatunki tego samego koloru to jedna rodzina. 

    „Spór o bór” to gra, która zyskuje z każdą partią. W pierwszej rozgrywce chcemy mieć najsilniejsze formacje przy każdej polanie, a przynajmniej ja miałam taką nierealną wizję. Natomiast następne rozdania odkrywały przede mną nowe taktyczne zagrania, w których nawet wspomniana wiewiórka z dwiema koleżankami mogła pokonać z pozoru silniejsze zwierzęta.

    Stara gra w nowej odsłonie jest śliczna, szybka do rozegrania i po prostu dobra. To świetny przykład na to, że talia kart bez stosu plastiku, planszy, żetonów i wielkich figurek może dawać wiele satysfakcji. Grę poleciłabym wszystkim – początkującym i zaawansowanym graczom, a także dzieciom. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie, a krótki czas rozgrywki zachęca do rozegrania kilku partii z rzędu. 

  • Recenzja mangi: „Gdy zapłaczą cykady - Księga marnowania czasu" - Autorzy: Ryukishi07, Yoshiki Tonogai

    Tytuł mangi

    Gdy zapłaczą cykady - Księga marnowania czasu

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Ryukishi07, Yoshiki Tonogai
    Gatunek: kryminał, tajemnica, psychologiczne
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 15
    Cena okładkowa: 27,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 4 tomów

    Ostatnia z serii Higurashi Księga Pytań jest podsumowaniem, w którym wcielimy się w rolę detektywa. Odkryjemy to, od czego wszystko się zaczęło oraz to, na czym wszystko się kończy.

    „Księga marnowania czasu” opowiada historię z czasów protestu przeciwko budowie tamy oraz parę lat po nim. Dostajemy tutaj początek oraz zakończenie do całej serii pytań. Wcielamy się w zupełnie nowego bohatera – Akasakę, który jest oszustem. Pod pretekstem porobienia kilku zdjęć pojawia się w wiosce Hinamizawa, aby zbadać sprawę zniknięcia małego chłopca. Oczywiście ukrywa swoje zamiary oraz to, że jest z Komendy Głównej. Chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do nowego protagonisty.ostatnie cykady

    Historia rozpoczyna się, gdy Akasaka idzie na przystanek, gdzie czeka na przewodnika, który ma oprowadzić go po wiosce. Tam spostrzega małą, uroczą Rikę, którą lepiej poznamy w tym woluminie. Bardzo szybko jednak zaczyna się robić przerażająco dziwnie. Dziewczynka ostrzega głównego bohatera i poleca mu wrócenie do Tokio, bo inaczej „będzie tego żałował”. Pytanie brzmi – czego?

    Obok szukania porywaczy poznajemy historię miłosną Akasaki. Ma on piękną, lecz chorowitą żonę w ciąży. Bardzo podoba mi się wątek, który został tu poruszony. Z jednej strony wydaje się nieistotnym, jednak ostatecznie nie jest bez znaczenia. Mam wrażenie, że każda kartka historii jest ważna.

    Ten tom nie jest przerażający, jest jednak ważnym dopełnieniem poprzednich części i wprowadzeniem do Ksiąg Odpowiedzi. Jest to również najkrótsza historia, najmniej rozbudowana. Niemniej, ciekawym przeżyciem było poznanie Hinamizawy z czasów, o których „każdy mówił” w poprzednich tomach, czyli z czasów protestu. Można w końcu powiedzieć „Aha, to tak to wszystko się zaczęło!” z dumą w oczach, że ma się tę wiedzę. Jednak zapewniam, że się mylisz i Księgi Odpowiedzi namieszają w twojej głowie.

    Chciałam poświęcić też krótką chwilę, aby pochwalić kreskę, która jest w starym stylu. Cieszę się, że cofnęliśmy się w czasie nie tylko pod względem fabuły, ale i rysunków.

    Ostatecznie manga ma charakter detektywistyczny, czyli znowu dostajemy absolutnie inne odczucie w porównaniu do poprzednich tomów. Mimo wszystko bardzo dobrze, że ostatecznie powstała, ponieważ dodaje kolejne elementy do naszej układanki. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, aby zaraz po niej przeczytać Księgi Odpowiedzi, które wywrócą nasz świat do góry nogami. Miłego czytania!

  • Recenzja mangi: „Gdy zapłaczą cykady - Księga morderczej klątwy" - Autorzy: Ryukishi07, Jiro Suzuki

    Tytuł mangi

    Gdy zapłaczą cykady - Księga morderczej klątwy

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Ryukishi07, Jiro Suzuki
    Gatunek: kryminał, tajemnica, dramat, horror, psychologiczne
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 15
    Cena okładkowa: 27,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 3 tomów

    Słyszysz kroki. Odwracasz się, ale nikogo nie widzisz. Czy to Ty zwariowałeś, czy świat jest szalony?  

    „Księga morderczej klątwy” jest bardzo nierówna, jeśli chodzi o poziom fabuły. Początkowo dostajemy tutorial mówiący o tym jak podrywać dziewczyny na umiejętności kucharskie. Zaraz potem zatapiamy się w bardzo dramatycznej historii o przemocy wobec dzieci. Ale od początku: uważam, że pierwsza połowa mangi jest przytłaczająco nudna. Rozumiem, że trzeba było przedstawić bohaterów, jednak można zrobić to ciekawie. Według mnie rzutuje to negatywnie na całą mangę, bo musiałam zabierać się za nią aż 3 razy.  cykady horror

    Jak już przebrniesz przez mecze baseballu i konkurs na najlepsze bento, to przygotuj się na ciężką atmosferę. Przede wszystkim to coś innego niż w poprzednich tomach, gdzie mieliśmy „po prostu” ciekawy horror. To historia o ludzkich dramatach. Grozą jest tu sam umysł. Dzięki temu, drugą część czyta się ciężko, ale z zaciekawieniem.  

    Historia, którą dostaniemy, opowiada o molestowaniu seksualnym, przemocy domowej, traumie i o tym, co człowiek jest w stanie zrobić dla swoich bliskich. To historia, z którą możemy zetknąć się na co dzień. Co zrobiłbyś, gdyby twój bliski cierpiał? Na około 500 stronach przedstawiono to, jak ludzka psychika zmienia się na przestrzeni wydarzeń. Jest to manga psychologiczna, taka, w której utożsamiamy się z bohaterem bardziej niż to miało miejsce dotychczas. Początek nie jest dobry, jednak warto go przemęczyć dla drugiej połowy tomu. Trafiła ona u mnie na pierwsze miejsce, jeśli chodzi o szczegółowość i wgląd w psychikę.  

    „Księga morderczej klątwy” jest najbardziej rozbudowana, jeśli chodzi o bohaterów i ich osobowość. Wydaje się być również najdłuższa, jeśli chodzi o liczbę stron. Dlatego trzeba zdecydowanie zarezerwować sobie moment skupienia i mieć ochotę na tego typu ciężkie historie. kreska cykady3

    Warto wspomnieć parę słów o kresce. Trudno mówić tu w kategoriach lepszy-gorszy, bo każdy tom rysuje inny artysta. Jednak ten wolumin wyjątkowo mi się podobał pod tym względem. Jak widać na zdjęciu, początek jest bardzo delikatny, przejrzysty i przyjemny, jednak pod koniec kreska robi się bardzo mroczna i agresywna.  

    Ostatecznie tom jest bardzo dobry, jednak trzeba przygotować się na smutny oraz dramatyczny nastrój. Manga nie pozostawia w nas uczucia tajemnicy i ciekawości, a pustkę. Biorąc pod uwagę poruszaną tematykę tomik polecam osobom 16+.

