Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Strzeż się upiornej lolity!

    wypaczonaKazuki to zwyczajny chłopak. W jego życiu nie dzieje się nic niezwykłego aż do momentu, gdy spotyka przed swoim domem brudną, brzydką dziewczynę w stroju gotyckiej lolity. Odpowiedź na jedno krótkie pytanie „Czy masz siostrzyczkę?” sprawi, że życie Kazukiego zmieni się w koszmar. Jaki los czeka naszego bohatera? Tego Wam nie zdradzimy, ale na pewno podpowiemy, czy warto sięgnąć po mangę „Wypaczona”. Naszą recenzję znajdziecie tutaj.

  • Inspektor Akane Tsunemori powraca

    psycho pass 2„Psycho-Pass 2” to zapewne obowiązkowy tytuł dla miłośników tej serii, którzy chcieliby poznać dalsze losy inspektor Tsunemori i polubili futurystyczną Japonię zdominowaną przez system Sybilla. Tylko czy ta adaptacja drugiej serii anime jest warta tego, by po nią sięgnąć? Sprawdźcie się razem z nami.

    Recenzję mangi znajdziecie oczywiście w naszym dziale recenzenckim, a dokładnie tutaj.

  • Siedmiu książąt w pułapce tysiącletniego labiryntu

    siedmiu ksiazatKilku młodych mężczyzn budzi się w nieznanym miejscu, otoczony kamiennymi murami. Na podstawie zaistniałych okoliczności oraz legendy o siedmiu żądnych władzy feudałach dedukują, że zostali zebrani po to, by wybrać spośród siebie cesarza nowego pokolenia. Czy uda im się wyłonić spośród siebie następcę tronu i wydostać się z pełnego pułapek zamku, w którym zostali zamknięci?

    Recenzję mangi „Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt” znajdziecie tutaj.

  • „Hrabia Monte Christo” w mangowej odsłonie

    hrabia monte christoHistorię hrabiego Monte Christo, bohatera książki Aleksandra Dumasa, znają prawie wszyscy. Opowieść o zdradzonym przez najbliższych i poszukującym zemsty Edmundzie Dantesie doczekała się wielu adaptacji. Jesteście ciekawi, jak prezentuje się mangowa wersja tej historii? Jeśli tak, to zapraszamy do lektury naszej recenzji.

  • Recenzja mangi: Haruto Ryo - „Wypaczona"

    Tytuł mangi

    Wypaczona

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Haruto Ryo
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1 
    Cena okładkowa: 29,99 zł

    Każdy miłośnik Japonii prędzej czy później zetknie się z legendami wywodzącymi się z Kraju Kwitnącej Wiśni, także tymi miejskimi. Japończycy często wykorzystują motywy baśni w swojej popkulturze. W „Wypaczonej” spotykamy się z mitem o potwornej lolicie. Jest to historia o brudnej, brzydkiej dziewczynie w stroju gotyckiej lolity. Nocą błąka się po ulicach, zaczepiając mężczyzn i ciągle zadając to samo pytanie: „Czy masz siostrzyczkę?”. I w tym momencie wszystko zależy od tego, jakiej odpowiedzi pytany mężczyzna udzieli. Jeśli odpowie twierdząco, to upiorna dziewczyna zacznie go prześladować i dołoży wszelkich starań, aby zostać siostrą zapytanego. Natomiast gdy wymiga się od odpowiedzi, uratuję skórę.

    Głównym bohaterem mangi autorstwa Haruto Ryo jest Kazuki. To zwyczajny chłopak, student, który mieszka sam, ma kumpli i siostrę. W jego życiu nie dzieje się nic niezwykłego. Pewnego wieczoru młodzieniec spotyka przed swoim domem wspomnianą wcześniej lolitę z miejskiej legendy. Chłopak, pomimo niepokoju, na swoje nieszczęście odpowiada jej, że siostrę ma. Tak oto wbija gwóźdź do swojej trumny. Jaki los czeka naszego młodego bohatera? Czy jest sposób, by uwolnił się od swojego prześladowcy? Skoro to horror, to możemy się spodziewać, że happy endem ta historia się nie zakończy.

    Co można rzec o postaciach występujących w mandze? Nie ma ich zbyt wiele. Osoby ze szkoły Kazukiego nie są szczegółowo przedstawione. Główny bohater nie wyróżnia się niczym niezwykłym, nie licząc tego, że nie potrafi utrzymać porządku w wynajmowanym mieszkaniu. Na szczęście posiada bardzo sympatyczną, energiczną siostrę, która angażuje się w domowe porządki. Pierwsza połowa „Wypaczonej” koncentruje się wokół jej osoby. W końcu to rodzona siostra, z którą połączyła Kazukiego silna więź. Na pierwszy plan wysuwa się jeszcze postać negatywna, która nakręca całą historię. Jednak wolałabym nie zdradzać zbyt wiele, ponieważ stanowi ona główną przeszkodę, z którą muszą zmierzyć się bohaterowie. Oprócz wymienionej trójki pojawiają się też postacie poboczne, które nie wnoszą dużo do fabuły. Można rzec, że wypełniają kadry, aby Kazuki nie czuł się osamotniony, i robią za żywe tarcze.

    Jednak manga to nie tylko postacie, ale też elementy artystyczne. Haruto Ryo ma specyficzną kreskę, która zdradza nam od razu: „tu stanie się coś złego”. Normalne postacie rysowane są przeciętnie, choć dość realistycznie, zaś całkowicie inaczej wygląda lolita, która prezentuje się jak zjawa z upiornych filmów. Nie chodzi tutaj tylko o powłokę zewnętrzną, ale też mimikę postaci, jej zachowanie, przybierane pozy. Każdy kadr z nią krzyczy, że to istota oderwana od świata rzeczywistego. Jak wskazuje sam tytuł, jest wypaczona do krwi i kości. Można to oczywiście uznać za zaletę, bo im bardziej przeraża odbiorców, tym lepiej dla ogólnej oceny tomu. Czytelnik musi poczuć niepokój, wręcz obrzydzenie, by z ręką na sercu powiedzieć, że czytał horror. Pełne brutalności kadry dodają pikanterii oraz potrafią wzbudzić niesmak, grozę. Co tu dużo mówić, współczujemy bohaterom, którzy są barbarzyńsko, niehumanitarnie katowani. W mandze znalazły się nawet kadry o charakterze erotycznym, jednak „zatapiają” się one w tej mrocznej części  tomu. Obwoluta książki przedstawia główne zło tej historii i „mówi” prosto z mostu: lolita ma nierówno pod sufitem.

