• Recenzja mangi: „Sekaiichi Hatsukoi" - Autor: Shungiku Nakamura

    Tytuł mangi

    Sekaiichi Hatsukoi (tomy 1-4)

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Shungiku Nakamura
    Gatunek: komedia, romans, yaoi (18+)
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 14+
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 4 tomów.

    Sekaiichi Hatsukoi to jeden z popularniejszych tytułów BL (Boys Love), który doczekał się nawet adaptacji anime. Czy jednak jest to tytuł obowiązkowy dla fanów gatunku? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w poniższej recenzji. 

    Czytając Sekaiichi Hatsukoi wejdziecie do wydawnictwa mangowego drzwiami i oknami, poznacie perypetie jej bohaterów i sekrety pracy jako redaktor. Manga bawi i uczy, nie oszczędza przy tym gorących scen między dwojgiem mężczyzn. Oj będzie tego trochę.

    Zacznijmy od ciekawostki. Manga była wydawana głównie w magazynie Emerald. W zwykłych okolicznościach byłaby to informacja nieistotna, jednak nie tym razem, bowiem właśnie w takim magazynie rozgrywa się akcja naszej mangowej historii. Napisała ją Shungiku Nakamura, która jest odpowiedzialna również za „Junjou Romantica”. Obie mangi osadzone są w jednym uniwersum –miejsce akcji to wydawnictwo Marukawa, a Sekaiichi dzieje się dokładnie w ich dziale dotyczącym magazynu Emerald. 

    O czym jest fabuła? Ritsu Onodera jest synem właściciela wydawnictwa, w którym również pracuje. Mimo to chciałby dojść wszędzie o własnych siłach i poczuć „sprawczość” w swoich działaniach. Jednak przede wszystkim chciałby, aby inni go docenili za to co robi, a nie umniejszali kim jest jego ojciec i, że ma podane wszystko „na tacy”. Może znacie kogoś, kto pracuje w firmie rodziców? Tutaj dostajemy analogiczną sytuację. 

    Ritsu postanawia wziąć sprawy w swoje ręce: zwalnia się i zatrudnia w przypadkowym wydawnictwie. Dostaje pracę, jednak nie do końca tam, gdzie chciał. Zamiast zajmować się literaturą, w której się specjalizował, dostaje przydział do mang shoujo. Dodatkowo okazuje się, że jego redaktorem naczelnym zostaje Takano Masamune z którym kiedyś się kochał i z którym nawet był przez chwilę w związku. Bywa niezręcznie, choć nie na długo. 

    Dochodzą do wniosku, że ich zerwanie było nieporozumieniem, jak to już czasem bywa w mangach tego typu - dużo nieporozumień i bohaterzy, którzy nie umieją się ze sobą komunikować. Na szczęście zła passa zostaje zerwana całkowicie w czwartym tomie, wcześniej możemy jednak dostrzec u nich przebłyski szczerości wobec siebie, ale po alkoholu. Wracając – mimo nieporozumienia w sprawie zerwania Onodera nie zamierza być już z Takano, bo lata walczył, aby o nim zapomnieć. Co na to Takano? Chce zrobić wszystko, aby sprawić, że ten znowu wyzna mu miłość. Ich relację i to, do czego ona doprowadzi będziemy śledzić na tle pracy wydawnictwa, a dokładniej działu magazynu Emerald.

    Główne miejsce akcji było jednym z moich głównych powodów sięgnięcia po mangę. Warto o nim wspomnieć parę słów. Obserwujemy sytuacje i informacje „od kuchni”. Wchodzimy do wydawnictwa i tam też dowiadujemy się, jak to wszystko funkcjonuje: że Japończycy to pracoholicy – nie wiadomo po co oraz dlaczego gonią za terminami kosztem zdrowia. W mandze dowiemy się między innymi co to jest ozalid, jaka jest rola redaktora i działu handlowego oraz jak ważna jest drukarnia i jak z nią rozmawiać w czasie pracy w redakcji. Nie możemy zapominać też o roli kawy, bo bez niej nic w świecie nadgodzin nie byłoby możliwe. 

    Przyznam się, że podczas czytania tej mangi miałam momentami motylki w brzuchu. Autorka tworzy atmosferę tak dobrze, że sceny zbliżeń mniejszych lub większych są naprawdę…  gorące. Jest w stanie sprawić, że utożsamiam się w tym momencie z głównym bohaterem, a to nie jest łatwe. Przykładowo scena ich pierwszego zbliżenia: idą do mangaczki, która nie jest w stanie dobrze narysować pocałunku, więc aby jej to pokazać, Takano z zaskoczenia całuje Onodere. Nie bójcie się jednak o spoiler, to scena z pierwszych stron mang, dodatkowo później będzie ich dużo. Shungiki Nakamura wie, co robi. Zaufajcie jej. 

    Mangę czyta się jednym tchem, mimo ilości tekstu jest przyjemna. Trzeba wiedzieć, że jest to potężna liczba linijek jak na romans. Jak dla mnie jest to plus, choć mogłoby być mniej dymków, które nazwałam „niepotrzebnymi rozmyślaniami Onodery”. Pojawiają się one w całej mandze i poznamy je po tym, że zamiast skupiać się na scenie, słuchamy wewnętrznego monologu Ritsu. Po czasie można się do nich przyzwyczaić. 

    Kreska w „Sekaiichi Hatsekaiichi hatsukoi twarzesukoi” jest kontrowersyjna. Niektórzy uważają, że jest brzydka, ja natomiast myślę, że jest to styl charakterystyczny dla mangaczki i dzięki niemu jej prace można rozpoznać z kilometra. Na pewno nie skupia się ona na tłach, a na bohaterach. Sceny są dynamiczne, ale czytelne. Jedynym minusem kreski może być to, że postaci są do siebie podobne, co widać na dołączonym zdjęciu ze środka pierwszego tomu. 

    Warto pochylić się chwilę nad dodatkiem do mangi, który jest bardziej osobną, pełnoprawną historią. Jest to „Przypadek Shouty Kisy” i rozpoczyna się w tomie trzecim. Kisa pracuje w tym samym dziale, co Onodera. Ma on trzydzieści lat i lubi przelotne historie miłosne, sypia z osobami, które podobają mu się z twarzy i nigdy się nie zakochał. Nie trzeba dodawać, że jest homoseksualny, nadal czytamy yaoi. Pewnego dnia, gdy był w księgarni, zauroczył się w sprzedawcy mang shoujo. Był to Yukina Kou. Kisa obserwował go z daleka, mając świadomość, że nigdy się nie spotkają, bowiem Kou był idealnym księciem. Miał piękną twarz i umiał podrywać. To ten typ, który jest zawsze otoczony wianuszkiem dziewcząt. Dziwnym zbiegiem okoliczności jednak w stalkowaniu Yukiny Kisie przeszkadza jego były chłopak, który robi my awanturę na całą księgarnię. Z opresji przed napastującym ex ratuje Kisę nie kto inny, jak właśnie oślepiający blaskiem dwudziestojednoletni Yukina Kou. I tak zaczyna się historia tej dwójki. 

    Na koniec nawiążę do wstępu – gorące sceny w wykonaniu tej mangi nie oznaczają zawsze seksu. Ten pojawia się, jednak nie jest ważnym elementem fabularnym i nie zajmuje dużo stron. Rysowany jest dynamicznie, ale subtelnie, nie pokazując za dużo, aby przypadkiem nie gorszyć nikogo za bardzo. Dlatego jeśli nie przepadacie za takimi scenami, to możecie odetchnąć z ulgą. One są, ale romans zdecydowanie jest na pierwszym planie. 