  • Recenzja gry: Holi. Festiwal kolorów

    Holi. Festiwal kolorów

    holi

    Muduko

    Wydawca: Muduko
    Autor: Julio E. Nazario
    Rodzaj: logiczna
    Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
    Losowość: Mała
    Gra składa się z: 
    - trzypoziomowej planszy
    - 52 kart kolorów
    - 21 kart rywalizacji
    - 100 żetonów koloru
    - 24 żetonów słodyczy
    - 4 pionków graczy
    - 4 znaczników punktacji
    - toru punktacji
    - znacznika pierwszego gracza
    - 4 kart pomocy
    - instrukcji

    W ostatnich miesiącach gracze mogli zapoznać się z kilkoma ładnie wykonanymi logicznymi planszówkami. Jeszcze niedawno gry logiczne wizualnie nie zachwycały, ponieważ w większości posiadały tylko symbole lub bardzo proste grafiki. Próżno było szukać pozycji z ciekawym tematem, do tego powiązanym z mechaniką. Na szczęście te czasy mijają i coraz więcej autorów chce przyciągnąć fanów planszówek także wyglądem swojego dzieła. 

    Jedną z takich gier jest „Holi. Festiwal kolorów”, wydana w Polsce przez wydawnictwo Muduko. Okładka przykuwa wzrok, ponieważ jest bardzo kolorowa, natomiast tył pudełka przedstawia trzypoziomową planszę. To właśnie na niej będziemy układać znaczniki i wspinać się jak najwyżej, aby zdobyć więcej punktów. 

    holiHoli to hinduistyczne święto radości, które odbywa się corocznie w lutym lub marcu. Podczas obrzędów ludzie obrzucają się kolorowymi proszkami i farbami i dzielą się słodyczami. Właśnie to przyjdzie nam robić podczas rozgrywki. Jednak zanim ona nastąpi, musimy złożyć planszę, co jest dosyć proste i dobrze opisane w instrukcji. Każdy pobiera żetony, karty i figurkę w wybranym kolorze, natomiast znaczniki punktacji lądują na odpowiednim torze. Na pierwszym i drugim poziomie planszy, na polach sąsiadujących z rogami, kładziemy żetony słodyczy. W narożnikach na parterze umieszczamy swoje pionki i możemy rozpocząć grę. 

    W pierwszej turze dobieramy po jednej karcie swojego koloru, natomiast w każdej kolejnej, na koniec swoich ruchów, uzupełniamy do trzech kart na ręce. W swojej kolejce możemy wykonać trzy akcje. Pierwsza to wyłożenie karty i jest obowiązkowa. Pokazanyholiwzór musimy przenieść na poziom z naszym pionkiem. Zakrywamy odpowiednie pola swoimi znacznikami, ale jeden kwadracik musi być naszym pionkiem, chyba że na karcie widnieje gwiazda. Wtedy to na tym miejscu musi znajdować się nasza figurka. Nie możemy przykrywać pól z kolorami innych graczy, jednak możemy brać pod uwagę cudze pionki. Wtedy zamiast kłaść żeton przekazujemy go odpowiedniej osobie. Daje nam to jeden punkt, a na koniec – po dwa za każdy nasz znacznik znajdujący się w zasobach innych graczy. 

    Dwa opcjonalne ruchy to przemieszczenie się na tym samym poziomie oraz wspinaczka na poziom wyższy, jeśli jesteśmy otoczeni z czterech stron żetonami. 

    Teraz stosujemy zasady spadania kolorów na niższe platformy. Jeśli układamy wzór z karty, sprawdzamy, czy bezpośrednio pod położonymi znacznikami są puste pola. Jeśli tak, przenosimy je niżej. Gdy przesuwamy pionek na zajęte pole, zabieramy żeton niezależnie od jego koloru. Podobnie jest ze słodyczami – a te przyniosą nam dodatkowe punkty, jeśli zdobędziemy ich więcej niż pozostali gracze. Gra się kończy, gdy żaden z graczy nie może już wykonać akcji wykładania karty. 

    holi3„Holi. Festiwal kolorów” zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. I chociaż mogła to być gra logiczna bez tematu i mechanicznie nic nie musiałoby się zmienić, autor postawił na kolorowe święto – i przy okazji przedstawił je osobom, które do tej pory o Holi nie słyszały. Co prawda, w rzeczywistości chodzi o obrzucanie innych farbami, a w planszówce bardziej opłaca nam się wspinać i rzucać żetony na plansze, ale i tak twórca starał się włożyć w tę planszówkę choć trochę klimatu. 

    Mechanicznie gra także się broni. W pierwszej rozgrywce możemy tego nie zauważyć, ale w każdej kolejnej dostrzegamy bardziej opłacalne ruchy i ustawienia. Im szybciej wejdziemy wyżej, tym więcej żetonów uda nam się tam zostawić, a są one najlepiej punktowane. Jednak nie możemy już zejść z powrotem, a pod sobą zostawiamy słodycze – same w sobie nie są one atrakcyjne i nie zwraca się na nie zbytniej uwagi, jednak przy liczeniu punktów mogą zaważyć na zwycięstwie.  

    Podoba mi się kombinowanie w poziomie i pionie. Układając wzór z karty, musimy myślećholio tym, żeby nasz pionek znajdował się na jednym z pól lub był tam, gdzie wskazuje symbol. Jednocześnie chcemy co jakiś czas zawrzeć w naszym układzie cudze pionki, bo choć to zabiera nam znaczniki, których już nie odzyskamy, to przynosi jednocześnie korzyści punktowe. Gdy wejdziemy wyżej, musimy jeszcze wziąć pod uwagę pola z niższych platform. Położenie żetonu na trzecim poziomie to jeszcze nie sukces, bo  może on spaść na sam dół i dać nam jeden zamiast trzech punktów. Dlatego ważne jest, żeby pod nami znajdował się już inny znacznik, który blokuje spadanie. Jeśli zamiast niego znajduje się pod nami figurka innego gracza, spadek działa tak samo jak obrzucenie przeciwnika kolorem – zabiera nasz znacznik, ale daje nam korzyści. 

    Gdy nasze kolory są rozsypane po planszach, coraz trudniej dokonywać wyboru. Wprawdzie mamy trzy karty na ręce, ale i tak zajęte pola przeszkadzają w planach i uniemożliwiają optymalne ruchy. Wraz z postępem gry jest coraz trudniej, więc mogą być małe przestoje w podejmowaniu decyzji, ale nie na tyle długie, aby przeszkadzały innym. W pełnym składzie jest jeszcze trudniej, ponieważ sytuacja na planszach zmienia się całkowicie, zanim znowu będziemy mogli wykonać swój ruch. Układanie wzorów od początku jest bardziej skomplikowane, ponieważ żetonów przybywa w szybkim tempie. 

    Dla zaawansowanych graczy przygotowano dodatkową talię rywalizacji. Na początku rozgrywki wykładamy trzy losowe karty i musimy stosować się do ich opisów. Mogą one zmieniać punktację lub sposób poruszania pionkami. Mogą także utrudnić grę, bo powodują, że niektóre akcje są bardziej opłacalne, a inne – mniej. Dzięki temu partie są różnorodne i szybko się nie znudzą. 

    holiNie jest to pierwsza trójwymiarowa gra logiczna, w którą miałam przyjemność grać, ale na pewno okazała się najobszerniejsza. Złożone komponenty robią dobre wrażenie i są porządnie wykonane. Żetony, dzięki swojej grubości, nie powinny się szybko zniszczyć. Trzeba uważać przy wkładaniu ręki pomiędzy niższe poziomy, żeby nie strącić innych elementów, ale miejsca i tak jest wystarczająco dużo. Również wgłębienia nie utrudniają zbierania znaczników – jest ono łatwe i nie grozi zniszczeniem ustawienia. 

    Tytuł przypadł mi do gustu i na pewno jeszcze nieraz znajdzie się na moim stole. Zasady są proste, ale optymalne ruchy wymagają zastanowienia, więc będzie dobrą propozycją zarówno dla dzieci, które przy okazji poćwiczą przestrzenne myślenie, jak i dla dorosłych.  

  • Recenzja mangi: „Gdy zapłaczą cykady - Księga uprowadzenia przez demony" - Autorzy: Ryukishi07, Karin Suzuragi

    Tytuł mangi

    Gdy zapłaczą cykady - Księga uprowadzenia przez demony

    Nazwa Wydawnictwa

    Autorzy: Ryukishi07, Karin Suzuragi
    Gatunek: kryminał, tajemnica, psychologiczne, dramat, horror
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 15
    Cena okładkowa: 27,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 1 tomu.

