• Recenzja książki: Roger Zelazny – „Pan Światła”

    Tytuł książki

    Roger Zelazny - „Pan Światła”

    Nazwa WydawnictwaWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 336
    Cena okładkowa: 45.00 zł

    Na początku tego tekstu powinienem prawdopodobnie wspomnieć, że nie będę nawet próbował utrzymywać jakichkolwiek pozorów obiektywizmu – uwielbiam twórczość Rogera Zelaznego. Najbardziej chyba „Aleję Potępienia” – opowiadanie, od którego zaczęła się moja miłość do postapokalipsy. „Kroniki Amberu” wywarły na mnie ogromne wrażenie, kiedy byłem młodszy i, jak się ostatnio okazało, to wrażenie nie osłabło na przestrzeni lat. „Deus Irae” był wyśmienity, choć przerażający. Zelazny to niekwestionowany mistrz kreowania żywych, wciągających i zaskakujących światów – a dziś mam okazję opowiedzieć o jednym z najbardziej interesujących, bo inspirowanym tematyką do niedawna dość mało eksplorowaną w fantastyce – hinduizmem. Oto „Pan Światła”.

    Bohaterem powieści jest Mahasamatman, w skrócie Sam. Sam jest jednym z pierwszych osadników na odległej od Ziemi planecie, dokąd ludzkość przybyła wiele wieków temu. Niezwykły świat, który przyszło mu zamieszkiwać, wydaje się żywcem wyrwany z wierzeń rodem z Indii. Na najwyższej w świecie górze mieści się miasto zamieszkiwane przez bogów, którzy strzegą prostych ludzi przed demonicznymi Rakszasami, a także wyrokują, kto z umarłych jest godny kolejnego wcielenia – i w jakiej postaci. Bogowie są surowi i okrutni, na zawsze utrzymują ludzkość w stanie zacofania i bezlitośnie tępią wszelkie przejawy myśli postępowej, zebrane pod wspólnym terminem akceleracjonizmu. Jak się okazuje, nasz Sam jest ostatnim akceleracjonistą na świecie – a za jego postępki w poprzednich żywotach spotkała go najsurowsza kara: uwięzienie pod postacią energetycznej chmury w dziwnej anomalii na niskiej orbicie. Jego dawni sojusznicy potrafią jednak sprowadzić go z powrotem do świata śmiertelnych – aby jeszcze jeden, ostatni raz rzucił wyzwanie bóstwom i uwolnił ludzkość spod ich jarzma.

    Jak wspomniałem we wstępie do tego tekstu, od pierwszych stron byłem oczarowany konstrukcją świata przedstawionego. Ten jest, jak zwykle u Rogera Zelaznego, niezwykły i świeży. Na samym początku czytelnik ma wrażenie, że został wrzucony w sam środek hinduskiej legendy, gdzie sprawy chodzących po ziemi bogów mieszają się ze sprawami śmiertelnych, a najdrobniejszy skrawek rzeczywistości materialnej, jak ptak czy kamień, jest powiązany z tą duchową. Później jednak, gdy poznajemy coraz więcej szczegółów, okazuje się, że sprawy mają się zarazem tak samo, jak i inaczej. Wszystko, w co wierzą mieszkańcy tego świata – karma, wędrówka dusz, reinkarnacja, mściwi bogowie doglądający śmiertelnej sfery – to prawda, ale z przyczyn zupełnie innych niż metafizyczne. Po śmierci bogowie rzeczywiście ważą dusze śmiertelników, a służy im do tego zaawansowane urządzenie odczytujące wspomnienia, zwane psychosondą. Reinkarnacja jest możliwa dzięki technologii przenoszenia świadomości między ciałami – tej samej, dzięki której bogowie mogą zmieniać swoje powłoki i role. Płonące rydwany nieśmiertelnych władców tego świata to, oczywiście, uzbrojone po zęby statki kosmiczne, zaś święte bronie, będące ich atrybutami, to w istocie lasery i emitery fal… Wiara i dostępna nielicznym technologia składają się na opresyjny aparat władzy – nielicznych śmiertelników bawiących się w mitycznych bogów – utrzymujący całą ludzkość w stanie niekończącego się średniowiecza, w strachu, zacofaniu i zabobonie.

    Muszę jednak przyznać, że trochę mniej zachwyciła mnie konstrukcja fabuły. Historia opowiedziana przez Zelaznego wciąga, a postaci, o których opowiada, są wykreowane w interesujący sposób, dają się polubić, zachęcają do dalszego śledzenia ich losów (Jama, ubierający się na czerwono bóg śmierci, jest chyba moim ulubieńcem). Rozczarowanie przychodzi jednak w okolicach końca opowieści – gdy okazuje się, że dwie trzecie objętości książki to medytacje głównego bohatera na temat jego poprzednich wcieleń, w których rzucał wyzwania bogom. Kiedy budzi się z transu, w który zapadł po swoim odrodzeniu na początku książki, i na nowo rozpoczyna bój z bogami, na dokonanie tego, co postanowił, zostaje mu mniej niż pięćdziesiąt stron – przez co zakończenie jego historii wydaje się przychodzić po prostu zbyt szybko. W moim odczuciu przeznaczenie ponad połowy książki na retrospekcję było zabiegiem odrobinę chybionym, przez co finalny odbiór dzieła jest gorszy, niż mógłby być przy bardziej tradycyjnej formie opowiadania.

    Tekst może być cokolwiek trudny w odbiorze dla kogoś, kto nie miał do tej pory styczności z hinduizmem ani nie czytał podań z tego kręgu kulturowego. Można się jednak przyzwyczaić do pewnych dziwactw, a odrobina nadrabiania zaległości z tego, kto właściwie jest kim w hinduistycznym panteonie, znacznie ułatwia lekturę. Kiedy ta sztuka się uda, „Pan Światła” rewanżuje się jako naprawdę pięknie napisany kawałek tekstu. Dialogi są fantastyczne, zarazem błyskotliwe, jak i utrzymane w specyficznym klimacie, co potęgując wrażenie, że czyta się baśń lub wschodni tekst religijny. Podobnie ma się sprawa z opisami, choć miałem wrażenie, że one akurat z biegiem powieści zaczęły tracić swój niezwykły charakter. Nie mogę jednak powiedzieć, że mi to przeszkadzało – jak powiedziałem, wkrótce wyjaśnia się, że wydarzenia w świecie „Pana Światła” nie mają tak naprawdę niczego wspólnego z mocami nadprzyrodzonymi, utrzymywanie dekoracji po takim odkryciu mogłoby po prostu zmęczyć czytelnika.

    Czy polecam „Pana Światła”? Jak najbardziej. Jak wszystkie powieści Zelaznego, również i ta jest dosyć krótka, choć specyficzny język i konstrukcja świata sprawiają, że przynajmniej na początku lektura postępowała mi dosyć wolno. Jest to jednak jedno z najbardziej niezwykłych dzieł tego autora oraz w ramach fantastyki naukowej w ogóle, coś, co po prostu wypada znać. Jeśli w dodatku cenisz sobie odrobinę egzotyki oraz kusi cię świeże podejście do tematyki kolonizacji obcych planet, która w naszych czasach – gdy fantastyka naukowa stała się elementem mainstreamu – wydaje się wyczerpana, wspólna podróż z Mahasamatmanem będzie dla ciebie wyłącznie satysfakcjonująca.

  • Recenzja książki: Karolina Fedyk - „Skrzydła”

    skrzydla

    Karolina Fedyk - „Skrzydła”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 504
    Cena okładkowa: 36,99 zł

    Debiutanckie powieści bywają różne. Niektóre można potraktować jako nie do końca udany start, dzięki któremu autor nabrał nieco doświadczenia i później będzie mógł zaprezentować czytelnikom bardziej dopracowane teksty. Zdarzają się i takie debiuty, które od razu wróżą autorowi co najmniej umiarkowany sukces literacki. Karolina Fedyk, publikująca dotąd teksty w antologiach, w kwietniu tego roku zaprezentowała swoją pierwszą powieść – „Skrzydła”. I, całe szczęście, można stwierdzić, że książka należy do drugiej z wymienionych grup.

    „Skrzydła” opowiadają o dziejach Rasenny – krainy, która wciąż pokutuje za przeszłość, a przy tym ma nad sobą widmo niepewnej przyszłości. Dawniej była zamieszkana przez magów, którzy jednym życzeniem zmieniali oblicze rzeczywistości, lecz teraz jest podbita i nieprzyjazna. Między Rasenami a mieszkańcami Nowej Saady panuje nienawiść, wszelkie ślady magii są tropione i natychmiast unicestwiane, a bezpieczeństwo mieszkańców zależy od wątłej nici porozumienia z bogami-opiekunami miast. A ci, jak to często bywa, są bardzo ludzcy i kierują się własnymi kaprysami.

    Narracja śledzi poczynania różnych osób, dzięki czemu na przedstawiony świat patrzymy z wielu perspektyw. Głównie poznajemy go jednak tak, jak postrzega go Zaihab – niewidoma dziewczyna, która spojrzenia bóstw – choć przychylne – przyciąga zbyt mocno. Chociaż marzy jedynie o tym, by wędrować po osadach i dawać ludziom pieśni opowiadające o przeszłości, los kieruje ją do miasta Sahit. I gdy zostaje wybrana na hierodulę ptasiego bóstwa Vesui, jest zmuszona porzucić więcej niż tylko marzenia. W nieformalnej stolicy Nowej Saady życie bohaterki nierozerwalnie złączy się z losami wielu innych ludzi wplątanych w intrygę, której korzenie sięgają podboju sprzed stuleci. By odkryć prawdę, pieśniarka będzie musiała zadawać pytania poddające w wątpliwość fundamenty, na których stoi Rasenna – a na pytania te nikt nie chciałby znać odpowiedzi. Czy bogowie naprawdę są dobrotliwymi opiekunami, za jakich się ich uważa? Czy „źródło”, z którego magowie czerpali moc, może być źródłem nieodnawialnym?

    Dzieje z przeszłości i teraźniejszości, relacje między zwaśnionymi Rasenami i Saadyjczykami, ingerencja bóstw i interesy pojedynczych ludzi tworzą skomplikowaną siatkę powiązań. I chociaż mnogość wątków i postaci to niewątpliwa zaleta „Skrzydeł”, na początku może sprawiać, że czytelnik zagubi się w tak rozbudowanym świecie. Historie jednak splatają się z sobą coraz ciaśniej i z każdym kolejnym rozdziałem odbiorca z coraz większym zainteresowaniem oczekuje rozwiązania tajemnic magów i zwykłych ludzi.

    Choć rozwój akcji przebiega w tempie, które równocześnie wciąga i nie przytłacza swoją szybkością, to im bliżej końca książki, tym częściej w fabule pojawiają się niezwykłe odkrycia i wydarzenia. Tu następuje małe rozczarowanie – akcja zostaje nagle przerwana i pozostawia czytelnika z wieloma pytaniami czekającymi jeszcze na odpowiedź. Ale ma to jednak swój cel – zaintrygowany odbiorca z pewnością sięgnie po kolejne części historii Rasenny...

    Na pochwałę zasługują natomiast barwne i różnorodne postaci, wzbudzające sympatię, litość albo nienawiść, często niedające się jednoznacznie ocenić jako złe lub dobre. Bóstwa bywają dziecinne i chimeryczne, młode i niewinne postaci szybko uzbrajają się w przebiegłość i hart ducha, a nawet najbardziej szlachetne z pozoru osoby mogą ukrywać mroczne sekrety. Każdy z bohaterów jest żywym tworem i kształtuje się wraz z rozwojem wydarzeń, dzięki czemu w motywy znane już z wielu opowieści (relacja człowieka z bogami, konflikt magów i zwykłych ludzi) tchnięte zostaje nowe życie i znacząco dodaje realizmu fantastycznej przecież powieści.

    Z czystym sumieniem przyznaję, że „Skrzydła” naprawdę mile mnie zaskoczyły – w kwestii tworzenia świata, ciekawej kreacji bóstw czy różnorodności postaci. Jest to jedna z tych książek, którą polecić mogę każdemu fanowi szeroko pojętej fantastyki. A jeśli przy tym fan lubi klimaty mitologiczne i opowieści o niezwykłych krainach oraz ludziach władających przyrodą – istnieje ogromna  szansa na to, że recenzowana książka stanie się jedną z jego ulubionych lektur.

  • „Banda niematerialnych szaleńców” już straszy!

    banda niematerialnych szalencowCzy można zaprzyjaźnić się z duchem, a potem wprosić się do niego na imprezę z okazji pięćsetnych urodzin? Danny Moon przekonał się na własnej skórze, że można. Przy okazji wpakował się też w spore tarapaty i dokładnie poznał świat „po drugiej stronie”. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak do tego wszystkiego doszło i co wynikło ze znajomości z niematerialną istotą, powinniście sięgnąć po „Bandę niematerialnych szaleńców” Marii Krasowskiej. Ale najpierw rzućcie okiem na naszą recenzję tej książki, którą znajdziecie tutaj.

  • Recenzja książki: Maria Krasowska - „Banda niematerialnych szaleńców”

    Banda niematerialnych szaleńców

    Maria Krasowska - „Banda niematerialnych szaleńców”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 384
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    „Według niego mucha na pewno była pluskwą, za rogiem czaiły się uzbrojone siły wroga, a każdy napój miał w sobie dodatek trucizny”.