    Jak już wspomniałam wyżej, jest to manga yaoi. Oznacza to, że historia będzie opowiadała o miłości między mężczyznami. Jeśli nigdy nie czytałaś/eś mangi tego typu, to myślę, że warto zacząć od tytułu łagodniejszego, bez wątku seksualnego. Ten tytuł jest bardzo dobry przynajmniej jako drugi lub trzeci z kolei. Jest to na pewno klasyka, o której każdy fan gatunku wie i po którą zawsze warto sięgnąć. Ja nie zawiodłam się i przeczytanie tych czterech tomów pozostawiło mi niedosyt, dlatego na pewno będę sięgać po kolejne. W końcu to dopiero początek historii.

  • Recenzja mangi: „Odrodzona jako czarny charakter w grze otome, gdzie wszystkie ścieżki prowadzą do złego zakończenia" - Autorzy: Nami Hidaka, Satoru Yamaguchi

    Tytuł mangi

    Odrodzona jako czarny charakter w grze otome, gdzie wszystkie ścieżki prowadzą do złego zakończenia

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Nami Hidaka, Satoru Yamaguchi
    Gatunek: komedia, fantasy, odwrócony harem, romans, szkolne, isekai
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 5+
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Recenzja została napisana po przeczytaniu 4 tomów

    Kto by nie chciał na chwilę znaleźć się w historii pełnej przystojniaków? Manga „odrodzona jako czarny charakter w grze otome, gdzie wszystkie ścieżki prowadzą do złego zakończenia” jest właśnie taką historią.

    Uwielbiam długie tytuły, jakże one są wymowne! Główna bohaterka jest czarnym charakterem w grze otome, gdzie każda ścieżka prowadzi do złego zakończenia, a Caterina stara się robić wszystko, aby go uniknąć. 

    Czymże byłby isekai bez przypadkowej śmierci w równie przypadkowym wypadku drogowym? To od takiej perypetie Cateriny Claes, głównej bohaterki omawianego dziś tytułu się rozpoczęły. Witamy w świecie, w którym przystojniacy pojawiają się na każdym kroku. Oto gra otome!

    Słyszę jakieś ziewnięcia w tle, dajcie mi jeszcze chwilę! To nie jest kolejna nudna historia oparta na schemacie niewinnej dziewczyny i idealnych adoratorach. Świat przedstawiony jest rozbudowany, tak samo jak każdy bohater, akcja dzieje się odpowiednio szybko, ale przede wszystkim pomysł nie jest typowy. W grach randkowych, gdzie mamy wiele pięknych chłopców zwykle wcielamy się w niewinną i śliczną dziewczynę, ale nie tu! Caterina z gry jest czarnym charakterem, złą do szpiku kości szlachcianką, która znęca się nad ubogą Marią. Czy istnieje dobre zakończenie dla takiej bohaterki? Tak, jest nim wygnanie z kraju. Złym zakończeniem jest śmierć. Niezbyt optymistycznie.

    Nasza bohaterka trafia do gry w skórze Cateriny i podąża jej ścieżką fabularną. Jednak po odzyskaniu wspomnień jej charakter zmienia się w taki, jak z poprzedniego życia. I całe szczęście! Caterina opracowuje genialny plan mający uchronić ją przed marnym losem. Uczy się magii, choć ze słabym skutkiem, jej szczytem umiejętności jest wyczarowanie małej górki z ziemi. Do tego zostaje prawdziwą farmerką, żeby po wygnaniu móc przetrwać i utrzymać się z uprawy roli.

    Powodem jej przyszłego wygnania (według gry) ma być romans Marii z którymś z panów, którzy uchronią ją przed okropną Cateriną. Ale hola hola, przecież Caterina ma teraz całkowicie inny charakter. Czy ciepło jej serca, delikatna niewinność i szczerość zmieni jej los?

    Fabuła jest na tyle ciekawa, że szybko zapomnicie o początkowym celu bohaterki i będziecie z zapartym tchem pochłaniać kolejne strony pełne rozbudowanych dialogów i pięknych rysunków. Sami bohaterowie są zróżnicowani. Mamy przystojnego księcia Geordo, tajemniczego i skrytego Nicola, przybranego, uroczego brata Keitha, niegrzecznego brata Geordo – Alana i śliczne przyjaciółki Catariny, które poznacie sami (cii). Komu najbardziej będziecie kibicować przy czytaniu?

    Romans jako gatunek rządzi się swoistymi prawami i pewne wątki, które pojawiają się również tutaj, są dla niego dość charakterystyczne. Przykładowo: Caterina jest piękną, ale skrajnie naiwną dziewczyną. Często nie zauważa ona zalotów pod jej adresem, co może zarówno zauroczyć́, jak i zirytować. Na szczęście jednak postać ta nie jest całkowicie definiowana przez swoją kliszę i wybija się z jej ram pozostałymi cechami charakteru. Podobnie inne postaci – chociaż wpasowują się w typowe dla romansu role, mają jednocześnie coś, co czyni je wyjątkowymi. To sprawia, że poznawanie ich losów jest po prostu przyjemne.

    Prawie na koniec dodam, że każdy tomik mangi ma dodatek w postaci nowelki do poczytania. Jest to parę stron bez obrazków, które dodają złożoności historii. Możemy zobaczyć Catarinę z trochę innej strony poznając jej… sny. Przykładowo jeden z nich jest isekaiem w isekaiu. Bohaterowie z mangi przenieśli się do świata, z gry RPG, gdzie stają się poszukiwaczami przygód i mają uratować świat przed władcą demonów.

    Dla kogo jest adresowana manga? Nie tylko do dziewczyn! Jeśli świat fantasy, isekaie, lekkie historię, jednak z nutką intrygi i rozbudowanymi bohaterami, koniecznie przeczytaj ten tytuł! Manga dostała nawet swoją adaptację anime z równie długą nazwą: „Otome Game no Hametsu Flag shika Nai Akuyaku Reijou ni Tensei shiteshimatta...”. Wyszła ona w 2020 i zdobyła duże uznanie i popularność. Manga zawiera więcej smaczków, w tym nowelkę, dlatego polecam ją, nawet jeśli widział*ś ten tytuł.

    Manga pokazuje jak bardzo nasze wybory i podejście wpływają na życie. Jeśli grałeś, drogi czytelniku, kiedyś w japońską grę randkową w stylu otome lub galge, na pewno wiesz, o czym mówię! Poznaj dalsze losy Cateriny i dowiedz się, czy uda jej się odmienić własny, nie oszukujmy się – zły, los.

  • Recenzja mangi: „On zimny, ona gorąca" - Autor: Tomokichi

    Tytuł mangi

    On zimny, ona gorąca

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Tomokichi
    Gatunek: komedia, ecchi, fantasy
    Wydawnictwo: Waneko
    Liczba tomów: 1
    Cena okładkowa: 22,99 zł

    Zdecydowanie lubię jednotomówki. Krótka, zwięzła, niezobowiązująca historia, którą możesz poczytać między swoimi zajęciami - taka właśnie jest manga „On zimny, Ona gorąca”.

    Historia opowiada o napalonej elfce, która została wygnana z rodzinnej wioski, bo stwierdziła, że jej marzeniem jest zostać zhańbioną przez orka. Jest to temat tabu w jej miejscu zamieszkania, w którym dochodziło do różnych niegrzecznych czynów między elfami a orkami w czasie wojny. Ale nie dane nam będzie skupiać się na historycznych dyrdymałach. Główna bohaterka wyrusza na poszukiwania „tego jedynego” do lasu, gdzie szczęśliwym trafem napotyka na spacerującego orka. Jednak on wcale nie jest chętny na dzikie harce - i tak rozpoczyna się ich historia.