    Podsumowując, moim zdaniem „Wypaczona” jest przeznaczona dla konkretnej grupy czytelników. Dla mnie to tytuł mierny, ponieważ nie jestem zwolennikiem horrorów. Manga nawet mnie nie tyle przeraziła, co zniesmaczyła. Jeśli ktoś lubi horrory, powinien chociaż do niej zajrzeć i sprawdzić, czy przypadnie mu do gustu. To tylko jeden tomik, więc w razie czego dużo się nie straci. Miłośnicy krwawych tortur w ciasnych pomieszczeniach, gotowi przymknąć oko na brak realizmu, mogą kupować w ciemno. W tomiku dodano też dwie niezwiązane z główną historią opowieści, również dotyczące japońskich legend miejskich. Stanowią one miły bonus od autora.

  • Recenzja mangi: Haruno Atori & Yu Aikawa - „Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt”

    Tytuł mangi

    Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt

    Nazwa Wydawnictwa

    Autor: Haruno Atori, Yu Aikawa
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 4
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Dawno temu syn umierającego cesarza został uwięziony w tysiącletniej celi. Siedmiu żądnych władzy feudałów doprowadziło w ten sposób do upadku dynastii Ignisów. Od tamtej pory na tronie nie zasiadali już potomkowie władców, lecz mężczyźni wybrani z dokładnie wyselekcjonowanej grupy. Taką legendę przekazywano w cesarstwie z pokolenia na pokolenie.

    Yuan obudził się w nieznanym miejscu, otoczony kamiennymi murami. Szybko okazało się, że oprócz niego w tym dziwnym budynku zamknięto jeszcze kilku innych mężczyzn. Każdy z nich był wybitną osobistością w cesarstwie – znakomitym detektywem, mistrzem władania mieczem czy najbardziej charyzmatyczną gwiazdą piosenki. Na podstawie zaistniałych okoliczności dedukują, że zostali zebrani po to, by wybrać spośród siebie cesarza nowego pokolenia. Jednakże znaleźli się w nieciekawej sytuacji – przy wyborze kolejnego władcy często dochodziło do rozlewu krwi, a w zamku, w którym zostali zamknięci, cały czas podnosił się poziom wody. Zostali więc zmuszeni do ucieczki przed żywiołem przy jednoczesnym rozwiązywaniu wielu skomplikowanych zagadek. Manga, która początkowo mogłaby uchodzić za idealną, lekką lekturę dla młodszego czytelnika, okazuje się bardziej brutalna, niż można się spodziewać.

    „Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt” wyróżnia się wspaniałą grafiką. Sami mężczyźni, którzy prezentują mangowy ideał przystojniaków, są narysowani perfekcyjnie oraz symetrycznie. Tła nie zostały pozostawione jako białe plamy, lecz są starannie i dokładnie wykonane, co widać w szczególności w miejscach, w których pojawiają się witraże. Największym atutem jest ciekawa fabuła, która mogłaby rozwinąć się w kilkutomową historię. Niestety, autorki ujęły całość tylko w czterech tomach, przez co nie wykorzystały pełnego potencjału historii. Akcja toczy się bardzo szybko, odczuwałam to szczególnie, czytając pierwszy tom. Mamy mnóstwo nowych bohaterów, do których nie zdążyłam się jeszcze przyzwyczaić, i ogrom wydarzeń, przez co trochę trudno było wyłapać wszystkie związki między postaciami. Brakowało mi również rozwinięcia sylwetek bohaterów – motywów, które kierują ich działaniami, lub wspomnień z przeszłości. Co prawda o niektórych bohaterach czytelnik może dowiedzieć się więcej, jednak ja wciąż czułam niedosyt. Ponadto pewne zachowania wydawały mi się zbyt infantylne i niepasujące do sytuacji, dlatego odnoszę wrażenie, że zamiast mangi pełnej napięcia, zagadek i tajemnic, otrzymałam opowieść o grupie chłopców nieprzejmujących się tym, że obok nich leży martwy człowiek.

    Polskie tłumaczenie wykonało wydawnictwo Waneko. Tomiki wydrukowano w standardowym rozmiarze, na ładnym papierze. Na kolorowych obwolutach przedstawiono głównych bohaterów, zaś na okładkach zaprezentowano krótkie historyjki obrazkowe, w których przedstawione są śmieszne sytuacje powstałe przy tworzeniu mangi. Tak jak wspomniałam wcześniej, manga miała w sobie niesamowity potencjał, który nie został niestety do końca wykorzystany. Mimo to jest to tytuł, który dobrze mi się czytało, a w czasie lektury z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych wydarzeń.

  • Czas zacząć poszukiwania Czerwonego Barona

    plundererMatka Hiny została wciągnięta w otchłań. Zanim jednak dokonała ziemskiego żywota postawiła przed córką zadanie odnalezienia Rihito Bacha – legendarnego Czerwonego Barona, bohatera zakończonej kilkaset lat wcześniej wojny – i przekazania mu pewnego potężnego artefaktu. Jak Hina poradzi sobie z powierzoną jej misją? Tego dowiecie się z mangi „Plunderer”. Ale zanim po nią sięgniecie, przeczytajcie naszą recenzję!

  • Usłysz głosy z odległej gwiazdy

    glosy z odleglej gwiazdyAnimowana wersja „Głosów z odległej gwiazdy”, stworzona przez Makoto Shinkaia, znanego z filmów „5 centymetrów na sekundę” oraz „Kimi no na wa”, spotkała się z ciepłym przyjęciem zarówno w Japonii, jak i na świecie. Manga, którą dla Was zrecenzowaliśmy (recenzję znajdziecie tutaj), to adaptacja tego trwającego dwadzieścia pięć minut OVA.