    Danny Moon miał to nieszczęście, że urodził się w bogatej rodzinie. Mógł podróżować z rodzicami i zwiedzać świat, od swoich znienawidzonych guwernantek uczyć się wielu nietypowych rzeczy (takich jak jazda konna, język japoński czy migowy) i jeść tony uwielbianej przez niego gorzkiej czekolady. Podczas jednych zajęć z guwernantką Danny posunął się za daleko i za karę został wysłany do wujostwa i pięciu kuzynek do Polski. To tam na poddaszu domu spotkał ducha pirata, poznał zasady działające „po drugiej stronie” i wpakował się w ogromne tarapaty. Po dłuższej znajomości z niematerialnym kompanem postanowił wprosić się na urodziny pięćsetletniego ducha i włamać do banku. To był pracowity tydzień Danny’ego i jego kuzynki Anety…

    Książki tworzone przez polskich pisarzy są zawsze ciekawą odskocznią od szeroko rozpowszechnionej amerykańskiej literatury. Maria Krasowska jest młodą, początkującą autorką, która napisała całkiem dobrą powieść. Akcja jej książki rozgrywa się w stolicy naszego kraju. Prozaiczka posługuje się lekkim i prostym językiem, dzięki czemu z łatwością może trafić do odbiorców – osób w wieku około 12-16 lat. „Banda niematerialnych szaleńców” nie jest przy tym infantylna i nie obraża swoją prostotą starszego odbiorcy, tak więc i oni mogą z przyjemnością oddać się lekturze. Książkę czyta się przyjemnie i szybko. Jest to zasługa stylu autorki, jak i mnogości wydarzeń w niej zawartych. Akcja mknie do przodu i nawet nie spostrzegamy, kiedy spotkanie jednego ducha wplątuje głównego bohatera w spisek, by na końcu doprowadzić do starcia z tajemniczym mężczyzną w garniturze. Akcja tak naprawdę nigdy nie zwalnia, a napięcie i ciekawość towarzyszą nam przez cały czas. Pomimo wielu wydarzeń fabuła jest utrzymana w ryzach, a każde działanie bohaterów jest czymś motywowane, ma swoje przyczyny i skutki. Prosta fabuła została dopracowana w detalach. Szczególnie podobała mi się idea świata duchów, którą przedstawiła autorka. Po przeczytaniu „Bandy niematerialnych szaleńców” mogłabym spokojnie opisać ten świat ze wszystkimi zaletami i wadami, wskazać kilka zwyczajów duchów oraz opisać wielu ich przedstawicieli. Wśród istot niematerialnych znajdziemy również postacie, które polubimy od samego początku, a to dzięki ich różnorodności. Duchy pochodzą z różnych epok, z odmiennych warstw społecznych, posiadają rozmaite maniery i wartości.

    Autorka nie ustrzegła się jednak kilku błędów. O ile świat duchów wydaje się być dopracowany, tak rodzina Anety i Danny’ego sprawia wrażenie bardzo papierowej, jednowymiarowej. Jej członkowie pojawiają się, kiedy są autorce potrzebni, i znikają w sytuacjach, w których mogliby skomplikować fabułę. Nasi bohaterowie muszą poprosić o pozwolenie na wyjście z domu, ale jednocześnie rodzice ze spokojem pozwalają swoim czternastoletnim dzieciom prowadzić samochód, włamywać się do banku i skakać po pociągach – trochę to nieautentyczne. Rozumiem, że mam styczność z fikcją i literaturą fantasy, ale doza realizmu nie zaszkodziłaby tej powieści.

    Autorka „Bandy niematerialnych szaleńców” wykreowała bardzo przyjaznych bohaterów, którym kibicujemy i trzymamy za nich kciuki, niemniej jednak obdarzyła ich za dużym łutem szczęścia. Miałam wrażenie, że za co bohaterowie się nie wezmą, zawsze się im to uda. Nie było w książce chyba żadnej sytuacji, kiedy to Aneta i Danny musieli używać planu B. Ostatnim moim zarzutem w stronę autorki są niedyskretne tytuły rozdziałów. Po ich przeczytaniu wiedziałam mniej więcej, co stanie się na najbliższych kartach książki. Tytuły są bardzo dosłowne i w pewien sposób streszczają akcję. Czasami było to trochę rozczarowujące.

    O wiele łatwiej wytyka się błędy, ale prawda jest taka, że jest to całkiem dobra książka, która może wciągnąć młodszych czytelników na dobrych kilka, kilkanaście godzin. Lektura jest przyjemna, pełna humoru, akcja w niej wartka, a bohaterowie mili – przynajmniej większość z nich. Poza wiecznym fartem głównych postaci nie było w „Bandzie niematerialnych szaleńców” niczego, co by przeszkadzało mi w czytaniu i miłym spędzaniu czasu. To całkiem przyjemne „endorfinowe combo”.

  • Recenzja książki: Jacek Łukawski – „Pieśń i krzyk”

    piesn i krzyk

    Jacek Łukawski – „Pieśń i krzyk”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 400
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    W 2016 roku Jacek Łukawski po raz pierwszy zabrał nas w niezwykłą podróż do Krainy Martwej Ziemi. Wraz z drużynnikiem Arthornem i niewielkim oddziałem dowodzonym przez Dartora przekroczyliśmy Martwicę, by poznać wykreowany przez pisarza świat i przekonać się, jak krucha może być jego równowaga. Weszliśmy w tę rzeczywistość spokojnie, jakby tylnym wejściem, przez wąski przesmyk utworzony w śmiercionośnej magii, która zabrała życie wielu ludziom. A potem wrzucono nas w pędzącą akcję, która nie zwalniała ani na chwilę, zwłaszcza w drugim tomie trylogii. Teraz przyszedł czas, aby poznać zakończenie tej niezwykłej historii o drużynniku i magicznym mieczu, którym można zabijać bogów.

    Jak mogliśmy się spodziewać, Arthorn, który prosto z latającej łodzi płanetnika Arka Olsona trafił do lochów w Carmennes, zdołał ocalić życie. Księżniczka Azure w swej wspaniałomyślności „odwdzięczyła się” za pomoc oraz sprowadzenie do Wondettel, skazując go na wiosłowanie na galerach zamiast na śmierć. Podobny los spotkał Marcasa, komesa Doreby, i biednego Oflana, który ośmielił się w czasie procesu zeznawać na korzyść Arthorna. Niezwykła kompania, która wyruszyła z ukrytej przed wszystkimi doliny, Asnal Talath, uległa rozproszeniu. Tymczasem lord Auriss zasiadł na tronie obok Azure. Osiągnął swój cel, ale kosztem wielu wyrzeczeń i podporządkowania się teraz już oficjalnie koronowanej królowej. Ta zaś wciąż marzy o poszerzeniu granic Wondettel i szykuje się na wojnę z krajami zza Martwicy. Nikt już nie jest w stanie jej powstrzymać, gdyż jedyny człowiek, który mógł stopować jej zapędy, czyli Garhard, nie żyje. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie, zwłaszcza że ani Dao, ani Gariel Ael nie zamierzają bezczynnie czekać na atak Wondettel. Tymczasem Nyz’gam – władczyni czarnej twierdzy – i Fardor mają swoje plany, w których kluczowym elementem jest Martwica i związana z nią magia.

    „Pieśń i krzyk” to powieść, którą trudno jest oceniać w oderwaniu od poprzednich części trylogii. Do Krainy Martwej Ziemi powracamy chwilę po wydarzeniach, które miały miejsce w „Gromie i szkwale”. Jeśli jednak ktoś nie pamięta, co działo się wcześniej, Jacek Łukawski przychodzi z pomocą. Autor zamieścił bowiem na początku książki list Arthorna pisany do mędrca z gór. Pokrótce przedstawia w nim wydarzenia, które miały miejsce w poprzednich tomach cyklu.

    Teraz, w „Pieśni i krzyku”, mamy okazję poznać więcej szczegółów dotyczących zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości – nie tylko poszczególnych bohaterów, ale i całej krainy. Dowiadujemy się między innymi, czym jest Martwica, jak powstała i w jakim celu, a także jakie plany w stosunku do niej mają starzy bogowie. Jacek Łukawski wyjawia nam w końcu tajemnicę pochodzenia Arthorna oraz jego trudnego dzieciństwa i młodości, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć tego bohatera i dokonywane przez niego wybory (nawet te, które wcześniej wydawały się bezsensowne). Nie zmienia to jednak faktu, że drużynnik zdaje się być teraz odrobinę irytujący: staje się mściwy, ciągle marudzi i zdecydowanie stracił charyzmę – narzekają na niego nawet towarzysze! Oczywiście zmiany w jego zachowaniu można łatwo wytłumaczyć cierpieniem i upokorzeniami, których doświadczył, ale obcowanie z nim na dłuższą metę bywa męczące. Na szczęście autor wynagradza nam tę niedogodność, wprowadzając nowych bohaterów. Dwóch z nich wielu czytelników na pewno pokocha całym sercem. Pierwszy z nich to Węgielek – czarny kot przygarnięty przez Valescę, a drugi to dziesiętnik Gradlon, który potrafi kląć z taką finezją, że na pewno niejedna osoba uśmiechnie się, czytając, jak „pieszczotliwe” zwraca się do towarzyszy – „prukwy leniwe z murwiarskiego dupska wyjęte i przez strzygę wylizane” to jedno z łagodniejszych określeń.

    Pozostałe postaci nie zmieniają się zbytnio w stosunku do poprzednich części. Valesca, mimo częściowej utraty pamięci, jest silną i zdeterminowaną kobietą, Azure pozostaje wyniosła i zadufana w sobie, Gwydon wciąż z optymizmem podchodzi do życia. Dużym zaskoczeniem może okazać się za to Auriss. Wcześniej był to spiskujący lord, który nie cofał się przed niczym, by zasiąść na tronie. Teraz widzimy go w zupełnie innym świetle, okazuje się bowiem, że świetnie sprawdza się jako władca – jest rozsądny i podejmuje przemyślane, mądre decyzje.

    Jeśli chodzi o fabułę, to dostajemy książkę podobną w swej brutalności do poprzedniczek. Magia jednak jest silniejsza niż kiedykolwiek, a na bohaterów czyha więcej niebezpieczeństw. Śmierć podąża za nimi krok w krok, niektórych nawet dosięga. Widać, że autor dokładnie wszystko przemyślał, nie ma tu przypadkowości, a informacje są ujawniane w odpowiednim czasie. W ogólnym odbiorze może przeszkadzać jedynie przeskakiwanie między różnymi miejscami i bohaterami oraz odrywanie nas od ciekawych sytuacji w najmniej odpowiednim momencie (np. w trakcie potyczki Marcasa z grupą wojowników – o jej wyniku dowiadujemy się później z opowieści). Owszem, takie działanie można uzasadnić chęcią pokazania szerokiej perspektywy wydarzeń. Towarzyszymy różnym bohaterom (Arthornowi, Valesce, Azure, Aurissowi czy nawet Mathonwie) i razem z nimi patrzymy na inny kawałek rzeczywistości, co daje nam całościowy obraz wydarzeń, ale sprawia jednocześnie, że czasami możemy się pogubić i zastanawiać, gdzie właśnie jesteśmy.

    Ponadto akcję całej trylogii da się porównać do powoli pompowanego balonika. Nie należy jednak spodziewać się wybuchu. Autor prowadzi fabułę w taki sposób, by przełamać schemat wielkiej bitwy na koniec, której – notabene – wyczekujemy. Nie oznacza to, że otrzymujemy zakończenie złe. Wręcz przeciwnie, jest ciekawe w swej odmienności – spokojne, z wielkimi bitwami rozgrywającymi się gdzieś w pewnym oddaleniu – i świetnie koresponduje z tym cichym wejściem w Martwicę, którym rozpoczął się pierwszy tom trylogii.

    Jeśli chodzi o stronę graficzną książki, to wszystko – tak jak poprzednio – utrzymane jest na wysokim poziomie: przyciągająca uwagę grafika na okładce i ciekawe ilustracje Rafała Szłapy wewnątrz, choć niestety, w moim egzemplarzu książki zostały zamienione – rysunek ze strony 45 odnosi się do wydarzeń ze strony 153.

    Czy warto zatem sięgnąć po Krainę Martwej Ziemi? Zdecydowanie! Wartka, pełna akcji i zaskakująca fabuła, interesujący świat magii, odrobina polityki i przełamywanie schematów, które znamy z klasyki fantasy, oprócz tego ciekawe nawiązania do innych tekstów, odrobina humoru, nienachalne wątki miłosne i bliski nam słowiański klimat zapewnią doskonałą rozrywkę.

  • Recenzja książki: Laini Taylor - „Marzyciel”

    marzyciel

    Laini Taylor - „Marzyciel”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 512
    Cena okładkowa: 36,90

    W marzeniach każdy z nas może być kim tylko zapragnie. Silniejszym, zdolniejszym, piękniejszym człowiekiem, przeżywającym przygody i wychodzącym z nich obronną ręką tylko po to, by sięgnąć nią zaraz po niezmierzone skarby i tytuł bohatera… Dzięki marzeniom zwykła, szara codzienność staje się odrobinę bardziej znośna. Wszyscy znamy też opowieści o spełnieniu najodważniejszych snów, czekającym może nie za pierwszym rogiem, ale drugim czy trzecim… i o tym, że pogoń za marzeniami nigdy nie powinna tak naprawdę ustawać. Istnieje jednak jeszcze jedno powiedzenie, a mówi ono, byśmy uważali, o co prosimy – bo możemy to dostać. Wiele jest też osnutych na tej kanwie powieści, mówiących o zbyt pochopnie wyrażanych życzeniach. Jak jest z „Marzycielem” Laini Taylor, książką, z którą miałam przyjemność spędzić kilka ostatnich dni?

    Lazlo Strange jest nikim. Widać to nawet w jego imieniu – wybranym losowo przez mnicha, przekonanego, że słabe i wygłodzone dziecko, które przyjechało na wozie pełnym innych sierot, nie pożyje wystarczająco długo, by się na nie skarżyć. Chłopak okazał się jednak silniejszy niż na to wyglądał – dorastastając w klasztorze i dając się poznać jako ktoś zupełnie oderwany od rzeczywistości. Zakopany w książkach, legendach o Szlochu, tajemniczym mieście, którego prawdziwa nazwa zaginęła w pamięci ludzkości, uciekający z zajęć po to, by poudawać jednego z tamtejszych wojowników, honorowych i nieustraszonych… Pierwszym zbiegiem okoliczności, który nada właściwy bieg jego życiu, będzie zepsuta ryba, za sprawą której Strange Marzyciel nie zostanie mnichem, a bibliotekarzem. Drugim – chwila, w której przypadkiem natknie się na młodego alchemika, Thyona Nero, okrutnie bitego przez ojca, i postanowi wspomóc go swą wiedzą. Trzecim – przybycie do Zosmy delegacji z tego samego Szlochu, o którym tyle marzył, a który uważano za bajkę dla dzieci.

    Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorka nakreśliła postać Strange’a. Chłopaka poznajemy bardzo dobrze niemal od samego początku, dzięki czemu jego życie w klasztorze, chociaż opisywane jako bardzo skromne i monotonne, wcale się takie nie wydaje. Anegdoty z jego dzieciństwa, czasu dojrzewania, rozmów o życiu wewnątrz i na zewnątrz klasztoru, które to życie wcale Lazla nie interesuje, wreszcie piętno „marzyciela”, nadane mu wcale nie jako uznanie dla jego wyobraźni, dają obraz słodko-gorzki, ale bardzo urokliwy. Postawienie obok niego zupełnego przeciwieństwa, Thyona Nero, „złotego chłopca”, pięknego, bogatego, odnoszącego sukcesy w dziedzinie alchemii, mającego to wszystko, co mogłoby być udziałem Lazla, gdyby tylko urodził się gdzie indziej, potęguje wrażenie istnienia dwóch światów – realnego i wyśnionego. Jest coś okrutnego w tym, że to właśnie ten ubogi stanie się warunkiem powodzenia i sławy drugiego… I wcale nie sprawi to, że w jakiś sposób staną się oni sobie bliscy.