    W dalszej części mangi możemy poznać osobliwą rodzinę elfki i przyjrzymy się codziennym, dwuznacznym sytuacjom między dwójką głównych bohaterów. Jaka jest ta manga? Zdecydowanie łatwa w odbiorze, bardzo przyjemnie mi się ją czytało. Jest sprośna w każdy calu, jednak wszystko sprowadza się bardziej do słów niż czynów. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że więcej uwagi poświęcono ich relacjom niż… seksowi i podobnym czynnościom.

    Zabawienie erotyczne dotyczy w 99% dialogów i scenek sytuacyjnych, choć w samej mandze zobaczymy nagie piersi, w końcu jest to gatunek ecchi. Została ona oznaczona jako 18+, nie brakuje w niej też przekleństw, które pojawiają się raz na jakiś czas (i dobrze, pasują tam idealnie). Ta manga to świetna zabawa! Choć jedne żarty są bardziej trafione, inne mniej.

    Na sam koniec poświęćmy krótką chwilę na sprawy bardziej techniczne i graficzne. W tym wydaniu została zmieniona czcionka jaką jest napisany tekst mówiony przez elfkę w taki sposób, że w słowa są wplecione serduszka. Skradło to moją duszę i serce. Absolutnie urocze! Sama manga jest narysowana bardzo ładnie. Każda jej strona ma na górze parę słów, które podsumowują, co się będzie na niej działo, przykładowo „nie przebierając w środkach”. Całość jest podzielona na 5 części, a one na 11 rozdziałów nazwanych „aktami”.

    Podsumowując, jak lubisz krótkie, lekkie, komediowe mangi ecchi to jest to pozycja, na którą warto spojrzeć. Najlepiej klimat historii oddaje stwierdzenie „napalona elfka i porządny ork”. To bardzo trafne podsumowanie tego co będzie się między tą dwójką działo. Daj ponieść się wirowi żartów sytuacyjnych, zabawnych dialogów i przekręconych słów!

  • Recenzja Mangi: „Czarodziejki.Net” - Autor: Kentaro Sato

    Tytuł mangi

    Czarodziejki.Net

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Kentaro Sato
    Gatunek: dramat, horror, tajemnice, moce nadprzyrodzone, magical girls
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 16 
    Cena okładkowa: 21,99 zł
    Recenzja została napisana po przeczytaniu 5 tomów

    Ile zastosowań może mieć nóż do tapet? A jo-jo? Muszę przyznać, że nie byłem świadomy, na ile sposobów można je wykorzystać, dopóki w moje ręce nie trafiła manga „Czarodziejki.Net”.

    Zastanawiam się też, dla jakiego grona odbiorców przeznaczono tę mangę autorstwa Kentaro Sato. Przypuszczam, mimo wszystkich wątpliwości wyrażonych w poniższym tekście, że dla takich ludzi jak ja, fanów mrocznych Magical Girls, bo choć nie mogę nazwać jej lektury przyjemną, to jest to manga „zjadliwa”.

    „Czarodziejki.Net”, w oryginale „Mahō Shōjo Saito”, jest spin-offem innej mangi, „Magical Girl Apocalypse”. Wspominam o tym dla porządku, gdyby czytający tę recenzję zapragnęli sięgnąć po drugą pozycję, z której znany jest mangaka. Niestety, poza ogólną tematyką, nie zostało jeszcze dokładnie wyjaśnione, gdzie zazębiają się obie serie, choć mam już za sobą pięć tomów.

    Aya Asagiri byłaby zupełnie przeciętną japońską gimnazjalistką, gdyby nie była ponadprzeciętnie nieszczęśliwa. Każdy jej dzień wyglądał tak samo. Rano dostawała lanie od brata, w szkole od koleżanek, po szkole znowu od brata. I tak było do czasu, aż na monitorze jej komputera wyświetliła się strona czarodziejki.net. Jej administratorka przekazała Ayi magiczny pistolecik, którego użycie powinno sprawić, że poczuje się lepiej. Gdy następnego dnia w szkole koleżanki wydały Ayę na pastwę gwałciciela, ta – przy użyciu pistoleciku – teleportowała go wraz z jedną z podżegaczek prosto pod rozpędzony pociąg. Aya co prawda nie poczuła się po tym lepiej, ale już wkrótce odkryła, że na świecie jest więcej dziewcząt takich jak ona – obdarzonych magicznymi różdżkami i równie (a nawet bardziej) nieszczęśliwych.

    Tak, „Czarodziejki.Net” to manga ostra niczym nóż do tapet i z cienką jak on pretekstową fabułą. Komiks podąża śladami wyznaczonymi przez anime „Puella Magi Madoka Magica”, która wytyczyła na początku ubiegłej dekady nowe podejście do opowieści z gatunku Magical Girls. Wedle nowego trendu od tej pory życie bohaterek było znacznie mniej radosne i… krótsze. „Czarodziejki.Net”, nie odstępując od tego schematu, bardzo go upraszczają. Próżno tutaj bowiem szukać dramatu psychologicznego, gdyż manga kładzie duży nacisk na szybki bieg wypadków, zwłaszcza takich, które „chodzą po ludziach”. A jest dobry powód, by się spieszyć, bowiem poza walką z konkurencyjnymi magicznymi dziewczynkami Aya i jej przyjaciółki muszą ocalić ludzkość przed prawdopodobną zagładą. Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak tej zagłady uniknąć, przedstawione jest jednak w sposób zajmujący, który szybko wciąga czytelnika i nie pozwala mu się nudzić. Zwrotów akcji mamy mnóstwo, a zgonów bez liku. Dzięki temu, że rywalizacja między czarodziejkami jest zajadła, a dziewczyny lubią nieczyste zagrywki, napięcie wciąż rośnie i nawet kolejne absurdy nie były w stanie zniechęcić mnie do lektury.

    Jednak już po przeczytaniu kilku tomów schemat rozwoju fabuły staje się łatwy do zauważenia, mianowicie autor co chwilę wprowadza nowe czarodziejki, które przypadkiem wiedzą, na czym zależy Ayi, i mogą jej pomóc albo zaszkodzić. Postacie różnią się bardzo powierzchownie, głównie swoim pochodzeniem lub zajęciem. Mamy zatem: idolkę, dziewczynę z ekstremalnie bogatego domu, sierotę, której rodzice zostali zamordowani, córkę bossa yakuzy, lekomankę, która tnie się nożem do tapet itd. Czarodziejki łączy zaskakująca łatwość, z jaką dają się ponieść emocjom, i często trudna do wyjaśnienia skłonność do okrucieństwa. Jeśli postać nie została przedstawiona powierzchownie, to jest schematyczna. Tak jest w przypadku Ayi, która co prawda ma wielką moc, ale stara się nie robić przy jej pomocy krzywdy innym. Dziewczyna jest absurdalnie łagodna, w przeciwieństwie do „braciszka” ćwiczącego na siostrze boks od nie wiadomo ilu lat. Został on przedstawiony tak tendencyjne i w tak przerysowany sposób, że aż wywołuje śmiech. Paradoksalnie, „Czarodziejki.Net”, dzięki sileniu się na psychologizację, to całkiem zabawna manga i to już od pierwszych stron.

    Wszystko w świecie, w którym żyją czarodziejki, jest złe. Bohaterowie kłamią w żywe oczy, znęcają się nad innymi, tworząc zamknięty krąg, który prowadzi do śmierci. Tutaj nie ma ani krzty bezinteresownego dobra czy odrobiny nadziei. Po dłuższej lekturze czytelnik powinien być tak zdołowany losem bohaterek, że aby poczuć się choć odrobinę jak one, musi ogolić się tępą brzytwą i użyć spirytusu jako wody po goleniu albo pójść do dentysty i zażądać rwania zęba bez znieczulenia. O ile taka była intencja autora, bo ja tylko łapałem się za głowę lub wybuchałem śmiechem.