  • Wyprawa do piekła z Komachi i Enrą

    enra z piekla rodemKomachi Takamura to uczennica idealna – przestrzega szkolnego regulaminu i zawsze wywiązuje się ze swoich obowiązków. Dzięki tym cechom zwraca na siebie uwagę Enry, syna Króla Piekieł, który postanawia sprowadzić ją na złą drogę i zaciągnąć do piekła. Co z tego wyniknie? Sprawdźcie razem z nami! Recenzję mangi „Enra z piekła rodem” znajdziecie tutaj.

  • Słodko-kwaśny „Citrus”

    citrusYuzu przeprowadziła się i zmieniła szkołę. Niestety, zamiast do urokliwego liceum, dostała się do rygorystycznej placówki. W dodatku już pierwszego dnia naraziła się surowej przewodniczącej samorządu. Jakby tego było mało, okazuje się, że owa przewodnicząca, Mei, jest nową przyrodnią siostrą Yuzu! Czy może być gorzej? Oczywiście! Jakie atrakcje los przygotował na dziewczyny? Między innymi o tym w naszej recenzji mangi „Citrus”.

  • Sakura Kinomoto na tropie magicznych kart

    card captor sakuraPewnego dnia Sakura Kinomoto odkryła w bibliotece swojego ojca książkę, po otwarciu której dowiedziała się trzech rzeczy. Po pierwsze, że ma magiczną moc. Po drugie, że przy okazji uwolniła z księgi tzw. karty Clowa, które od tej chwili będą siały na świecie zło i zniszczenie. Po trzecie zaś, że musi wyłapać wspomniane karty. Czy Sakurze uda się zebrać wszystkie karty? Tego Wam nie zdradzimy, ale z naszej recenzji dowiecie się, czy warto sięgnąć mangę „Card Captor Sakura”.

  • Magiczni Rycerze znów walczą!

    magic knight rayearthAch, te stare dobre czasy, kiedy wracało się biegiem ze szkoły, by zdążyć na popołudniową ramówkę RTL 7. Wielu z nas z pewnością z nostalgią wspomina to pierwsze spotkanie z „Czarodziejką z księżyca” czy „Dragon Ball”. Ale czy ktoś pamięta jeszcze „Magic Knight Rayearth”? Może warto odświeżyć swoją pamięć i sięgnąć po mangę, na podstawie której powstał serial animowany? Naszą recenzję tego tytułu znajdziecie tutaj.

  • Recenzja mangi „Plunderer”

    plunderer

    Plunderer

    waneko

    Autor: Suu Minazuki
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 12
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Lubię, kiedy świat, w którym rozgrywa się akcja mangi, jest logiczny i przemyślany. W tym przedstawionym w komiksie „Plunderer” wciąż znajduję nieścisłości. Na szczęście autor daje nam wiele powodów, by aż tak się w tę kwestię nie zagłębiać, co rusz czymś nas zaskakując.

    Manga opowiada historię Hiny, dziewczyny, której matka została wciągnięta w otchłań. Zanim jednak dokonała ziemskiego żywota, postawiła przed córką zadanie odnalezienia legendarnego Czerwonego Barona, bohatera zakończonej kilkaset lat wcześniej wojny, i przekazania mu pewnego potężnego artefaktu.

    Uniwersum mangi miało być w założeniu wzorowane na Europie z przełomu XIX i XX wieku, ale podobieństwa są niewielkie. W każdym razie nie większe niż w dziełach innych mangaków tworzących swoje światy z tego rodzaju elementów. Podstawę organizacji społeczeństwa stanowią liczby. Każdy człowiek posiada swój numer. Ludzie o wyższych numerach mogą wydawać polecenia tym o niższych. Wskazana osoba ma prawo odmówić, jeśli tylko jest w stanie zaryzykować obniżeniem swojego numeru. Wówczas dochodzi do gwiezdnego pojedynku. Walkę można toczyć do momentu, w którym wartość numeru osiągnie zero. Wtedy człowiek znika w otchłani, od czego jednak pojawiają się odstępstwa. Jeśli chodzi o przyczyny, dla których numer rośnie bądź spada, są zróżnicowane. Niektórym wzrasta, bo są wierni swoim postanowieniom, innym spada, gdyż nie realizują marzeń. Nie ma instancji odwoławczych ani praw regulujących działanie systemu i uwzględniających na przykład słabsze osoby. Jedynym gwarantem bezpieczeństwa są wojskowi, zazwyczaj posiadający wyższe niż cywile numery, którzy pełnią też funkcję policji. Mam duże wątpliwości, czy tego rodzaju świat mógłby faktycznie działać tak sprawnie, jak przedstawiono to w komiksie.

    Autor nie skupia się tylko na przedstawieniu realiów, ale też próbuje zainteresować odbiorcę kolejnymi zwrotami akcji, przy okazji zniechęcając go do zastanawiania się nad spójnością całości. Przede wszystkim zaś regularnie, niczym maszynista dokładający węgla do pieca parowozu, dorzuca dużo niewybrednego humoru. Działa to głównie dzięki kreacjom bohaterów.

    Uwaga czytelnika szybko zostaje przekierowana z Hiny na Rihito Bacha, prawdziwego Czerwonego Barona, choć ten woli, by nazywać go bardziej pompatycznie, czyli Krwawym Baronem Blitzkiegiem. W żyłach mężczyzny płynie gorąca krew, która tryska mu z nosa niczym woda z gwałtownie odkręconego kranu, kiedy spojrzy kobiecie pod spódnicę. Poza podglądaniem bielizny jego celem jest dawanie kosza dziewczynom oraz, jeśli nadarzy się okazja, walka ze złem. Postać Hiny zamyka się w schemacie bohaterki o olbrzymim sercu (przy stosownych rozmiarach biustu), średniej wielkości rozumku i jeszcze mniejszych możliwościach. W dodatku, choć wędruje w poszukiwaniu Czerwonego Barona już od kilku lat, wydaje się kompletnie nieświadoma zasad, którymi rządzi się rzeczywistość. Niemal identyczną rolę odgrywa sierżant Lyne, jednak jest trochę lepiej poinformowana. Daleko jej natomiast do bycia tak zdeterminowaną, jak podążający śladem Rihito porucznik Jail Murdoch, człowiek lojalny tylko wobec siebie, w dodatku ofiara nerwicy natręctw – biedakowi chyba ręka przyrosła do okularów od ciągłych prób przytrzymania ich palcami na nosie. Postaciom nie można odmówić humoru, dystansu do siebie oraz totalnie absurdalnego, a przez to zabawnego sposobu widzenia świata.