    W opozycji do twardej rzeczywistości biblioteki i klasztoru mamy Szloch – miasto ze snów. Ekspedycja pod wodzą legendarnego Zabójcy Bogów, do której dołączą obaj wyżej wspomniani, jeden jako wybraniec, a jednak oszust, drugi za sprawą desperackiej prośby, rusza jednak nie po to, by odkrywać, ale by ratować. Tajemnic jest wiele, jeszcze więcej domysłów, będzie też ich dalej przybywać. Bogowie Szlochu umarli, ale czy byli dobrymi opiekunami, czy raczej ciemiężycielami ludu, któremu jarzmo narzucili za pomocą okrutnej magii? Jedno jest pewne – ich śmierć nie oznaczała końca nieszczęść trapiących miasto. Tu mamy kolejny cudowny kontrast – pomiędzy legendami i zbudowanymi na ich kanwie oczekiwaniami przybyszów a rzeczywistością, o której niewielu odważa się opowiedzieć. Magia Mesarthimów zaś jest może mało skonkretyzowana, nieusystematyzowana i kompletnie losowa w tym, jak się manifestuje, ale wiąże się z nią tak wiele częściowo nierealnych, a częściowo bliskich nawet naukowemu ujęciu problemów, że dowiadywanie się kolejnych szczegółów i towarzyszenie bohaterom, którzy próbują przełożyć je na znaną sobie rzeczywistość, jest czystą przyjemnością.

    Czy „Marzyciel” ma jakieś wady? Jedną. Jest nią przestój, który powodują w akcji sceny erotyczne. Nie jest ich wiele, są bardziej sugerowane, niż opowiadanie dosłownie, ale ich opisy są zdecydowanie za bardzo rozwlekłe, sprawiają wręcz wrażenie powtarzanych wielokrotnie zwrotów, zwłaszcza tych o zachwycie i cudowności. Do zbudowania romantycznej otoczki i nakreślenia wydarzeń spokojnie wystarczyłaby ćwierć użytej tam objętości, uniknęłoby się też owej wtórności, która szybko wywołuje znudzenie. Jak zazwyczaj lubię podobne wątki w przypadku bohaterów, z którymi sympatyzuję, tak tu miałam chęć po prostu pomijać całe fragmenty, by wreszcie przejść do rzeczy. A że dzieje się dużo, to i te przestoje trochę potrafią działać na nerwy.

    „Marzyciel” ma ogromny potencjał na powieść piękną, głęboką, a nade wszystko – dobrze napisaną, który to potencjał zresztą częściowo już zrealizował. Nadal jednak pozostało wiele do wyjaśnienia, zasugerowano istnienie pewnych tajemnic, pozostawiono część kwestii po prostu niewypowiedzianymi – oczekiwanie na kolejny tom będzie wiązało się więc ze sporą dozą niecierpliwości. „Marzyciela” zaś polecam z całego serca – to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

  • Recenzja książki: Łukasz Orbitowski – „Exodus”

    exodus

    Łukasz Orbitowski – „Exodus”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 448
    Cena okładkowa:39,90 (miękka oprawa), 47,90 zł (twarda oprawa) 

     

    Kiedy czytamy książkę, najpierw zwracamy uwagę na głównego bohatera. Historia nie musi być ciekawa, jeżeli protagonista, szczególnie w narracji pierwszoosobowej, ma interesującą stylizację, charakter, który chce się poznawać z każdą kolejną stroną, i… duszę. Jednak jeżeli główna postać taka nie jest, wciąż istnieje cień szansy, że do powieści przyciągnie nas fascynująca fabuła.  Najlepiej, gdy dostaje się i charakterystyczną osobowość, i świetny lejtmotyw. A co, jeżeli nie dostaniemy ani jednego, ani drugiego?

    „Telefon wiruje w odpływie dworcowego klopa, razem z resztkami kart i dowodem osobistym. Nie będzie mnie, a więc żegnaj, Janku”. – Jan ma coś za uszami. Pewnego dnia wypłaca z banku wszystkie oszczędności, kupuje bilet do Berlina i ucieka. Od odpowiedzialności, przed policją, przed swoją historią – przed czymkolwiek, bo czytelnik długo tego nie wie, nie rozumie. Jan ma żonę, do której często wraca pamięcią, i syna, do którego kieruje te ponad czterysta stron pisanych. Jest człowiekiem wypranym z uczuć, bez strony emocjonalnej, który utknął pomiędzy teraźniejszością a przeszłością. Takiego Janka poznajemy na początku powieści i takiemu Jankowi towarzyszymy do końca.

    Janek dobrze wie, co zrobił i co się stało, zanim zdecydował się ruszyć w świat i wyciągnąć wszystkie pieniądze z banku, ale jest to dla niego tak oczywiste i normalne, że czytelnik nie zostaje poinformowany o tym chamską ekspozycją już na początku. Trzeba umiejętnie wnioskować ze scen i przemyśleń bohatera, aby domyślić się czegokolwiek, poskładać wnioski, a co dopiero przewidzieć dalszą część – jest to praktycznie niemożliwe; wiele akapitów staje się jasne dopiero przy drugim czytaniu czy chociażby ponownym wertowaniu stron. Fabuła nie jest nam rzucona, podana na tacy, „Exodus” ma więc w sobie elementy dobrego kryminału – tajemnica rozwija się z każdą kolejną sceną. Ani blurb, ani fragment przytoczony na wewnętrznej okładce nie są typowymi spoilerami i odpowiednio pełnią swoje funkcje – zachęcają do przeczytania całości.

    Kryminał czy powieść obyczajowa z elementami sensacyjnymi, z akcją, prowadzone za pomocą zdań prostych, które budują napięcie, muszą jednak ciekawić. Tutaj głównym motorem napędowym jest pytanie, dlaczego Jan w ogóle wyjechał. Po co? Co go dręczy i jaki ma to związek ze srebrną toyotą? Gdy odkryłam tę tajemnicę i skończyła się scena z Jackiem, książka nie miała dla mnie już nic ciekawego do zaoferowania. Na szczęście dzieje się to dopiero pod koniec, ale jednak wykluło się we mnie uczucie mocnego rozczarowania. To już? Tyle? I to… wszystko? To po to był ten Berlin, wolontariat w Imagine, Róg w Lublanie i „greckie wakacje”? Bo po wypruciu emocjonalnym, po tym strachu, o którym Janek mnie tak sucho zapewniał przez całą powieść, to spodziewałam się zwyczajnie czegoś… więcej.

    „Moje ciało nie stawia żadnego oporu, jakby zostało stworzone dla noża. Jestem mocny i nieugięty. Przepełnia mnie nowa, dzika siła. (…) Dotykam własnej szyi i piersi, gdzie powinny znajdować się rany, ale ich nie ma, krwawi tylko ugryziona dłoń. Przynajmniej tak mi się wydaje. Niewiele wiem, niewiele myślę o niczym”. – Swoją drogą jeśli już przy Lublanie jesteśmy, to zastanawia mnie, jak ciężko jest wyciągnąć komuś ledwo dziesięciocentymetrowe ostrze z krtani? Że aż trzeba zapierać się nogą? Najwyraźniej dość ciężko, o dziwo. Scena w Tortudze prezentuje obojętność i takie też na mnie zrobiła wrażenie, że zaczęłam w nią wątpić, szukać luk. Brakowało mi adrenaliny, zdecydowania, napięcia, więc zwracałam uwagę na detale, przewracałam oczami. Janek niby „walczy o oddech” – tak stwierdził – ale tej walki tam nie było; były za to opisy – suchość w oczach, suchość w gardle i suchość na kartkach. Jeden z ważniejszych momentów książki, a nie różnił się stylizacją od sceny jedzenia kebabu. Bo tu nic się stylizacyjnie od niczego nie różni.

    Nie można więc powiedzieć, że Janek to bohater niekonsekwentny – to lakoniczny mężczyzna, przez całą narrację jednolity, jednocześnie naturalny i obcy, wnikliwy obserwator. Pełen wad i zalet, więc z marszu wydaje się realistyczny, prawdziwy. Każde zdanie jest jego myślą, a narracja w czasie teraźniejszym sprawia, że czytelnik przeżywa sytuacje w bardzo bliski Janowi sposób. Spostrzeżenia na temat otaczającej rzeczywistości, często ironiczne, potrafiły zainteresować na tyle, że tajemnicza fabuła utworu momentami odchodziła na dalszy plan. Zapominałam, po co właściwie czytam. Napięcie jednocześnie rosło i opadało – jak w sinusoidzie Jan potrafił naraz urzekać prostotą swoich trafnych przemyśleń, sprawiać, bym chciała je poznać, i kilka stron dalej rozleniwić mnie, sprawiać, że miałam ochotę przeskoczyć te kilka stron. Dlaczego? Ponieważ jego brak zaangażowania emocjonalnego, który przewijał się przez większą część tekstu, zwyczajnie męczył.

    Na blurbie możemy przeczytać, że Janek nic nie potrafi i nic nie wie, co absolutnie nie pokrywa się z moją wizją postaci. Tak naprawdę Jan wiedział praktycznie wszystko – na stronach powieści przeżył bardzo dużo i poradził sobie z każdym wyzwaniem, nic nie było mu przeszkodą, miał też bogatą w doświadczenia przeszłość, dodatkowo potrafił rzetelnie i na chłodno przedstawić nam obraz bieżącej sytuacji, atmosferę panującą w miejscach akcji, opisać spotykanych na swej drodze bohaterów. Był w stanie odnaleźć się w czasach współczesnych: opisywał na przykład Turka, który kupił koszulkę na przecenie w mallu, czy kasjerkę, która wyglądała, jakby myślała o tym, jakie zrobić sobie selfie.

    Problem w tym, że to wszystko nie robi na Janku większego wrażenia – to jednocześnie intrygujące, bo czekałam do końca książki, by w końcu poznać, czy zależy mu na czymkolwiek, czy jednak będzie na mecie taki sam, zobojętniały. W czasie trwania powieści Janka nie ekscytuje ucieczka, miejsca akcji, nowopoznani bohaterowie – kolejne stany upojenia, upalenia trawką, pobicia czy przypadkowy seks: „Przypadkowa miłość jest jak zderzenie dwóch komet lub przybicie sobie piątki, cieszy, lecz nie ma żadnego znaczenia”.

    Jest tylko kilka momentów w książce, kiedy naprawdę „czuć” bohatera, na przykład niefortunna scena z Lieke, króciutkie wspomnienie rocznicy z Julką czy gotowanie kaszki dla niemowląt w obozie… Ale to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę, że całość liczy ponad czterysta stron. Bezuczuciowość Janka obrazuje nawet sama okładka – dość niesubtelnie, kiedy już pozna się treść – iks przekreśla na niej serce.

    Dłuższe akapity poskładane ze zdań wielokrotnie złożonych kończy zwykle zdanie proste – clou sceny. Jest to wyczuwalne już po pierwszych trzydziestu stronach i jednym z powodów, dla których w ogóle czytałam, było poznanie wszystkich tych puent wieńczących dane fragmenty, a na końcu powiązanie ich z wątkiem głównym i dojście do sedna. Świetny jest też zabieg, który pozwala na rozwiązanie tajemnicy: przy wstępach do poszczególnych rozdziałów znajdziemy stopniowo rozwijaną wskazówkę; z każdym kolejnym etapem otrzymamy zdania, które zaprowadzą do rozwikłania zagadki wielkiej ucieczki. A jednak wystarczyłoby przeczytać tylko je i całość stałaby się jasna; czterysta stron, naprawdę? Liczba za duża, przytłaczająca, a część opisów potrzebna jak umarłemu kadzidło.

    Opisy te są jednak plastyczne, nawiązują do czasów współczesnych, ale nie różnią się stylistycznie od narracji prowadzonej w retrospekcjach. Swoją drogą dorosły czytelnik czerpie dużo przyjemności z tych retrospekcji – mamy chociażby wspomnienie Irka z „Big Brothera” i kompakty Deep Purple; jest to słodki powrót do przeszłości. To również atut dla czytelników młodszych, dla nowego pokolenia – można dowiedzieć się, jak bardzo różniły się tamte czasy i porównać proste marzenia o pierwszych aparatach komórkowych z dzisiejszymi marzeniami o pracy jako youtuber i wrzucaniu fotek na Insta. „Exodus” lubi kontrasty.

    Na pewno czymś, co mocno ujmuje i łapie za serducho, są nawiązania do kultury, odkryć techniki albo – tak po prostu – zwyczajnej, prostszej codzienności, za którą tak tęskno, na przykład za niedzielami z biało-czerwonym szalikiem i hasłem na ustach: „Leć, Adaś, leć!”. Wspomnienia są lepsze i gorsze, jednak zawsze prawdziwe i dotyczą tego, co poruszało niegdyś Polaków. Wspomina się więc nazwiska celebrytów i polityków, a także sytuację polityczną, rozwijaną gdzieś w tle; z każdą kolejną retrospekcją coraz bliżej nam do współczesności: „Julka wyjaśniła, że w Rosji spadł polski samolot. Zginął prezydent, generałowie i ministrowie. Gdzie naprawdę byłem? Jak mogłem tego nie wiedzieć? Przecież moja mama wydzwania co pół godziny z Krakowskiego Przedmieścia, rozpacza, że ruskie znów Polaków mordują”. I to jest w tej książce wprost znakomite, ale po czasie już samo w sobie nie wystarcza.

    Jednocześnie przy wielu polskich akcentach, dostajemy też masę tych zagranicznych (np. „Klara (...) ściąga przy tym usta zupełnie jak Jackie Florrick w serialu The Good Wife”) i czułam się wtedy, jakbym czytała Harlana Cobena, którego narrator w każdej powieści uwielbia wprowadzać porównania do celebrytów stanowych, o których nigdy osobiście nie słyszałam i których kontekstu muszę się domyślać. Czasem, gdy czytam niedaleko komputera lub telefonu, mogę jeszcze wygooglować sobie zdjęcie wskazanej osoby, jednak rzadko zależy mi na tym aż tak. Tym bardziej nie wierzę blurbowi, który mówi, że bohater podobno niczego nie wie. Często miałam wrażenie, że wie zdecydowanie więcej ode mnie.