    Wyobraź sobie następującą sytuację: przeprowadzasz się do małej wioski, w klasie masz same piękności, które jednocześnie lgną do ciebie. Czy to nie cudowny scenariusz?

    W takiej sytuacji znalazł się główny bohater pierwszej części serii „Gdy zapłaczą cykady” – Keiichi Maebara. Tyle że pomiędzy przytulaniem się do obfitych biustów a wdychaniem świeżego, wiejskiego powietrza, dowiedział on się o morderstwie popełnionym w wiosce Hinamizawa. Od tego momentu sielski klimat mangi zaczyna łączyć się z szaleństwem, krwią i flakami.

    Zanim zagłębimy się w mangę, chcę co nieco opowiedzieć o całej serii. Zyskała ona duże grono zwolenników, jednak aby zrozumieć jej fenomen trzeba zdać sobie sprawę z jednego. Zanim stworzono anime i mangę, powstała gra visual novel. Jeśli znasz ten termin, nie krępuj się pominąć ten akapit. Jeśli jednak nie spotkałeś się, drogi czytelniku, z taką nazwą, to najprościej określić ten rodzaj gier jako „interaktywna książka”. Mianowicie jednocześnie czytasz fabułę, oglądasz obrazki oraz masz realny wpływ na zakończenie gry poprzez wybór opcji dialogowych. Podobnie wygląda sprawa z całym uniwersum Fate, gdzie anime rozjeżdża się dlatego, że pokazuje różne alternatywne zakończenia, ba, nawet całe fabuły! 

    Seria „Gdy zapłaczą cykady” jest podzielona na „Księgi pytań” oraz „Księgi odpowiedzi”. „Księga uprowadzenia przez demony” powinna być czytana jako pierwsza. Jest ona odrębną opowieścią, a kolejne części opowiadają alternatywne historie. Jednocześnie czytając dalej, coraz bardziej poznajemy zarówno tajemnicę, która towarzyszy nam od pierwszych stron, jak i bohaterów czy wioskę Hinamizawa.gdy zaplacza cykady1 creepy

    Główna fabuła jest na pierwszy rzut oka prosta. Mamy wioskę, w której każdy się zna, na tyle małą, że cała młodzież, niezależnie od wieku, chodzi do jednej szkoły. Keiichi od razu zaprzyjaźnia się z grupą dziewczyn i tworzy swój mały harem. Jest pięknie, aż do festiwalu Dryfującej Bawełny, gdzie młody chłopak dowiaduje się o serii okrutnych zabójstw, które mają miejsce co roku, w dzień imprezy. Podobno ma to związek z klątwą. Podobno, w tym dniu było słychać płaczące cykady.

    Tom dosłownie „pochłania się” na wstrzymanym oddechu. Podczas czytania miałam swoje podejrzenia, jak to wszystko się rozwinie. Jednak ostatecznie manga zmiotła mnie z planszy zakończeniem. Autorzy fabuły wiedzą, co robią. Nie bez powodu seria nazywana jest często mianem najlepszej w swoim gatunku. Zdecydowanie czuć klimat kryminału. W trakcie czytania chciałam zrobić sobie herbatę, jednak nie znalazłam dobrego momentu i ostatecznie wypiłam ją dopiero po przeczytaniu całości. Tak bardzo wciągnęły mnie poczynania głównego bohatera.

    Cieszę się, że manga nie daje nam odpowiedzi. Pierwsza „Księga pytań” zachęca do sięgania po więcej. Mimo, że historia zdaje się zakończona, to czuję niedosyt. Nadal nie wiem wielu rzeczy. Jest to w moim odczuciu największa zaleta tomu, zaraz obok zwrotów akcji.gdy zaplacza cykady1 dziewczynka

    Z mangą jest jednak pewien problem. Jest ona do bólu „krawędziowa”: zachowania bohaterów są wyolbrzymione, do bólu emocjonalne. Jednym słowem: cringe. Serię można porównać do „Mirai Nikki”. Główny bohater jest lękowy, co chwilę kuli się z płaczem, a kobiety w jego otoczeniu są z jednej strony miłe, a z drugiej bardzo creepy. Jeśli lubisz trzymanie w napięciu i nie przeszkadza tobie „krawędziowość” serii, to na pewno spodoba ci się ten tytuł. Jednak mimo ciekawej fabuły, ja osobiście czułam momentami niesmak i cringe całą sobą. Mimo to nie żałuję przeczytania tomiku i na pewno zabiorę się za kolejne.

    Samo wydanie jest w wersji 2w1, a więc w jednym woluminie dostaniemy obie części historii. Bardzo lubię takie wygodne rozwiązania. Na samym początku mangi zobaczymy również wiele ładnych, kolorowych ilustracji.gdy zaplacza cykady1 oczy

    Kreska osobiście nie przypadła mi do gustu. Mam mylne wrażenie, jakbym czytała mangę shoujo przez wielkość oczu bohaterek. Przy czytaniu odczuwałam niepokój spowodowany chaotycznymi rysunkami. Jednak patrząc na tematykę mangi i jej klimat, nie uważam tego za wadę.

    Manga jest warta uwagi, choćby dlatego, że odbiła się echem po całym gatunku. Jej popularność i oceny na różnych stronach (choćby myanimelist.net) wskazują na to, że podoba się ona wielu osobom. Ja podchodzę do niej z dystansem i myślę, że najbardziej spodoba się ona osobom w wieku nastoletnim. Pierwszy tom nie zawiera dużo przemocy, nie jest też straszny. Jednak znajduje się na nim ograniczenie 16+, warto o tym pamiętać.

    Cała historia czytała się bardzo szybko i ostatecznie moja ocena tytułu jest pozytywna. Nie mogę doczekać się, aż odkryję kolejne elementy układanki. Polecam jednak podejść do serii ze świadomością tego, że wielu bohaterów ma tu wyraźne problemy psychiczne, albo… została uprowadzona przez demony.

  • Recenzja mangi: „Tysiąc słodkich kłamstw" - Autor: Hiro Eguchi

    Tytuł mangi

    Tysiąc słodkich kłamstw

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Hiro Eguchi
    Gatunek: romans, komedia, josei, 18+
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 1
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Mężczyzna ociekający seksapilem, przypadkowe spotkanie i słodkie kłamstewka. Brzmi jak typowa komedia romantyczna, prawda? Schowajcie jednak uprzedzenia, bo „Tysiąc słodkich kłamstw” nie jest takie, jak myślisz.               

    Zanim zaczniemy, przypominam, że zarówno manga, jak i recenzja mają ograniczenie wiekowe 18+. Skoro formalności mamy za sobą, to przygotujcie kurtki, bo w tym akapicie powieje chłodem. Szczerze mówiąc, do erotyków podchodzę z dystansem. Zwykle nie mają one fabuły, bo w końcu chodzi tylko o sceny łóżkowe, charaktery bohaterów oparte są na jednej cesze charakteru, a żarty są niesmaczne i nieśmieszne. Jednak „Tysiąc słodkich kłamstw” nie jest tak typowe, jak zakładałam. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zdałam sobie sprawę, że pochłonęłam z zaciekawieniem całą mangę.               

    Fabuła tej jednotomówki inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, choć to nie horror. Akane Kinuta jest niczym niewyróżniającą się sekretarką z obsesją na punkcie gier społecznościowych i pluszaków. Tsuneyasu Kuroki pracuje w tej samej firmie, jednak na wyższym stanowisku. Przez swoją zabójczo przystojną twarz każda dziewczyna się w nim podkochuje, a kobiety piszczą na jego widok.

