• Recenzja komiksu: „Samuraj Jack #1”

    samurajjack

    „Samuraj Jack #1”

    studiojg

    Autorzy: Genndy Tartakovsky (pomysł), Jim Zub (scenariusz), Andy Suriano (rysunki), Josh Burcham (kolory)
    Wydawnictwo: Studio JG
    Liczba stron: 136
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Samuraj Jack w wyobraźni polskich widzów zaistniał w roku 2002, kiedy to na ekranach telewizorów zagościł serial animowany o tym właśnie tytule. Przygody Jacka, poszukującego kolejnych okazji i sposobów zgładzenia swojego nemezis, demona Aku, jego wzloty i upadki, idealizm i lekka naiwność, ale także determinacja w dążeniu do celu zjednały mu wielu fanów. W tym roku o perypetiach dzielnego samuraja, wysłanego w przyszłość przez zdesperowanego wroga i pragnącego usilnie wrócić do swoich czasów, by dokonać zemsty, możemy przeczytać w komiksie, wydanym przez Studio JG, a raczej jego imprint, SJG Komiks. Pierwszy zeszyt serii „Samuraj Jack” trafił do sprzedaży w maju tego roku.

    Wędrówka przez pustynię do miejsca, w którym zamieszkał widzący, była trudna i niebezpieczna – ale Jack nie takie zagrożenia już w życiu widział, więc skorpiony i inne pustynne bestie nie przeszkodziły mu w dotarciu do celu. Ta wizyta będzie jednak dla niego tylko początkiem dalszej drogi – poszukiwania tytułowych splotów czasu, włókien, którymi posłużył się swego czasu Aku, a później podzielił je na pojedyncze nici, próbując ja w ten sposób zniszczyć. Komiks zawiera pięć etapów wędrówki Jacka, zawierających jego starcia z potworami i ludźmi będącymi w posiadaniu jednej lub więcej części splotu.

    Historia Samuraja Jacka prezentuje się w dość schematyczny, ale zdecydowanie przyjemny w odbiorze sposób. O tym wrażeniu decyduje postać głównego bohatera, która nic nie straciła na charakterze: momentami odrobinę niezręczny, ale zdecydowanie pełen zdecydowania i motywacji przeplatanej poczuciem humoru, daje się polubić od samego początku. Co nie znaczy jednak, że będzie mu łatwo… Z pięciu przygód, które go spotykają, każda reprezentuje nieco inne wyzwanie: siła, spryt, inteligencja, odporność, wytrwałość… Zmierzyć mu się przyjdzie z wrogami posługującymi się brutalną siłą, ale i takimi, których taktyką jest przewaga liczebna, a nawet z samym Aku. Jak można się domyślić, nie będzie to jednak kres jego przygód.

    Kreska w komiksie początkowo nie robi dobrego wrażenia, w porównaniu do tej znanej z kreskówki jest brudna i mniej szczegółowa. Andy Suriano, odpowiedzialny za wizualną stronę pozycji, stosuje znacznie więcej linii, wyraźniej zaznacza kontury postaci, przez co całość, pomimo zastosowania jasnych, czasem nawet pastelowych kolorów (tutaj przy współpracy z Joshem Burhamem), sprawia wrażenie ciężkiej i ciemnej. Jack wypada tu jednak dobrze, ma odpowiednio „kanciastą”, wyrazistą mimikę. Podobnie ma się sprawa z Aku, który zachował w całości swoją charakterystyczną, śmieszno-straszną postać. Wrogowie nie mieli tyle szczęścia i wyglądają raczej topornie – nadal jednak dostają zróżnicowane, charakterystycznie formy wiele mówiące o ich naturze. Plansze dodane na końcu, mała galeria scen walk przedstawionych w różnych stylach oraz szkice postaci to już czysta przyjemność dla oczu.

    Pierwszy zeszyt „Samuraja Jacka” daje przyjemnie odczuć klimat serii. Jakość wydania jest dobra, klejona okładka trzyma dobrze, nie zauważyłam żadnych braków. Czyta się płynnie, przedstawiona historia ciekawi i potrafi rozbawić, więc można z całą pewnością stwierdzić, że publikacja spełniła swoje zadanie. Polecam nie tylko fanom serialu animowanego.

  • Recenzja mangi: Tetsuya Tsutsui - „Reset”

    reset

    Reset

    studiojg

    Autor: Tetsuya Tsutsui
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów:1
    Cena okładkowa: 22,90 zł

    W ostatnim czasie często słyszy się o złym wpływie gier komputerowych na młodzież. Stworzono przecież wiele gier „propagujących” przemoc i zabijanie. Ale czy naprawdę powstał tak doskonały wirtualny świat, że ludzie zaczęli zupełnie mylić go z rzeczywistym? „Dystopia” to przerażająca gra sieciowa, którą zaczęto podejrzewać o bycie powodem fali samobójstw. Czy zwykła gra może popychać ludzi do odbierania sobie życia?

    „Reset” jest jednotomówką o standardowej ilości stron. Na wstępie dowiadujemy się o szeregu dziwnych samobójstw. „Twoje życie to porażka. Zresetuj.” - takie słowa będą jedną z zagadek, które spróbuje rozszyfrować pracownik policji – Shunsuke Kitajima – w towarzystwie Hitomi Shinohary. Shinohara to zwykła gospodyni domowa, która została przypadkowo wciągnięta w temat „Dystopii” za sprawą swojego męża. W jaki sposób? Dowiecie się, czytając mangę.
    Grę, która podejrzewana jest o niepokojące działania, można uruchomić tylko na konkretnym osiedlu (gdyż działa w sieci LAN). Dlatego też czynności policji skupione są na określonym obszarze. Żeby rozwiązać tą tajemniczą zagadkę, trzeba oczywiście poznać sprawę od środka – czyli zagrać w „Dystopię” i postawić się Mistrzowi Gry.

    Po przeczytaniu mangi „Reset” miałam wrażenie, że porusza ona dość ważny problem współczesnego świata – zagubienie pomiędzy rzeczywistością a światem wirtualnym. Oczywiście pokazany w niej przypadek uważam za bardzo mocno przekoloryzowany, ale to był raczej umyślny zabieg. Sami bohaterowie nie wzbudzili mojej sympatii – główna bohaterka Shinohara była dla mnie zupełnie nijaka, za to druga postać równie ważna w fabule jest trochę... za dobra w tym, co robi? Wydawało się, że Kitajima po prostu zbyt wiele wie od samego początku. Prawdopodobnie wynikało to z faktu, iż cała historia musiała zmieścić się w jednym tomie, jednak niestety nadało to za szybkiego tempa fabule. Dla mnie wszystko zostało po prostu zbyt nagle zakończone i czułam zdecydowany niedosyt. Spokojnie można by było taką fabułę bardziej rozbudować i być może manga naprawdę dużo by na tym zyskała.