    Świeżo po pierwszym czytaniu i drugim „wertowaniu” w głowie wciąż miałam obrazy, zapachy, smaki, cofałam się do swojej przeszłości, do lat dziewięćdziesiątych i późniejszych. Najchętniej przyswajało mi się retrospekcje Janka pisane w czasie przeszłym, natomiast sceny przedstawiające „tu i teraz” były lepsze i gorsze, interesujące bardziej lub mniej, ale to właśnie wyprucie z emocji sprawiło, że demotywowały do czytania. To może przeszkadzać, jeżeli chodzi o wczucie się w tego jednego konkretnego bohatera, ale na pewno pomoże, jeśli czytelnik (zamiast czytać o przygodach danej jednostki) woli podstawić pod niego siebie i porównać swoje przemyślenia i ewentualne wybory do wyborów i myśli tej postaci. I pewnie to też powinno być głównym czynnikiem, który sprawi, że książka nam się spodoba lub nie. By po nią sięgnąć bądź ją porzucić.

    Mnie osobiście „Exodus” porwał właśnie na początku – był jak rozpędzający się pociąg, którego nie chciałam zatrzymywać; momentami hipnotyzował, jednak po stu stronach zaczęłam odczuwać znużenie przez niesympatyczność i „zlodowacenie” Janka. Czytając, stale zastanawiałam się, czym jest umotywowany paniczny strach, wyrażony tymi prostymi, pozbawionymi życia, często aż mdłymi słowami? Lęk musi mieć poważne podłoże, skoro tak bardzo wypruł Janka z emocji. Do końca książki zadawałam sobie to pytanie, ale im bliżej zakończenia byłam, tym bardziej się frustrowałam. I na końcu tak samo sucho stwierdziłam, że wcale nie lubię i nie rozumiem głównego bohatera, zamknęłam książkę bez żalu. Jego ucieczka wydała mi się po prostu bezsensowna, a trudna droga, którą przebył, często fascynująca, ale zupełnie niepotrzebna. Gdy poznałam zakończenie, nie potrafiłam Jankowi współczuć, współczułam natomiast Julii. To wtedy uświadomiłam sobie, że czuję rozczarowanie. „I teraz nie śpią, tak jak ja nie śpię, i zastanawiają się, co mają z tym zrobić. Żadna jeszcze nie potrafi podjąć decyzji. Raz chcą zapomnieć, raz – pójść na policję. (…) Będę czekał tak długo, jak będzie to konieczne”.

    Exodus jest mieszaniną doznań, całą paletą przemyśleń, mozaiką lepszych i gorszych wrażeń, a co za tym idzie – sinusoidą opinii pozytywnych i negatywnych, które przeplatają się w trakcie czytania. Są plusy i są minusy; jest lekko, ale długo. Mamy drogę, lecz brak zmiany, a główny bohater jest nam poniekąd obcy. Nie da się wystawić jednej, właściwej oceny, jednakże na pewno warto dać Jankowi szansę, pozwolić mu coś powiedzieć, nawet jeżeli całość będzie brzmiała jak wymuszony, neutralny monolog, czasem pewnie i nieemocjonujący bełkot. Bo chociaż Janek jest wyprany z uczuć, to jednak my nie jesteśmy. A to nam pozostaje oceniać.

  • Recenzja książki: Jakub Ćwiek - „Zawisza Czarny”

    zawisza czarny

    Jakub Ćwiek - „Zawisza Czarny”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 304
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    Jakub Ćwiek wziął na swoje barki ciężar tematu aktualnego i niezmiennie budzącego kontrowersje oraz gorące dyskusje – patriotyzmu. Kiedy sięgałam po jego książkę, promowaną jako tę, która „wkurzy wszystkich”, na myśl przychodziły mi dwie opcje: będzie ona albo na  siłę prowokacyjna i żebrząca o uwagę, albo naprawdę skłaniająca do myślenia lub przynajmniej w ciekawy sposób wykorzystująca postać z potencjałem. Zabierając się za lekturę, miałam nadzieję na to drugie, i całe szczęście autor, choć zaliczył po drodze kilka potknięć, poprowadził historię umiejętnie.

    Głównego bohatera powieści poznajemy już jako obywatela nadwiślańskiego kraju, a także człowieka owianego pewną sławą. Pochodzący z Wybrzeża Kości Słoniowej Piotr, znany raczej jako Zawisza Czarny, gdy był małym chłopcem trafił pod opiekę Polaka ojca Jana. Pod okiem obecnego misjonarza i byłego żołnierza poznał polskie wartości, nauczył się nie tylko sztuk walki, ale i miłości do kraju, do którego przybył po latach – wciąż pamiętając wyuczony wierszyk „Kto ty jesteś? Polak mały. I co z tego, że nie biały?”.

    Akcja powieści umiejscowiona jest w Warszawie, w czasie, kiedy o spotkania radykalnie różniących się grup społecznych nietrudno, czyli tuż przed meczem stanowiącym okazję do zamanifestowania poglądów: są więc cykliści, czciciele Żołnierzy Wyklętych, feministki, cała plejada stowarzyszeń i zbiorowości z prawej i lewej strony. Fabuła dzieli się na części opowiadające o postaciach z zupełnie różnych społeczności, a wraz z jej biegiem autor pozostawia coraz więcej subtelnych wskazówek, dzięki którym można się domyślać, że losy bohaterów w końcu się zbiegną. Samemu Zawiszy towarzyszą spotkane przez przypadek równie wyraziste postaci: zaskakująco błyskotliwa Gośka, której całe szczęście oszczędzono odgrywania roli damy w opałach, Sawka – taksówkarka jeżdżąca zabytkowymi samochodami, a w końcu za jej sprawą do akcji wkraczają również Pająk i Łokietkowie. Ich splecione losy zamykają się natomiast w ramach wielkiego spisku, który punkt kulminacyjny ma osiągnąć w dzień meczu.

    Humor, stanowiący jedną z mocnych stron powieści, obecny jest tu od samego początku do ostatnich stron. Obrywa się wszystkim: narodowcom, hipsterom, kibicom, ludziom pracującym w korporacjach. Ćwiek zręcznie wykorzystuje każdą okazję na celne spostrzeżenia i wplecenie w fabułę humoru sytuacyjnego, ale – co się chwali – nie atakuje czytelnika niepotrzebnymi rasistowskimi żartami w każdej możliwej sytuacji. W końcu jaki Zawisza jest, każdy widzi – czarny.

    Podobnie jak w wielu innych książkach Ćwieka, mamy tu gotowe tło wydarzeń – w tym wypadku teraźniejszą Polskę – i rzucone w wir zdarzeń oryginalne postaci, które szybko zjednują sobie sympatię czytelnika. Co równie charakterystyczne dla powieści tego autora, sporą część treści stanowią wtrącenia myśli bohaterów, ale nie przeszkadzają one wartkiej akcji.

    Częste nawiązania do popkultury są, wbrew pozorom, jednym z minusów powieści. Choć miały zapewne być puszczeniem oka w stronę fanów, pojawiają się w zbyt dużej liczbie – sprawiają wrażenie, jakby autor usilnie chciał pochwalić się znajomością tematu. Słabość autora do popkulturalnych motywów uwidacznia się też w nieco przerysowanym sposobie ukazania ukrytej sieci powiązań działającej na terenie Warszawy czy szczególnych strojów i gadżetów bohaterów, ale ponieważ pojawiają się dopiero w momencie coraz szybszego dążenia fabuły do punktu kulminacyjnego, można je wybaczyć.

    Trudno natomiast wybaczyć wątki, które nie wnoszą świeżości, a raczej pozostawiają odczucie, jakby już kiedyś się je widziało. Takie sceny jak widowiskowa walka końcowa sprawiają wrażenie przepisanych z innych utworów, sztampowych i zbyt przewidywalnych.

    Podobnie rozczarowało mnie przesłanie książki, które znika w przekombinowaniu i zbyt wielkim natłoku wątków. Jak czytamy na okładce, książka obiecuje „pokazać nam, jacy jesteśmy”. I chociaż miejscami zdarzają się naprawdę trafne uwagi wymierzone w obie strony konfliktu, to „Zawisza” nadal jest tylko ciekawą przygodówką, a kilka spostrzeżeń skłania raczej do zgodnego pokiwania głową, ale nie dłuższej refleksji.

    Zdecydowanie to pomysł, wartka akcja i wyraziste postaci sprawiły, że mój odbiór książki był raczej pozytywny, a w przyszłości być może sięgnę po zapowiadaną w „Posłowiu” kontynuację przygód czarnoskórego bohatera. Czy poleciłabym ten tytuł innym? Nie każdemu. Dla fanów Ćwieka i jego stylu pisania „Zawisza Czarny” będzie kolejną miłą lekturą. Dla oczekujących wiele po zachęcającym i kontrowersyjnym opisie – książką równie ciekawą, ale nie bardzo zapadającą w pamięć.

  • Recenzja książki: Jarosław Rybski – „Warkot”

    warkot

    Jarosław Rybski - „Warkot”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 379
    Cena okładkowa: 36.90 zł

    Wrocław, lata 50. XX wieku. Polska powoli otrząsa się z wojennego koszmaru. Na Ziemie Odzyskane napływają ludzie z różnych zakątków kraju. Miastem rządzi bezpieka, nikogo więc nie dziwi, że od czasu do czasu znikają ludzie. Ale kiedy w rożnych nietypowych miejscach znajdowane są ciała pozbawione krwi z dwoma jedynie nakłuciami na szyi, okazuje się, że sprawa robi się na tyle poważna, że ani NKWD ani Milicja nie są w stanie sobie z nią poradzić. Kto stoi za tajemniczymi morderstwami? Jak rozwikłać tę zagadkę? I co wspólnego z tym ma student Politechniki?

    Debiutancki „Warkot” Jarosława Rybskiego to ciekawie skonstruowana powieść, której akcję osadzono w powojennej Polsce, na początku lat 50. Miejscem rozgrywanych wydarzeń jest poniemiecki Wrocław, powoli podnoszący się z wojennych gruzów. Głównym bohaterem książki jest tytułowy Jan Warkot – były żołnierz, aktualnie stażysta w drukarni i student Politechniki Wrocławskiej.

    Oprócz Warkota, w książce pojawiają się też inne postaci, z którymi bohater nawiązuje nić przyjaźni. Są to: porucznik milicji Stefan Gromił oraz majster drukarni Zdzisław Kapusta. Grupą tą kieruje dosyć ciekawa postać, która czuwa nad nimi i w pewien sposób wykorzystuje, by udaremnić zapanowanie nad miastem sekcie Przeklętych. Za całym zamieszaniem stoi… dusza pokutująca o wdzięcznym nazwisku Słupecki. A w mieście dzieją się naprawdę dziwne i straszne rzeczy. Ktoś wysysa z ludzi krew. Ta niezwykła grupa musi stawić czoło niebezpieczeństwu i ocalić bezcenną relikwię. Czy im się uda?

    Na wielkie słowa uznania zasługuje pomysłowość autora. Dopasowanie nazwisk do bohaterów to prawdziwy majstersztyk. Ten zabieg sprawił, że wszystkie występujące w książce postaci, zarówno te pierwszo–, jak i drugoplanowe mają określone cechy charakterystyczne, które pozwalają na przyporządkowanie ich do konkretnych charakterów i osobowości. Przykładowo, Leon Słupecki nazywa się tak nie bez powodu, bowiem jako dusza pokutująca pokazuje się jako słup ognia. Zdzisław Kapusta ma śmieszne powiedzonka, które odwołują się do jego doświadczenia życiowego i wieku. Wszystkie postaci są barwne, nawet te przesycone marksistowską ideologią. Co więcej, autor sugeruje, jakoby wąsaty przywódca ZSRR był marionetką w rękach jednego z wrogów jego bohaterów. Smaczku dodaje czarna pobieda przeczesująca ulice i zaułki Wrocławia. Auto też ma swoją legendę – ludzie, którzy znajdują się w jego pobliżu znikają. Od razu skojarzyło mi się to z czarną wołgą, którą w latach 80. i 90. rodzice straszyli swoje dzieci.

    Kolejnym pozytywnym aspektem jest spora dawka humoru, który doskonale oddaje realia peerelowskiej Polski. Jednak wyjątkową cechą tej powieści jest to, że Rybski w interesujący i zajmujący sposób wplótł historię Wrocławia między karty książki. Jakby sama opowieść o dziejach miasta płynęła równolegle z fabułą i wydarzeniami, które także były przemyślane. Każdy bohater miał swój wątek, który – jeżeli zaszła potrzeba – płynnie łączył się z innymi.

    „Warkot” to świeże spojrzenie na kryminał. Widać, że autor – chociaż debiutant – doskonale czuje się w tym gatunku literatury oraz znakomicie odnajduje się w rzeczywistości Polski z lat 50. Wydarzenia, chociaż fikcyjne, z pewnością mają swoje źródło w autentycznych przeżyciach prawdziwych ludzi. Co prawda główny wątek został doprowadzony do końca, jednak mam wrażenie, że na początku akcja była nieco wolniejsza i znacznie przyspieszyła na finiszu opowiadanej historii. A szkoda, bo pojawiły się nowe wątki, o których chętnie przeczytałabym więcej. Niemniej jednak powieść wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie i chęć przeczytania więcej o perypetiach tej osobliwej grupy.

    Równie interesująca co zawartość jest także okładka książki. Enigmatyczna postać w kapeluszu i prochowcu z ukrytą w cieniu twarzą trochę przypomina postać z Dzikiego Zachodu, ale po uważniejszym przyjrzeniu się moim oczom ukazał się ciemny wrocławski zaułek skąpo oświetlony latarnią z przejeżdżającą obok tajemniczą czarną pobiedą. Na okładce znajduje się nazwa (mam nadzieję, że cyklu) „Bractwo Wrocławskie”. Oby to był dobry zwiastun kontynuacji.

  • Recenzja książki: Andrius Tapinas - „Wilcza godzina”

    wilcza godzina

    Andrius Tapinas - „Wilcza godzina”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 480
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    Andrius Tapinas jest prezenterem telewizyjnym, pisarzem science fiction i wielbicielem pokera, a w wieku siedemnastu lat został najmłodszym w historii tłumaczem dzieł  J. R. R. Tolkiena. Ponadto napisał pierwszą litewską powieść w konwencji steampunku. Czego zatem możemy spodziewać się po książce stworzonej przez tak uzdolnionego i ambitnego twórcę? Bardzo wiele! I chociaż czasem na wygórowanych oczekiwaniach się kończy, w tym przypadku mało kto będzie zawiedziony.
     