    W Japonii tak to już bywa, że praca wymaga czasem przeniesienia się do innej filii, w innej prefekturze. Taka sytuacja spotkała też Akane, jednak nie skacze ona z radości na myśl o pięknych widokach.Życie z dala od Tokio oznacza dla niej jedno – niemożność chodzenia na eventy związane z jej ukochaną grą i słaby internet. Dramat dla prawdziwego fana. Jedyną opcją, aby uniknąć tragicznego przeniesienia jest wzięcie ślubu. Pod wpływem chwili i w desperacji kłamie o „weselu”, które planuje. Jednak rodzi to tak wiele pytań, że aż ją to przerasta. Kiedy ma tego wszystkiego dosyć, jej rozmowę podsłuchuje Kuroki i pyta się ją, czy zostanie jego żoną. Tak rozpoczyna się nasza opowieść.      tysiac slodkich klamstw2         

    Cała historia jest dla mnie sporym zaskoczeniem z wielu względów. Mimo oklepanego motywu – związek oparty na kłamstwie przeradza się w prawdziwe uczucie – mamy tutaj coś więcej. Bohaterowie są ciekawi. Mają oni wiele zainteresowań, poznajemy ich rodzinę, umiejętności. Fabuła jest dość rozbudowana, tym bardziej jak na historię zamkniętą w jednym tomie. Pojawia się tutaj nawet motyw „brudnej” polityki czy manipulacji ze strony bliskich, co było dla mnie niemałym szokiem. Dodało to nutkę dramaturgii, która wzięła mnie z zaskoczenia. tysiac slodkich klamstw1              

    Jeśli jesteśmy przy głównych bohaterach to przyznam szczerze, że co jak co, ale główny bohater jest bardzo gorący. A sceny z jego udziałem są jeszcze gorętsze – nie polecam czytania w upale, bo można się nieźle napocić! To typ przystojnego, dominującego twardziela z dobrego domu, który zawsze się dobrze uczył i do tego umie gotować. Jestem pewna, że wielu dziewczynom przypadnie on do gustu.               

    Manga ma również sporo humoru w losowych momentach, nie jest on jednak niesmaczny. Są to żarty sytuacyjne, jak w przypadku wielu komedii. Na pewno muszę jeszcze wspomnieć o scenach seksu. Parę z nich pojawia się w mandze i są one dość szczegółowe (jak na mangę josei), dlatego polecam ją osobom powyżej 18 lat.               

    Na koniec parę słów o kresce. Jest ona schludna i ładna. Główny bohater przypomina mi z wyglądu Laurenta z „Great Pretender”, tylko w wersji podrasowanej. Widać, że autorka zna się na mimice, bo jej doświadczymy tu aż nadto.               

    Mangę polecam przede wszystkim kobietom pełnoletnim. Jest to bardzo przyjemny tytuł z fabułą. Nie jest on wybitny, jednak ogólnie trudno o takie odczucia przy jednotomówce będącej romansem. Zdecydowanie jest ona warta uwagi. 

  • Recenzja mangi: „Opowieści o Białej Księżniczce" - Autor: CLAMP

    Tytuł mangi

    Opowieści o Białej Księżniczce

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: CLAMP
    Gatunek: okruchy życia, dramat, fantastyka
    Wydawnictwo:Waneko
    Liczba tomów: 1
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Podobno śnieg padający za oknem oznacza, że łzy roni Biała Księżniczka. Jak jest naprawdę?               

    Każdy kraj ma swoje własne wierzenia i legendy. Na tych drugich oparto historie w krótkim tomiku „Opowieści o Białej Księżniczce”. Manga wyszła spod rąk grupy CLAMP, którą możecie kojarzyć z „Cardcaptor Sakura”, „Chobits” lub „Kobato”. Jeśli znacie któryś z tych tytułów, to już wiecie, że można spodziewać się pięknych ilustracji. Nie mylicie się.               

    Dostajemy trzy historie złączone jedną legendą w prologu i epilogu, rozgrywające się w cieniu gór okrytych śniegiem. Całą jednotomówkę charakteryzuje słowo „spokój”. Fabuła jest bardzo prosta, jednoliniowa, jednak potrafi wywołać uczucie pustki w sercu.       opowiesci o bialej ksiezniczce1        

    Pierwsza historia, „Na górze złego wilka”, opowiada o ogromnym czarnym wilku, który podobno zjada ludzi. Młoda dziewczyna wyrusza na jego poszukiwania, bo obwinia go o śmierć ojca. Chce dokonać zemsty. Jednakże dopadają ją mniejsze wilki. Gdy już widzi oczami wyobraźni swoją śmierć, na ratunek przybywa jej ten, którego miała zabić.               

    Kolejne dwie historie są o miłości. Pierwsza nosi tytuł „Kwiat lodu” i opowiada o parze, która rozdzieliła się, jednak wpierw złożywszy obietnicę, że odnajdą się i wrócą do siebie. Mężczyzna po 30 latach idzie w miejsce, w których rozłączyło ich przeznaczenie, jednak czy zastanie tam dziewczynę, czy ułożyła sobie ona życie po jego odejściu?               

    Ostatnia historia to „Nierozłączki”. Motyw jest podobny do poprzedniego, bowiem mamy mężczyznę, który wyjeżdża na wojnę. Dlaczego walczy i zostawia ukochaną? Żyje z nadzieją, że połączą się razem niczym ptaki łączące się w pary na całe życie. Jest to moja ulubiona historia ze względu na swoje nieoczywiste zakończenie. opowiesci o bialej ksiezniczce2              

    Tomik czyta się bardzo szybko i spokojnie. Jest to nieco ponad 100 stron wyciszenia i delektowania się pięknymi ilustracjami. Kreskę najlepiej oddaje załączone zdjęcie. Osobiście jestem wielką fanką grupy CLAMP ze względu na ich styl rysowania. Obrazy oddają uczucia, dynamikę i opowiadają historię lepiej niż dymki z dialogami, których swoją drogą jest niewiele.               

    Zwykle nie poświęcam osobnego akapitu na wydanie, jednak tym razem zasługuje ono na kilka chwil chwały. Papier z obwoluty to coś pięknego, jest matowy i o wiele twardszy niż normalne wydania. Dodaje to całej mandze elegancji. Jeśli mieliście w rękach tytuł „Cardcaptor Sakura”, to możecie wiedzieć, o czym mówię.               

    Ostatecznie polecam tę jednotomówkę każdemu, kto w zimowy wieczór potrzebuje chwili wyciszenia przy herbacie. Nie jest to na pewno wybijający się tytuł, jednak warto po niego sięgnąć, jeśli chce się poznać jedną z japońskich legend. Nie ma on wad, jednak sam w sobie „nie powala”. Jest po prostu przyjemny. Jeśli ktoś lubi grupę CLAMP i spokojne historie, to „Opowieści o Białej Księżniczce” na pewno przypadną mu do gustu.

  • Recenzja mangi: Atsushi Ohkubo - „Fire Force”

    Tytuł mangi

    Fire Force (tomy 6-10)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Atsushi Ohkubo
    Gatunek: akcja, przygoda, fantasy, ecchi
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 10+
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 10 tomów

    Shinra Kusakabe dołącza do Ósmego Oddziału Specjalnych Sił Przeciwpożarowych, aby oczyścić swoje imię, zostać bohaterem i odkryć tajemnicę pożaru sprzed kilkunastu lat, w którym zginęła jego matka. Na początku historii każdy oddział odpowiedzialny był za swoją dzielnicę. Jednostki zbierały informacje na temat zjawiska samozapłonu oraz Płomiennych, ale nie dzieliły się nimi z pozostałymi. Teraz Shinra wraz ze swoim oddziałem próbuje dotrzeć do tych odkryć i nawiązać współpracę z pozostałymi strażakami, by wspólnymi siłami rozwiązać zagadkę samozapłonu, ale także walczyć ramię z ramię z tajną organizacją zarządzaną przez niejakiego Ewangelistę.

    fireforce6 1„Ósemka” zdobywa kolejnego sojusznika – oddział siódmy, który odpowiedzialny jest za bezpieczeństwo dzielnicy Asakusa. „Siódemka” jest zdecydowanie moim faworytem spośród wszystkich drużyn – ich styl walki znacząco różni się od pozostałych. Kapitan jednostki, Benimaru Shinmon, do starć z Płomiennymi używa matoi, rodzaju flagi, która w okresie Edo służyła do informowania mieszkańców o pożarze. Dzięki swoim ognistym umiejętnościom może manipulować ruchem matoi, a nawet latać na nich. Bez wątpienia jest jednym z najsilniejszych bohaterów w tej historii.