    Kreska na szczęście nie przyprawia czytelnika o ból głowy, jaki wywołują czasami fabuła i postacie. Bohaterowie mają dość łagodny obrys czaszki i brakuje im podbródków. Wykorzystano tu schemat znany z „Puella Magi Madoka Magica”, jednak poza tym postaci niczym się nie wyróżniają – ani w pozytywnym, ani negatywnym znaczeniu, nie licząc sytuacji, gdy są bardzo mocno pobudzone emocjonalnie. Wówczas mangaka dodaje ich twarzom znacznie więcej detali, choć efekt jest bardziej karykaturalny niż realistyczny.

    Tła są bardzo standardowe i przeważnie uproszczone. Krajobraz miasta, w którym dzieje się akcja, pozbawiony jest charakterystycznych miejsc, a detale, jak umeblowanie pomieszczeń, są powtarzalne i rzadko mówią coś o postaci. „Czarodziejki.Net” są też brutalną mangą i zobaczymy niejeden wymyślny sposób zadawania bólu lub śmierci. Jednak nie jest to przedstawione w bardzo odpychający lub obrzydliwy sposób.

    Dla jakiego grona odbiorców przeznaczono więc mangę „Czarodziejki.Net”? Wydaje mi się, że jest ona skierowana do fanów mrocznych Magical Girls, którzy odnajdą tutaj wiele cenionych przez siebie rozwiązań fabularnych. Mimo wszystko przedstawiona historia pełna jest zwrotów akcji, przez co nie nudzi. Jednak w swoim gatunku, może poza dosadnością, nie jest to pozycja oryginalna, która wprowadza coś nowego. Postaci, choć przerysowane i powtarzalne, nie są irytujące, ale nie czułem też, by ich losy szczególnie mnie zaintrygowały. Moim zdaniem mangę można uznać za średniaka i chociaż czyta się ją nader szybko, to jednak nie zawsze z przyjemnością.

  • Strzeż się upiornej lolity!

    wypaczonaKazuki to zwyczajny chłopak. W jego życiu nie dzieje się nic niezwykłego aż do momentu, gdy spotyka przed swoim domem brudną, brzydką dziewczynę w stroju gotyckiej lolity. Odpowiedź na jedno krótkie pytanie „Czy masz siostrzyczkę?” sprawi, że życie Kazukiego zmieni się w koszmar. Jaki los czeka naszego bohatera? Tego Wam nie zdradzimy, ale na pewno podpowiemy, czy warto sięgnąć po mangę „Wypaczona”. Naszą recenzję znajdziecie tutaj.

  • Inspektor Akane Tsunemori powraca

    psycho pass 2„Psycho-Pass 2” to zapewne obowiązkowy tytuł dla miłośników tej serii, którzy chcieliby poznać dalsze losy inspektor Tsunemori i polubili futurystyczną Japonię zdominowaną przez system Sybilla. Tylko czy ta adaptacja drugiej serii anime jest warta tego, by po nią sięgnąć? Sprawdźcie się razem z nami.

    Recenzję mangi znajdziecie oczywiście w naszym dziale recenzenckim, a dokładnie tutaj.

  • Siedmiu książąt w pułapce tysiącletniego labiryntu

    siedmiu ksiazatKilku młodych mężczyzn budzi się w nieznanym miejscu, otoczony kamiennymi murami. Na podstawie zaistniałych okoliczności oraz legendy o siedmiu żądnych władzy feudałach dedukują, że zostali zebrani po to, by wybrać spośród siebie cesarza nowego pokolenia. Czy uda im się wyłonić spośród siebie następcę tronu i wydostać się z pełnego pułapek zamku, w którym zostali zamknięci?

    Recenzję mangi „Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt” znajdziecie tutaj.

  • „Hrabia Monte Christo” w mangowej odsłonie

    hrabia monte christoHistorię hrabiego Monte Christo, bohatera książki Aleksandra Dumasa, znają prawie wszyscy. Opowieść o zdradzonym przez najbliższych i poszukującym zemsty Edmundzie Dantesie doczekała się wielu adaptacji. Jesteście ciekawi, jak prezentuje się mangowa wersja tej historii? Jeśli tak, to zapraszamy do lektury naszej recenzji.

  • Recenzja mangi: Haruto Ryo - „Wypaczona"

    Tytuł mangi

    Wypaczona

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Haruto Ryo
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1 
    Cena okładkowa: 29,99 zł

    Każdy miłośnik Japonii prędzej czy później zetknie się z legendami wywodzącymi się z Kraju Kwitnącej Wiśni, także tymi miejskimi. Japończycy często wykorzystują motywy baśni w swojej popkulturze. W „Wypaczonej” spotykamy się z mitem o potwornej lolicie. Jest to historia o brudnej, brzydkiej dziewczynie w stroju gotyckiej lolity. Nocą błąka się po ulicach, zaczepiając mężczyzn i ciągle zadając to samo pytanie: „Czy masz siostrzyczkę?”. I w tym momencie wszystko zależy od tego, jakiej odpowiedzi pytany mężczyzna udzieli. Jeśli odpowie twierdząco, to upiorna dziewczyna zacznie go prześladować i dołoży wszelkich starań, aby zostać siostrą zapytanego. Natomiast gdy wymiga się od odpowiedzi, uratuję skórę.

    Głównym bohaterem mangi autorstwa Haruto Ryo jest Kazuki. To zwyczajny chłopak, student, który mieszka sam, ma kumpli i siostrę. W jego życiu nie dzieje się nic niezwykłego. Pewnego wieczoru młodzieniec spotyka przed swoim domem wspomnianą wcześniej lolitę z miejskiej legendy. Chłopak, pomimo niepokoju, na swoje nieszczęście odpowiada jej, że siostrę ma. Tak oto wbija gwóźdź do swojej trumny. Jaki los czeka naszego młodego bohatera? Czy jest sposób, by uwolnił się od swojego prześladowcy? Skoro to horror, to możemy się spodziewać, że happy endem ta historia się nie zakończy.

    Co można rzec o postaciach występujących w mandze? Nie ma ich zbyt wiele. Osoby ze szkoły Kazukiego nie są szczegółowo przedstawione. Główny bohater nie wyróżnia się niczym niezwykłym, nie licząc tego, że nie potrafi utrzymać porządku w wynajmowanym mieszkaniu. Na szczęście posiada bardzo sympatyczną, energiczną siostrę, która angażuje się w domowe porządki. Pierwsza połowa „Wypaczonej” koncentruje się wokół jej osoby. W końcu to rodzona siostra, z którą połączyła Kazukiego silna więź. Na pierwszy plan wysuwa się jeszcze postać negatywna, która nakręca całą historię. Jednak wolałabym nie zdradzać zbyt wiele, ponieważ stanowi ona główną przeszkodę, z którą muszą zmierzyć się bohaterowie. Oprócz wymienionej trójki pojawiają się też postacie poboczne, które nie wnoszą dużo do fabuły. Można rzec, że wypełniają kadry, aby Kazuki nie czuł się osamotniony, i robią za żywe tarcze.