    Rok 1870. Ponieważ skarbiec Imperium Rosyjskiego świeci pustkami, a pieniądze ze sprzedaży Alaski dawno się skończyły, Rada Państwowa podejmuje niezwykłą decyzję o oddaniu Wilna w ręce bogatych finansistów – rodziny Rothschildów. Od tego momentu gród staje się częścią Aliansu, czyli zrzeszenia wolnych miast, do których należą jeszcze: Kraków, Konstantynopol, Praga i Rewel. Prowadzą one wspólne interesy, przez co zyskują ważny głos w polityce międzynarodowej. Dzięki opiece i finansowemu wsparciu Rothschildów wileńscy alchemicy dokonują przełomowego odkrycia, które odmienia oblicze Europy. Wynaleziony przez nich niezwykły gaz, prometyl, pozwala napędzać wielkie statki powietrzne, małe pojazdy, niezwykłe strażnicze golemy oraz automatony – urządzenia, które mogą zastąpić ludzi przy niektórych czynnościach.
     
    Po 35 latach od przyłączenia Wilna do Aliansu, w kwietniu 1905 roku, mieszkańcy miasta przygotowują się do wielkiego wydarzenia, jakim będzie Szczyt, czyli spotkanie, w którym mają wziąć udział przedstawiciele największych europejskich potęg. Przygotowania idą pełną parą – w przenośni i dosłownie, gdyż na parze opiera się cały mechanizm funkcjonowania miasta. W tym trudnym dla Wilna i jego mieszkańców okresie rozgrywa się tu nie tylko polityczna gra, ale też toczy się walka o wiedzę, władzę, wpływy oraz życie wielu osób. W każdym zaułku czają się groźni szpiedzy, znikają tajne dokumenty, praska Loża Wskrzesicieli poluje na niezwykłą dziewczynę, która przybyła z Krakowa, a legioniści muszą sobie poradzić nie tylko z tłumem wilnian i turystów przybywających do miasta, ale także niezwykłymi morderstwami.
     
    I na tym wypadałoby zakończyć przybliżanie fabuły „Wilczej godziny”, gdyż każda kolejna informacja może odebrać przyjemność z odkrywania elementów niezwykłej układanki, jaką stworzył dla swoich czytelników Andrius Tapinas. Każdy wątek – a jest ich tu naprawdę sporo – pozwala zobaczyć kawałek zadziwiająco złożonej intrygi i wyjątkową sieć powiązań łączącą wiele postaci, które na pierwszy rzut oka wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Historia stworzona przez  pisarza wymaga od nas uwagi, dokładnego czytania i analizy faktów, które autor dozuje z iście aptekarską precyzją, dlatego zawiodą się ci, którzy szukają w tej książce łatwej rozrywki. W dodatku pewną trudność może sprawić określenie, kto tak właściwie jest głównym bohaterem „Wilczej godziny”. Uwaga narratora przeskakuje od jednej osoby do drugiej, a każda ma inny charakter, inne zadanie do wykonania, odmienną motywację (w tym miejscu chyba muszę podziękować autorowi za dokładny spis osobistości pojawiających się w powieści!). Jednocześnie wszystkie postaci są częścią składową machiny poruszającej akcję do przodu.
     
    Niewątpliwie za ważnego bohatera można uznać samo Wilno. Tapinas w ciekawy sposób kreuje powieściową rzeczywistość, pokazując nam niezwykłe miasto przypominające to z początku XX wieku, jednak udoskonalone o nowe elementy – napędzane prometylem maszyny, alchemiczne wynalazki, niezwykłe statki powietrzne. To ono dyktuje warunki ludziom, którzy znaleźli się na jego ulicach. Dzięki narracji skupiającej się na detalach możemy poznawać Wilno wieloma zmysłami, widzimy jego kolory, czujemy zapachy i smaki, słyszymy charakterystyczne odgłosy, przemierzamy główne arterie miasta, wąskie uliczki w dzielnicy zwanej Biedy i zielone ogrody Zwierzyńca. Steampunkowe elementy tutaj nie dominują. Wprawdzie autor pokazuje nam golemy i oryginalne, napędzane parą maszyny, opowiada o bionikach – niezwykłych istotach będących połączeniem maszyny i żywej istoty, wprowadza do tajnych alchemicznych laboratoriów, jednak robi to wszystko, by w odkrywczy sposób sportretować ukochane miasto i stworzyć ciekawe tło dla akcji.
     
    Czy warto zatem sięgnąć po książkę Andriusa Tapinasa? Jeden z bohaterów powieści, Jan Basanowicz, powiedział o sobie: „Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili”. W odniesieniu do „Wilczej godziny” to powiedzenie pasuje idealnie. Ta powieść też nie jest jak zupa pomidorowa – to wykwintne danie, które wielu osobom przypadnie do gustu. Spróbujcie, a na pewno „rozsmakujecie się” w niezwykłej opowieści o wileńskich intrygach.
  • Recenzja książki: N.K. Jemisin - „Wrota obelisków”

    wrota obeliskow

    N.K.Jemisin - „Wrota obelisków”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 387
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    Kilka miesięcy temu recenzowałem „Piątą porę roku” N.K. Jemisin. Książka - mimo dobrych pomysłów - nie przypadła mi do gustu, postanowiłem jednak dać autorce drugą szansę i sięgnąć po kontynuację „Trylogii Pękniętej Ziemi”. I dobrze, że nie spisałem pani Jemisin na straty. „Wrota obelisków” już od pierwszych stron są o wiele ciekawsze od tomu pierwszego.

     

    Akcja książki rozpoczyna się niedługo po zakończeniu części pierwszej. Swiat Bezruchu chyli się ku upadkowi. Potężne trzęsienia ziemi rozerwały kontynent na pół, a na domiar złego nadeszła piąta pora roku – trwająca wiele lat sroga zima. W tym momencie Essun, główna bohaterka „Piątej pory roku” w swych poszukiwaniach córki trafia do Castrimy, jednej ze Wspólnot, gdzie spotyka dawnego przyjaciela i znajduje schronienie.

     

    Mam wrażenie, że wydarzenia we „Wrotach obelisków” toczą się nieco wolniej niż w poprzedniczce, a akcja rozwija się jakby spokojniej. Ponownie historię widzimy oczami kilku różnych postaci. Niestety, nie zmieniło się to, co tak odrzucało mnie przy lekturze pierwszego tomu – sposób narracji. Wątek Essun ponownie prowadzony jest w drugiej osobie (z tą różnicą, że tu wyjaśnia się powód jej zastosowania), pozostałe natomiast w trzeciej osobie czasu teraźniejszego. Ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzenie kolejnej bohaterki, Nassun, córki Essun, której oczami również przyjdzie nam obserwować akcję. I to chyba właśnie te fragmenty książki są najciekawsze, bo pozwalają porównać znany nam już obraz świata z tym, widzianym przez ośmiolatkę. Momentami tworzy to naprawdę fajny kontrast.

     

    Na uwagę zasługuje też sposób wykreowania niektórych bohaterów. Ponieważ mamy do czynienia z kontynuacją, powraca tu wiele postaci znanych z części pierwszej. Są oczywiście Essun, Hoa, Alabaster czy Schaffa, obok nich pojawiają się jednak nowe persony, jak Ykka, stojąca na czele Castrimy, czy wspomniana już młodziutka Nassun. Niestety, nie wszystkie postacie są na tyle dobrze i ciekawie poprowadzone, by można było uznać je za interesujące elementy powieści.

     

    Książka jest nie tylko spokojniejsza od poprzedniczki, ale i o wiele przystępniejsza w odbiorze. „Piąta pora roku” już na starcie bombardowała nas mnóstwem nazw i pojęć typowych dla wykreowanego przez N.K. Jemisin świata, co skutecznie zniechęcało mnie do czytania i utrudniało zrozumienie całości. Tu tego nie uświadczyłem – może to dlatego, że lekturę części pierwszej mam już za sobą, a w związku z tym orientuję się nieco lepiej w realiach Bezruchu. Tak czy inaczej, o wiele łatwiej było mi przyswoić kontynuację cyklu od jej poprzedniczki.

     

    Reasumująć, „Wrota obelisków” były dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Po męczącej lekturze „Piątej pory roku” nie spodziewałem się, że część drugą będzie mi się czytać naprawdę przyjemnie. Autorka położyła solidne podwaliny pod finał trylogii, na który czekam z niecierpliwością.

  • Rafał Cichowski - „Pył Ziemi”

    pyl ziemi

    Rafał Cichowski - „Pył Ziemi”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 320
    Cena okładkowa: 36,90

    Poprzednio ze statkiem kosmicznym o nazwie Yggdrasil spotkałam się w książce pt. „Hyperion” Dana Simmonsa. Był to ogromny twór zbudowany z drewna, a zarazem samoistny byt żyjący wraz z pasażerami.  Podobnie mamy w dziele Rafała Cichowskiego, w którym autor wprowadza bardziej nowoczesną formę statku, zastępując drewno trwalszymi materiałami, a świadomość sztuczną inteligencją. Po sięgnięciu do genezy nazwy przestajemy dziwić się takiej interpretacji. Yggdrasil w mitologii nordyckiej jest bowiem „drzewem Odyna”, na którym znajdowały się światy. Czas ocenić, jak z tym tematem poradził sobie autor.

    Akcja „Pyłu Ziemi” została osadzona w XXX wieku. Siedemset lat wcześniej „garstka” ludzi (70 milionów) wywodzących się z naszej cywilizacji zostaje zmuszona do opuszczenia Ziemi z powodu jej złego stanu globalnego. Po tych siedmiu wiekach dwoje ludzi – Lilo i Rez – powraca na planetę w celu odnalezienia Biblioteki Snów. Potrzebują wspomnień, które się w niej znajdują. Po drodze mają możliwość, by lepiej poznać życie na rodzimej planecie, które – wbrew fatalnym przewidywaniom z przeszłości– nadal istnieje.

    W każdej książce bardzo istotnym elementem jest klimat. Szkoda, że tutaj trudno go wyczuć. Po przeczytaniu dzieła Cichowskiego nie byłam w stanie stwierdzić, w jakiej „atmosferze” odbywa się akcja. Było to niewyczuwalne. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że klimatu prawie nie ma. Nieciekawa sytuacja jest również ze zbudowanym przez pisarza światem. Według mnie jego koncepcja jest niespójna mimo wszelkich starań o to, by „szwy” pomiędzy poszczególnymi elementami były trwałe. Rozumiem, że wplatanie elementów, które kompletnie do siebie nie pasują, jest zabiegiem artystycznym, ale nie jestem pewna, czy te elementy spełniają rolę, jaką autor chciał im przypisać. Wszechobecny chaos sprawiał, że bardziej chciałam odłożyć „Pył Ziemi” na półkę książek niedoczytanych, niż zrozumieć tę specyficzną sytuację, w jakiej znaleźli się główni bohaterowie.

    Elementem, który wprawił mnie w zakłopotanie, był również sposób tworzenia postaci. Ich koncepcja, podobnie jak otaczającego świata wydawała się niespójna. Nie byłam pewna ich intencji i czasami nie rozumiałam ich sposobu myślenia. Fakt, że na statku technologia była na wyższym poziomie, pozwala zrozumieć różne elementy, np. brak strachu przed obrażeniami, ale i tak mam negatywne myśli w stosunku do bohaterów. Mimo usilnych starań nie mogłam przywiązać się do Reza i Lilo, zamiast tego z niecierpliwością wyczekiwałam, aż znikną z kart książki. Autor nie wykorzystał również w pełni okazji do podkreślenia pozycji Ziemi jako miejsca, z którego rasa ludzka się wzięła. Oczekiwałam wybuchów emocji dzięki nagłemu użyciu zmysłów, które zostały przytępione na Yggdrasilu, a otrzymałam tylko lekkie muśnięcie tematu w dwóch lub trzech opisach.   

    Warto podkreślić sposób przedstawienia fabuły. Akcję mamy przez cały czas. Autor nie pozwala nam odetchnąć od dynamicznych wydarzeń, które wręcz „wylewają” się z „Pyłu Ziemi”. Stajemy się przytłoczeni wszystkim, co dzieje się na kartach książki i nie mamy od tego żadnej przerwy. Po jakimś czasie pojawia się problem ze stwierdzeniem, co się właściwie przed chwilą stało.

    Nie można jednak zaprzeczyć temu, że fabuła jest nieprzewidywalna, tak jak i działanie głównych bohaterów, co momentami czyni ją trochę mniej słabszą. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jaki będzie następny krok postaci, każdy zachowuje się nieszablonowo i idzie swoją własną, nieokreśloną ścieżką.

    Podsumowując, „Pył Ziemi” jest dość specyficznie napisanym dziełem, które zostawia po przeczytaniu lekki niesmak. Autor ukazuje nam śmiałą, przerysowaną wizję przyszłości, która mogłaby być ciekawa, gdyby nie sposób jej przedstawienia.

    Zapisz

    Zapisz

  • Recenzja książki: Susan Dennard - „Wiatrodziej”

    wiatrodziej

    Susan Dennard - „Wiatrodziej”

    sqnWydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 400
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    Uwaga! Poniższa recenzja może zdradzać wątki fabularne z poprzedniej części cyklu „Czaroziemie”. Recenzję pierwszego tomu powieści Susan Dennard można znaleźć tutaj.

    Drogi Czytelniku, zanim przejdę do właściwego tematu tego tekstu, czyli zdradzę Ci, czy warto sięgnąć po „Wiatrodzieja” Susan Dennard, muszę Ci się do czegoś przyznać: cierpię na pewnego rodzaju fobię. Boję się kolejnych tomów powieści. Zdecydowanie wolę opowieści zamknięte w jednej książce, które nie zmuszają mnie do ponownego zagłębiania się w konkretny powieściowy świat. Martwię się, czy zostaną zaspokojone moje oczekiwania, bo te w niektórych przypadkach bywają zbyt wysokie. Tym razem z pewnymi obawami sięgnęłam po kontynuację „Prawdodziejki”. Czy były one uzasadnione?

    „Wiatrodzieja” wypatrywała cała rzesza fanów Susan Dennard. Pisarka ponownie zafundowała swoim bohaterom mnóstwo niezwykłych przygód, brawurowych ucieczek, pogoni, porwań i wybuchów, a nam zaserwowała książkę interesującą, poziomem zbliżoną do pierwszej części cyklu. Trzeba też znów Dennard przyznać, że od pierwszych stron nie cacka się z czytelnikiem i wrzuca go w sam środek akcji, a ten – oszołomiony tym, co otrzymał – musi w locie łapać wszelkie informacje.

    Dwa tygodnie po wydarzeniach, które miały miejsce w „Prawdodziejce”, na Janie dochodzi do wybuchu. Wszystko wskazuje na to, że był to skrupulatnie zaplanowany zamach na życie Merika. Potwornie poparzony i poraniony książę cudem uchodzi z życiem, dla świata jednak umarł. Pozwala wszystkim sądzić, że napad był udany. Dzięki temu może bez skrępowania wieść życie człowieka cienia i spróbować odkryć zagadkę swojej „śmierci”, o zabójstwo posądzając własną siostrę, Vivię. Wkracza tym samym na mroczną i niebezpieczną ścieżkę zemsty, z której ciężko będzie mu zawrócić. Jednak chęć odkrycia prawdy i jej zrozumienia będą silniejsze niż strach, a to, czego się dowie, całkowicie odmieni jego sposób patrzenia na świat.