    Co więcej, do oddziału ósmego dołączają kolejni członkowie. Pierwszym z nich jest Victor Licht – pracownik badawczy, który skrywa mroczną tajemnicę, a jego intencje nie są do końca znane. fireforce6 2Później szeregi strażaków zasila również Vulcan, wybitny mechanik, który z całego serca nienawidzi SSP, jednak by pokonać wspólnego wroga, musi połączyć siły z „ósemką”. Nowi bohaterowie idealnie uzupełniają braki kadrowe w jednostce, dzięki czemu badania nad Płomiennymi na pewno nabiorą tempa.

    W dalszych rozdziałach poznajemy lepiej głównych antagonistów i całą organizację Ewangelisty. W dziesiątym tomie Shinra staje do walki z kapitanem jednej z frakcji podlegających wrogowi, jednak ich starcie przebiega zupełnie inaczej niż typowa walka z największym przeciwnikiem. Żeby jednak dowiedzieć się, dlaczego tak wygląda, musicie już sami sięgnąć po mangę.

    W porównaniu z pięcioma pierwszymi tomami akcja wcale nie zwalnia tempa. Każdy rozdział jest przepełniony walką lub nowymi odkryciami. Poznajemy też wielu nowych bohaterów, którzy tak samo jak ci poznani wcześniej są bardzo barwni zarówno pod względem wyglądu, jak i charakteru. Nie brakuje również sporej dawki humoru, która przełamuje drastyczność niektórych scen. Historia rozwija się w bardzo ciekawy sposób, ciężko przewidzieć, co tak naprawdę wydarzy się później i jak potoczą się losy naszych bohaterów.

    fireforce6 3Polskie wydanie również utrzymuje bardzo wysoki poziom. Dwie pierwsze strony każdego tomiku poświęcone są dotychczas poznanym bohaterom (co zważając na ich liczbę jest bardzo przydatne!) oraz krótkie streszczenie wydarzeń z poprzednich rozdziałów. Na końcu umieszczone są krótkie, zabawne historyjki, których głównym bohaterem jest sam autor, Atsushi Ohkubo. Co więcej, do każdego wolumenu otrzymujemy kartę z bohaterem z okładki, na której znajdują się bardziej szczegółowe, często humorystyczne informacje. Takich kart możecie użyć na przykład do zaznaczenia ulubionych scen z danego tomiku!

    Po lekturze dziesięciu tomów tego tytułu mogę was zapewnić, że jest to historia nietypowa, nieprzewidywalna i zdecydowanie wciągająca! Jeśli przepadacie za mangami pełnymi akcji, sięgnijcie koniecznie po „Fire Force”. 

  • Recenzja mangi: Atsushi Ohkubo - „Fire Force”

    Tytuł mangi

    Fire Force (tomy 1-5)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Atsushi Ohkubo
    Gatunek: akcja, dramat, fantasy, komedia, ecchi
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 10+
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 5 tomów

    Śmierć ma wiele twarzy. Choroba, samobójstwo, starość… Lecz w świecie stworzonym przez Atsushiego Ohkubo ludzie najbardziej obawiają się śmierci spowodowanej samozapłonem. Kiedy ofiara samozapłonu stanie w ogniu, zamienia się w Płomiennego – potwora, który w większości przypadków traci zmysły i niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Jest to zjawisko, które dotyka niewinne osoby, a ludzkość nie wie, co je wywołuje, kiedy może nadejść oraz jak je powstrzymać. Nikt nie potrafi również wyjaśnić faktu, że niektórzy rodzą się z umiejętnościami kontrolowania bądź wzniecania ognia.

    Shinra Kusakabe kilkanaście lat temu stracił w pożarze mamę i młodszego brata. Wielu ludzi uważa, że to on zaprószył ogień poprzez brak kontroli nad swoimi płomiennymi umiejętnościami. W dodatku chłopak ma pewien nietypowy tik – w stresujących sytuacjach na jego twarzy pojawia się nienaturalnie szeroki uśmiech, który często wywołuje u innych uczucie wstrętu. Z tego powodu szybko został okrzyknięty „demonem”. Jednak Shinra postanawia walczyć z tym okrutnym przezwiskiem i dołącza do Specjalnych Sił Przeciwpożarowych, aby stać się bohaterem, ale także dowiedzieć się prawdy o pożarze sprzed kilkunastu lat.

    fireforce 2Przez pięć pierwszych tomów możemy bliżej poznać naszych bohaterów i dowiedzieć się sporo o działaniach Specjalnych Sił Przeciwpożarowych, które, jak się okazuje, nie są zwykłymi jednostkami do gaszenia pożarów. Prócz ratowania ludzi i uwalniania dusz Płomiennych, Oddział Ósmy stara się zbadać zjawisko samozapłonu oraz znaleźć wroga, który stoi za tymi okrutnymi przemianami. Historia nie zwalnia ani na sekundę i w każdym rozdziale otrzymujemy sporą porcję akcji. Praktycznie nie ma strony, na której nie byłoby scen walki lub wybuchów.

    Jednak nie samymi efektami specjalnymi człowiek żyje, ważne są też postaci – prawie każda z nich wprowadza nowy element humorystyczny. Bohaterowie są tak barwni, zarówno pod względem wyglądu, jak i charakteru, że ciężko ich ze sobą pomylić. Jest to dość ważne, ponieważ z każdym kolejnym tomem poznajemy coraz więcej członków oddziałów Specjalnych Sił Przeciwpożarowych. Uważam też, że dzięki takiej różnorodności bohaterów każdy bez problemu znajdzie kilka postaci, które pokocha od pierwszego wejrzenia!

    fireforce 1Kreska w mandze jest bardzo dokładna. Widać na pierwszy rzut oka, że postacie rysowane są z wielką starannością. Autor, Atsushi Ohkubo, przywiązuje bardzo dużą uwagę do szczegółów – nie tylko do twarzy i ubrań postaci, ale także tła. Co kilka stron pojawiają się rysunki budynków, które są tak dokładne, że mogłyby niemal uchodzić za szkice prawdziwych budowli.

    Polska wersja mangi wydawana jest przez wydawnictwo Waneko. Muszę przyznać, że tomiki są bardzo starannie wykonane. Tłumaczenie jest zwięzłe, skomplikowane nazwy własne przełożono bez zgrzytu. Na pierwszy rzut oka obwoluty wydają się dość proste. Tło jest matowe, jednak przedstawione na nich postaci pokryto błyszczącą powłoką, co dodaje im pewnej elegancji.

    „Fire force” to ciekawy tytuł, który na początku wydaje się dość oklepany, jednak z każdym rozdziałem coraz bardziej wyłamuje się ze schematu. Gdybym miała wskazać jakąś wadę, to byłaby to zapewne przesadna seksualizacja damskich bohaterek. Jednak jeśli nie przeszkadza Wam pojawiający się niekiedy wymuszony fan service, to zdecydowanie sięgnijcie po ten tytuł!  

  • Recenzja mangi: Koyoharu Gotouge - „Miecz zabójcy demonów” (tomy 5-8)

    Tytuł mangi

    Miecz zabójcy demonów (tomy 5-8)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Koyoharu Gotouge
    Gatunek: akcja, przygoda, fantasy, komedia
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 8+
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 8 tomów

    Tanjirou Kamado zdał egzamin na Zabójcę Demonów. Razem z poznanymi po drodze Zenitsu i Inosuke wyrusza na kolejną misję. Podczas starcia z demonami na górze Natagumo mają miejsce dwa ważne dla fabuły wydarzenia. Po pierwsze, jeden z Filarów dowiaduje się o istnieniu Nezuko. Filary to dziewięć najwybitniejszych jednostek wśród wszystkich Zabójców Demonów, które posiadają wielką siłę i wyjątkowe umiejętności. Głównym zadaniem Zabójców jest eliminowanie demonów, a ochrona tych istot uznawana jest za zdradę. Tanjirou wraz z siostrą zostają sprowadzeni do głównej siedziby, gdzie poznają pozostałe Filary oraz stojącego na czele organizacji Mistrza. Ta grupa najpotężniejszych wojowników ma duży wpływ na dalszy bieg historii oraz rozwój głównego bohatera.

    kimetsunoyaiba2 1

    Drugim ważnym wydarzeniem było odkrycie przez Tanjirou drzemiącej w nim mocy ognia. Jest to technika, o której niewiele wiadomo, nawet najpotężniejsi z Filarów o niej nie słyszeli. Chłopak musi ją opanować, aby ochronić swoją siostrę i pokonać najpotężniejszego z demonów. Dzięki temu historia staje się ciekawsza. Ponadto, oprócz obserwowania standardowych misji oraz dalszego rozwoju fizycznego Tanjirou, będziemy mogli dowiedzieć się więcej o jego rodzinie.