    Jednak manga to nie tylko postacie, ale też elementy artystyczne. Haruto Ryo ma specyficzną kreskę, która zdradza nam od razu: „tu stanie się coś złego”. Normalne postacie rysowane są przeciętnie, choć dość realistycznie, zaś całkowicie inaczej wygląda lolita, która prezentuje się jak zjawa z upiornych filmów. Nie chodzi tutaj tylko o powłokę zewnętrzną, ale też mimikę postaci, jej zachowanie, przybierane pozy. Każdy kadr z nią krzyczy, że to istota oderwana od świata rzeczywistego. Jak wskazuje sam tytuł, jest wypaczona do krwi i kości. Można to oczywiście uznać za zaletę, bo im bardziej przeraża odbiorców, tym lepiej dla ogólnej oceny tomu. Czytelnik musi poczuć niepokój, wręcz obrzydzenie, by z ręką na sercu powiedzieć, że czytał horror. Pełne brutalności kadry dodają pikanterii oraz potrafią wzbudzić niesmak, grozę. Co tu dużo mówić, współczujemy bohaterom, którzy są barbarzyńsko, niehumanitarnie katowani. W mandze znalazły się nawet kadry o charakterze erotycznym, jednak „zatapiają” się one w tej mrocznej części  tomu. Obwoluta książki przedstawia główne zło tej historii i „mówi” prosto z mostu: lolita ma nierówno pod sufitem.

    Podsumowując, moim zdaniem „Wypaczona” jest przeznaczona dla konkretnej grupy czytelników. Dla mnie to tytuł mierny, ponieważ nie jestem zwolennikiem horrorów. Manga nawet mnie nie tyle przeraziła, co zniesmaczyła. Jeśli ktoś lubi horrory, powinien chociaż do niej zajrzeć i sprawdzić, czy przypadnie mu do gustu. To tylko jeden tomik, więc w razie czego dużo się nie straci. Miłośnicy krwawych tortur w ciasnych pomieszczeniach, gotowi przymknąć oko na brak realizmu, mogą kupować w ciemno. W tomiku dodano też dwie niezwiązane z główną historią opowieści, również dotyczące japońskich legend miejskich. Stanowią one miły bonus od autora.

  • Recenzja mangi: Haruno Atori & Yu Aikawa - „Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt”

    Tytuł mangi

    Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Haruno Atori, Yu Aikawa
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 4
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Dawno temu syn umierającego cesarza został uwięziony w tysiącletniej celi. Siedmiu żądnych władzy feudałów doprowadziło w ten sposób do upadku dynastii Ignisów. Od tamtej pory na tronie nie zasiadali już potomkowie władców, lecz mężczyźni wybrani z dokładnie wyselekcjonowanej grupy. Taką legendę przekazywano w cesarstwie z pokolenia na pokolenie.

    Yuan obudził się w nieznanym miejscu, otoczony kamiennymi murami. Szybko okazało się, że oprócz niego w tym dziwnym budynku zamknięto jeszcze kilku innych mężczyzn. Każdy z nich był wybitną osobistością w cesarstwie – znakomitym detektywem, mistrzem władania mieczem czy najbardziej charyzmatyczną gwiazdą piosenki. Na podstawie zaistniałych okoliczności dedukują, że zostali zebrani po to, by wybrać spośród siebie cesarza nowego pokolenia. Jednakże znaleźli się w nieciekawej sytuacji – przy wyborze kolejnego władcy często dochodziło do rozlewu krwi, a w zamku, w którym zostali zamknięci, cały czas podnosił się poziom wody. Zostali więc zmuszeni do ucieczki przed żywiołem przy jednoczesnym rozwiązywaniu wielu skomplikowanych zagadek. Manga, która początkowo mogłaby uchodzić za idealną, lekką lekturę dla młodszego czytelnika, okazuje się bardziej brutalna, niż można się spodziewać.

    „Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt” wyróżnia się wspaniałą grafiką. Sami mężczyźni, którzy prezentują mangowy ideał przystojniaków, są narysowani perfekcyjnie oraz symetrycznie. Tła nie zostały pozostawione jako białe plamy, lecz są starannie i dokładnie wykonane, co widać w szczególności w miejscach, w których pojawiają się witraże. Największym atutem jest ciekawa fabuła, która mogłaby rozwinąć się w kilkutomową historię. Niestety, autorki ujęły całość tylko w czterech tomach, przez co nie wykorzystały pełnego potencjału historii. Akcja toczy się bardzo szybko, odczuwałam to szczególnie, czytając pierwszy tom. Mamy mnóstwo nowych bohaterów, do których nie zdążyłam się jeszcze przyzwyczaić, i ogrom wydarzeń, przez co trochę trudno było wyłapać wszystkie związki między postaciami. Brakowało mi również rozwinięcia sylwetek bohaterów – motywów, które kierują ich działaniami, lub wspomnień z przeszłości. Co prawda o niektórych bohaterach czytelnik może dowiedzieć się więcej, jednak ja wciąż czułam niedosyt. Ponadto pewne zachowania wydawały mi się zbyt infantylne i niepasujące do sytuacji, dlatego odnoszę wrażenie, że zamiast mangi pełnej napięcia, zagadek i tajemnic, otrzymałam opowieść o grupie chłopców nieprzejmujących się tym, że obok nich leży martwy człowiek.

    Polskie tłumaczenie wykonało wydawnictwo Waneko. Tomiki wydrukowano w standardowym rozmiarze, na ładnym papierze. Na kolorowych obwolutach przedstawiono głównych bohaterów, zaś na okładkach zaprezentowano krótkie historyjki obrazkowe, w których przedstawione są śmieszne sytuacje powstałe przy tworzeniu mangi. Tak jak wspomniałam wcześniej, manga miała w sobie niesamowity potencjał, który nie został niestety do końca wykorzystany. Mimo to jest to tytuł, który dobrze mi się czytało, a w czasie lektury z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych wydarzeń.

  • Czas zacząć poszukiwania Czerwonego Barona

    plundererMatka Hiny została wciągnięta w otchłań. Zanim jednak dokonała ziemskiego żywota postawiła przed córką zadanie odnalezienia Rihito Bacha – legendarnego Czerwonego Barona, bohatera zakończonej kilkaset lat wcześniej wojny – i przekazania mu pewnego potężnego artefaktu. Jak Hina poradzi sobie z powierzoną jej misją? Tego dowiecie się z mangi „Plunderer”. Ale zanim po nią sięgniecie, przeczytajcie naszą recenzję!

  • Usłysz głosy z odległej gwiazdy

    glosy z odleglej gwiazdyAnimowana wersja „Głosów z odległej gwiazdy”, stworzona przez Makoto Shinkaia, znanego z filmów „5 centymetrów na sekundę” oraz „Kimi no na wa”, spotkała się z ciepłym przyjęciem zarówno w Japonii, jak i na świecie. Manga, którą dla Was zrecenzowaliśmy (recenzję znajdziecie tutaj), to adaptacja tego trwającego dwadzieścia pięć minut OVA.

  • Wyprawa do piekła z Komachi i Enrą

    enra z piekla rodemKomachi Takamura to uczennica idealna – przestrzega szkolnego regulaminu i zawsze wywiązuje się ze swoich obowiązków. Dzięki tym cechom zwraca na siebie uwagę Enry, syna Króla Piekieł, który postanawia sprowadzić ją na złą drogę i zaciągnąć do piekła. Co z tego wyniknie? Sprawdźcie razem z nami! Recenzję mangi „Enra z piekła rodem” znajdziecie tutaj.

  • Słodko-kwaśny „Citrus”

    citrusYuzu przeprowadziła się i zmieniła szkołę. Niestety, zamiast do urokliwego liceum, dostała się do rygorystycznej placówki. W dodatku już pierwszego dnia naraziła się surowej przewodniczącej samorządu. Jakby tego było mało, okazuje się, że owa przewodnicząca, Mei, jest nową przyrodnią siostrą Yuzu! Czy może być gorzej? Oczywiście! Jakie atrakcje los przygotował na dziewczyny? Między innymi o tym w naszej recenzji mangi „Citrus”.