    Podobny wybuch jak na okręcie księcia ma miejsce także na statku cesarzowej Vanessy. Niestety, jej załoga nie ma tyle szczęścia, co ludzie Merika – prawie wszyscy giną w płomieniach morskiego ognia, którego woda nie jest w stanie ugasić. Dzięki magii Vanessa i Safi ratują życie, jednak wciąż nie są bezpieczne – w ślad za nimi podąża grupa piekielnych bardów, których zadaniem jest spacyfikowanie cesarzowej i dostarczenie domny Safiyi przed oblicze cesarza Henrica.

    Sytuacja Iseult oddzielonej od swojej więziosiostry również nie jest zbyt ciekawa. Uciekła z pola walki w Lejnie, jednak rozszczepieńcy wysłani przez Lalkarkę podążali za nią krok w krok aż na Ziemie Niczyje. Tam niespodziewanie więziodziejka znalazła sojusznika, dzięki któremu będzie w stanie poznać istotę swojej magii.

    Susan Dennard nie poprzestaje jednak na ukazywaniu losów tylko tej trójki głównych bohaterów znanych już z poprzedniej części. Przybliża nam także dwie inne postacie, które do tej pory mogliśmy uznawać za poboczne. Sporo miejsca poświęca krwiodziejowi, Aeduanowi, oraz siostrze księcia Merika, Vivii. Dzięki temu możemy spoglądać na wydarzenia z perspektywy już nie trzech, ale pięciu osób, w dodatku również tych, które do tej pory uznawaliśmy za przeciwników – poznajemy pobudki działaj Vivii, dowiadujemy się sporo o przeszłości Aeduana.

    Każda z tych postaci snuje własną historię, ma swoje przygody. Wywołuje to wrażenie pewnego „poszatkowania” fabuły, jednak nie przeszkadza specjalnie w odbiorze całości. Plusem takiego rozwiązania jest możliwość poznawania bohaterów dokładnie, kawałek po kawałku.

    Całość akcji powieści rozgrywa się w ciągu siedemnastu dni. W tym czasie losy wszystkich postaci ulegają gwałtownej zmianie. Dostajemy tym samym opowieść mroczniejszą od poprzedniczki: Merik stracił przyjaciela, jego kraj jest na granicy wojny, poddani głodują, na Safi polują bezwzględni piekielni bardowie, za Iseult podąża nie tylko Lalkarka, ale też krwiodziej. Na dokładkę władcy okolicznych państw pragną śmierci Vanessy oraz mocy prawdodziejki, która zapewni im zwycięstwo w zbliżającej się nieubłaganie wojnie. To wszystko składa się na dość ciekawą opowieść, jednak zawiedzie się ten, kto oczekiwał wyjaśnienia kwestii intrygujących już od czasu „Prawdodziejki”. Próżno szukać tu odpowiedzi na pytanie, czym właściwie są Cahr Aweni czy Prastudnie, na jakiej zasadzie działa magia tego świata, o co właściwie toczy się w Czaroziemiach wojna. Mam wrażenie, że Dennard ciągnie czytelnika za rękę, ponagla i przekonuje, że to, co nas wcześniej intrygowało i chcielibyśmy poznać bliżej, jest zupełnie nieistotne. Ważna jest akcja! Gdy spojrzy się na to w ten sposób, „Prawdodziejka” przestaje być prologiem do czegoś większego (a takie wrażenie odniosłam przy lekturze). Pisarka wprowadza nowe elementy bez wyjaśniania starych zagadek – ważniejsze jest to, co dzieje się wokół bohaterów, niż świat, w którym wszystko się rozgrywa.

    Jednemu jednak nie można zaprzeczyć: Susan Dennard posiada umiejętność kreowania ciekawych bohaterów. Wszyscy wydają się być postaciami z krwi i kości, mają konkretnie określone charaktery, a motywy ich postępowania są zrozumiałe i uzasadnione. Na pochwałę zasługuje również język – jest plastyczny i obrazowy, utrzymuje jednocześnie poziom z pierwszej części powieści.

    Jeśli chodzi o wydanie „Wiatrodzieja”, to wydawnictwo SQN jak zwykle stanęło na wysokości zadania, oddając czytelnikowi do rąk książkę z piękną okładką, która idealnie koresponduje z opowieścią w niej zawartą.

    Czy zatem moje obawy odnośnie do sięgnięcia po kontynuację „Prawdodziejki” były uzasadnione? Częściowo na pewno. Przede wszystkim miałam nadzieję, że autorka przybliży nam swój powieściowy świat, rozwieje chociaż niektóre wątpliwości, wyjaśni niezrozumiałe kwestie. Niestety, nie doczekałam się. Dostałam za to galopującą akcję, która momentami przyprawiała o zawrót głowy, oraz ciekawych bohaterów.

    Czy warto sięgnąć po „Wiatrodzieja”? Jeżeli przypadła Wam do gustu „Prawdodziejka”, to nie będziecie zawiedzeni. Poznacie dalsze losy ulubionych postaci i dowiecie się o nich kilku interesujących rzeczy, będziecie mogli też popłynąć z wartkim nurtem akcji wprost w otwarte zakończenie i oczekiwać kontynuacji powieści.

  • Recenzja książki: Tomasz Marchewka - „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”

    wszyscy patrzyli nikt nie widzial.jpgTomasz Marchewka - „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”

    sqn Autor: Tomasz Marchewka
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 336
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    Tomasz Marchewka znany jest jako jeden ze scenarzystów z grupy CD PROJECT RED. Pracował przy takich produkcjach, jak „Wiedźmin: Krew i Wino” czy „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Mnie zaś wpadła w ręce jego debiutancka powieść, którą z nieskrywaną przyjemnością przyszło mi ocenić. Z klimatów słowiańskich wskakujemy prosto w brudny świat, gdzie prawu nie podlega nikt.

    Witajcie w Hausenbergu – mieście rządzonym przez oszustwo, grę w karty i przemoc. Mieszkańcy miasta są tak przesiąknięci nocnym życiem, że rozwija się ono także w dzień. Slava jest uzdolnionym młodym szulerem, który za wszelką cenę postanawia udowodnić wszystkim, że jest najlepszy. Jednak w tym mieście nie jest to najprostszą sztuką. W osiągnięciu celu pomagają mu zabójca Nino i złodziej Petr, „artyści” w swoim fachu. Niestety, podczas jednej z akcji nie wszystko idzie po ich myśli. Slava zostaje wystawiony, a do miasta przybywa nowy gracz.

    Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, jest oryginalna fabuła i interesujący klimat.  Autor pokazuje miasto, w którym trudno znaleźć powszechnie znane nam dobro, bo wszystko jest przesycone oszustwem i nieufnością. Na początku bałam się, jak Marchewka da sobie radę z tak zbudowanym światem, gdzie środek równowagi, granica pomiędzy dobrem a złem, jest nieokreślona. Muszę jednak przyznać, że Hausenberg jest bardzo spójnie pokazanym miejscem. Każda spotkana osoba jest świetnie dopasowana do lokalizacji, w której żyje.

    Jednym z największych plusów książki są doskonale zbudowane dialogi. Popychają akcję do przodu i pozwalają nam lepiej poznać bohaterów, którzy wypowiadają się we własny, specyficzny dla ich charakterów sposób. Bardzo łatwo czytelnikowi wpaść w „rytm” myślenia danej osoby.

    Warto zaznaczyć, że postacie są stworzone w interesujący sposób, a zwłaszcza Slava– chłopak jest uparty, sprytny, arogancki i nie wszystkie decyzje podejmowane przez niego są słuszne. Autor daje nam człowieka z krwi i kości, bez niepotrzebnej idealizacji, który idzie przez życie z całkowitym zaufaniem do swoich własnych wyborów. Uwagę zwraca również Petro, mający własne plany złodziej, a jednocześnie osoba, którą najciężej mi było rozgryźć. Jego intencje nie są do końca jasne.

    Powieść „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” jest napisana przystępnym językiem, który sprawia, że czyta się ją z przyjemnością. Przez książkę przechodzi się lekko, nie wiadomo kiedy dociera się do końca. Duże wrażenie robi również oprawa graficzna. Podkreśla monochromatyczny brud i zniszczenie zarówno moralne, jak i społeczne.

    Skupmy się jednak również na mniej pozytywnych aspektach książki Tomasza Marchewki
    Największym minusem powieści jest zabawa czasem, która powoduje chaos i dezorientację. Autor „skacze” o lata, tygodnie, dni do tyłu lub do przodu, często w zupełnie inne sytuacje. Zabieg wydaje się bezcelowy oraz przeszkadza w odbiorze akcji. Łatwo jest zgubić „kotwicę teraźniejszości” – miejsce, od którego następują dane skoki. Na szczęście nie jest to zabieg stosowany przez cały czas, występuje głównie w początkowych rozdziałach.

    W odbiorze przeszkadza również interpretowanie przez Marchewkę pojęcia główny bohater. Na początku myślałam, że główną postacią w książce będzie Slava, ale pod koniec opowieści byłam daleka od takiego stwierdzenia. Akcja dzieje się również wokół innych osób, którymi otacza się chłopak. Postać pierwszoplanowa jest zwykle punktem, który łączy wątki i splata je w logiczną całość. Głównym bohaterem w dziele jest Hausenberg – miejsce, w którym toczy się akcja. Mógłby występować tu też bohater zbiorowy, lecz Slava jest zbyt wysunięty na przód.  Nie daje mi to poczucia przywiązania do żadnej postaci, przez co mam wrażenie, że książce czegoś brakuje.

    Dzieło ma około 330 stron. Nie spodziewałam się tu takiej liczby wątków, które w pewnym momencie otoczą mnie niczym ściany w więzieniu i nie będę w stanie powiedzieć, co się w danym momencie w książce dzieje. Autor czasami skupia się na elementach wyglądających dla czytelnika na prozaiczne, przez co historia wydaje się niekompletna, czuć niedosyt.

    „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” jest na pewno książką wartą polecenia. Autor przedstawia nam się jako osoba potrafiąca zbudować niesamowity, ciężki klimat i interesujące postacie. Mam nadzieję, że Tomasz Marchewka ma w planach stworzenie kolejnej części, ponieważ z chęcią poznam dalsze losy bohaterów i dowiem się, jak toczy się „życie” Hausenberga.

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

    Zapisz

  • Recenzja książki: Jacek Łukawski - „Grom i szkwał”

    grom i szkwal

    Jacek Łukawski - „Grom i szkwał”

    sqn Autor: Jacek Łukawski
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 432
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    Uwaga! Poniższa recenzja może zdradzać wątki fabularne z poprzedniej części cyklu „Kraina Martwej Ziemi”. Recenzję pierwszego tomu powieści Jacka Łukawskiego można znaleźć tutaj.

    Miecz przeznaczenia, który zawisł nad głową Arthorna i jego kompanów, zapowiada nieubłaganie to, co musi się stać. Król Mergipp nie żyje – całkiem możliwe, że ktoś pomógł mu przenieść się na łono Ariath. W zamku toczy się zacięty bój o władzę, przelewa się krew. Stary Garhard musi sobie z tym wszystkim poradzić. Na domiar złego księżniczka Azure zniknęła, a jedyną wskazówkę, gdzie może się znajdować, stanowi trup czarta, którego od stuleci nie widziano w Wondettel. Arthorn kolejny raz musi położyć swe życie na szali – znów wbrew swej woli. Tym razem bez kompanów, ranny i nieziemsko zmęczony, wyrusza za Martwicę, by odnaleźć Azure, w której Garhard upatruje następczyni tronu. Księżniczka ma jednak swoje plany i nie pozwoli, by ktokolwiek je pokrzyżował, zwłaszcza zwykły drużynnik. Tymczasem zaklęcie nad Martwą Ziemią w zastraszającym tempie traci moc i wkrótce otworzy przejście do niedostępnych do tej pory krain… Tak oto rozpoczyna się kolejny tom cyklu „Kraina Martwej Ziemi”. Jacek Łukawski w „Gromie i szkwale”, kontynuacji powieści „Krew i stal”, zupełnie nie cacka się z czytelnikiem, nie głaska po głowie i nie prowadzi za rękę, tylko wrzuca bez ostrzeżenia w sam środek akcji, dokładnie tam, gdzie zakończył pierwszą powieść.

    Finał pierwszego tomu nie napawał optymizmem, teraz też wszystko wskazuje na to, że sytuacja jest beznadziejna i szanse na pozytywne zakończenie wielu spraw są nikłe. Autor nie oszczędza bohaterów, zwłaszcza Arthorna – drużynnik cały czas cierpi, jest ranny, odurzony, zmęczony, głodny, przerażony lub poniżony, z jednych kłopotów pakuje się w kolejne. Do tego dochodzi szalona gonitwa i walka z czasem. Pozostali bohaterowie, których już poznaliśmy, jak Marcas czy Gwydon, także nie mają łatwego życia, zwłaszcza że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Do tego mroczna siła, która objęła rządy w Nife, nie pozwala o sobie zapomnieć, gdyż konsekwentnie dąży do zrealizowania pewnego planu, w którym kluczowe role odgrywają księżniczka Wondettel oraz starożytny artefakt, będący w posiadaniu Arthorna. Grunt usuwa się wszystkim spod nóg i wydaje się, że dla nikogo nie ma już ratunku…

    Druga powieść w dorobku Jacka Łukawskiego prezentuje się zdecydowanie lepiej niż debiut. Na pochwałę zasługuje wykreowanie bohaterów, w końcu zyskali na autentyczności, nie są bezwolnymi lalkami w rękach przeznaczenia, zaczynają myśleć, czuć, walczyć z przeciwnościami, które napotykają. Dotyczy to szczególnie Arthorna – obok jego poczynań i rozterek nie możemy przejść obojętnie, nie jest już elementem krajobrazu, lecz postacią z krwi i kości. Wydarzenia obserwujemy nie tylko z jego perspektywy, ale także Garharda, Marcasa, Gwydona czy nawet Aurissa. Sporo miejsca dostają też postaci kobiece, zwłaszcza Azure, która okazuje się być antypatyczna i do szpiku kości zła, choć w swoim mniemaniu postępuje właściwie. Każda z tych osób będzie musiała poświęcić bardzo wiele, by zachować życie, honor czy zapewnić równowagę świata. Jeśli chodzi o warstwę fabularną, to znów mamy do czynienia z powieścią drogi. Arthorn ponownie wyrusza za Martwicę, ale jego podróż jest zupełnie inna – samotna i wyniszczająca, a na domiar złego prowadzi praktycznie do punktu wyjścia. Przynosi mu za to rozwiązania kilku zagadek z mrocznej, sięgającej początków świata przeszłości (np. to, czym właściwie jest miecz, który znalazł się w jego posiadaniu, i dlaczego jest tak ważny, a zarazem niebezpieczny), a także tych, które dotyczą znanej mu rzeczywistości.