    W kwestii rysunku tytuł nie wykracza poza schematy mangi shōnen, czyli nierealnie urocze dziewczyny, na twarzach których zastygł wyraz bezbrzeżnej głupoty, nieśmiałości, względnie furii, oraz męskich aż do przesady bohaterów, przynajmniej tych z głównej obsady. Szczególnie kobiety kuszą czytelnika swoimi krągłościami, wklęsłościami oraz wypukłościami, które można dostrzec tym łatwiej, że noszą za ciasne ubrania. Pojedynki są dynamiczne i cieszą oko. Mimo gradu spadających na przeciwników ciosów nie leją się hektolitry krwi. Niezależnie od tego, jak bardzo kreska i pewne wizualne rozwiązania (projekty mundurów czy specjalnych ataków bohaterów) są wtórne, „Plunderer” to sprawnie narysowany komiks.

    Choć konstrukcja świata w przedstawionym tytule budzi zastrzeżenia, to podczas lektury miałem sporo nieprzyzwoitej radości, co przywodzi mi na myśl jedno z uzupełnień praw Murphy’ego: jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.

  • Recenzja mangi „Głosy z Odległej Gwiazdy”

    glosy z odleglej gwiazdy

    Głosy z Odległej Gwiazdy

    waneko

    Autor: Makoto Shinkai i Mizu Sahara
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Mechy, wojna, nie wspominając o mechach biorących udział w wojnie to motywy, które nigdy nie ulegają zmianie. A może jednak da się potraktować je w nieco inny sposób i odejść od bezrefleksyjnie przyjmowanych schematów? Moim zdaniem „Głos z odległej gwiazdy” jest w stanie zaskoczyć nawet czytelników dobrze zaznajomionych z tematem.

    Manga to adaptacja trwającego dwadzieścia pięć minut OVA z 2002 roku, stworzonego przez Makoto Shinkaia (z udziałem jego narzeczonej, która udzieliła głosu jednej z postaci), znanego z „5 centymetrów na sekundę” oraz „Kimi no na wa”. Animowana wersja „Głosu z odległej gwiazdy” spotkała się z ciepłym przyjęciem zarówno w Japonii, jak i na świecie. Warto ją obejrzeć, gdyż między animacją a mangową adaptacją istnieje wiele różnic, między innymi w tempie prowadzenia historii i w konstrukcji świata.

    W XXI wieku na marsjańskiej Wyżynie Tharsis odkryto pozostałości zaawansowanej technologicznie, pozaziemskiej formy życia. Zjednoczona pod flagą Unii Narodów ludzkość, nie zważając na ofiary, wysyłała kolejne misje badawcze, by pozyskać technologię obcych zwanych Tharsjanami, przede wszystkim zaś odkryć sposoby na przemieszczanie się z prędkością większą od prędkości światła. W jednej z takich grup znalazła się niedoszła licealistka Mikako Nagamine, która pozostawiła na Ziemi wieloletniego przyjaciela, Terao Noboru. Jedyną możliwością kontaktu między nimi są e-maile .

    Ze względu na fakt, że pomiędzy Tharsjanami a ludzkością trwa niewypowiedziana wojna, ekipy badawcze nader często używają taktyki zwiadu bojem, dlatego nie uświadczymy wielkich bitew czy zakrojonych na szeroką skalę ofensyw. Celem obu stron nie jest zniszczenie przeciwnika, lecz poznanie wszystkich jego tajemnic, nie tylko militarnych, ale także dotyczących na przykład schematów postępowania. Już samo podejście do tematu jest więc niecodzienne. Jednak ważniejszy wątek stanowi ukazanie wpływu, jaki czas i odległość mogą mieć na relacje międzyludzkie. Fabuła „Głosu z odległej gwiazdy”, skupiając się na tym problemie, tak mocno angażuje czytelnika emocjonalnie, jak żaden inny znany mi tytuł.

    Dystans między Mikako i Terao powiększa się dosłownie oraz w przenośni. Oddzielają ich lata świetlne. Żyją na różne sposoby. Mają inne zakresy obowiązków, inaczej wygląda ich program nauczania, wreszcie poznają różnych ludzi, do których się przywiązują. Postępuje to tym szybciej, im dłużej trwa dostarczanie wysyłanych na zmianę wiadomości. Najpierw są to godziny, potem dni, miesiące, w końcu lata. Czekając na nie, próbują zabić czas na wszelkie możliwe sposoby. To oczekiwanie jest chyba najciekawszym elementem komiksu, bo walki w kosmosie nie stanowią o sile fabuły, choć mają istotny wpływ na jej kierunek.

    Mógłbym długo zachwycać się tą mangą, ale należy wspomnieć, że występują w niej też niedociągnięcia, a nawet powielanie i tak często naciąganych schematów. Nie wiadomo, czym kieruje się sztuczna inteligencja, wybierając pilotów na misje ani dlaczego dysponujący niewątpliwą przewagą Tharsjanie nie przenoszą konfliktu na Ziemię. A już sadzanie za sterami nowoczesnych mechów nastolatków, konkretnie dziewczyny w szkolnym mundurku, budzi moje największe wątpliwości. Naprawdę trzeba pokazywać uda i długie nogi, by całość lepiej się przyjęła? Czyżby mechy były tak drogie, że nie zostało pieniędzy na mundury?