  • Sakura Kinomoto na tropie magicznych kart

    card captor sakuraPewnego dnia Sakura Kinomoto odkryła w bibliotece swojego ojca książkę, po otwarciu której dowiedziała się trzech rzeczy. Po pierwsze, że ma magiczną moc. Po drugie, że przy okazji uwolniła z księgi tzw. karty Clowa, które od tej chwili będą siały na świecie zło i zniszczenie. Po trzecie zaś, że musi wyłapać wspomniane karty. Czy Sakurze uda się zebrać wszystkie karty? Tego Wam nie zdradzimy, ale z naszej recenzji dowiecie się, czy warto sięgnąć mangę „Card Captor Sakura”.

  • Magiczni Rycerze znów walczą!

    magic knight rayearthAch, te stare dobre czasy, kiedy wracało się biegiem ze szkoły, by zdążyć na popołudniową ramówkę RTL 7. Wielu z nas z pewnością z nostalgią wspomina to pierwsze spotkanie z „Czarodziejką z księżyca” czy „Dragon Ball”. Ale czy ktoś pamięta jeszcze „Magic Knight Rayearth”? Może warto odświeżyć swoją pamięć i sięgnąć po mangę, na podstawie której powstał serial animowany? Naszą recenzję tego tytułu znajdziecie tutaj.

  • Recenzja mangi „Plunderer”

    plunderer

    Plunderer

    waneko

    Autor: Suu Minazuki
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 12
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Lubię, kiedy świat, w którym rozgrywa się akcja mangi, jest logiczny i przemyślany. W tym przedstawionym w komiksie „Plunderer” wciąż znajduję nieścisłości. Na szczęście autor daje nam wiele powodów, by aż tak się w tę kwestię nie zagłębiać, co rusz czymś nas zaskakując.

    Manga opowiada historię Hiny, dziewczyny, której matka została wciągnięta w otchłań. Zanim jednak dokonała ziemskiego żywota, postawiła przed córką zadanie odnalezienia legendarnego Czerwonego Barona, bohatera zakończonej kilkaset lat wcześniej wojny, i przekazania mu pewnego potężnego artefaktu.

    Uniwersum mangi miało być w założeniu wzorowane na Europie z przełomu XIX i XX wieku, ale podobieństwa są niewielkie. W każdym razie nie większe niż w dziełach innych mangaków tworzących swoje światy z tego rodzaju elementów. Podstawę organizacji społeczeństwa stanowią liczby. Każdy człowiek posiada swój numer. Ludzie o wyższych numerach mogą wydawać polecenia tym o niższych. Wskazana osoba ma prawo odmówić, jeśli tylko jest w stanie zaryzykować obniżeniem swojego numeru. Wówczas dochodzi do gwiezdnego pojedynku. Walkę można toczyć do momentu, w którym wartość numeru osiągnie zero. Wtedy człowiek znika w otchłani, od czego jednak pojawiają się odstępstwa. Jeśli chodzi o przyczyny, dla których numer rośnie bądź spada, są zróżnicowane. Niektórym wzrasta, bo są wierni swoim postanowieniom, innym spada, gdyż nie realizują marzeń. Nie ma instancji odwoławczych ani praw regulujących działanie systemu i uwzględniających na przykład słabsze osoby. Jedynym gwarantem bezpieczeństwa są wojskowi, zazwyczaj posiadający wyższe niż cywile numery, którzy pełnią też funkcję policji. Mam duże wątpliwości, czy tego rodzaju świat mógłby faktycznie działać tak sprawnie, jak przedstawiono to w komiksie.

    Autor nie skupia się tylko na przedstawieniu realiów, ale też próbuje zainteresować odbiorcę kolejnymi zwrotami akcji, przy okazji zniechęcając go do zastanawiania się nad spójnością całości. Przede wszystkim zaś regularnie, niczym maszynista dokładający węgla do pieca parowozu, dorzuca dużo niewybrednego humoru. Działa to głównie dzięki kreacjom bohaterów.

    Uwaga czytelnika szybko zostaje przekierowana z Hiny na Rihito Bacha, prawdziwego Czerwonego Barona, choć ten woli, by nazywać go bardziej pompatycznie, czyli Krwawym Baronem Blitzkiegiem. W żyłach mężczyzny płynie gorąca krew, która tryska mu z nosa niczym woda z gwałtownie odkręconego kranu, kiedy spojrzy kobiecie pod spódnicę. Poza podglądaniem bielizny jego celem jest dawanie kosza dziewczynom oraz, jeśli nadarzy się okazja, walka ze złem. Postać Hiny zamyka się w schemacie bohaterki o olbrzymim sercu (przy stosownych rozmiarach biustu), średniej wielkości rozumku i jeszcze mniejszych możliwościach. W dodatku, choć wędruje w poszukiwaniu Czerwonego Barona już od kilku lat, wydaje się kompletnie nieświadoma zasad, którymi rządzi się rzeczywistość. Niemal identyczną rolę odgrywa sierżant Lyne, jednak jest trochę lepiej poinformowana. Daleko jej natomiast do bycia tak zdeterminowaną, jak podążający śladem Rihito porucznik Jail Murdoch, człowiek lojalny tylko wobec siebie, w dodatku ofiara nerwicy natręctw – biedakowi chyba ręka przyrosła do okularów od ciągłych prób przytrzymania ich palcami na nosie. Postaciom nie można odmówić humoru, dystansu do siebie oraz totalnie absurdalnego, a przez to zabawnego sposobu widzenia świata.

    W kwestii rysunku tytuł nie wykracza poza schematy mangi shōnen, czyli nierealnie urocze dziewczyny, na twarzach których zastygł wyraz bezbrzeżnej głupoty, nieśmiałości, względnie furii, oraz męskich aż do przesady bohaterów, przynajmniej tych z głównej obsady. Szczególnie kobiety kuszą czytelnika swoimi krągłościami, wklęsłościami oraz wypukłościami, które można dostrzec tym łatwiej, że noszą za ciasne ubrania. Pojedynki są dynamiczne i cieszą oko. Mimo gradu spadających na przeciwników ciosów nie leją się hektolitry krwi. Niezależnie od tego, jak bardzo kreska i pewne wizualne rozwiązania (projekty mundurów czy specjalnych ataków bohaterów) są wtórne, „Plunderer” to sprawnie narysowany komiks.

    Choć konstrukcja świata w przedstawionym tytule budzi zastrzeżenia, to podczas lektury miałem sporo nieprzyzwoitej radości, co przywodzi mi na myśl jedno z uzupełnień praw Murphy’ego: jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.

  • Recenzja mangi „Głosy z Odległej Gwiazdy”

    glosy z odleglej gwiazdy

    Głosy z Odległej Gwiazdy

    waneko

    Autor: Makoto Shinkai i Mizu Sahara
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Mechy, wojna, nie wspominając o mechach biorących udział w wojnie to motywy, które nigdy nie ulegają zmianie. A może jednak da się potraktować je w nieco inny sposób i odejść od bezrefleksyjnie przyjmowanych schematów? Moim zdaniem „Głos z odległej gwiazdy” jest w stanie zaskoczyć nawet czytelników dobrze zaznajomionych z tematem.