    Jeśli chodzi o kreskę, to niestety nie zachwyca. Przypomina mi stylem raczej starsze tytuły. Nie jest to jednak jakaś tragedia, ale uważam, że główni bohaterowie powinni być jednak nieco ciekawiej wykreowani, żeby wyróżniali się na tle mniej ważnych postaci. Jedynie Mistrz Gry okazał się bardzo charakterystyczny, ale główni bohaterowie byli wizualnie szarzy jak wszystkie inne postacie przewijające się w fabule.

    Zauważyłam w tym tytule ciekawą zależność. Być może jest to moja nadinterpretacja, ale fabuła skojarzyła mi się z „Koszmarem z ulicy Wiązów”. Nie pod względem gatunku, bo „Reset” zdecydowanie nie jest horrorem, jednak wiele motywów pokrywało mi się z zamysłami wspomnianego wyżej filmu. Może po tym stwierdzeniu osoby, które przeczytają moja recenzję i skuszą się na przeczytanie mangi, również znajdą to powiązanie. Główna różnica jest taka, że nie mamy tutaj do czynienia z mieszaniem świata snów z rzeczywistością, a mieszaniem świata cyfrowego z prawdziwym. Ponadto Mistrz Gry mocno przypominał mi pewną postać...

    Podsumowując: mam co do tej mangi mieszane uczucia. Na pewno nie żałuję, że poświęciłam jej czas, bo w ogólnym rozrachunku całkiem mi się podobała. Ma jednak sporo minusów, które wpływają na odbiór fabuły. Szarość bohaterów oraz bardzo duże przyspieszenie fabuły zdecydowanie zakłóca przyjemność z lektury. Przekaz jednak jakiś w sobie ma i można się nad nim zastanowić. Ale czy naprawdę warto sięgnąć po „Reset”? Nie jest to jakiś priorytet, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, aby zapoznać się z tym tytułem w przerwie pomiędzy innymi seriami.

  • Recenzja mangi: Kei Sanbe - „ERASED: Miasto, z którego zniknąłem”

    erased

    ERASED: Miasto, z którego zniknąłem

    studiojg

    Autor: Kei Sange
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów: 8
    Cena okładkowa: 22,90 zł

    Satoru Fujinuma to przeciętny mieszkaniec Japonii, który pracuje jako dostawca pizzy. Ku swojemu utrapieniu posiada jednak jedną umiejętność, nad którą nie ma żadnej kontroli. Sam nazywa ją revival, a polega ona na cofnięciu się w czasie o kilka minut, gdy ma dojść do jakiejś tragedii. Czasem Satoru nie zdaje sobie sprawy z tego, że nastąpił revival i dopiero po chwili orientuje się, że już raz ten moment przeżył. Ma kilka sekund na to, by odgadnąć, w którym miejscu ma dojść do tragedii i obmyśleć plan, by móc jej zapobiec. Sam nie wykazuje raczej chęci do bycia bohaterem, lecz i tak często, starając się pomóc, ląduje w szpitalu z licznymi obrażeniami. W wyniku splotu różnych wydarzeń dochodzi do sytuacji, w której sam Satoru znajduje się w niebezpieczeństwie i by go uniknąć, przy pomocy revival cofa się o kilkadziesiąt lat, do czasów, gdy był w podstawówce.

    Myślę, że większości z was historia „Boku dake ga inai machi” – w polskim tłumaczeniu „Erased: Miasto, z którego zniknąłem” – jest znana za sprawą ekranizacji tego tytułu w postaci dwunastoodcinkowego anime. W czasie, gdy emitowana była seria „Boku dake”, manga nie była jeszcze skończona, a dwanaście odcinków to dość mało na zmieszczenie całego materiału z ośmiu dość grubych tomów mangi. Już w pierwszym tomie można dostrzec sceny, na które nie znaleziono miejsca w czasie antenowym.

    Polskim wydaniem zajęło się Studio JG. Obwoluta średnio przypadła mi do gustu, bo jest dla mnie zbyt pusta – lepiej prezentuje się wersja japońska, w której napis nie jest na dole, ale został umieszczony pionowo po prawej stronie. To już kwestia gustu. Ciekawy jednak jest zabieg zastosowany na samej okładce, ponieważ w miejscu, gdzie na obwolucie widzimy brnącą przez śnieg Kayo, tam widnieje jedynie jej porzucony szkolny plecak. Po otworzeniu tomiku na wstępie znajdujemy cztery kolorowe strony.

    Sposób rysowania Kei Sanbe jest dość specyficzny i niestety, jeśli przeszkadzają wam nie do końca idealnie narysowane postacie, ta manga może was odrzucić. Po przeczytaniu kilku stron można do tego przywyknąć i wtedy czyta się bardzo przyjemnie. Najbardziej odrzuciła mnie twarz Kayo, której na szczęście w tym tomie nie było zbyt wiele, może w dalszych częściach będzie wyglądała lepiej.

    Satoru często nad wszystkim się zastanawia, dlatego samej akcji nie ma w mandze zbyt dużo, ale za to pojawia się sporo przemyśleń. Dzięki temu możemy lepiej poznać bohatera i zrozumieć jego zachowanie. Jeśli szukacie zawrotnej akcji, możecie jej tutaj nie znaleźć. Jeśli jednak interesuje was psychologia, zagadki czy kryminał, to jak najbardziej mogę wam ten tytuł polecić.

  • Recenzja mangi: Nami Sano - „Ja, Sakamoto”

    sakamoto

    Ja, Sakamoto

    studiojg

    Autor: Nami Sano
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów: 4
    Cena okładkowa: 22,90 zł

    Komedie. Czy jest ktoś, kto ich nie lubi? Myślę, że tak samo jak ja, wiele osób ma ochotę od czasu do czasu odpocząć od mocniejszych klimatów i zrelaksować się przy jakiejś luźnej opowieści. Jakiś czas temu swój debiut miało anime o tytule „Ja, Sakamoto”. Choć były osoby, które zarzucały tej pozycji, że bardzo szybko się nudzi, ja spędziłem przy niej kilka miłych chwil. Szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie ogłoszenie Studia JG, które zapowiedziało wersję mangową tego tytułu, stworzoną przez Nami Sano. Z racji, że manga ta liczy sobie tylko cztery tomy, postanowiłem, że, mimo iż bardzo dobrze znam jej animowany odpowiednik, z chęcią po nią sięgnę.