    Oprawa graficzna adekwatnie oddaje nastrój mangi. Nie znajdziemy tutaj niczego kawaii ani moe, żadnych pantsu shotów, modnej heterochromii czy innych fetyszy (z wyjątkiem wspomnianych szkolnych mundurków). Przemoc jest ukazana symbolicznie i w mandze właściwie nie pojawiają się brutalne sceny. Tła są standardowe, nie przykuwają na dłużej uwagi czytelnika. Mam natomiast zastrzeżenia co do zbyt uproszczonego przedstawienia mimiki bohaterów w sytuacjach, gdy znajdując się w oddaleniu, uśmiechają się i marszczą jednocześnie brwi. Wyglądają wtedy naprawdę dziwnie. Cóż, rysująca mangę Mizu Sahara przyznała w posłowiu, że nie potrafiła pokazać wszystkiego tak, jak chciała. Na koniec zwrócę uwagę na to, jak przedstawiono wizję świata u progu drugiej dekady XXI wieku, gdyż w komiksie architektura, ubiór, a nawet absolutnie kluczowe dla fabuły telefony komórkowe są wzorowane na tych współczesnych twórcom, a jest mało prawdopodobne, by wszystko wyglądało podobnie pół wieku później. Dawno nie widziałem równie mało futurystycznej wizji niepostapokaliptycznej przyszłości.

    Podsumowując, „Głos z odległej gwiazdy” to manga pod niektórymi względami niedopracowana. Jednak podejście do tematu na tyle różni się od rozpowszechnionego, że choćby z tego powodu warto dać jej szansę. Polecam.

  • Recenzja mangi „Enra z Piekła Rodem”

    enra z piekla rodem

    Enra z Piekła Rodem

    waneko

    Autor: Chie Shimada
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 4
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Im częściej czytam mangi z gatunku shōjo, tym więcej dostrzegam między nimi podobieństw. Z „Enrą z piekła rodem” jest jednak ten problem, że nie wytrzymuje porównania z dobrymi przedstawicielami gatunku w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzył.

    Komachi Takamura to idealna uczennica, rygorystycznie przestrzegająca szkolnego regulaminu oraz wywiązująca się z obowiązków. Nic zatem dziwnego, że posiada w szkole niemały autorytet. Niestety, przez swoją nieposzlakowaną opinię zwraca na siebie uwagę Enry, syna Króla Piekieł, który postanawia sprowadzić ją do (tak, zgadliście!) piekła, gdyż wedle pewnego zwoju ma w przyszłości zostać wielką grzesznicą. Czy dosłownie zmienił jej życie w piekło? A może stało się zupełnie na odwrót?

    Powiedzmy sobie szczerze, Komachi ma powody, by wątpić w swoją winę, ponieważ zawsze przestrzega zasad, a mimo to znajduje się w czołówce listy osób zagrożonych mękami piekielnymi. Dlatego próbuje udowodnić Enrze, że życie ludzi zależy tylko od nich samych, a los nie jest z góry przesądzony. Przykładów nie musi szukać daleko, gdyż do jej szkoły chodzi wielu potencjalnych zbrodniarzy, między innymi trucicieli i brzytwiarzy. Na szczęście dzięki rozmowie z podejrzanymi Komachi może nie tylko zapobiec przestępstwom, ale też dociec, czym kierują się niedoszli sprawcy. Niestety próby przedstawienia narastających u owych nieszczęśników przez lata problemów psychicznych są skazane na daleko idące uproszczenia i przerysowania. Takie postacie nie wzbudzają zainteresowania, a jedynie ocierają się o groteskę.

    W takim razie może chociaż iskrzy w relacjach między bohaterką a prześladującym ją demonem? Cóż, Enra często zachowuje się bezczelnie wobec Komachi. Kąpie się u niej w łazience, przechadza się po jej domu bez spodni i niespodziewanie daje buziaki. Niestety, manga nie jest tak śmieszna, jak stara się być. Trudno jednak powiedzieć, dlaczego.

    Główni bohaterowie powielają schematy dość często spotykane w mangach shōjo. Oto mamy ambitną i stawiającą prawo ponad wszystko dziewczynę oraz znajdującego się po przeciwnej stronie barykady, despotycznego, nieprzejmującego się regułami (przynajmniej tymi ziemskimi) chłopaka. Przeciwieństwa oczywiście się przyciągają i na tym będzie się prawdopodobnie opierać cały wątek romantyczny. Komachi na ogół znajduje się w jednej z dwóch faz: albo właśnie krzyczy, albo jest zdumiona. Wygląda to tak, że najpierw dziwi się kolejnym wymysłom Enry, potem krzyczy na niego, by zastanowił się, co robi, aby koniec końców ponownie się zdziwić, dlaczego jej krzyk nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Oczywiście Enra nie przybył do świata śmiertelników zupełnie sam czy wyłącznie po to, by zatruwać życie Komachi. Towarzyszy mu demoniczny sługa Fanfan, którego zadaniem jest doradzanie swemu panu i jednocześnie napędzanie wyobraźni pań odnośnie do relacji łączących oba demony. Zresztą Enra nie cieszy się monopolem na sprowadzanie grzeszników do piekła. Jego rodzeństwo otrzymało takie samo zadanie, które wykonują nie tylko po to, by zadowolić tatusia, lecz w celu zajęcia jego miejsca. Nieczyste zagrywki będą zatem na porządku dziennym. Póki co jednak trudno ocenić, na ile ożywią mangę.

    Pod kątem wizualnym „Enra z piekła rodem” nie wyróżnia się na tle konkurencji ani w złą, ani też w szczególnie dobrą stronę. Bohaterowie wyglądają sympatycznie, a tła są standardowe. Zaskakiwać może tylko niewielka ilość ozdobników, którymi autorki mang shōjo często upiększają strony, by uniknąć pozostawiania wolnej przestrzeni. Za to nie brakuje deformacji wyglądu postaci w sytuacjach, które miały być śmieszne. Otóż, jak zauważyłem wcześniej, nie zawsze tak je odbierałem, a nadużywanie tego zabiegu artystycznego doprowadziło do osłabienia jego oddziaływania na widza.

    Wbrew pozorom nie uważam „Enry z piekła rodem” za złą mangę i nie będę krytykował Waneko za opublikowanie jej u nas. Może to się wydawać dziwne, ale polscy wydawcy mają trochę większy szacunek do japońskiej popkultury niż sami Japończycy i na ogół najgorsze tytuły omijają nasz rynek szerokim łukiem. Ta seria jest po prostu skierowana do określonego typu czytelnika, który zna i lubi oferowane przez nią atrakcje. Raczej nie zainteresuje osób spoza tego kręgu.