    Manga to adaptacja trwającego dwadzieścia pięć minut OVA z 2002 roku, stworzonego przez Makoto Shinkaia (z udziałem jego narzeczonej, która udzieliła głosu jednej z postaci), znanego z „5 centymetrów na sekundę” oraz „Kimi no na wa”. Animowana wersja „Głosu z odległej gwiazdy” spotkała się z ciepłym przyjęciem zarówno w Japonii, jak i na świecie. Warto ją obejrzeć, gdyż między animacją a mangową adaptacją istnieje wiele różnic, między innymi w tempie prowadzenia historii i w konstrukcji świata.

    W XXI wieku na marsjańskiej Wyżynie Tharsis odkryto pozostałości zaawansowanej technologicznie, pozaziemskiej formy życia. Zjednoczona pod flagą Unii Narodów ludzkość, nie zważając na ofiary, wysyłała kolejne misje badawcze, by pozyskać technologię obcych zwanych Tharsjanami, przede wszystkim zaś odkryć sposoby na przemieszczanie się z prędkością większą od prędkości światła. W jednej z takich grup znalazła się niedoszła licealistka Mikako Nagamine, która pozostawiła na Ziemi wieloletniego przyjaciela, Terao Noboru. Jedyną możliwością kontaktu między nimi są e-maile .

    Ze względu na fakt, że pomiędzy Tharsjanami a ludzkością trwa niewypowiedziana wojna, ekipy badawcze nader często używają taktyki zwiadu bojem, dlatego nie uświadczymy wielkich bitew czy zakrojonych na szeroką skalę ofensyw. Celem obu stron nie jest zniszczenie przeciwnika, lecz poznanie wszystkich jego tajemnic, nie tylko militarnych, ale także dotyczących na przykład schematów postępowania. Już samo podejście do tematu jest więc niecodzienne. Jednak ważniejszy wątek stanowi ukazanie wpływu, jaki czas i odległość mogą mieć na relacje międzyludzkie. Fabuła „Głosu z odległej gwiazdy”, skupiając się na tym problemie, tak mocno angażuje czytelnika emocjonalnie, jak żaden inny znany mi tytuł.

    Dystans między Mikako i Terao powiększa się dosłownie oraz w przenośni. Oddzielają ich lata świetlne. Żyją na różne sposoby. Mają inne zakresy obowiązków, inaczej wygląda ich program nauczania, wreszcie poznają różnych ludzi, do których się przywiązują. Postępuje to tym szybciej, im dłużej trwa dostarczanie wysyłanych na zmianę wiadomości. Najpierw są to godziny, potem dni, miesiące, w końcu lata. Czekając na nie, próbują zabić czas na wszelkie możliwe sposoby. To oczekiwanie jest chyba najciekawszym elementem komiksu, bo walki w kosmosie nie stanowią o sile fabuły, choć mają istotny wpływ na jej kierunek.

    Mógłbym długo zachwycać się tą mangą, ale należy wspomnieć, że występują w niej też niedociągnięcia, a nawet powielanie i tak często naciąganych schematów. Nie wiadomo, czym kieruje się sztuczna inteligencja, wybierając pilotów na misje ani dlaczego dysponujący niewątpliwą przewagą Tharsjanie nie przenoszą konfliktu na Ziemię. A już sadzanie za sterami nowoczesnych mechów nastolatków, konkretnie dziewczyny w szkolnym mundurku, budzi moje największe wątpliwości. Naprawdę trzeba pokazywać uda i długie nogi, by całość lepiej się przyjęła? Czyżby mechy były tak drogie, że nie zostało pieniędzy na mundury?

    Oprawa graficzna adekwatnie oddaje nastrój mangi. Nie znajdziemy tutaj niczego kawaii ani moe, żadnych pantsu shotów, modnej heterochromii czy innych fetyszy (z wyjątkiem wspomnianych szkolnych mundurków). Przemoc jest ukazana symbolicznie i w mandze właściwie nie pojawiają się brutalne sceny. Tła są standardowe, nie przykuwają na dłużej uwagi czytelnika. Mam natomiast zastrzeżenia co do zbyt uproszczonego przedstawienia mimiki bohaterów w sytuacjach, gdy znajdując się w oddaleniu, uśmiechają się i marszczą jednocześnie brwi. Wyglądają wtedy naprawdę dziwnie. Cóż, rysująca mangę Mizu Sahara przyznała w posłowiu, że nie potrafiła pokazać wszystkiego tak, jak chciała. Na koniec zwrócę uwagę na to, jak przedstawiono wizję świata u progu drugiej dekady XXI wieku, gdyż w komiksie architektura, ubiór, a nawet absolutnie kluczowe dla fabuły telefony komórkowe są wzorowane na tych współczesnych twórcom, a jest mało prawdopodobne, by wszystko wyglądało podobnie pół wieku później. Dawno nie widziałem równie mało futurystycznej wizji niepostapokaliptycznej przyszłości.

    Podsumowując, „Głos z odległej gwiazdy” to manga pod niektórymi względami niedopracowana. Jednak podejście do tematu na tyle różni się od rozpowszechnionego, że choćby z tego powodu warto dać jej szansę. Polecam.

  • Recenzja mangi „Enra z Piekła Rodem”

    enra z piekla rodem

    Enra z Piekła Rodem

    waneko

    Autor: Chie Shimada
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 4
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Im częściej czytam mangi z gatunku shōjo, tym więcej dostrzegam między nimi podobieństw. Z „Enrą z piekła rodem” jest jednak ten problem, że nie wytrzymuje porównania z dobrymi przedstawicielami gatunku w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzył.

    Komachi Takamura to idealna uczennica, rygorystycznie przestrzegająca szkolnego regulaminu oraz wywiązująca się z obowiązków. Nic zatem dziwnego, że posiada w szkole niemały autorytet. Niestety, przez swoją nieposzlakowaną opinię zwraca na siebie uwagę Enry, syna Króla Piekieł, który postanawia sprowadzić ją do (tak, zgadliście!) piekła, gdyż wedle pewnego zwoju ma w przyszłości zostać wielką grzesznicą. Czy dosłownie zmienił jej życie w piekło? A może stało się zupełnie na odwrót?

    Powiedzmy sobie szczerze, Komachi ma powody, by wątpić w swoją winę, ponieważ zawsze przestrzega zasad, a mimo to znajduje się w czołówce listy osób zagrożonych mękami piekielnymi. Dlatego próbuje udowodnić Enrze, że życie ludzi zależy tylko od nich samych, a los nie jest z góry przesądzony. Przykładów nie musi szukać daleko, gdyż do jej szkoły chodzi wielu potencjalnych zbrodniarzy, między innymi trucicieli i brzytwiarzy. Na szczęście dzięki rozmowie z podejrzanymi Komachi może nie tylko zapobiec przestępstwom, ale też dociec, czym kierują się niedoszli sprawcy. Niestety próby przedstawienia narastających u owych nieszczęśników przez lata problemów psychicznych są skazane na daleko idące uproszczenia i przerysowania. Takie postacie nie wzbudzają zainteresowania, a jedynie ocierają się o groteskę.

    W takim razie może chociaż iskrzy w relacjach między bohaterką a prześladującym ją demonem? Cóż, Enra często zachowuje się bezczelnie wobec Komachi. Kąpie się u niej w łazience, przechadza się po jej domu bez spodni i niespodziewanie daje buziaki. Niestety, manga nie jest tak śmieszna, jak stara się być. Trudno jednak powiedzieć, dlaczego.