    Za spory atut tego tytułu możemy uznać również to, że widzimy nie tylko stopniowy kimetsunoyaiba2 2rozwój głównego bohatera, ale też jego siostry oraz dwóch towarzyszących mu Zabójców – Zenitsu i Inosuke. Wraz z doskonaleniem umiejętności i zdobywaniem doświadczenia w walce zmienia się ich zachowanie oraz podejście do rzeczywistości. Możemy obserwować, jak bohaterowie dorastają i mężnieją, nie są już parą głupków, których poznaliśmy w pierwszych tomach.

    W dalszych rozdziałach pojawia się również główny antagonista, Kibutsuji. Powoli odsłaniane są kolejne otaczające go tajemnice, jednak nadal nie poznajemy jego głównego motywu działania czy zamiarów.

    Dla osób, które oglądały anime, szczególnie ciekawe będą zapewne wydarzenia z tomu siódmego i ósmego. Rozdziały z tych tomików zostały zekranizowane później w formie filmu animowanego, więc jeśli nie mieliście jeszcze okazji go oglądać, warto sięgnąć po te dwa wolumeny. Zakończenie ostatniego z recenzowanych tomów pozostawia czytelnika w oczekiwaniu na dalsze, zapewne pełne przygód losy bohaterów.

    Jeśli chodzi o polskie wydanie, to mogę z czystym sumieniem powtórzyć to, co stwierdziłam w poprzednich recenzjach tej mangi: Waneko bardzo dobrze poradziło sobie zarówno z tłumaczeniem, jak i oprawą graficzną. Wszystkie okładki przedstawiają postacie, które odgrywają najważniejszą rolę w danym tomiku, i są czarująco kolorowe.

    W każdym tomie na początku znajduje się krótkie podsumowanie ostatnich wydarzeń oraz opisy postaci. Natomiast na końcu zwykle pojawiają się dodatkowe, humorystyczne kadry. Autor, Koyoharu Gotouge, stworzył również rysunki postaci w alternatywnym świecie, w którym wszyscy uczęszczają do szkoły. Każda z nich otrzymała dodatkowy rysunek oraz krótki opis, czym by się zajmowała. Jest to ciekawy dodatek od autora.

    Akcja w kolejnych tomach jest coraz ciekawsza oraz bardziej rozbudowana. Zdecydowanie historia dopiero nabiera rozpędu. Jeśli podobały Wam się poprzednie tomy, te również spełnią Wasze oczekiwania. 

  • Recenzja mangi: Koyoharu Gotouge - „Miecz zabójcy demonów” (tomy 1-4)

    Tytuł mangi

    Miecz zabójcy demonów (tomy 1-4)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Koyoharu Gotouge
    Gatunek: akcja, przygoda, fantasy, komedia
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 8+
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 4 tomów

    Manga „Kimetsu no Yaiba”, czyli w polskim tłumaczeniu „Miecz zabójcy demonów”, bije rekordy popularności zarówno w Kraju Kwitnącej Wiśni, jak i na całym świecie. Z pewnością lwią część sukcesu zawdzięcza ekranizacji, ale w samej tylko Japonii w 2020 roku kupiono ponad 82 miliony tomów tej mangi, dzięki czemu stała się najlepiej sprzedającym się tytułem w tym czasie. Co takiego kryje w sobie „Miecz zabójcy demonów”, że podbija serca czytelników na całym świecie?

    kimetsunoyaiba1 2Akcja rozgrywa się w erze Taisho, która przypada na lata 1912-1926. Główny bohater, Tanjirou Kamado, jest zwykłym chłopakiem żyjącym skromnie w górach wraz z mamą i licznym rodzeństwem. Jako najstarszy syn stara się zapewnić swojej rodzinie pieniądze na pożywienie, sprzedając węgiel w wiosce znajdującej się u podnóża góry. Pewnego dnia, wracając rano z wioski, zastaje przerażający widok. Całą jego rodzinę zamordowano z zimną krwią. Jego siostra, Nezuko, nadal oddycha, więc chłopak czym prędzej chce sprowadzić dla niej pomoc. Jednak na jego drodze staje Zabójca Demonów, Giyuu Tomioko. Twierdzi on, że siostra Tanjirou została zamieniona w demona i trzeba ją zabić. Tanjirou stara się obronić jedyną osobę z rodziny, która przeżyła atak. Gdy okazuje się, że Nezuko nie jest typowym demonem, który łaknie ludzkiej krwi, lecz broni swojego brata, Giyuu pozwala jej żyć, ale pod jednym warunkiem: Tanjirou musi zostać Zabójcą Demonów i nie może pozwolić, by Nezuko skrzywdziła jakiegokolwiek człowieka. Od tego momentu celem młodego chłopaka staje się odnalezienie demona, który zamordował jego rodzinę, a my śledzimy podróż młodego człowieka, który zrobi wszystko, by uratować swoja siostrę i przywrócić jej ludzką postać.

    Pierwszy tom skupia się głównie na morderczym treningu oraz egzaminie, który Tanjirou musi zdać, by zostać Zabójcą Demonów. Później towarzyszymy mu przy jego pierwszych misjach, podczas których musi zmierzyć się z demonami w prawdziwej walce na śmierć i życie. Poznajemy również innych Zabójców, którzy zdawali egzamin razem z Tanjirou. Pierwszy z nich, Zenitsu, jest płaczliwym chłopakiem, który ma niezdrową obsesję na punkcie małżeństwa. Później, podczas walki z demonem, poznajemy również nieokrzesanego Inosuke, który przez większość czasu nosi wydrążoną głowę dzika. Te dwie postacie zdecydowanie wprowadzają do historii największą dawkę humoru.

    kimetsunoyaiba1 1

    Schemat opowieści wydaje się bardzo dobrze znany i oklepany. Główny bohater musi stać się silniejszy, by osiągnąć swój cel. Jednak w przeciwieństwie do wielu podobnych tytułów „Miecz zabójcy demonów” nie jest przeznaczony dla młodego czytelnika. Bardzo często przewija się tu motyw śmierci, ponieważ Zabójcy nie są w stanie uratować wszystkich ludzi.

    Jeśli chodzi o wizualną część mangi, to podczas czytania pierwszego tomiku miałam wrażenie, że autor jeszcze nie do końca przyzwyczaił się do rysowania postaci. Wyglądały trochę koślawo, zwłaszcza Tanjirou, ale na szczęście z rozdziału na rozdział prezentowały się coraz lepiej. Od drugiego tomu widać już, że autor osiągnął pewną wprawę. Kreska jest przyjemna dla oka, a mangaka pokusił się o kilka kadrów, w których widać duże przywiązanie do szczegółów – naprawdę robią one wrażenie.

    „Miecz zabójcy demonów” wydaje w Polsce wydawnictwo Waneko. Tłumaczenie jest bardzo zgrabne, a wszelkie nawiązania do folkloru czy kultury japońskiej zostały wyjaśnione w przypisach. To, co najbardziej podoba mi się w polskim wydaniu, to okładki – pierwsza, która znajduje się na kolorowej obwolucie, i druga, która kryje się pod nią. Nie zdradzę wam, co się tam kryje – dowiecie się, kiedy sami sięgniecie po tomik, do czego was serdecznie zachęcam, bo naprawdę warto!

