Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Recenzja mangi: Tetsuya Tashiro - „Akame ga kill”

    akame ga kill

    Akame ga kill

    waneko

    Autor: Tetsuya Tashiro, Takahiro
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1+
    Cena okładkowa: 21,99 zł

    Tatsumi, młody chłopak doskonale władający mieczem, wyrusza wraz z przyjaciółmi do stolicy, by zarobić tam pieniądze i uratować przymierającą głodem rodzinną wioskę. Brzmi dość schematycznie, prawda? Na szczęście to tylko wrażenie, bo „Akame ga kill” to coś więcej.
    Niestety, nie wszystko jest tak kolorowe, jak mogłoby się wydawać. Na samym początku swojej przygody Tatsumi zostaje okradziony ze wszystkich oszczędności. Wstąpienie do wojska też nie obyło się bez problemów. Kiedy w końcu za sprawą pewnej dobrodusznej dziewczyny Tatsumi odnalazł promyk nadziei, sytuacja jak zwykle obróciła się przeciwko niemu. Rezydencja dziewczyny, która postanowiła wyciągnąć do niego pomocną dłoń, została zaatakowana przez grupę „Night raid”, a ludzie znajdujący się na terenie posiadłości zamordowani z rąk jej członków.
    Koniec końców, Tatsumi postanawia dołączyć do zgrupowania zabójców. Tam także poznajemy tytułową Akamę, świetną zabójczynię, którą w pierwszym tomie niespecjalnie zachwyca – jak z resztą cały pierwszy tom. Wiadomo, jak to jest: najgorzej jest zacząć historię – trzeba wprowadzić czytelnika w klimat. Pierwszy wolumin to głównie chodzenie na zakupy i zbieranie składników na obiad. Akcji nie ma zbyt wiele, lecz to mnie nie zraziło. Myślę, że większość z was kojarzy tę mangę dzięki ekranizacji anime. „Akame ga kill” jeszcze nie pokazało, na co stać ten tytuł, dlatego z niecierpliwością czekam na kolejne tomy, zwłaszcza że manga w pewnym momencie obiera inny tor niż anime.
    Polskim wydaniem zajęło się wydawnictwo Waneko i muszę przyznać, że jestem z niego zadowolona. Obwoluta prezentuje się bardzo ładnie i mam nadzieję, że dalej będzie utrzymywana w takim klimacie – czarne tło i jeden bohater. Na okładce pierwszego tomu znajduje się oczywiście sama Akame. Pod obwolutą umieszczono „Dziennik Tatsumiego”, czyli krótki, humorystyczny komiks z godzinowym planem dnia bohatera.
    „Akame ga kill” to manga, którą zdecydowanie warto poznać. Pierwszy tom może i nie jest bardzo przekonujący, ale całość zapowiada się bardzo obiecująco. Jeśli szukacie czegoś dobrego, a nie mieliście jeszcze przyjemności obcować z tym tytułem – nie macie na co czekać!

  • Recenzja mangi: Somato - „Kuro”

    kuro 01

    Kuro

    waneko

    Autor: Somato
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 3
    Cena okładkowa: 23,99

    Powiadają, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Ale co by było, gdybyśmy mieli możliwość dostrzegania wielu niuansów, które zazwyczaj umykają nam w powodzi codziennych wrażeń? Czy bylibyśmy przez to lepszymi ludźmi, czynili więcej dobrego, unikali zagrożeń? Nasza codzienność pełna jest potworów, które czekają niemal za każdym rogiem: niebezpieczeństw związanych za zdrowiem, emocjami, psychiką… W świecie przedstawionym w mandze „Kuro” potwory te mają jak najbardziej fizyczną postać, ale to, czy zostaną zauważone, zależy od jednego, ważnego czynnika.

    Mała Koko żyje sama w wielkiej posiadłości. No, prawie sama… towarzyszy jest czarny kot, tytułowy Kuro, który zwykłym zwierzakiem przestał być jakiś czas temu. Mieszkańcy miasta, w tym dawni przyjaciele dziewczynki bądź znajomi jej rodziny obecnie boją się kontaktować z nią, unikając jej jak mogą. Dlaczego tak się dzieje? Co takiego stało się w przeszłości, że kilkulatkę spotyka ostracyzm społeczny? Ma to jakiś związek z potworami – mrocznymi istotami, które czają się poza wyznaczonymi strefami ludzkiej egzystencji. Mieszkańców oddzielają od nich jedynie cienkie linie, malowane każdego dnia od nowa na granicach ścieżek. Dlaczego Koko ich nie widzi? Czym jest Kuro i czy na pewno ma wobec dziewczynki dobre zamiary? Co stało się z rodzicami małej, czego ona tak bardzo nie chce pamiętać?