    Tym razem wątki powieści rozwijają się dużo szybciej, zwroty akcji są nagłe i zaskakujące, a napięcie, które zaczynamy odczuwać już od pierwszych stron, towarzyszy nam do samego końca. Poczucie zagrożenia, ściganie się z czasem i wrażenie nieuchronności złego losu nie odpuszczają czytelnika, są tylko łagodzone przez obecny w powieści humor i – co już chyba możemy uznać za charakterystyczne dla Łukawskiego – nawiązania do znanych motywów nie tylko z literatury fantasy.

    Już na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że książka jest przemyślana, nie ma tu przypadkowości, wszelkie informacje ujawniane są starannie i w konkretnym celu, dzięki czemu wiele rozwiązań zastosowanych w poprzedniej części – „Krwi i stali” – wydaje się być uzasadnionych. Znany nam świat zostaje rozbudowany, rozszerza się o kolejne krainy, „państwa” oraz rasy, o których do tej pory wiedzieliśmy mało lub zupełnie nic. Poznajemy zatem nie tylko historię czartów, ale też Dwargów – niesamowitych ludzi gór stworzonych od podstaw przez Łukawskiego, oraz wyjętych prosto z powieści Neila Gaimana ludzi nieba.

    W stosunku do debiutu, w warstwie językowej zaszło kilka zmian: opisy są bardziej obrazowe, dialogi dopracowane, stylizacja na staropolszczyznę złagodzona, a relacje z walk zyskały na wyrazistości. Autor nie zrezygnował na szczęście z dbałości o detale, zwłaszcza przy opisach bitew. Razić mogą jedynie pewne potknięcia w samej pisowni, jak np. imię Oflan i Olfan określające jedną postać czy „zanim” zamiast „za nim”. A co z wulgaryzmami? Pojawiają się, a jakże, tym razem jednak nie ograniczają się do dwóch czy trzech, lecz są bardziej wyszukane, a prym w ich rzucaniu wiedzie… księżniczka.

    Jeśli chodzi o stronę graficzną powieści, to ponownie mamy do czynienia ze starannie wydaną książką. Znajdziemy tu mapkę powieściowego świata oraz ilustracje Rafała Szłapy, a na okładce z zakładkami grafikę, wykonaną przez samego Jacka Łukawskiego.

    Podsumowując, „Grom i szkwał” jest książką wartą polecenia. Stanowi bardzo dobrą kontynuację serii, a ponadto rozbudza apetyt na więcej. Znów zostawia czytelnika w punkcie oczekiwania na dalszy rozwój wypadków, które na pewno przejdą nasze najśmielsze wyobrażenia.

  • Recenzja książki: Jacek Łukawski - „Krew i stal”

    krew i stalJacek Łukawski - „Krew i stal”

    sqn Autor: Jacek Łukawski
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 384
    Cena okładkowa: 34,90 zł

    U podnóża Smoczych Gór, w starym, zapomnianym klasztorze ukryty jest artefakt, który może zmienić porządek świata. Z twierdzy granicznej królestwa Wondettel wyrusza z misją ratunkową niewielki oddział żołnierzy. Przewodzi mu zaprawiony w bojach Dartor, ale prawdziwy cel podróży zna jedynie królewski wysłannik, drużynnik Arthorn. Wykonanie zadania może być niezwykle trudne, gdyż droga do klasztoru prowadzi przez Martwą Ziemię – skażoną śmiertelną magią krainę, do której od ponad stu pięćdziesięciu lat nikt się nie zapuszczał... Tak oto zaczyna się pełna niebezpieczeństw i niezwykłych przygód wyprawa. Brzmi sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż ta ekspedycja to dopiero początek historii, jaką serwuje nam w swoim literackim debiucie Jacek Łukawski. Dokłada do tego króla na łożu śmierci, niezadowoloną ze swego losu księżniczkę, dworskie intrygi, planowany zamach stanu i tajemniczych szarych ludzi zza Martwej Ziemi. W dodatku trup – nie tylko ludzki – ściele się tu gęsto.

    Historia fabularna rozwija się powoli, odsłaniając kolejne wątki opowieści i ujawniając elementy niezbyt rozległego, choć interesującego quasi-średniowiecznego świata, którego klimat oparty jest na dość bliskich polskiemu czytelnikowi słowiańskich legendach i mitologii. Zamiast krasnoludów czy elfów mamy tu rodzime czarty, dziwożony, wiły, utopce, a także całą galerię bóstw – można tylko ubolewać nad tym, że Łukawski poświęcił im tak mało miejsca.

    Językowo „Krew i stal” w ogóle nie przypomina literackiego debiutu. Styl Jacka Łukawskiego jest plastyczny, a narracja dynamiczna, bogata w nagłe zwroty akcji. Pomagają one w budowaniu napięcia i poczucia zagrożenia, które ciągle towarzyszy bohaterom powieści, nie dając chwili oddechu ani im, ani czytelnikowi (niestety, na dłuższą metę może to być nieco męczące). Dbałość o detale w wielu wątkach, opisach stroju czy broni sprawia, że świat przedstawiony potrafi zaskoczyć szczegółowością. Ciekawy jest także sposób prowadzenia dialogów, gdyż Łukawski z powodzeniem wykorzystuje stylizację na staropolszczyznę, w dodatku różnicuje ją ze względu na bohaterów (np. wieśniacy mówią gwarą). Widać również, że autor posiada wiedzę o broni, wojskowości i średniowieczu. Niestety, opisom walk brakuje wyrazistości, często ograniczają się do technicznego przedstawienia poszczególnych ruchów bronią bądź uników, a ich zrozumienie może sprawiać trudność osobom, które na wojaczce zupełnie się nie znają. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze całości tekstu.

    Zaletą powieści jest także delikatny humor, który powoduje, że czasami mimo woli uśmiechniemy się pod nosem, a także nawiązania do motywów z innych książek fantastycznych – któż bowiem spodziewa się tu długowłosego wędrowca noszącego na plecach dwa miecze czy samotnego dziewczęcia podróżującego przez las z wypełnionym łakociami koszyczkiem?

    Niestety, mimo wielu zalet, książka ma znaczącą wadę, a jest nią główny bohater – mało wyrazisty, pozbawiony jakiejś konkretnej motywacji do działania. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, kto właściwie jest głównym bohaterem powieści, bo drużynnik Arthorn wydawał mi się mało istotną postacią drugoplanową. Niby poznajemy fragmenty jego trudnej przeszłości, które powracają w snach czy wspomnieniach, ale odniosłam wrażenie, iż ich wpływ na Arthorna jest niewielki. Ten właśnie bohater, żyjący w świecie, gdzie z magią ma się często do czynienia, nie wierzy, że starożytny artefakt znaleziony w zapomnianym klasztorze, może mieć jakąkolwiek moc, a niezwykłe stworzenia, o których wspominają opowieści przodków, istnieją naprawdę! Arthorn wydaje się być bezwolną kukłą, która poddaje się przeznaczeniu. Z czasem jednak można się do niego przyzwyczaić i ta jego bierność przestaje razić. Z postaciami drugoplanowymi jest podobnie – większych emocji nie budzą nawet ci, których można wstępnie określić jako złych, bo albo są „płascy”, albo wiemy o nich zbyt mało.

    Jeśli chodzi o stronę graficzną książki, to wydawnictwo SQN stanęło na wysokości zadania. Okładka ze skrzydełkami, choć „krwawa”, przyciąga wzrok. W środku mamy też mapkę fragmentu świata opisanego w powieści oraz osiem czarno-białych ilustracji wykonanych przez Rafała Szłapę. Każdy rozdział rozpoczyna się ozdobnym inicjałem, co nadaje książce eleganckiego charakteru.

    Czy warto sięgnąć po „Krew i stal”? Według mnie tak. Wartka, pełna akcji i zaskakująca fabuła, ciekawy świat, trochę tajemnic i polityki zapewnią ciekawą rozrywkę, chociaż nie będą wymagały większego intelektualnego zaangażowania (poza sytuacjami, gdy autor zaserwuje nam mniej lub bardziej zauważalne nawiązanie). Otwarte zakończenie daje nadzieję na więcej, być może nawet coś lepszego. Minusem powieści z pewnością są bohaterowie, którzy po prostu tylko są – można się do nich przyzwyczaić, ale na inne emocje nie ma co liczyć.

  • Recenzja książki: N. K. Jemisin - "Piąta pora roku"

    piata pora roku

    N. K. Jemisin - „Piąta pora roku”

    sqnAutor: N. K. Jemisin
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 438
    Cena okładkowa: 39,90zł

    Z twórczością N. K. Jemisin nie miałem do tej pory do czynienia, choć o pisarce słyszałem już wcześniej. Wiedziałem jedynie, że książki autorki „Stu tysięcy królestw” cieszą się sporym zainteresowaniem i są popularne wśród fantastów. Mnóstwo pozytywnych opinii na temat Jemisin i jej opowieści skutecznie zachęciło mnie do sięgnięcia po jej nowe dzieło.

    Niestety, pierwsze wrażenia, jakie wywarła na mnie „Piąta pora roku”, były dość negatywne. Już od początku rzuca się w oczy wyjątkowo irytujący zabieg artystyczny, jakim jest zastosowanie narracji drugoosobowej. Rozumiem, że eksperymenty są potrzebne w literaturze tak samo, jak we wszystkich innych dziedzinach, ba – zazwyczaj ciepło przyjmuję udane przełamywanie schematów. Właśnie, udane. Niestety, w przypadku „Piątej pory roku” zabieg ten sprawia, że książkę czyta się niezwykle trudno i nieprzyjemnie.

    Na szczęście niewygodna narracja nie towarzyszy nam w trakcie całej lektury, została zastosowana jedynie w jednym z trzech wątków fabularnych. Historia bowiem jest opowiedziana z perspektywy trzech bohaterek: Essun, której mąż zabił ich syna i uciekł z córką, Sjenit – podróżującej z misją zniszczenia rafy koralowej, oraz Damayi – odrzuconej przez rodzinę z powodu nietypowych zdolności. Ostatni wątek jest zdecydowanie najciekawszy, a mimo to mam wrażenie, że jest go w książce najmniej. A szkoda, bo ta konkretna historia znacznie podnosi ogólny poziom powieści i można by ją jeszcze rozwinąć.

    Autorce należą się brawa, bo w swojej książce stworzyła świat zupełnie od zera. Bezruch, bo tak owa kraina się nazywa, ma nieliniową historię, interesujący system magiczny i rządzi się własnymi prawami. Dodatkowa porcja mojego uznania wędruje do Jemisin za to, że zamiast wykorzystywać po raz kolejny do bólu już oklepane krasnoludy czy elfy, stworzyła własną „obcą” rasę, jaką są zjadacze kamieni. Oryginalność to wielka zaleta tej powieści, jednak wiąże się z nią kolejny problem książki: przez pierwsze sto stron autorka niewiele tłumaczy, a my – jako czytelnicy – jesteśmy bombardowani mnóstwem obcych terminów, których znaczenia długo nie będzie nam dane poznać.

    Tak właśnie prezentuje się „Piąta pora roku”. Czy polecam? Raczej nie. Niestety, nawet pomimo sporej dozy oryginalności i nie najgorszej historii, książka wyjątkowo mnie zmęczyła.

  • Recenzja książki: Susan Dennard - „Prawdodziejka”

    prawdodziejkaSusan Dennard - „Prawdodziejka”

    sqnAutor: Susan Dennard
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 400
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    „Zróbcie miejsce na półce z ulubionymi książkami” – tak o „Prawdodziejce” Susan Dennard napisała autorka Sarah J. Maas, znana m.in. z cyklu „Szklany tron”. Mamy tu wartką akcję, ciekawych bohaterów, magię i niebezpieczny świat wielkiej polityki, czyli wszystko to, co powinno znaleźć się w dobrej powieści fantasy. Czy warto jednak przygotować miejsce na półce z ulubionymi pozycjami właśnie dla tej konkretnej książki?

    Powieść „Prawdodziejka” jest pierwszym tomem cyklu „Czaroziemie” i jednocześnie stanowi wprowadzenie w świat pełen wszechobecnej magii, który poznajemy, śledząc losy dwóch niezwykłych młodych kobiet – Safiyi fon Hasstrel i Iseult det Midenzi. Obie są niezarejestrowanymi czarodziejkami o bardzo niezwykłych mocach, których ujawnienie mogłoby wpłynąć nie tylko na dalsze losy dziewczyn, ale także znanego im świata.

    Nieszczęśliwym zrządzeniem losu Safiya i Iseult ściągają na siebie gniew niezwykle groźnego krwiodzieja, maga, który potrafi panować nad przepływem krwi nie tylko innych ludzi, ale także swojej, a tym samym uleczyć każdą, nawet śmiertelną ranę. Jego celem staje się prawdodziejka i za punkt honoru stawia sobie pochwycenie Safi, która jest mu potrzebna do realizacji pewnego planu. Chce także pozbawić życia Iseult. Ponadto czarodziejki zostają wplątane w wielką politykę. W Czaroziemiu panuje rozejm podpisany po długiej i wyniszczającej wojnie. Został zawarty na dwadzieścia lat, a czas jego obowiązywania właśnie dobiega końca. Kolejny konflikt zbrojny zaczyna wisieć w powietrzu, a każdemu z władców zależy nie tylko na bogactwie i nowych terenach, ale też na tym, by po swojej stronie mieć prawdodziejkę, czyli wywodzącą się ze szlacheckiego rodu Safiyę fon Hasstrel. Nie będą więc szczędzić środków, by dopaść dziewczynę. Jak z tymi wszystkimi problemami poradzą sobie przyjaciółki? W iście awanturniczym stylu i z pomocą kilku sojuszników, między innymi przystojnego nubreveńskiego księcia...

    Same główne bohaterki wydają się być kobietami z krwi i kości – choć młode, posiadają spore życiowe doświadczenie i ukształtowane charaktery. Wywodząca się z arystokratycznego rodu Safiya włada niebywale rzadką magią, która pozwala jej wyczuć każde kłamstwo i złe intencje rozmówcy – jest jedyną w Czaroziemiu prawdodziejką. Jej umiejętność jest niezwykle cenna, wiele osób chciałoby wykorzystać ją do własnych celów, dlatego dziewczyna zdecydowała się pilnie strzec sekretu o naturze swojej magii. Marzy też o prawdziwej wolności w miejscu, gdzie nie będzie musiała ukrywać swych zdolności prawdodziejki i będzie mogła sama o sobie decydować. A decyzje Safi podejmuje jeszcze zanim pomyśli, bo przedkłada działanie nad zimne kalkulacje.