    Główni bohaterowie powielają schematy dość często spotykane w mangach shōjo. Oto mamy ambitną i stawiającą prawo ponad wszystko dziewczynę oraz znajdującego się po przeciwnej stronie barykady, despotycznego, nieprzejmującego się regułami (przynajmniej tymi ziemskimi) chłopaka. Przeciwieństwa oczywiście się przyciągają i na tym będzie się prawdopodobnie opierać cały wątek romantyczny. Komachi na ogół znajduje się w jednej z dwóch faz: albo właśnie krzyczy, albo jest zdumiona. Wygląda to tak, że najpierw dziwi się kolejnym wymysłom Enry, potem krzyczy na niego, by zastanowił się, co robi, aby koniec końców ponownie się zdziwić, dlaczego jej krzyk nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Oczywiście Enra nie przybył do świata śmiertelników zupełnie sam czy wyłącznie po to, by zatruwać życie Komachi. Towarzyszy mu demoniczny sługa Fanfan, którego zadaniem jest doradzanie swemu panu i jednocześnie napędzanie wyobraźni pań odnośnie do relacji łączących oba demony. Zresztą Enra nie cieszy się monopolem na sprowadzanie grzeszników do piekła. Jego rodzeństwo otrzymało takie samo zadanie, które wykonują nie tylko po to, by zadowolić tatusia, lecz w celu zajęcia jego miejsca. Nieczyste zagrywki będą zatem na porządku dziennym. Póki co jednak trudno ocenić, na ile ożywią mangę.

    Pod kątem wizualnym „Enra z piekła rodem” nie wyróżnia się na tle konkurencji ani w złą, ani też w szczególnie dobrą stronę. Bohaterowie wyglądają sympatycznie, a tła są standardowe. Zaskakiwać może tylko niewielka ilość ozdobników, którymi autorki mang shōjo często upiększają strony, by uniknąć pozostawiania wolnej przestrzeni. Za to nie brakuje deformacji wyglądu postaci w sytuacjach, które miały być śmieszne. Otóż, jak zauważyłem wcześniej, nie zawsze tak je odbierałem, a nadużywanie tego zabiegu artystycznego doprowadziło do osłabienia jego oddziaływania na widza.

    Wbrew pozorom nie uważam „Enry z piekła rodem” za złą mangę i nie będę krytykował Waneko za opublikowanie jej u nas. Może to się wydawać dziwne, ale polscy wydawcy mają trochę większy szacunek do japońskiej popkultury niż sami Japończycy i na ogół najgorsze tytuły omijają nasz rynek szerokim łukiem. Ta seria jest po prostu skierowana do określonego typu czytelnika, który zna i lubi oferowane przez nią atrakcje. Raczej nie zainteresuje osób spoza tego kręgu.

  • Recenzja mangi „Citrus” Autor: Saburouta

    citrus

    Citrus

    waneko

    Autor: Saburouta
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 10
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Światem rządzą dziwne, pozornie bezsensowne, prawidłowości. Dla fanów mangi i anime szczególnie interesujące będzie to, że większość osób sięgających po yaoi to kobiety. Pewnie też zauważyliście, że w komiksach dla mężczyzn zasadniczo częściej spotykamy lubieżnie dotykające się dziewczyny. W przypadku mangi „Citrus” autorstwa Saburouty, skrywającej się pod pseudonimem autorki, nastolatki także nie unikają bliższych kontaktów, lecz tym razem jest w tym pewna głębia, z którą warto się zapoznać.

    Yuzu Aihara nie miała łatwego życia sercowego. Kiedy jej matka znalazła nowego życiowego partnera, dziewczyna została przeniesiona do nowej szkoły. Wbrew jej oczekiwaniom i nadziejom, regulamin szkolny nie istniał tylko po to, by go łamać, najprzystojniejszy nauczyciel już romansował z jedną z uczennic, a co więcej ni stąd ni zowąd okazało się, że jej nową siostrą jest Mei – największy nadgorliwiec w szkole i zarazem przewodnicząca samorządu uczniowskiego. Najbardziej niepokojące zdawało się jednak to, że dziewczyna chyba czuła do Yuzu miętę.

    Niektórzy czytelnicy mogli po tym wstępie poczuć się nieswojo, ale Japończycy mają tę unikalną cechę, że wszystkie kontrowersje potrafią w łatwy sposób sprowadzić do poziomu absurdu. Nie inaczej jest i tym razem, gdyż nietypowy wydźwięk związku udało się z początku osłabić w powodzi zabawnych sytuacji. Nie brakuje zatem nudystycznych fantazji w łazience, dotyków w okolicach miejsc wrażliwych i czułych pocałunków. Być może widywaliście takie scenki od czasu do czasu, przeglądając kolejnego shōnena.

    Tak, tylko że po przeczytaniu pierwszego tomu zyskuje się mylne wyobrażenie o mandze „Citrus”. Im dalej zagłębiamy się w jej treść, tym coraz więcej przeszkód napotykają pikantne relacje między dziewczynami. Wynikają one z przyczyn tak zewnętrznych, jak i wewnętrznej motywacji bohaterek. Pojawiają się nowe rywalki Yuzu w uczuciach i wyścigu do serca Mei. Radosna i bezrefleksyjna komedyjka zaczyna powoli ustępować miejsca nieraz całkiem dramatycznym i wzruszającym sytuacjom. Byłoby dobrze, gdyby udało się odnaleźć jakiś balans między tymi dwoma skrajnościami, bo póki co odczuwam pewne zamieszanie i odnoszę wrażenie, że jest to taka próba usadowienia fabuły na dwóch stołkach jednocześnie. To trudna sztuka i może prędzej czy później zakończyć się katastrofą. Mimo wszystko obecny efekt jest jak na razie zadowalający.

    Główne bohaterki czerpią nieco z charakterystycznych dla shōjo archetypów. Yuzu to dziewczyna demonstracyjnie okazująca lekceważenie normom szkolnym, społecznym itd. Mei to z kolei osoba, która bierze na siebie wszystkie obowiązki, jakie zrzucą na nią inne osoby. Jej życie prywatne w zasadzie jest w zaniku. Pomimo komediowego tonu autorka nie maskuje powagi zachodzących wydarzeń. Ale jest jedno, a nawet kilka „ale”. Świat przedstawiono w sposób raczej umowny. Władza samorządu szkolnego została rozszerzona do granic absurdu, a brak zdolności prawnych i odpowiednich pozwoleń do zarządzania szkołą nie przeszkadza Mei kierować placówką pod nieobecność dyrektora. Ponownie mamy rodziców, którzy spędzają całe lata za granicą i choć nie uważają tego za dobrą sytuację, to jakoś nie próbują znaleźć pracy w swoim kraju, żeby wychowywać dziecko w inny sposób niż korespondencyjny. Nepotyzm osiąga tutaj astronomiczne rozmiary, ale to akurat jest bardzo życiowe, więc nie będę się czepiał.

    Oprawa graficzna nie trzyma się ściśle kanonów shōjo. Nie ma tu dziwnie wydłużonych i filigranowych proporcji ciał postaci, ozdobników w postaci kwiatków wypełniających wolne miejsca, a tła są relatywnie proste. Od razu widać, że najwięcej pracy włożono w narysowanie bohaterów, ukazując na ich twarzach całe spektrum emocji i czyniąc je niezwykle miłymi dla oka. Autorka dba także o to, by dziewczyny nie chodziły tylko w szkolnych mundurkach, rysując im najróżniejsze kreacje, od tych bardzo prostych i wygodnych, po utrzymane w stylu popularnych w Japonii subkultur. Nie brakuje tutaj golizny, ale nie jest ona pokazana w sposób wulgarny. Można powiedzieć, że przedstawiono ją z umiarem.

    Podsumowując, autorka mangi „Citrus” musi się jeszcze określić, czy będzie szła w stronę komedii, czy bardziej poważnego romansu. Na razie oba te rozwiązania nieco gryzą się ze sobą, ale to nie pozbawiło mnie przyjemności z czytania.