    Zacznijmy od tego, o czym jest „Ja, Sakamoto”. Otóż jest to opowieść o codziennym szkolnym życiu licealisty imieniem Sakamoto. „Licealista? Kolejna manga osadzona w szkole? Ile można?” – niektórzy z was zapewne tak pomyślą. Jednak tytuł ten wyróżnia właśnie główny bohater – Sakamoto to licealista niemal idealny w każdym calu, nie dość, że przystojny, to jeszcze okazuje się, że każda czynność, której się podejmie, jest wykonana perfekcyjnie. Tak perfekcyjnie, że czasami jest to przerażające.

    Czy taka koncepcja jest godna uwagi? Moim zdaniem jak najbardziej. Na ogół mamy do czynienia z postaciami mniej lub bardziej doskonałymi. To normalne, że życie licealistów pełne jest wielu niedoskonałości, a oni sami popełniają błędy. Tytuły, których akcja rozgrywa się w szkole
    próbują na różne sposoby się wyróżniać. Ale nikt jak dotąd nie pomyślał o stworzeniu postaci takiej, jak Sakamoto. Postaci, która swój ideał wykorzystuje na różne sposoby. Zawsze można na nim polegać, jest uprzejmy, a gdy zrobi się niebezpiecznie, jest w stanie na różne sposoby zażegnać to niebezpieczeństwo. Oczywiście z tego powodu jest obiektem zazdrości, co z pewnością nie ułatwia mu życia. Mimo wszystko jednak nie sposób go nie lubić. Dlaczego? Bo nie chełpi się swoją doskonałością.

    Pytanie, co z innymi postaciami? Czy bledną w „blasku wspaniałości” Sakamoto? Faktycznie, porównując co niektóre osoby z bohaterem takim, jak Sakamoto, widać, ile mają wad i jak wiele brakuje im do naszego okularnika. Ale to z kolei stwarza możliwość tworzenia sytuacji, w których bohater pomoże przezwyciężyć te wady i poszczególne osoby podbudować. Zdaję sobie sprawę, iż taka koncepcja może co niektórych znudzić. Jednak z drugiej strony, tytuł ten zawiera tylko cztery tomy. Według mnie to idealna liczba, aby Sakamoto się nie znudzić. Osobiście z wielką ciekawością śledziłem jego losy i obserwowałem kolejne pomysły autorki na tą postać.

    Jednak przejdźmy do tego, jak po obejrzeniu anime można tę mangę odebrać. Niestety, wersja animowana wypada znacznie lepiej. W mandze wiele sytuacji po prostu „nie gra”. Nie bawią tak samo jak w anime, choć muszę przyznać, że kilka razy się uśmiechnąłem. Mimo tego, to zdecydowanie za mało, żeby manga zyskała w moich oczach status pozycji „must have”. Zwłaszcza, że rysowana jest niezbyt ciekawą kreską.

    Samemu wydaniu nie mogę wiele zarzucić. Tłumaczenie jest przyjemne, onomatopeje nie straszą swoją wielkością czy źle dobraną czcionką, a format standardowy dobrze trzyma się w rękach. Jedyne, co mi się nie spodobało, to jakość tuszu. W niektórych miejscach potrafi się on bowiem rozmazać.

    Podsumowując: czy warto skusić się na ten tytuł? Moim zdaniem można rozpatrzyć jego zakup jedynie w sytuacji, gdy nie widziało się anime. Nie ma w nim niczego odkrywczego, a wiele sytuacji nie wygląda tak dobrze jak w wersji animowanej. Jeżeli jesteście bardzo wielkimi fanami tej pozycji, możecie rozważyć jej zakup. W końcu cztery tomy to nie jest jakaś zabójcza liczba, a 22,90 zł za część to niedużo.

  • Recenzja mangi: Julietta Suzuki - „Jak zostałam bóstwem!?”

    jak zostalam bostwem

    Jak zostałam bóstwem!?

    studiojg

    Autor: Julietta Suzuki
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów: 25
    Cena okładkowa: 19,90 zł

    Jesteście w stanie sobie wyobrazić, co zrobilibyście, gdyby w liceum zabrakło wam dachu nad głową i rodziny? W takiej sytuacji zostaje postawiona Nanami, której ojciec hazardzista stracił dom i postanowił „dać nogę”, zostawiając ją zupełnie samą. Dziewczynie pozostaje tylko torba, w której też nie posiada zbyt wiele. Spacerując po parku, zastanawia się, co dalej ze sobą zrobić. Spotyka mężczyznę, który siedzi na drzewie i ucieka przed psem. Nanami pomaga mu, a on w podziękowaniu oferuje jej, by zaopiekowała się jego domem. Z braku innych perspektyw Nanami zgadza się, lecz gdy dociera pod wskazany adres, okazuje się, że nie jest to zwykły dom, ale podupadająca świątynia. Co więcej, nieznajomy nadał jej moc bóstwa opiekuńczego, by dziewczyna mogła w pełni zaopiekować się przybytkiem. Niestety sprawy przybierają nieciekawy obrót, gdy spotyka służącego tam demonicznego lisa.

    „Jak zostałam bóstwem?!”, w oryginale „Kamisama Hajimemashita” to tytuł, którego chyba nie trzeba przedstawiać. Myślę, że większość chociaż raz o nim słyszała za sprawą dwóch sezonów anime. Dla mnie jest to manga, z którą zdecydowanie warto się zapoznać. Fabuła nie stoi w miejscu i nieustannie prze do przodu, przedstawiając nam nowych bohaterów i coraz ciekawsze rozwoje sytuacji. Już w pierwszym tomie poznajemy nowych pobocznych bohaterów, księżniczkę Himemiko, od której Nanami otrzymuje swoje pierwsze zadanie jako bóstwo.