    Manga zaczyna się lekko, przedstawiając bohaterkę jako istotkę bardzo serdeczną i ciepłą pomimo swojej samotności, której niemal nie zauważa, a także wyjątkowo samodzielną. Widać, że bardzo przywiązana jest do Kuro, który towarzyszy jej niemal wszędzie, a także broni, gdy zdarzy jej się wyjść poza bezpieczną strefę. Koko nie widzi potworów, mieszkających wśród drzew i krzewów na obrzeżach ludzkich osiedli. W mieście obowiązuje zwyczaj szczepienia sześciolatków specjalną substancją, pozyskiwaną z białych kwiatów, która powoduje, iż zaczynają one dostrzegać niewidoczne zagrożenie. Koko owej szczepionki nie otrzymała, co jest źródłem nieustających nieporozumień. Drugim ich powodem jest kot – nie wiadomo, jak ze zwykłego zwierzaka stał się tworem podobnym potworom, jednak jego natura jest nadal mocno niejednoznaczna.

    Początkowo niewinny klimat mangi stopniowo mrocznieje w raz z kolejnymi szczegółami, ujawnianymi w trakcie wydarzeń. Z czasem zyskuje też wymiar mocno psychologiczny – wpływ wydarzeń na dziewczynkę staje się coraz bardziej widoczny, jej zachowanie dziwniejsze, a odmienność coraz mocniej podkreślana. Coraz bardziej podejrzane staje się też zachowanie Kuro, a jego wpływ na dziewczynkę sprawia wrażenie już nie dobroczynnego (chociaż nadal robi za stróża i nie tylko), a wpada w tony destrukcyjne. Do tego dochodzą opowiadania, które Koko pisuje z zamiłowania – w każdym z nich bohaterami są ona i jej kot, a kolejne teorie na temat jego specjalnych umiejętności i losów wskazywałyby na to, iż Koko nie do końca pozostaje nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje. Dla czytelników lubujących się w analizowaniu zachowań i powiązań, manga „Kuro” będzie więc nie lada gratką.

    Wizualnie komiks przedstawia się bardzo przyzwoicie. Każdy tom podzielony jest na dwie części: wydarzenia bieżące utrzymane w żywej kolorystyce, i czarno-białą, która obejmuje retrospekcje i zwizualizowane opowiadania, pisane przez Koko. Obie to uczta dla zmysłów – kreska jest szczegółowa i bardzo staranna, dotyczy to zarówno postaci, jak i otoczenia. Tłumaczenie mangi jest wykonane dobrze, bez wpadek czy nieścisłości. Jedyną wadą, jaką zauważyłam, jest początkowa nieciągłość fabularna, która utrudnia skupienie się na historii – kolejne strony komiksu nie tworzą spójnej historii, stanowią raczej urywki z życia Koko i Kuro bez wyraźnie zaznaczonych przejść, powodując więcej zamieszania niż zaciekawiając. Na szczęście normuje się to po jakimś czasie, a poszczególne elementy układanki wskakują na swoje miejsce.

    „Kuro” mogłabym polecić przede wszystkim osobom, które poszukują intrygujących historii z drugim dnem, historii nieprzewidywalnych i pokazujących inne oblicze, skrywane pod pozornie błahymi sprawami. Manga spodoba się także wielbicielom mroczniejszych, alternatywnych styli i gotyku. Przede wszystkim jest jednak urocza na swój pokręcony, dziwny sposób, a przez to warta poznania.

  • Daichi Matsuse - „Re:Zero Życie w innym świecie od zera”

    re zero

Re:Zero Życie w innym świecie od zera

waneko

Autor: Daichi Matsuse, Tappei Nagatsuki, Shinichirou Otsuka
Wydawnictwo: Waneko
Ilość tomów: 1+
Cena okładkowa: 19,99 zł

„Znowu przeniosło kogoś do świata fantasy?” – tak rozpoczyna się opis, który możemy przeczytać z tyłu tomiku mangi. Rzeczywiście, motyw wydaje się być już dość oklepany i ciężko wymyślić coś nowego. „Re: Zero”  wyłamuje się jednak z utartych schematów i zdecydowanie jest tytułem, na który warto zwrócić uwagę. Manga powstała na podstawie nowelki o tym samym tytule i zyskała spory rozgłos dzięki ekranizacji w postaci anime. No dobrze, ale o czym w sumie jest „Re: Zero”?