    Druga z bohaterek, Iseult, jest więziodziejką – potrafi widzieć nici więzi innych osób i dzięki temu na podstawie ich koloru odczytywać uczucia i intencje. Z kart powieści nie dowiadujemy się o jej magii więcej, zresztą sama Is nie wie dokładnie, czym jest jej moc i jak nią władać, nie posiada też umiejętności, które normalnie związane są z więziodziejstwem. Stanowi też przeciwieństwo Safi: od dziecka uczono ją powściągliwości w zachowaniu i wyrażaniu uczuć, dlatego więziodziejka wydaje się być chłodna i wyrachowana. Poza tym życie nie szczędziło jej przykrości.

    Te dwie młode kobiety o tak różnych charakterach łączy nie tylko przyjaźń – są dla siebie więziosiostrami, co sprawia, że nie potrafią żyć z dala od siebie i bez wahania oddałyby za siebie życie. Oprócz naszych czarodziejek mamy jeszcze wielu innych bohaterów, którzy – choć czasem zaledwie wspomniani – posiadają konkretne, widoczne od razu cechy.

    Nie da się ukryć, świat przedstawiony przez Susan Dennard w „Prawdodziejce” jest ciekawy i mimo że bazuje na często wykorzystywanym temacie magii i czarodziejstwa, zachęca, by go poznawać wraz z kolejnymi kartami powieści. Pisarka stworzyła przemyślany i logiczny system magii, pełen różnej maści czarodziejów – wiatrodziejów, ogniodziejów, błyskodziejów, jadodziejów i wielu innych – jednak niewiele o nim wiemy. Da się zauważyć, że autorka skupia się raczej na samej akcji, przygodzie i podróży, która wiedzie Safi i Is w nieznane.

    Przyznam szczerze, że ciężko mi jednoznacznie uznać, że „Prawdodziejka” zasługuje na miejsce na mojej półce z ulubionymi książkami. Niezwykłą trudność sprawiło mi przebrnięcie przez pierwsze 80 stron powieści, a to za sprawą magicznego świata stworzonego przez pisarkę. Jest on na tyle oryginalny i rozbudowany, że trudno poznać go i zrozumieć przy tak bardzo lakonicznym przedstawieniu, jakie serwuje nam autorka. Opisy są skromne, a większość informacji czerpiemy z dialogów bohaterów, którzy znając zasady funkcjonowania realiów, w których przyszło im żyć, dostarczają nam niewielu wskazówek (np. wyjaśnienie pojęcia więziosiostra znajdziemy dopiero w połowie historii). Nie da się ukryć, że takie podejście do tematu może zniechęcić odbiorcę, zwłaszcza że bez wyjaśnienia jednych zagadek wprowadza się kolejne. Być może ma to swoje uzasadnienie – pisarka skupiła się na rozwijaniu akcji i wątku fabularnego, a reszta stanowi zaledwie tło, w dodatku ledwie naszkicowane. Wyraźnie czuje się też, że ta powieść to długi wstęp do czegoś większego. Spory niedosyt i tak pozostaje.

    Kiedy jednak przebrniemy przez zawiłości konstrukcji świata przedstawionego i poukładamy sobie te szczątkowe jego elementy, akcja może zaskakująco wciągnąć. Jest pełna zagadek, zwrotów, niespodziewanych wydarzeń, dzięki czemu czyta się przyjemnie. Wpływa też na to język tekstu, który jest plastyczny i przyjemny, wzbogacony o lekki humor i dynamiczne, choć niezbyt precyzyjne opisy walk.

    Na pochwałę zasługuje także samo wydanie powieści: przyciągająca wzrok okładka ze skrzydełkami, przyjemny w dotyku papier, dokładne klejenie i nierozmazująca się pod palcami farba drukarska. Warto też zwrócić uwagę na mapkę Czaroziemia, którą znajdziemy zaraz na początku książki.

    Czy „Prawdodziejka” jest książką godną polecenia? Zdecydowanie tak, bo mimo kilku niedociągnięć (przynajmniej w moim odczuciu) posiada wszystko to, co w dobrej powieści fantasy znaleźć się powinno: wciągającą fabułę, wartką akcję, intrygę, tajemnice, sporo magii, trochę wielkiej polityki, a ponadto subtelny romans i przyjaźń, którą ceni się ponad życie. Nie ma jednak co liczyć na miłość do tej książki od pierwszego słowa. Powieść stanowi za to niezłe wprowadzenie w cykl – zbyt wiele wątków pozostało bez rozwiązania i tylko sięgnięcie po kolejne tomy pozwoli zaspokoić ciekawość.

  • Recenzja książki: Anna Lange - „Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu"

    clovisAnna Lange - „Clovis LaFay. Magiczne Akta Scotland Yardu"

    sqn Autor: Anna Lange
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 448
    Cena okładkowa: 36,90

    Wraz z coraz większą popularnością prozy steampunkowej wzrasta w czytelnikach zamiłowanie do wiktoriańskiej estetyki. Przebrzmiewają w niej nie tylko echa gotyckich powieści grozy, ale i elegancji znanej z „Opowieści wigilijnej” czy dowolnej z powieści Juliusza Verne’a. Jakby tego było mało, przyprawione są kryminalną nutką niezwykłości, jaką oferował nam Doyle, pisząc o przygodach Sherlocka Holmesa. Właśnie przez nich zamglony Londyn niezmiennie kojarzy nam się z tajemnicami, a jeśli dodamy do tego odrobinę magii, otrzymamy coś naprawdę intrygującego.

    XIX-wieczna Anglia. Magia staje się tak powszechna wśród ludzi z niższych klas, że wzbudza to niepokój elit. Coraz częstsze są nadprzyrodzone wykroczenia, których nie sposób wyjaśnić. Pojawiają się też zagwozdki moralne, bo czy można skazać za morderstwo kogoś, kto został opętany? Utworzenie Podwydziału Spraw Magicznych Londyńskiej Policji Metropolitarnej – funkcjonariuszy, którzy byliby w stanie uporać się ze wszelkimi magicznymi problemami - było tylko kwestią czasu. Jednak nowej jednostce brakuje nie tylko ludzi i funduszy, ale i poparcia społecznego. Żeby rozwiązać choć jeden z tych problemów, nadinspektor John Dobson werbuje do oddziału swojego dawnego podopiecznego i przyjaciela Clovisa LaFaya – członka jednej z bardziej wpływowych rodzin w Londynie. Przełożeni nigdy nie zrozumieliby, jak bardzo jest im potrzebny dobry nekromanta. Dobson w swej prostolinijności zapomina jednak, że ze starymi i potężnymi rodami się nie igra, a już na pewno nie przez wciąganie dżentelmena w sprawy plebsu, tym bardziej że niektórzy z nich bywają pamiętliwi aż do bólu.

    Anna Lange wprowadza nas w tak uwielbiany przez wszystkich brytofilów XIX-wieczny Londyn, gdzie dystyngowani dżentelmeni mieszają się z mętami z EastEndu (a czasem niewiele się od nich różnią), najlepszą przyszłością dla kobiety jest dobrze wyjść za mąż, a wszystkim rządzą konwenanse i pieniądze. Urozmaiciła ten świat jedynie (i aż) przez dodanie magii opartej na glyfach – tajemnych znakach pozwalających rzucać zaklęcia piromanckie, kinemanckie czy też niepokojące czary nekromanckie. Oczywiście panoszenie się mocy po wiktoriańskim Londynie wiąże się z pewnymi, niezwykle ciekawymi implikacjami, jak chociażby umagicznioną odmianą bilarda. Do tego mamy zabójcze trio niezwykle sympatycznych bohaterów: Johna i Alicję Dobson – rodzeństwo, które pójdzie za sobą w ogień niezależnie od konwenansów, oraz młodego Clovisa, wokół którego toczy się większość opisanych w książce wydarzeń.

    Sama fabuła nie opiera się na jednym wielkim śledztwie, lecz na kilku mniejszych, wprowadzających nas w świat magii i nowych obowiązków pana LaFay (wszelkie skojarzenia z Morganą z legend arturiańskich wydają mi się jak najbardziej na miejscu). Jest też on pośrednio przyczyną najbardziej trzymającej w napięciu akcji w książce i posiadaczem specyficznych poglądów na temat praw zmarłych i duchów. Cała intryga poprzetykana jest krótkimi retrospekcjami, pozwalającymi nam na lepsze poznanie bohaterów, a także motywacji ich działań. Fragmenty te same w sobie opisują dość nietuzinkowe przygody, od których ciężko się oderwać, nie mówiąc o reszcie fabuły.

    „Magiczne Akta Scotland Yardu” to powieść bardzo wciągająca, oplatająca czytelnika przygodą i specyficznym poczuciem humoru tak mocno, by nawet na chwilę nie pozwolić mu się nudzić. Może nie opisuje olbrzymiego, wielopoziomowego śledztwa, nad którego rozwikłaniem muszą trudzić się bohaterowie, czego można by się spodziewać po tytule, ale nadrabia innymi aspektami. Jest pełna rodzinnych tajemnic i nie mniej ciekawych gier pozorów, morderczych prób i konfliktów, dodających fabule pikanterii, do tego dorzucono kapkę „duchowych” rozważań o istocie życia i delikatny romans z mezaliansem w tle. Nic, tylko czytać!

    Muszę przyznać, że wybór lektury był świetny. Anna Lange bawi, wciąga, mota i już nie puszcza, a przy tym, tuż obok Gartha Nixa, przyczynia się do znacznego ocieplenia wizerunku nekromantów. Pozycja naprawdę warta przeczytania, by nie rzec obowiązkowa, dla wszystkich miłośników wiktoriańskiej estetyki.

  • Recenzja książki: Jakub Małecki - „Ślady"

    sladyJakub Małecki - „Ślady”

    sqn Autor: Jakub Małecki
    Wydawnictwo: SQN
    Liczba stron: 297
    Cena okładkowa: 36,90 zł

    Początek świata niejednokrotnie wygląda podobnie, natomiast jego koniec – zawsze inaczej. W gęstwinie licznych ścieżek stworzonych przez Jakuba Małeckiego w jego najnowszej powieści, jest to chyba jedyny wyraźny trop, który można jednoznacznie odczytać. "Ślady" to właśnie taka książka-labirynt, która oferuje czytelnikowi wiele możliwych dróg do podążania, liczne niespodziewane zakręty i jeszcze więcej ślepych zaułków.

    "Ślady" to powieść, na którą składa się dziewiętnaście pozornie niepowiązanych ze sobą historii. Każda z nich dotyczy innych ludzi, rozgrywają się w różnych latach, kończą się na odmienne sposoby... a jednak istnieje coś, co spaja je wszystkie. Podążając zaryswanymi przez Małeckiego śladami, czytelnik zaczyna snuć hipotezy na temat tego, czym jest ów czynnik wspólny – szuka go w poprzenich historiach, które nagle okazują się mieć niezwykle dużo wspólnego z następnymi, posługuje się własnymi przypuszczeniami, znajduje kolejne poszlaki i słucha intuicji... po czym okazuje się, że wszystkie pomysły były błędne, że zagubił się wśród licznych ścieżek. Że umknęło mu to coś, co jest do tego stopnia nieuchwytne, że przez całą lekturę wywołuje specyficzne uczucie niepokoju i przygnębienia. Tak własnie można opisać książkę Małeckiego – jako nieuchwytną, specyficzną i niepokojącą. Nie są to jednak jedyne właściwe określenia.

    "Ślady" posiadają wiele znaczących plusów, wśród których z pewnością znajdzie się niejednoznaczność i wielowymiarowość. Opowieści Małeckiego zazębiają się ze sobą w niezwykły sposób, którego czytelnik niemal nie jest w stanie przewidzieć. Dzięki temu odkrycie owych punktów stycznych zaskakuje, jest elektryzujące, napędza do dalszego czytania. O tym, że Małecki potrafi znakomicie przedstawiać codzienne dramaty zwykłych ludzi, zdążyliśmy się przekonać, czytając jego wcześniejszą powieść, "Dygot". Tutaj mamy to samo – przewrotność kształtującą ludzkie losy, ich niezwykłą kruchość, bezsilność wobec śmierci oraz niezwykle silny wpływ zdarzeń z przeszłości na przyszłość. Zdarzeń, co do których nigdy nie pomyślelibyśmy, że w tak dużym stopniu zmienią losy licznych ludzi. Moim zdaniem właśnie to jest jedna z największych zalet tej książki – "Ślady" nie tylko skłaniają do przemyśleń na temat przeznaczenia oraz naszego wpływu na życie własne i innych ludzi. One tworzą bardzo logiczną, w najmniejszym stopniu nieprzerysowaną opowieść o tym, jak liczne, odrębne historie splatają się w jedną, uniwersalną opowieść o ludzkiej egzystencji.

    Co w takim razie z minusami? "Ślady" nie mają ich wiele, ale ocena stylu Małeckiego jest kwestią bardzo indywidualną. Dla mnie jest on zbyt prosty, zupełnie okrojony ze wszelkich kontekstów kulturowych. Co więcej, tytułowymi śladami można podążać na dwa sposoby – albo bawiąc się w tropiciela, z fascynacją od początku do końca, albo tracąc uwagę przy analizowaniu ich w pewnym momencie. W "Śladach" jest bowiem pewien monotematyzm, który mnie osobiście nieco przeszkadzał i przyćmił początkową fascynację zazębiającymi się opowieściami.

    "Ślady" to z całą pewnością pozycja warta polecenia. Książkę, ze względu na lekki styl autora i krótkie historie, czyta się przyjemnie i szybko. Co ważne, jest to tytuł zapadający w pamięć i angażujący myślenie; pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jego lektura może w pewien sposób zmienić sposób myślenia o życiu swoim i innych ludzi. Przyjemność z lektury podkreśla specyficzne poczucie zaniepokojenia, które towarzyszy czytelnikowi. Warto dodać, że jest to tytuł, którego nie można jednoznacznie zaszufladkować – dzięki temu każdy znajdzie w nim coś wartego uwagi. Dla mnie "Ślady" to fascynująca antologia ludzkich dramatów, której potencjał nie został jednak wykorzystany w całości. Czego zabrakło? Cóż, myślę, że czynnika podobnie nieuchwytnego jak ten, który spaja stworzone przez Małeckiego historie.