    Nie tylko fabularnie jest dobrze. Charakter bohaterów i ich zachowanie też nie jest nudne i wkurzające – i tu głównie chodzi mi o Nanami. Mimo że jak w większości tytułów shoujo jest raczej słodka, to potrafi się wkurzyć, zirytować i pokazać na co ją stać. Wierzy w siebie i nie zachowuje się jak ostatnia ciapa, co zdecydowanie jest plusem. Widać to szczególnie w momencie, kiedy zmusza Tomoe do zostania jej chowańcem – scena, na którą wszyscy czekali.

    Polskie wydanie, którym zajmuje się Studio JG, jest bardzo dobre. Dostajemy kolorową obwolutę, która moim zdaniem prezentuje się lepiej od japońskiej. Tłumaczeniu tomiku też nie mam raczej nic do zarzucenia, czytało mi się bardzo płynnie i bez zgrzytów.
    W oryginale manga posiada aż 25 tomów, ale ani przez chwilę nie będziecie się nudzić. Zwłaszcza dla sympatyków romansów powinien to być tytuł obowiązkowy na półce mangowej, ale myślę, że większości przypadnie do gustu. Jeśli jeszcze nie mieliście przyjemności obcowania z tym tytułem, zmieńcie to czym prędzej!

  • Recenzja mangi: Mayu Minase - „Miłość, jenoty i inne kłopoty”

    milosc jenoty i inne klopoty

    Miłość, jenoty i inne kłopoty

    studiojg

    Autor: Mayu Minase
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów: 9
    Cena okładkowa: 22,90 zł

    „Miłość, jenoty i inne kłopoty” to manga, po którą sięgnęłam głównie dlatego, że zainteresował mnie jej tytuł. Biorąc ją pierwszy raz do ręki, nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, i muszę przyznać, że po przeczytaniu pierwszego tomu jestem pozytywnie zaskoczona.

    Głównym bohaterem opowieści jest Riku, zwykły nastolatek, który mieszka w małym miasteczku Komatsushima. Jego rodzina od pokoleń prowadzi farbiarnię i ma nadzieję, że chłopak będzie kontynuował tradycję. On ma jednak inne plany. Chce wyjechać razem ze swoją przyjaciółką, Momoką, na studia. Jego matka jest temu przeciwna i – co więcej – przedstawia mu jego narzeczoną, Miyo, która, jak się okazuje, nie jest zwykłą dziewczyną.

    Manga przeznaczona jest dla dojrzałego czytelnika, pewnie ze względu na wiele scen, w których Miyo jest w negliżu, ale to wszystko, jeśli chodzi o nieodpowiednie dla młodszych czytelników obrazy. Poza tym cała historia jest bardzo ładnie narysowana – postacie są wyraziste, dynamiczne, a tła, które głównie składają się z krajobrazów i świątyń, są bardzo dokładne.

    W całej historii przeplatają się komiczne wątki i teksty bohaterów, dzięki czemu można się niejednokrotnie mimowolnie uśmiechnąć podczas lektury. Nawet tytuły kolejnych rozdziałów, które mamy rozpisane na skrzydełkach obwoluty, są ułożone w zabawny sposób.

    Ogólnie fabuła mangi nie należy raczej do wybitnie nowatorskich. Riku sprzeciwia się swoim rodzicom, ponieważ wybrana przez nich dziewczyna nie przypadła mu specjalnie do gustu i chce iść swoją drogą. Podczas gdy jenocia dziewczyna szaleje na jego punkcie i zrobiłaby dla niego wszystko, prawdziwa miłość Riku wydaje się nie dostrzegać jego uczuć... Brzmi dość znajomo. Jednak jest kilka pomysłów, które sprawiają, że ten tytuł wyróżnia się na tle innych – podstawowym z nich są właśnie tajemnicze tytułowe jenoty. Cieszę się również, że przybliżono nam fach rodziców Riku – farbowanie indygowca. Dodatkowym atutem jest też to, że każda z postaci ma swój własny, indywidualny charakter, który wyraźnie odznacza się na tle innych.

    Jeśli chodzi o stronę techniczną, to nie mam żadnych zarzutów. Tłumaczenie jest zgrabnie wykonane, obwoluta oraz sama okładka prezentują się bardzo ładnie. Na początku dostajemy także kilka kolorowych stron, co zdecydowanie możemy zaliczyć na plus.

    Ciekawa jestem, jak dalej rozwinie się ta historia – po lekturze pierwszego tomu mogę stwierdzić, że zapowiada się obiecująco. Jeśli jesteście fanami romansów i komedii – to dla Was obowiązkowy tytuł!
       

  • Recenzja Mangi: Yuyuko Takemiya, Yasu - „Toradora Light Novel”

    Recenzja mangi Toradora Light Novel

    Toradora Light Novel

    studiojg

    Autor: Yuyuko Takemiya, Yasu
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów: 10 (zakończona)
    Cena okładkowa: 39,99 zł

    „Toradora” kojarzyła mi się do tej pory z anime (i piankami w kształcie smerfów, ale to nie ma znaczenia). Jednakże przyszła dla mnie pora na light novel – i muszę się przyznać, że jest ono pierwsze w moim ponad dwudziestoletnim życiu.
    Mało znam osób, które nie kojarzą tego tytułu. No, może niekoniecznie wszyscy zapoznali się z treścią, część po prostu rozpoznaje samo słowo i, oczywiście, główną bohaterkę. Dla tych, którym nie dane było jeszcze zauważyć Taigi Aisaki– to nic dziwnego, bo to maleństwo jest naprawdę niewysokie, ale w jej drobnym ciałku zamieszkuje bestia, której nie chcielibyście rozjuszyć. Nie dziwota, że nadano jej przezwisko „Tyciego Tygrysa”.

    Z drugiej strony jest pedantyczny Ryuuji Takasu. Chłopak nie ma lekko, codziennie chodzi do szkoły, robi zakupy, sprząta, gotuje… Prawdziwy skarb! Pewnie dziewczyny się za nim uganiają? No i właśnie… nie.

    „Toradora” to komedia romantyczna, więc chyba nie muszę mówić, że tajemniczym zbiegiem okoliczności ta dwójka skazana będzie na swoje towarzystwo. A co dalej – każdy wie. Brzmi dosyć monotonnie i tutaj pojawia się pytanie – czy właśnie tak się to czyta?