  • Recenzja mangi „Citrus” Autor: Saburouta

    citrus

    Citrus

    waneko

    Autor: Saburouta
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 10
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Światem rządzą dziwne, pozornie bezsensowne, prawidłowości. Dla fanów mangi i anime szczególnie interesujące będzie to, że większość osób sięgających po yaoi to kobiety. Pewnie też zauważyliście, że w komiksach dla mężczyzn zasadniczo częściej spotykamy lubieżnie dotykające się dziewczyny. W przypadku mangi „Citrus” autorstwa Saburouty, skrywającej się pod pseudonimem autorki, nastolatki także nie unikają bliższych kontaktów, lecz tym razem jest w tym pewna głębia, z którą warto się zapoznać.

    Yuzu Aihara nie miała łatwego życia sercowego. Kiedy jej matka znalazła nowego życiowego partnera, dziewczyna została przeniesiona do nowej szkoły. Wbrew jej oczekiwaniom i nadziejom, regulamin szkolny nie istniał tylko po to, by go łamać, najprzystojniejszy nauczyciel już romansował z jedną z uczennic, a co więcej ni stąd ni zowąd okazało się, że jej nową siostrą jest Mei – największy nadgorliwiec w szkole i zarazem przewodnicząca samorządu uczniowskiego. Najbardziej niepokojące zdawało się jednak to, że dziewczyna chyba czuła do Yuzu miętę.

    Niektórzy czytelnicy mogli po tym wstępie poczuć się nieswojo, ale Japończycy mają tę unikalną cechę, że wszystkie kontrowersje potrafią w łatwy sposób sprowadzić do poziomu absurdu. Nie inaczej jest i tym razem, gdyż nietypowy wydźwięk związku udało się z początku osłabić w powodzi zabawnych sytuacji. Nie brakuje zatem nudystycznych fantazji w łazience, dotyków w okolicach miejsc wrażliwych i czułych pocałunków. Być może widywaliście takie scenki od czasu do czasu, przeglądając kolejnego shōnena.

    Tak, tylko że po przeczytaniu pierwszego tomu zyskuje się mylne wyobrażenie o mandze „Citrus”. Im dalej zagłębiamy się w jej treść, tym coraz więcej przeszkód napotykają pikantne relacje między dziewczynami. Wynikają one z przyczyn tak zewnętrznych, jak i wewnętrznej motywacji bohaterek. Pojawiają się nowe rywalki Yuzu w uczuciach i wyścigu do serca Mei. Radosna i bezrefleksyjna komedyjka zaczyna powoli ustępować miejsca nieraz całkiem dramatycznym i wzruszającym sytuacjom. Byłoby dobrze, gdyby udało się odnaleźć jakiś balans między tymi dwoma skrajnościami, bo póki co odczuwam pewne zamieszanie i odnoszę wrażenie, że jest to taka próba usadowienia fabuły na dwóch stołkach jednocześnie. To trudna sztuka i może prędzej czy później zakończyć się katastrofą. Mimo wszystko obecny efekt jest jak na razie zadowalający.

    Główne bohaterki czerpią nieco z charakterystycznych dla shōjo archetypów. Yuzu to dziewczyna demonstracyjnie okazująca lekceważenie normom szkolnym, społecznym itd. Mei to z kolei osoba, która bierze na siebie wszystkie obowiązki, jakie zrzucą na nią inne osoby. Jej życie prywatne w zasadzie jest w zaniku. Pomimo komediowego tonu autorka nie maskuje powagi zachodzących wydarzeń. Ale jest jedno, a nawet kilka „ale”. Świat przedstawiono w sposób raczej umowny. Władza samorządu szkolnego została rozszerzona do granic absurdu, a brak zdolności prawnych i odpowiednich pozwoleń do zarządzania szkołą nie przeszkadza Mei kierować placówką pod nieobecność dyrektora. Ponownie mamy rodziców, którzy spędzają całe lata za granicą i choć nie uważają tego za dobrą sytuację, to jakoś nie próbują znaleźć pracy w swoim kraju, żeby wychowywać dziecko w inny sposób niż korespondencyjny. Nepotyzm osiąga tutaj astronomiczne rozmiary, ale to akurat jest bardzo życiowe, więc nie będę się czepiał.

    Oprawa graficzna nie trzyma się ściśle kanonów shōjo. Nie ma tu dziwnie wydłużonych i filigranowych proporcji ciał postaci, ozdobników w postaci kwiatków wypełniających wolne miejsca, a tła są relatywnie proste. Od razu widać, że najwięcej pracy włożono w narysowanie bohaterów, ukazując na ich twarzach całe spektrum emocji i czyniąc je niezwykle miłymi dla oka. Autorka dba także o to, by dziewczyny nie chodziły tylko w szkolnych mundurkach, rysując im najróżniejsze kreacje, od tych bardzo prostych i wygodnych, po utrzymane w stylu popularnych w Japonii subkultur. Nie brakuje tutaj golizny, ale nie jest ona pokazana w sposób wulgarny. Można powiedzieć, że przedstawiono ją z umiarem.

    Podsumowując, autorka mangi „Citrus” musi się jeszcze określić, czy będzie szła w stronę komedii, czy bardziej poważnego romansu. Na razie oba te rozwiązania nieco gryzą się ze sobą, ale to nie pozbawiło mnie przyjemności z czytania.

  • Recenzja mangi „Card Captor Sakura”

    card captor sakura

    Card Captor Sakura

    waneko

    Autor: CLAMP
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 12
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    „Card Captor Sakura” jest jednym z najpopularniejszych na Zachodzie dzieł grupy CLAMP, jednocześnie w Polsce będącym relatywnie mało rozpoznawanym. Czy jest to słuszne, nie mnie oceniać, z pewnością jednak można uznać, że manga ta idzie pod prąd prawie wszystkim obecnie rozpowszechnionym trendom w gatunku mahō-shōjo. Tylko czy zaszufladkowanie jej jako oldschool jest wystarczającym powodem, by po nią sięgnąć?

    Warto zresztą dodać, że polscy fani mangi i anime mogli zapoznać się z pierwszym tomem mangi „Card Captor Sakura” już w 2002 roku, kiedy to w wydawanym przez Waneko czasopiśmie „Mangamix” przedrukowano pierwszy tom, a więc w czasach, gdy CLAMP był w naszym kraju naprawdę popularny. Dlatego mimowolnie przychodzi na myśl pytanie: dlaczego to wtedy nie chwyciło?