Subaru to przeciętny licealista, który ostatnio rzadko pojawiał się w szkole i większość czasu spędzał w domu. Pewnego dnia wyszedł do sklepu i już do mieszkania nie wrócił, bo nagle przeniósł się do miejscowości rodem z medieval fantasy. Jako prawdziwy geek był zadowolony z takiego obrotu spraw i - jak to w każdej takiej opowieści bywa - spodziewał się, że posiadał jakąś super moc. Niestety, od razu czekało go rozczarowanie. Jego dalsze losy przebiegają podobnie do tego, jak sobie to wyobraził, bazując na znanych mu innych historiach o przeniesieniu do innego świata. Spotykał piękną dziewczynę, która przedstawiła się jako Satella,a Subaru zapragnął odwdzięczyć się jej za pomoc i wspomóc w poszukiwaniu skradzionego insygnium.  W pewnym momencie oboje zostali zamordowani, a Subaru cofnął się w czasie. Na początku nie rozumiał, co tak dokładnie się wydarzyło, ale widząc umierającą Satellę, postanawił za wszelką cenę ją chronić.

Pierwszy tom mangi to zaledwie kropla w morzu tego, co niesie z sobą cała historia. Pojawia się wiele niewiadomych oraz nowe postacie, których intencje nie są do końca znane. Fantastyczny świat wciąga, a nietuzinkowy główny bohater od samego początku nie posiada niesamowitych umiejętności, które sprawiłyby, że jest najlepszy. Subaru na wszystko sam musi zapracować i popełnia błędy, które czasem niosą ze sobą okropne skutki. 

W Polsce obecnie wydawana jest zarówno manga, jak i nowelka - obydwie od studia Waneko. Na obwolucie widnieje tytuł zapisany po polsku i angielsku, a to przez to, że autor bardzo często w oryginale używał języka angielskiego i takie wymagania zostały postawione przez stronę japońską przy polskim wydaniu. Mnie to nie przeszkadza, ale wiem, że niektórym coś takiego może nie przypaść do gustu.

Osobiście jestem zakochana w tej publikacji, ponieważ uwielbiam fanatsy utrzymane w takim średniowiecznym klimacie oraz dlatego, że fabuła jest nietuzinkowa i wyróżnia się spośród innych – ale o tym, co dokładnie przydarzyło się Subaru, musicie się przekonać sami. Myślę, że większość z was miała przyjemność obcować już z tym tytułem na przykład w wersji anime, ale warto też sięgnać po lekturę. Jeśli nie odstrasza was ściana tekstu, to polecam także nowelkę. „Re: Zero” to jeden z tych tytułów, który koniecznie trzeba mieć na półce.

  • Kiri Wazawa - „Posępny Mononokean”

    posepny mononokean

    Posępny Mononokean

    waneko

    Autor: Kiri Wazawa
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 3+
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Kto nie lubi małych, puchatych zwierzątek, niech pierwszy rzuci kamieniem! A tak zupełnie poważnie, gdybyście znaleźli białe, mięciutkie coś leżące na ziemi, przeszlibyście obojętnie? Zdecydowanie nie. Tak też uczynił Ashiya, świeżo upieczony licealista, który wracając z zakupów, nadepnął na białą kulkę, którą początkowo uznał za pluszaka. Chcąc spełnić dobry uczynek, położył go w lepiej widocznym miejscu, by dziecko, które go upuściło, mogło łatwiej znaleźć swoją własność. Ashiya nie mógł się bardziej pomylić. Okazało się bowiem, że nie jest to pluszak. Ku jego zaskoczeniu, ta mała kulka okazała się... yokai.

    Chłopak bardzo nie chciał znów – tak jak w gimnazjum – być odludkiem, więc już od pierwszych dni w nowej szkole pragnął znaleźć jak najwięcej przyjaciół. Jednak wszystkie jego plany legły w gruzach za sprawą pluszaka, który uczepił się go i dosłownie wysysał z niego energię. Z tego powodu pierwszy tydzień w liceum Ashiya spędził głównie w gabinecie pielęgniarki, mdlejąc ze zmęczenia. Gdy leżał na kozetce, dostrzegł dziwne ogłoszenie o pracy jako egzorcysta, więc chwytając się ostatniej deski ratunku, wybrał numer. Takim sposobem poznał Abeno, który zajmował się odsyłaniem yokai do Zaświatów. W wyniku splotu różnych zdarzeń Ashiya został pomocnikiem Abeno w jego pracy.