    Z całą pewnością jest bardziej wciągające, niż anime. Akcja też wydaje się płynniejsza, a niektóre aspekty mniej irytujące (ale może to dlatego, że ignoruję infantylne rozciąganie sylab przez część bohaterów, które, niestety, stosowane jest miejscami nagminnie). Tekst pisany daje nam możliwość wyobrażania sobie niektórych rzeczy po swojemu. Oczywiście dla tych, którzy „Toradorę” znają, niektóre z nich są już niezaprzeczalnie wpisane w umysł. Dla mnie były to zdecydowanie sylwetki głównych bohaterów, ale że oglądałam anime ponad dwa lata temu, dało to mojej wyobraźni całkiem sporą swobodę twórczą. Samą treść również nieco sobie odświeżyłam. I fakt, nie jest to tytuł, który będzie czytelników zaskakiwał. Całość jest dosyć przewidywalna i schematyczna, jednak czyta się to bardzo przyjemnie. Jest wręcz idealne na obecną pogodę – zimno, pada, wieje, stada bizonów szalejące po ulicach, corrida i inne klęski (pogodowe lub nie) zmuszają nas do tego, żeby zostać w domach. Najlepiej pod kocem. W wyrku. Z ciepłą herbatką. Czekoladą też nikt pewnie nie pogardzi i właśnie do tego nada się idealnie „Toradora”.

    Już wyjaśniam, dlaczego. Przede wszystkim, jest to bardzo sympatyczna lektura, lekka, pozwala nam odetchnąć, zapomnieć o szkole, pracy, uczelni,… (niepotrzebne skreślić, pominięte dopisać). Podczas czytania łatwo jest się przywiązać do któregoś z bohaterów i zacząć mu kibicować. Poza tym, nie jest to historia, w której miłość pojawia się już pod koniec pierwszego rozdziału - musicie poczekać na drugi. Tak naprawdę, jest to bardziej skomplikowane. W każdym razie, „Toradora” nie irytuje tym namolnym ukazywaniem uczucia, które widoczne jest dla wszystkich ale nie może rozkwitnąć z uwagi na „ojej, jestem taka nieśmiała”, „nie mogę do niej podejść bo może zostanie to źle odebrane” i inne tego typu wymówki. Takie wątki też tu znajdziecie, ale jest coś, co skutecznie odwraca od nich uwagę, mianowicie rozwój pięknej przyjaźni między rozszalałym demonem i aniołem o oczach mordercy. A czy jest coś, co bardziej ogrzewa serducho w takie dni jak teraz, niż przyjaźń?

    I właśnie to jest moja ulubiona część. Obserwowanie rozkwitu serdecznej przyjaźni, nie podszytej przez samych zainteresowanych głębszym uczuciem. Dlaczego podkreślam, że przez nich? Bo bądźmy ze sobą szczerzy – to komedia romantyczna. Wszyscy wiemy, jak to się skończy.

    Kolejną zaletą jest brak piątej klepki. Długo wymieniałabym, komu jej brakuje, pozwolę Wam jednak odkryć to samodzielnie. Jak to często bywa w przypadku tego rodzaju literatury – częściej wymykało mi się „ooo” czy „ojejuuu”, niż wybuchy gromkiego śmiechu, ale też nikt nie spodziewa się doskonałych żartów po czymś, co ma w nazwie gatunku „romantyczna”. Mamy się zachwycać, polubić ich, wspierać (duchowo) w ambicjach i marzeniach, bądź mieć zupełnie odmienne plany dotyczące ich egzystencji.

    No i mamy śledzić ich losy… W tym temacie wydawnictwo wyszło nam naprzeciw, ponieważ kupując pierwszy tom polskiego wydania light novel, kupujecie tak naprawdę dwa. Jest to, moim zdaniem, świetne rozwiązanie. Po pierwsze, z uwagi na aspekty ekonomiczne. Fakt, wydajecie więcej na raz, ale patrząc na przeciętne ceny nowelek w Polsce, zyskujecie. Za dwa tomy wydane osobno przyszłoby zapłacić więcej. No i po drugie – mamy szansę poznać dłuższy fragment akcji na raz. Tak czy owak, trzeba teraz poczekać trochę na kolejny tom, całości nie zmieszczono na tych trzystu osiemdziesięciu stronach, jednakże trochę dłużej dane nam było zostać z bohaterami, poznać ich lepiej, obserwować, jak, i w którym kierunku, rozwija się fabuła.

    Jeśli chodzi o błędy – literówek pojawia się niewiele. A źle odmienione wyrazy (również zaledwie kilka przypadków) nie wytrącają z rytmu czytania. Ot, każdemu może się zdarzyć, nie bądźmy surowi, nie wymagajmy perfekcji, gdy sami tacy nie jesteśmy. (Jeśli jesteście idealni to potraficie też wybaczać, więc nie widzę problemu).

    No i wreszcie kwestia rysunków – są ładne, urocze, linie miękkie niczym czekolada pozostawiona na słońcu. Po prostu sympatyczne. Miło czasem przerwać na chwilę czytanie i popatrzeć na ilustracje, naturalnie adekwatne do treści.

    I w końcu – czy warto przeczytać „Toradorę”? Jeśli szukacie pozycji wybitnej, to nie. Jeśli chcecie się zrelaksować z kubkiem gorącego kakao w dłoni – jak najbardziej. Radzę jednak uważać, żeby nie rozlać gorącego płynu. W razie wystąpienia pecha można by, co prawda, zaryzykować dotknięcie Tyciego Tygrysa. Osobiście jednak zalecałabym pogodzenie się z pechem, brzmi to znacznie rozsądniej.

  • Recenzja mangi: Mamare Touno, Kazuhiro Hara - „Log Horizon”

    Recenzja mangi Log Horizon

    Log Horizon

    studiojg

    Autor: Mamare Touno, Kazuhiro Hara
    Wydawnictwo: Studio JG
    Liczba tomów: 10
    Cena okładkowa: 24,99 zł

    Zawsze uważałam, że porównania nadają wypowiedziom bardzo osobistego charakteru. Na ich podstawie można domyślić się paru rzeczy na temat autora – słusznych lub nie. Recenzję „Log Horizon” zdecydowałam się zacząć właśnie od porównania. Ach… To tak bardzo przypomina mi oglądanie sportowych anime…

    Uprzejmie proszę – powstrzymajcie się od krzyków i linczów. Miejcie litość, dajcie się człowiekowi wytłumaczyć… Co (w moim odczuciu) łączy oba te typy? A to, że zazwyczaj, zaczynając czytanie/oglądanie, nie mam absolutnie zielonego pojęcia o co chodzi. I o ile, jasne, zdarzyło mi się w szkole grać w koszykówkę czy siatkówkę, o tyle moja wiedza na temat gier MMO, phi! Jakichkolwiek gier, jest znikoma. Każda osoba, próbująca nauczyć mnie grać, ma w zanadrzu jakąś zabawną historię na ten temat. No i od tego właśnie mam takie „Log Horizon”. Może nie gram w gry, ale teraz przynajmniej wiem, o co w nich chodzi (a przynajmniej żyję w takim złudzeniu).