  • Recenzja gry: Tajniacy Disney

    Tajniacy Disney

    Tajniacy

    Rebel

    Wydawca: Rebel
    Autor: Vlaada Chvátil
    Rodzaj: imprezowa, karciana
    Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
    Losowość: brak
    Gra składa się z: 
    - 200 kart skarbów
    - 60 kart kluczy
    - 25 przykrywek
    - podstawki
    - instrukcji

    „Tajniacy” to jedna z niewielu gier imprezowych, która trafiła w mój gust. Kolejne wersje tego tytułu, czyli obrazkowa, dla dorosłych oraz dwuosobowa, nie dorównały oryginałowi, chociaż na pewno znalazły swoich odbiorców. Jak na ich tle wypada najnowsza, disnejowska odsłona? 

    „Tajniacy” to gra dla czterech lub więcej graczy. Można usiąść do stołu w mniejszym gronie, ale będzie to tylko namiastka prawdziwej rozgrywki. Osoby, które grały w którąkolwiek z poprzednich części, nie muszą czytać zasad. Są one identyczne. Niewielkie zmiany występują w łatwiejszym wariancie, który sprawdzi się przy grze z młodszymi dziećmi. 

    Tajniacy DisneyGracze dzielą się na dwie liczące po tyle samo osób drużyny. W każdej z nich jedna osoba będzie wskazówkomistrzem. Ten duet siada po jednej stronie stołu, a reszta po drugiej. Na środku wykładamy dwustronne karty skarbów obrazkami lub słowami ku górze. W zależności od wybranego wariantu tworzymy kwadrat 4 x 4 lub 5 x 5 i losowo wybieramy klucz z szesnastoma lub dwudziestoma pięcioma polami. Będzie on widoczny tylko dla wybranego wcześniej duetu. Ich zadaniem jest naprzemienne wymyślanie wskazówek składających się z jednego słowa oraz cyfry. Wyraz musi łączyć jak najwięcej kart należących do danej drużyny. Klucz wskazuje pola niebieskie, czerwone i szare. Te ostatnie są neutralne.

    Gracze odgadujący naradzają się i po podjęciu decyzji wskazują ustaloną kartę. Jeśli jest prawidłowa, ich wskazówkomistrz zakrywa ją własnym kolorem. Jeśli było to hasło przeciwników, używa ich przykrywki. Tak samo dzieje się przy neutralnych polach. Po wskazaniu własnego hasła gracze mogą zgadywać dalej, o jeden raz więcej niż wskazuje na to cyfra wypowiedziana wraz ze wskazówką. Wybranie innego pola kończy turę i ta przechodzi na przeciwników. 

    Gra toczy się do momentu, w którym wszystkie pola jednej drużyny zostaną odgadnięte i przykryte odpowiednimi kafelkami. W zaawansowanej wersji gry, czyli standardowych „Tajniakach”, występuje także czarny kwadrat. Drużyna, która na niego wskaże podczas odgadywania, od razu przegrywa.

    Fanów tego tytułu nie muszę przekonywać, że to świetna gra dla większego grona osób. Najbardziej lubię rozgrywki czteroosobowe, ale i większa liczba graczy dobrze się sprawdza. Bajkowa odsłona ma wariant dla dzieci, w którym jest mniej haseł do odgadnięcia i nie ma czarnego pola. Na pewno będzie to zachęcające dla młodszych graczy i przygotuje ich do zagrania w pełną wersję gry. 

    Tajniacy DisneyCzy ta bajkowa wersja jest lepsza od poprzednich? Dla mnie tak i będzie wyciągana na stół tak często jak oryginał. Jestem fanką disnejowskich produkcji, więc dwustronne karty dające możliwość wyboru, czy gramy na słowa, czy na obrazki z bajek, są bardzo udanym pomysłem. Może się wydawać, że odgadywanie będzie zbyt proste, ale zapewniam, że tak nie jest. Na kartach występują postaci, ale też miejsca i przedmioty znane z animacji. Arielkę, Vaianę i Nemo łączy woda, ale co wspólnego mają ze sobą Kopciuszek, Buzz Astral i Prosiaczek?  

    Jeśli poczujecie, że na stole jest zbyt wysokie stężenie bajek na metr kwadratowy, możecie wymieszać karty z tymi z innych wersji. Będzie bardziej różnorodnie, a regrywalność tylko na tym zyska. Można również grać jednocześnie na słowa i obrazki, co utrudnia rozgrywkę. Na ilustracjach widać więcej – nie tylko postać, ale i tło, pozę, kolor ubrania czy wyraz twarzy. Każdą z tych rzeczy można wykorzystać do wymyślenia dobrej wskazówki. 

    Tajniacy DisneyTa wersja „Tajniaków” na pewno zapewni doskonałą rozrywkę w rodzinnym gronie i z młodszymi graczami, jeśli oryginalna odsłona jest jeszcze za trudna. Będzie również idealną propozycją dla fanów Disneya w każdym wieku. Raczej nie przyjmie się u osób nieznających dobrze animacji, z których pochodzą postaci występujące na kartach. Teoretycznie można podejść do obrazków i słów bez znajomości historii z bajek, ale będzie to gra pozbawiona wspomnień, skojarzeń i fabuły. W takim przypadku lepiej sprawdzą się zwykli „Tajniacy”, ponieważ różnorodność słów jest tam większa.  

  • Recenzja mangi: „Fruits Basket" - Autor: Natsuki Takaya

    Tytuł mangi

    Fruits Basket (tomy 5-7)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Natsuki Takaya
    Gatunek: shoujo, romans, okruchy życia, komedia, nadprzyrodzone, dramat
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 8+
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 6 tomów

    Często jest tak, że mangi fantasy, chociaż są dramatami, to pokazują nam problemy oderwane od rzeczywistości. Przesadzone historie miłosne, nierealne zbiegi okoliczności... „Fruits Basket” opiera się na klątwie, która sama w sobie nie jest problemem rzeczywistym. Jednak każda postać, która się w tej mandze pojawia ma uczucia, buduje realistyczne relacje, które na nią oddziałują. Ostatecznie jest… prawdziwa w całym tym wymyślonym świecie.

    Kolejne tomy Furuby dodają coraz więcej dramatu do całej historii. Weźcie chusteczki ifuruba6tomprzygotujcie się na chwile wzruszeń. Piąty tom mangi zaczyna się niewinnie, poznajemy nowy samorząd uczniowski, co daje pole do popisu za sprawą kolejnej opowieści z życia jej członków. W poprzednich częściach poznaliśmy bliżej Saki, teraz mamy możliwość zapoznać się z drugą, mroczną przyjaciółką Hondy – Ueno. Myślicie, że taka zimna gangsterka też ma swoje urocze chwile? Zacznijmy jazdę bez trzymanki.

    Koniec piątego tomu i cały szósty to absolutne mistrzostwo budowania napięcia. Nasze zodiaki i Honda jadą na wycieczkę i tu się zaczyna dramat. Dosłownie. Honda pozna wszystkie możliwe zodiaki i cała historia nabierze innego tempa. Mam wrażenie, że zmienia się również jej bieg, bo poznamy cel, do którego dąży manga. Dotychczas skupialiśmy się głównie na poznawaniu historii kolejnych osób, teraz „Fruits Basket” zaczyna zmierzać w wyraźnym kierunku.

    Nie dość, że trochę przełomowych wydarzeń, to dodatkowo całe trzy tomy dają nam tyle emocji, że raz na jakiś czas trzeba sobie przerwać i wypić parę łyków herbaty na ochłonięcie. Będziemy mogli przeczytać, co o mają ze sobą wspólnego Tooru i Isuzu. Poznamy w końcu kształt relacji Hondy z Yukim i Kyo. W końcu dowiemy się, w jakim kierunku zmierza ich historia.

    Uważam, że nastrój całej historii jest niesamowity. Dostajemy dramat, który, im dłużej gofuruba5tomczytamy, tym bardziej wprowadza nas w ciężką tematykę mangi. Nie dzieje się to od razu. Stopniowo zatapiamy się w problemach bohaterów. Próbujemy je zrozumieć. Gdyby nie Honda, Ayame, luźne sytuacje i żarty, które pojawiają się tam raz na jakiś czas, to cała manga byłaby bardzo trudna w odbiorze.