    Jak się prezentuje polskie wydanie? Tytułem zaopiekowało się wydawnictwo Waneko. Na kolorowej obwolucie, o dziwo, przedstawiony jest Abeno, a nie Ashiya (co później autorka wyjaśnia w posłowiu). Pod obwolutą, na samej okładce, zapisany jest dialog dwóch głównych bohaterów na temat wydania pierwszego tomiku tej mangi. Pierwsza strona jest kolorowa i tam również widnieje blondwłosy egzorcysta. Podoba mi się, że yokai „mówią” inną czcionką niż ludzie, a także to, że na wielu stronach pojawia się numeracja. Na samym końcu, w posłowiu, autorka w formie krótkiego komiksu przekazuje kilka informacji na temat mangi.

    „Posępny Mononokean” to tytuł pełen zabawnych, smutnych, ale zwykle dobrze kończących się historii. Poznajmy wiele postaci, które gdzieś w dalszej historii dają o sobie znać. Bardzo przyjemna, lekka i ładnie narysowana manga przygodowa dla każdego czytelnika. Ja osobiście zakochałam się w „Podstępnym Mononokeanie” od pierwszego wejrzenia – zwłaszcza w postaci Abeno.

     

  • Recenzja mangi: Hikaru Miyoshi, PSYCHO-PASS Committee, Akira Amano, Gen Urobuchi (Nitroplus) - „Inspektor Akane Tsunemori"

    inspektor akane tusnemori
  • Inspektor Akane Tsunemori

    waneko

    Autor: Hikaru Miyoshi, PSYCHO-PASS Committee, Akira Amano, Gen Urobuchi (Nitroplus)
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 2+
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Czy chciałbyś żyć w czasach, w których maszyna decyduje o twojej przyszłości?

    Akcja w mandze „Inspektor Akane Tsunemori” rozgrywa się w futurystycznej Japonii, gdzie system Sybilla przesądza o losie każdego człowieka. W tym świecie ludzka psychika jest poddawana ciągłej kontroli przez skanery porozmieszczane po całym kraju, a jej właściwości da się zmierzyć i wyrazić liczbowo. Określa się ją jednostką Psycho-Pass, która wyraża jej wartość. Psycho-Pass może łatwo ulec pogorszeniu, dlatego Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej zapewnia szereg terapii psychologicznych. Osoby, których Psycho-Pass przekracza dopuszczalną normę są klasyfikowane jako utajeni kryminaliści. Takie indywidua są zatrzymywane przez Biuro Bezpieczeństwa zanim jeszcze dopuszczą się czegoś złego. Natomiast system Sybilla jest nieomylną wyrocznią, stanowiącą prawo.

    Główną bohaterką jest Akane Tsunemori, która już na początku fabuły zostaje nową panią inspektor Wydziału Dochodzeniowego Biura Bezpieczeństwa Publicznego w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Jej zadaniem jest utrzymanie porządku publicznego, a więc łapaniem utajonych kryminalistów. Już pierwszego dnia pracy Akane otrzymuje misję do wykonania – złapanie mężczyzny, który wpadł przy kontroli Psycho-Passa przez skaner uliczny i zbiegł z zakładnikiem. Świeżo upieczona pani inspektor poznaje swój zespół, który ma jej pomoc w wypełnieniu zadania: inspektora Ginozę oraz tzw. egzekutorów – ludzi o wysokim współczynniku zbrodni, którzy są utajonymi kryminalistami, jednakże pozwolono im na jedną formę uczestnictwa w życiu społecznym – ściganie innych przestępców. Podstawową bronią inspektora i egzekutora jest dominator – aparat, który odczytuje wartość Psycho-Passa i odbezpieczy się, kiedy wykryje utajnionego kryminalistę. Są to więc „oczy” Sybilli. Podczas swojej pierwszej sprawy Akane będzie musiała przekonać się na własnej skórze, czy system rzeczywiście jest nieomylny i czy sama odnajduje się w roli inspektora.