    To nie jest light novel wyłącznie dla „wtajemniczonych”. Skoro taki laik jak ja (stopień oporności nieskończony) wszystko zrozumiał, to uwierzcie – jest tłumaczone bardzo przejrzyście. Krótko, więc nie nudzi, ale wyraźnie. Rzeczywistość wirtualna staje się dla człowieka czymś absolutnie naturalnym. Jednakże nie w takim stopniu, jak dla samych uczestników.

    „Log Horizon” jest kolejnym tytułem wykorzystującym pomysł zamknięcia graczy w świecie gry. Mieliśmy ich już kilka, chociażby „Sword Art Online” (za chwilę do tego wrócę) czy „Overlord”. Wyobraźcie to sobie – siedzicie przed komputerem, szamiąc orzeszki i grając w ulubioną grę (…da się tak?). Wtem ni z tego, ni z owego zapada ciemność i mdlejecie. Budzicie się już w grze. I nie możecie wyjść. Ups, osobiście przycupnęłabym gdzieś w kącie i czekała na wybawienie. To jest, przed rozpoczęciem przygody z „Log Horizon”! Teraz postąpiłabym zupełnie inaczej (raczej nie łudziłabym się na ten ratunek).

    Reakcja każdego z nas byłaby inna, bo nie jesteśmy tacy sami. Niektórzy radziliby sobie lepiej, inni gorzej. Na pewno fajnie byłoby już znać realia gry. Nasi główni bohaterowie – Shiroe, Naotsugu i Akatsuki, znają je dosyć dobrze. W końcu najwyższy level nie wypracował się sam. To akurat wspólna cecha wszystkich tytułów, które wymieniłam. Jednakże ma to swoje jasne uzasadnienie – kto by czytał light novel o kimś, kto zwinął się w kłębek i zaczął płakać? I tak przez kilkaset stron - nuda. No więc doświadczenie w boju jest.

    Nasi bohaterowie w ogóle są dosyć nieźli – bez płaczu i załamywania rąk, po prostu wzięli się do roboty. To właśnie tym zjednali sobie moje serca: spokojem ducha i próbą zachowania optymizmu. Przyznam szczerze, że nie byłam pewna, czy spodoba mi się „Log Horizon”. Skąd ta nieufność? Odpowiedzialność za nią zrzucam na głównego bohatera „SAO”. Zaznaczam od razu, że nie czytałam tytułu. Nawet nie obejrzałam go w całości, nie dałam rady właśnie przez ciągłe zadręczanie się, depresyjne myśli i obwinianie się postaci. Wkurzał mnie (oj, czuję w powietrzu niebezpieczeństwo…). Nie krytykuję tu tytułu – nie mam do tego prawa, skoro nawet nie poświęciłam więcej czasu na obejrzenie go do końca. Przedstawiam jedynie, co różni recenzowany przeze mnie tytuł od, bądź co bądź, jego bardzo popularnego odpowiednika. A nie mówiłam, że porównania pozwalają poznać człowieka?

    Cudowne w „Log Horizon” są również dopełniające się charaktery bohaterów. Dzięki temu bywa zabawnie, ale też całkiem poważnie czy refleksyjnie. Brak tu monotonii a język jest przystępny, czyta się to niezwykle płynnie, wręcz pożera.
    Opisy są na tyle barwne, że można przewijać w głowie obrazy nie dodając zbyt wielu szczegółów „od siebie”. I osobiście całkiem mi się podoba ta rzeczywistość. Postapokaliptyczna, a do takich zawsze miałam słabość. Natura zwycięża nad pracą człowieka, ruiny budowli obrośnięte roślinnością,… Czy tylko ja się rozmarzyłam? Fakt, nie wiem czy mają tam ciepłą wodę, a o elektryczności z całą pewnością mogłabym zapomnieć. Również kwestia jedzenia przedstawia się tam niezbyt ciekawie (niczego nie brakuje, spokojnie, brak oznak kanibalizmu jak u ludzi zdesperowanych – na razie. Ale mam nadzieję, że „na później” też). Może jednak zostanę tutaj i będę sobie kupować kolejne tomiki, czytać, marzyć… Brzmi to rozsądniej. No i kto by się zajął moim chomikiem? (Nie mam chomika ale ta wymówka pozwoliła mi poczuć się mniej niekomfortowo z tym, ze tak sobie cenię komfort).
    Co jeszcze podoba mi się w „Log Horizon”? Ilustracje. Ostre linie, ładne postacie. Fakt, za dużo sobie nie pooglądałam, ale liczy się jakość, nie ilość, prawda? A w tej kwestii cenię sobie prostotę, surowość i przystępność.

    „Log Horizon” jest dla każdego, kto lubi gry bądź nie. To rozrywka zapewniająca akcję, ale również potrafiąca zwrócić uwagę na kwestie, o których sami nigdy byśmy może nie pomyśleli. Sądzę, że każda teoria na temat zachowania ludzi w takiej sytuacji, jest na swój sposób ciekawa. Warto zastanowić się nad różnymi stronami ludzkości, zachowaniami zarówno społeczeństwa, jak i jednostki. A jak uczyć się lepiej, niż przez zabawę? Dlatego też zachęcam do zapoznania się z tym światem i jego mieszkańcami. Obejdzie się nawet bez wspomnianych wcześniej orzeszków, bo akcja jest na tyle dynamiczna, że naprawdę wciąga.