    Przenieśmy się na chwilę do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Pewnego dnia uczennica szkoły podstawowej, Sakura Kinomoto, odkryła w bibliotece swojego ojca książkę, po otwarciu której dowiedziała się trzech rzeczy. Po pierwsze, że ma magiczną moc, bo tylko osoba z magicznymi zdolnościami mogła ją otworzyć. Po drugie, że przy okazji uwolniła z księgi tzw. karty Clowa, które od tej chwili będą siały na świecie zło i zniszczenie. Po trzecie zaś, że w związku z powyższym osobiście musi wyłapać wspomniane karty, w czym pomoże jej nieudolny strażnik księgi – skrzydlaty lewek noszący imię Kerberos.

    Kojarzycie może takie tytuły jak „Mahō-Shōjo Madoka Magica” czy ostatnio wydane w Polsce „Czarodziejki.net”? Jeśli podobają się wam te tytuły, to powinniście wiedzieć, że „Card Captor Sakura” podchodzi do tematu mahō-shōjo w zupełnie odmienny sposób. W czasach, kiedy ta manga się ukazywała, mahō-shōjo wciąż opowiadało o walce dobra ze złem, a nie było survival horrorem.

    Manga posiada prostą fabułę, a zwieńczeniem każdorazowych zmagań Sakury ze złem jest odzyskanie kolejnej karty Clowa. Oznaką, że taka karta znajduje się w pobliżu, są nietypowe zdarzenia, jak np. wciąganie pod wodę pływających w basenie ludzi, masowe halucynacje itd. Zło, jak to w życiu bywa, czyha dosłownie za rogiem, a już na pewno w zasięgu poruszającej się na łyżworolkach Sakury. Walki mają pewien walor taktyczny, gdyż nie wszystkie karty posiadane przez Sakurę nadają się w równym stopniu do wykonania pewnych zadań. Nieliczne są co prawda łatwe do okiełznania, ale większość trzeba kontrolować w określony sposób. Niczym w grze karcianej, właściwości niektórych kart czynią je w większym stopniu zdatnymi do walki, inne z kolei wymagają bardziej strategicznego podejścia. Ten taktyczny wymiar jest jednak przedstawiony pobieżnie, a krótki czas trwania pojedynków i założenie, że manga skierowana jest do młodszego odbiorcy, nie pozwala na osiągnięcie odpowiedniego napięcia. Przy dłuższych posiedzeniach może być to męczące, ale jeśli przegląda się mangę od czasu do czasu, nie będzie aż tak odczuwalne.

    Pomimo tych ograniczeń mangę „Card Captor Sakura” czyta się nieźle, dzięki pewnym typowo „CLAMP-owskim” cechom tego tytułu. Jedną z nich są przeurocze postacie. Nie może być inaczej, skoro bohaterów wprost rozpiera dobroć i chęć niesienia pomocy innym. Ich traumy i lęki są dawno oswojone i nie pozostawiły głębokich urazów psychicznych, środowisko nie jest zaborcze, sytuacja ekonomiczna jest wystarczająco dobra, by nie trzeba było martwić się o jutro. Bohaterowie nie mają co prawda rozwiniętych charakterów, ale są one dostatecznie wyraziste, by nie zlały się w jedną, szarą, choć polukrowaną z wierzchu masę.

    Kolejnym, moim zdaniem typowym dla CLAMP-a, wyróżnikiem jest nieprzeciętny urok, z jakim są narysowani bohaterowie, co dobrze oddaje ich osobowość. Dzięki temu z większą chęcią śledzimy ich pozbawiony silnych (w każdym razie negatywnych) emocji prozaiczny żywot. Te pełne miłości oczy, łagodne rysy twarzy, zadbane fryzury i nowe sukienki, które na każdą misję zakłada Sakura, wypalą się w waszych oczach niczym znak właściciela na boku krowy. „Card Captor Sakura” oddaje wiernie swoje czasy, pokazując nam przedmioty życia codziennego, które nabrały ostatnio kultowego charakteru, jak na przykład magnetowidy, łyżworolki czy pagery. Retro jest dzisiaj w modzie, ale najlepsze w tym jest to, że „Card Captor Sakura” uchwyciła ten moment w czasie, gdy to wszystko było żywe i prawdziwe, a nie tylko na chłodno wykalkulowanym komercyjnym zabiegiem.

    Podsumowując, mangę „Card Captor Sakura” czytało mi się przyjemnie, choć odbierałem ją trochę jako produkt swojej epoki i nie jestem pewien, czy przyjąłby się on tak dobrze dzisiaj, przynajmniej wśród niedocelowego czytelnika. Nie ukrywam, że moim zdaniem jest to manga dla dzieci i fanów grupy CLAMP.

  • Recenzja mangi „Magic Knight Rayearth”

    magic knight rayearth

    Magic Knight Rayearth

    waneko

    Autor: CLAMP
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 6
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Na początku pozrzędzę (wiecie, jestem już trochę stary), gdyż nie uważam siebie ani za fana, ani nawet za osobę szczególnie ceniącą twórczość grupy znanej jako CLAMP. W polskim fandomie M&A moje zdanie może być odosobnione, bo na początku pierwszej dekady XXI wieku niewielu autorów mogło poszczycić się wydawaniem swoich mang w Polsce i emisją ich animowanych adaptacji w telewizji w tym samym czasie. Czy szczęśliwe lata dla fanów tej grupy powrócą, skoro Waneko przejęło pałeczkę od Japonica Polonica Fantastica i wydaje kilka z bardziej popularnych komiksów CLAMP? Sądzę, że w przypadku „Magic Knight Rayearth” nostalgia za popołudniową ramówką RTL 7 i „CLAMP-ofilstwo” nie są potrzebne, by się przy niej dobrze bawić.