    Jestem zaskoczona szczerością uczuć ukazywanych we „Fruits Basket”. Szczerze mówiąc, widziałam anime, ale czytają mangę bardzo doceniam ilość tekstu i dymków wyrażających myśli bohaterów. Nie byłam aż tak świadoma ich emocji i tego, jak one się rodzą. Nie wiedziałam, że aż tak wiele w nich zwątpienia i smutku. Dzięki temu czuję, że postaci są mi bliskie. No może poza Kagurą… za jej charakterem nie przepadam, jednak nie jest ona już tak denerwująca jak w poprzednich tomach, uff.

    Same postaci są zdecydowanie najlepszym i najważniejszym elementem mangi. Możemy obserwować ich wzrost, rozwój ich samych, jak i relacji między nimi. W tej mandze nic nie jest przypadkiem, a każda postać, która się pojawia została bardzo dobrze zaplanowana i ma swoją własną historię. Przykładem mogą być członkowie rady uczniowskiej lub nauczycielka Hondy. Bardzo lubię również pokazanie relacji rodzinnych i tego, jak oddziałują one na dziecko. Jest to ciężka tematyka, która została jednak podjęta, z dobrym skutkiem.

    Ostatecznie manga nabiera kształtów, jednak jej kolory robią się coraz mroczniejsze. Myślałam, że przełomowe momenty są już za mną, jednak ona rzuca mi pod nogi coraz nowsze problemy. Historia cały czas jest sympatyczna i ciekawa, jednak wchodzi na coraz trudniejszą tematykę. Zdecydowanie czuję, że coś wisi w powietrzu. Tylko co?

  • Recenzja mangi: „Fruits Basket" - Autor: Natsuki Takaya

    Tytuł mangi

    Fruits Basket (tomy 3-4)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Natsuki Takaya 
    Gatunek: shoujo, romans, okruchy życia, komedia, nadprzyrodzone, dramat
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 8+
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 4 tomów

    Kolejne tomy „Fruits Basket” są przygodą pełną spokoju i radości przeplatających się z wewnętrznym cierpieniem. Zatopiłam się w historii i relacjach bohaterów jeszcze bardziej i wcale nie mam zamiaru przerwać. Mój apetyt rośnie w miarę pochłaniania całej mangi. Zapraszam do recenzji pozbawionej spoilerów, jednak, jeśli chcesz po prostu wiedzieć, czy warto zaopatrzyć się na raz w kilka tomów lub obejrzałeś/eś anime i nie wiesz czy brać się za mangę, to przejdź do ostatniego akapitu.

    Tom trzeci, jak i czwarty, wzajemnie się uzupełniają i tworzą swoistą całość. W jednym z nich odnajdziemy smutek, żal, dramat, gniew, będzie się tam dużo działo, zaś w drugim dostrzeżemy spokój, radość, uśmiech, a jego fabuła otuli nasze serce. W obu jednak poznamy kolejne zodiaki i ich problemy. Dobrym określeniem na tomiki byłaby „cisza przed burzą”, a burza zbliża się zauważalnie.

    Głównym tematem tomu trzeciego jest tajemnica skrywana przez Kyo. Zdałam sobie sprawę zfuruba4tego, jak ogromnym cierpieniem musi być noszenie brzmienia przeklętego i w końcu mogę zrozumieć istotę jego problemu. Jest to na pewno moment kulminacyjny w całej historii kota, po którym następuje rozluźnienie. Kyo został wykluczony i usilnie walczy o jakąkolwiek akceptację. To w gruncie rzeczy dobry chłopak, który zagubił się w życiu. Czy ktoś w końcu rozjaśni mu mrok? Wcześniej nie przepadałam za nim jakoś szczególnie. Był nawet trochę irytujący, jednak to się zmieniło. Jeśli masz o nim podobną opinię, to po głębszym poznaniu Kyotka może się ona szybko zmienić.

    Yuki jest bardziej skomplikowaną postacią, która dużo skrywa wewnątrz siebie. W środku kruchego ciała, za otoczką nieskazitelnego księcia, jest małe, zagubione dziecko, które potrzebuje miłości, wsparcia i zrozumienia. Tak naprawdę on i Kyo nie różnią się bardzo od siebie, oboje potrzebują zaakceptować to, jacy są. Jednak zmiany w sercu zachodzą powoli.

    Czwarty tom jest z kolei dużym rozluźnieniem po ciężkiej historii z poprzedniego tomiku. Poznamy kolejne ciekawe zodiaki, m.in. Hiro – małego, zakochanego chłopca, który przez swoją nieśmiałość i bunt nie jest szczery w uczuciach. Moją ulubioną postacią jest jednak Hatsuharu. To chłopak, który ma dwie osobowości, jedna z nich wieje mrokiem, druga jest dość… osobliwa i powolna.furuba5

    Moje serduszko skradła również historia Yukiego i jego brata, Ayame. Jest to zdecydowanie weselsza część mangi, gdyż Ayame jest postacią nadmiernie pewną siebie, bezczelną i wydaje się bez skazy. Zupełne przeciwieństwo Yukiego. Jednak w tym wszystkim zależy mu na nim i szczerze chce być dla niego wsparciem po tym, jak go wykorzystał. Oba tomy mocno rozwijają ich relację, która początkowo praktycznie nie istnieje.

    Czerpałam ogromną przyjemność z czytania tego tytułu.  Wciąga bez zawahania, jednak nie przytłacza. Sprawia, że chcę wierzyć w bezinteresowność i dobroć ludzi. Sprawia, że chcę być lepszą osobą, być jak Honda i ogrzać czyjeś serce, uchronić przed cierpieniem. Po pierwszych tomach myślałam, że wzięłam do ręki cukierkową historię posypaną brokatem, jednak im dłużej czytam, tym bardziej wiem, że nie do tego zmierza ta manga. Kierunek, w którym idzie bardzo mi się podoba.

    Kreska jak w poprzednich tomach, trzyma poziom i jest bardzo w stylu shoujo. Najlepiejfuruba3zobrazują to dołączone do recenzji zdjęcia. Bardzo lubię kolorowe grafiki na początku każdego tomu, które dodano do edycji kolekcjonerskiej. Nie mają związku z fabułą, jednak stanowią wspaniały dodatek. Oczywiście, jeśli ktoś nie przepada za oczami na pół głowy, to kreska może go drażnić. Jednak do wszystkiego można się przyzwyczaić.

    Wydaje mi się, że Honda jest jedyną postacią, która jest na swój sposób kontrowersyjna. Nie każdemu może odpowiadać jej wielkoduszność i naiwna dobroć. Nie zmienia ona nagle swojego charakteru w kolejnych tomach, więc jeśli nie polubiłeś jej, drogi czytelniku, w pierwszych tomach, to nie ma nadziei. Jest ona łącznikiem w całej historii, jednak według mnie sama fabuła ma o wiele więcej do zaoferowania, więc warto skupić się na ogromie innych postaci, a Hondę, lekko mówiąc, olać. Moim zdaniem nie jest ona wadą serii. Szczerze mówiąc, polubiłam ją i sprawia ona, że na mojej buzi pojawia się uśmiech. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach poznamy lepiej jej uczucia i dowiemy się, czy sama nie ma jakiejś mrocznej tajemnicy.

    Jeśli polubiłeś, drogi czytelniku, pierwsze dwa tomy, to jestem pewna, że kolejne również przypadną tobie do gustu. Jednak - jeśli lubisz wielotomowe historie, to wiedz, że warto zwrócić uwagę na tę. Ta manga z czasem nie traci na poziomie. Co więcej, stale on rośnie proporcjonalnie do poziomu zainteresowania czytelnika. Jeśli tak jak ja, lubisz anime „Fruits Basket”, to nie zaznasz dużo nowości, jednak dostaniesz w pakiecie bardzo ładnie narysowane hot momenty i parę dodatkowych scen. Seria TV z 2019 roku jest jednak bardzo dobrą ekranizacją, choć według mnie ma ona nieco inny klimat niż manga. Pomimo obejrzenia anime, przy czytaniu mangi nadal bawię się świetnie. Ta historia po prostu koi serduszko, możemy wczuć się w każdy moment bardziej, niżeli przy migającym ekranie monitora. Bardzo doceniam to uczucie i je polecam.