  • Recenzja mangi: Gamon Sakurai, Tsuina Miura - „Ajin”

    ajin

    Ajin

    studiojg

    Autor: Gamon Sakurai, Tsuina Miura
    Wydawnictwo: Studio JG
    Ilość tomów: 7 i wciąż rośnie
    Cena okładkowa: 24,99zł

    Tytuł „Ajin” większość osób kojarzy pewnie z sezonu zimowego tego roku, kiedy to mieliśmy okazję śledzić losy bohaterów w trzynastoodcinkowym anime. W tej chwili możemy już kupić dwa pierwsze tomy, oczywiście w języku polskim. Jak się ma manga do anime? Nie mam zielonego pojęcia. W oczekiwaniu na wersję papierową, tę drugą zostawiłam sobie na później. Nie będzie to więc recenzja porównująca jedno do drugiego.

    Co od początku interesowało mnie w tym tytule? Komentarze nawiązujące do podobieństw do „Tokyo Ghoul” i „Kiseijuu: Sei no Kakuritsu”. Jedno i drugie mi się podobało (przy czym drugiej serii TG już tak nie lubiłam), więc pomysł kolejnego tytułu poruszającego podobne zagadnienia brzmiał obiecująco. Czy się zawiodłam?

    Nie mogę jeszcze odpowiedzieć na to pytanie. Póki co jestem zadowolona i zaintrygowana, czekam na dalsze tomy.

    No dobrze, ale część z Was zapewne nie widziała anime, tak samo jak ja. O czym więc jest „Ajin” i co to w ogóle znaczy? Jest to inne określenie na ahumanoida, czyli nie-człowieka. Czym się oni charakteryzują? Ot, po prostu nie umierają. No tak, ale to nie może być takie proste…

    Jak to się często zdarza, tak i w „Ajinie” możemy zauważyć prosty mechanizm niemówienia o wszystkim zwykłym szaraczkom. Badacze nie przekazują wszystkich informacji funkcjonariuszom policji, choć to oni dostają za zadanie złapanie głównego bohatera po tym, gdy okazuje się on Ajinem. Biedny Kei Nagai nie miał o niczym pojęcia do momentu, aż roztargniony wpakował się prosto pod koła pędzącej ciężarówki. Dodajmy, że na czerwonym świetle – radzę więc spoglądać na sygnalizację świetlną nawet, jeśli będziecie wtedy szukać pokemonów czy zajmować się czymś równie istotnym – nie każdy z nas odzyska życie, jego kończyny odrosną i wszystko z nim będzie w porządku. A nawet, jeśli by się Wam to zdarzyło, to nie sądzę, abyście chcieli stać się obiektem ściganym przez, w zasadzie, cały świat. Bo to właśnie spotkało naszego licealistę. A chłopak miał przed sobą obiecującą przyszłość. Wtem nagle okazuje się Ajinem i musi uciekać, kryć się. Pomaga mu w tym dawny kolega. Chłopak ma taką fryzurę, że można by założyć, że to on będzie tu grał pierwsze skrzypce. Ale nie, jest przyjacielem głównego bohatera, którego poglądy mogą zadziwić – uznawanie ahumanoida za człowieka ma może sens (w tym przypadku), ale już twierdzenie, że jest on czym innym tylko dlatego, że ktoś w to wierzy? Nie do końca. Jednak Kai (tak, to nie literówka. Przyjaciele mają po prostu podobne imiona) nie odgrywa swojej roli obrońcy i wybawcy zbyt długo, wkrótce Kei zostawia go w miejscu, gdzie się kryli, a sam ucieka. Nie chce narażać przyjaciela na kłopoty i śmiertelne zagrożenie, a do tej pory miał już szansę się przekonać, że właśnie to na nich czeka. To znaczy nie do końca, przecież dla Ajina nie ma czegoś takiego jak „śmiertelne kłopoty”… Wkrótce po rozłące kontaktują się z nim inni, udający sprzymierzeńców Ajinowie. Niedługo potem chłopak trafia do ośrodka, gdzie badany jest w okrutny sposób. Brak humanitarności nie dziwi, skoro Kei nie jest już postrzegany jako człowiek. Jednak widać wyraźnie, że ludzie pomagają sobie o tym pamiętać – jest to konieczne, gdyż chłopak wygląda zupełnie tak samo jak przed wypadkiem. Nie wiem, czy gdyby nie był prawie całkowicie zawinięty w bandaże a jego struny głosowe nie zostałyby wycięte, naukowcom z taką łatwością przychodziłyby rozmowy na temat tego, że obecnie reakcje osłabły, należy więc egzemplarz zabić. Potem można zrobić sobie przerwę i przystąpić do dalszych badań. Przecież chłopak, przepraszam – Ajin nie umrze, w czym więc problem? Otóż, moim zdaniem należałoby wszelkie badania zacząć od rozmowy. Najprostsze pytanie – czy boli cię, gdy umierasz? Otóż tak, Kei czuje ból. Czuje się martwy. I, na ten moment, jest w dalszym ciągu wrażliwy jak człowiek. Choć podejrzewam, że z czasem się zmieni, przejdzie metamorfozę jak inni przed nim, przystosuje się.

    W „Ajinie” bardzo podoba mi się realizm. Często nawet surowy. Bywało, że wzdrygałam się na widok kadrów, w których bohater własnoręcznie podrzyna sobie gardło, aby wyleczyć złamaną nogę. Tak samo zareagowałam, gdy naukowcy beznamiętnie odcięli mu ramię. Nie chodzi o krew, nawet nie o stosowanie przemocy w ogóle. Przeraża mnie ta bezmyślność. Zero empatii – chcę czegoś, a ty możesz mieć nowe, więc ci to zabiorę. Nie zastanowię się nawet, jak to podziała na ciebie. Być może cię ranię, może jest to tak głęboka rana, że już nigdy nie będziesz tą samą osobą… No to co?