    Manga rozpoczyna się w momencie, gdy trzy gimnazjalistki – Hikaru Shidou, Umi Ryuuzaki i Fuu Hououji – udają się w ramach szkolnej wycieczki do Tokio Tower. Niestety, okazuje się, że łatwiej tam wejść, niż wyjść, gdyż dziewczęta zostają przeniesione do baśniowej krainy Cephiro przez jej władczynię, księżniczkę Emeraude. Sytuacja na miejscu wygląda na bardzo poważną, gdyż zbuntowany kapłan Zagato uwięził księżniczkę, co w niedalekiej perspektywie na pewno doprowadzi do zagłady Cephiro. Kapłanowi przeciwstawić się mogą tylko legendarni Magiczni Rycerze, którymi miałyby się stać nasze bohaterki. Ale przecież wiemy, że nie takich cudów dokonywali już japońscy uczniowie.

    Gdy myślę o „Magic Knight Rayearth”, dochodzę do wniosku, że przebieg fabuły można scharakteryzować jednym zdaniem: to uproszczona niemal do skrajności historia opierająca się na znanych już schematach, podanych jednak w zaskakująco przystępny i z wyczuwalnym dystansem sposób.

    Być może kojarzycie stereotypowy schemat gier RPG, w którym postęp osiągany jest przez tzw. grind, czyli walkę z potworami lub wykonywanie innych zadań w celu zdobycia lepszego sprzętu i podwyższenia swojego poziomu doświadczenia. „Magic Knight Rayearth” celuje zupełnie świadomie w przedstawienie opowieści w taki sposób. Po drodze do celu nastolatki nauczą się władać magią oraz zmierzą się z plejadą mid-bossów wysłanych przez Zagato z misją powstrzymania bohaterek. Oczywiście wraz ze wzrastającym poziomem trudności dziewczyny otrzymają lepszy, tj. magiczny oręż, a nawet zasiądą za sterami mechów. Przez większość czasu próżno tutaj szukać próbujących zaskoczyć czytelnika zwrotów fabularnych czy subtelności, choćby w konstrukcji bohaterów. Jednak z racji na włożenie w historię mnóstwa humoru rzecz nie nudzi, przynajmniej przy krótkich posiedzeniach.

    Jednak nie obyło się bez problemów, za które można uznać sposób przedstawienia postaci i ich misji. Pewne informacje są powtarzane wielokrotnie, co w skrajnym przypadku wygląda tak: komunikat jest skierowany do czytelnika, potem powtórzony, aby podkreślić wagę sytuacji i emocjonalne napięcie mówiącego, trzecia wzmianka jest już dla bohaterek, którym jednak owa informacja musi być podana ponownie przez inną osobę, zanim one same ją „przetrawią” i ponownie wypowiedzą na głos. Innym razem dziewczyny przedstawiają się sobie kilka razy, a zagadką jest dla mnie, czemu autorki uznały, że czytelnik musi znać ich grupę krwi. Dlatego pewne fragmenty komiksu napędzane są nie tyle fabułą, co radosną wiarą, że czytelnik przełknie jeszcze jedno powtórzenie. Szczęśliwie, ze względu na niewielkie rozmiary opowieści nie są to płonne nadzieje.

    Dzięki szybkiemu tempu akcji i relatywnie małej objętości komiksu musiano uprościć psychologiczną konstrukcję bohaterów, ograniczając ją do prostych, ale wyrazistych charakterów. Hikaru to żywiołowa chłopczyca, która rwie się do akcji, Umi jest ostrożna, a Fuu... cóż, Fuu miała być najmądrzejszą osobą w drużynie, ale niektóre jej wypowiedzi są przerażająco niemądre. Bliżej jej do dzisiejszych geeków, grywających w RPG-i oraz gry wideo. Znakomitą większość postaci można scharakteryzować jednym lub dwoma zdaniami, a mimo to nie tracą na wyrazistości. Jak na taką „prostotę”, to wyszło wręcz zaskakująco dobrze, gdyż trudno nie polubić bohaterek już od pierwszych stron.

    Natomiast bez wątpliwości uważam, że oprawa graficzna jest doprawdy czarująca. Nie brakuje tutaj detali, ozdobników, np. w postaci kwiatów, kropek, kwiatów z kropkami, kwadratów, pasków itd., lecz pomimo tego bogactwa nie czuć przeładowania nimi. Postaci regularnie wychodzą poza kadr, ale nie ma to wpływu na czytelność komiksu, który jest pod tym względem bardzo przejrzysty. Bohaterowie są rysowani zgodnie z kanonami mang shōjo, ale nie brakuje też prób uczynienia ich bardziej moe (uszka i ogonek) czy wręcz chibi, by pokazać ich złość w przerysowanej postaci. Dzięki temu całość sprawia sympatyczne wrażenie i samym wyglądem zachęca do śledzenia biegu wypadków, zwłaszcza że mangę wydano w powiększonym formacie.

    To zaskakujące, ale manga „Magic Knight Rayearth” nie zestarzała się wiele pod względem treści (może z powodu powracającej fascynacji latami dziewięćdziesiątymi ubiegłego wieku?) i gdy pominie się pewne problemy z narracją, nadal czyta się ją naprawdę dobrze. Oprawa graficzna lepiej zniosła próbę czasu niż animowana adaptacja z połowy lat dziewięćdziesiątych, a urok bohaterek nie zmalał ani trochę. Dlatego „Magic Knight Rayearth” to tytuł godny polecenia nie tylko nostalgikom i „CLAMP-ofilom”.

  • Rin i magia

    wrobiona w magieNa pierwszy rzut oka Rin Kurino to zwykła, a zarazem trochę wulgarna i agresywna nastolatka. Jednak jedna rzecz sprawia, że można uznać tę dziewczynę za wyjątkową. Kim tak właściwie jest Rin i co sprawia, że ludzie zaczepiają ją na ulicy? Odpowiedź na to pytanie jest bliżej, niż myślicie. Wystarczy kliknąć w ten link

  • Morderca zawsze czai się w mroku

    aniolowie zbrodniTrzynastoletnia Rachel budzi się w piwnicy opuszczonego budynku. Nie wie, gdzie dokładnie jest ani jak się tu znalazła. W czasie wędrówki ciemnymi korytarzami spotyka mężczyznę pokrytego bandażami i dzierżącego w ręce ogromną kosę… To nie może skończyć się dobrze, prawda? Sięgnijcie po mangę „Aniołowie zbrodni” i przekonajcie się, co czai się w mroku. Ale najpierw rzućcie okiem na naszą recenzję.