    Z drugiej strony mamy całkowity brak szacunku do życia – nie umrę, więc mogę się zabić, żeby mi było wygodnie. Ojej, to nawet nie brzmi logicznie… Chociaż taka postawa uratowała naszego protegowanego kilkakrotnie (i pewnie jeszcze będzie, wiele razy), to przecież każdy ma jakiś limit. Bezmyślne przekroczenie go, byłoby chyba dosyć wysoką ceną za wygodę. No tak, ale przecież nie ma nawet założeń, jakoby Ajina można było zabić. Samobójstwo także jest wykluczane. Może więc jestem zbyt drażliwa…

    Sam temat odosobnienia, inności i samotności również został poruszony w rzeczywisty sposób. Związany z tym ból, pragnienie towarzystwa, znalezienia choć jednej osoby, której można by zaufać… Ani jedno z tych uczuć nie jest obce naszemu młodemu Ajinowi. Gdziekolwiek się nie ruszy jest z nim zawsze tylko tajemniczy czarny duch, śledzi go wszędzie. Jest on kolejną cechą znanych z mangi Ajinów – mogą go kontrolować, walczyć jego rękami. Nasz bohater widzi swojego od dzieciństwa, ale mimo to nie potrafi go świadomie kontrolować. Jak jeszcze mogą się bronić ahumanoidy? Ich krzyk sprawia, że człowiek zastyga w bezruchu. Dzieje się tak, ponieważ nasze ciało chce sprawiać wrażenie martwego w obliczu znacznie silniejszego przeciwnika. Jednakże mogą przed nim uchronić nawet zwykłe zatyczki do uszu. Manga „Ajin” przedstawia świat jako bezwzględny i brutalny – naprawdę tacy jesteśmy i chcemy być?

    W kwestii graficznej można powiedzieć z pełną mocą – jest poprawna. Uboga, prosta, niezbyt ozdobna – wszystko to działa na korzyść mangi, bo można się bardziej skupić na treści, fabule. Nie ma tam nic, co rozprasza czytelnika. No, może tylko stale wracałam do tego, że Kei absolutnie nie wygląda na licealistę. Prędzej gimnazjalistę, ale szczerze mówiąc, wrzuciłabym go do szkoły podstawowej.

    Z czystym sumieniem polecam mangę „Ajin”. Chyba każdemu, nawet jeśli brzydzi Was przemoc – warto zastanowić się nad mechanizmem, który kieruje tamtejszym światem. Bo czym różni się od naszego? Chyba tylko brakiem materiału – Ajinów. Manga skłania do refleksji i analizy. Ja już oczekuję trzeciego tomu i, szczerze mówiąc, anime kusi coraz bardziej – szalenie jestem ciekawa ścieżki dźwiękowej towarzyszącej niektórym scenom. Ale wytrwam, poczekam. Mam nadzieję, że w tym czasie nic mnie nie zniechęci.

  • Recenzja mangi Robico - „Bestia z ławki obok”

    Bestia z ławki obok

    Wydawnictwo: StudioJG
    Ilość tomów: 13
    Cena okładkowa: 22,90 zł

    Bestia z ławki obok. Chociaż tytuł z pozoru może się wydawać nieco niejednoznaczny, mamy tutaj do czynienia z romansem, który łamie stereotypy. Studio JG postanowiło uraczyć nas kolejną interesującą, szkolną komedią romantyczną autorstwa Robico, której oryginalny tytuł to Tonari no Kaibutsu kun, a która na tapetę bierze życie i problemy nastolatków. Shizuku Mizutani to cicha dziewczyna, którą interesuje tylko nauka i oceny. Dlatego, gdy spotyka Haru Yoshide – szkolnego delikwenta – jego bezpretensjonalne zachowanie odrzuca dziewczynę. Gdyby tego było mało, chłopak wydaje się pałać do dziewczyny czymś więcej niż zwykłą sympatią. Jak Shizuku poradzi sobie z natrętnym zachowaniem nowego kolegi?

    Czytając Tonari no Kaibutsu kun traci się świadomość, że to następny szkolny romans. Czy to zasługa fabuły? Skąd, przecież już wiele razy można było spotkać się z niegrzecznym chłopcem, który zakochuje się w cichej dziewczynie. To właśnie bohaterzy czynią tę historię tak wciągającą. Shizuku nie jest kolejną nieśmiałą bohaterką, potrzebującą pomocy, a Haru to nie bad boy, który niespodziewanie zmienia się dla swojej wybranki serca. Oboje uparcie dążą do celu i żadne nie ma zamiaru całkowicie zmienić swojej natury. W ten sposób ich reakcje i działania stają się dla nas w pewnym stopniu nieprzewidywalne, a więc sama historia zaczyna coraz bardziej wciągać. Warto również zwrócić uwagę na drugoplanowych bohaterów, bez których fabuła byłaby po prostu nudna. Autorka bardzo ładnie ujęła ich relacje z pierwszoplanowymi, nie czyniąc z nich zbędnego tła, a wręcz przeciwnie – dając własne pięć minut.

    Jednak w tego typu mangach najważniejszym aspektem są relacje. Shizuku i Haru są jak dwa przyciągające się magnesy. Już w pierwszym tomie można zauważyć, jak wpływają na siebie i swoje zachowanie. Chociaż są jak dwa przeciwieństwa, oboje nie mają żadnego pojęcia o relacjach międzyludzkich, dlatego widzimy wiele żenujących sytuacji, w których mamy ochotę potrząsnąć dwójką głównych bohaterów. Mimo wielu różnic, Shizuku i Haru są uparci i zawsze mówią co myślą, nawet jeśli może sprawić im to kłopoty (w końcu wyznania miłosne w pierwszych rozdziałach to nie przelewki). Wraz z rozwojem historii, obserwujemy jak dwójka nastolatków dojrzewa emocjonalne, uczy się kochać i poznaje wartość posiadania prawdziwych przyjaciół. Nie jest to zmiana nagła, ale stateczna, rozwijająca się w swoim tempie. Nawet nie zorientujemy się, kiedy bohaterowie z dalszych rozdziałów w niczym nie będą przypominać siebie samych z początku historii.

    Jeśli zaciekawiła was sama fabuła, to przyjemności czytania doda jeszcze oprawa techniczna. I tym razem Studio JG pokazało nam śliczny projekt okładki i wykonało porządną robotę przy tłumaczeniu, które wydaje się naturalne, a słownictwo odpowiednie do wieku bohaterów. Mimo ładnej, poprawnej kreski i zachowanych proporcji, manga cierpi odrobinę z powodu braku teł, przez co kadry wydają się puste, ale projekty postaci mogą złagodzić ten niedosyt.

    Tonari no Kaibutsu kun to manga shoujo, a więc przeznaczona głównie dla żeńskiej grupy odbiorców, ale poleciłabym ją każdemu, kto poszukuje zabawnego romansu z ciekawymi bohaterami i nie będą przeszkadzać mu tych kilka utartych schematów. Kiedy zaczniecie poznawać historię Shizuku i Haru, na pewno zastanowicie się, jakim cudem dwójce tak różnych i społecznie ułomnych ludzi udało się stworzyć skomplikowaną relację, opartą na dość niezwykłych fundamentach.