    Mangę można zaliczyć do gatunku science fiction z elementami detektywistycznymi, jako że fabuła obraca się właśnie wokół tego typu misji. W pierwszym tomie panuje poważna atmosfera, nie ma czasu na ckliwe momenty, gdy w grę wchodzi ludzkie życie. W powolnym tempie ukazywane są tajemnice, bohaterowie ścigani są przez krwawe obrazy przeszłości, a w ludzkich sercach czai się mrok, którego nie zmierzy żadna maszyna. Postacie mają różne osobowości, które stopniowo poznajemy. Akane Tsunemori nie jest stereotypową bohaterką o niezachwianej postawie i pewności siebie, a młodą kobietą, która emocjonalnie podchodzi do swojej pracy i nie jest obojętna na krzywdę ludzką.

    Projekty postaci narysowane przez Akirę Amano osobiście ujęły mnie za serce. Kreska oddaje klimat serii, są też kadry drastyczne, w szczególności jeden wrył się głęboko w moją psychikę. Kadr przedstawia w nienaturalny sposób zniekształcone ludzkie ciało w wspomnieniach Kougamiego, wygląda to jak scena wycięta rodem z horroru. Na obwolucie pierwszego tomu zaprezentowany jest wyżej wspomniany egzekutor. Biały tytuł miło kontrastuje z czarnym tłem. Trzeba także wspomnieć, że przed wydaniem mangi, w 2012 roku powstało anime o tytule „Psycho-Pass”.

    Z ręką na sercu polecam ten tytuł, nawet tym, którzy obejrzeli wspomnianą serię w fomie animacji. Co prawda manga podąża jej śladem dość wiernie, jednakże pojawia się parę dodatkowych kadrów. Myślę, że ten psychologiczny kryminał w konwencji science fiction powinien przypaść do gustu większości czytelników mang, a zwłaszcza tym starszym.

  • Recenzja nowelki: Tappei Nagatsuki, Shinichirou Otsuka - „Re: Zero - Życie w innym świecie od zera”

    rezero

    Re: Zero - Życie w innym świecie od zera

    waneko

    Autor: Tappei Nagatsuki, Shinichirou Otsuka
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 13
    Cena okładkowa: 24,99 zł

    Od kiedy pamiętam, motyw zabaw z czasem należał do moich ulubionych. Dlatego też wpadł mi w oko tytuł „Re:Zero kara Hajimeru Isekai Seikatsu”, za stworzenie którego odpowiedzialny jest Tappei Nagatsuki. Mówiąc krótko, jest to historia chłopaka imieniem Subaru, który pewnego razu, dość nagle, zostaje przeniesiony do innego świata, mając z sobą tylko telefon komórkowy i siatkę z produktami z supermarketu. Dość szybko wpada w kłopoty – w wąskiej alejce napada na niego trójka bandytów, jednak zostaje uratowany przez srebrnowłosą piękność. Okazuje się, że dziewczyna ma problem – skradziono jej bardzo ważny przedmiot. To właśnie w trakcie ścigania osoby, która ją okradła zatrzymała się, by pomóc chłopakowi. Subaru po całym zdarzeniu postanawia, że bez względu na wszystko pomoże piękności odzyskać to, co utraciła. Jakiś czas później poszukiwania kończą się tragicznie... Oboje giną. Jednak okazuje się, że Subaru posiada zdolność, która pozwala mu po śmierci cofnąć się w czasie do określonego punktu. Dzięki temu ma szansę zapobiec pewnym wydarzeniom. Czy bohaterowi uda się spłacić dług zaciągnięty u dziewczyny? Jakie inne przygody go czekają?

    Muszę przyznać, że anime było zrobione bardzo dobrze – trzymało klimat, wciągało, a tajemnicze i od pewnego momentu bardzo szokujące i drastyczne wydarzenia skutecznie siały mi w głowie zamęt. Zadawałem sobie pytania – kto, jak, dlaczego? Sam motyw cofania w czasie Subaru wypadł bardzo dobrze – za każdym razem zastanawiałem się, jak daleko dojdzie bohater, nie ginąc. Kiedy już Subaru udało się „zaliczyć checkpoint”, pojawiały się nowe postacie. Bardzo dobrze wpływało to na fabułę, doprowadzając do sytuacji, w których odbiorcy zastanawiali się, do jakich nowych wydarzeń dojdzie. Bardzo spodobała mi się wersja animowana tego tytułu, dlatego postanowiłem, że sięgnę po pierwowzór – czyli light novel.

    Mimo iż, jak powiedziałem wcześniej, anime zostało dobrze zrobione, to jednak wersja animowana ma jeden poważny minus – choćby nie wiadomo jak mocno starała się oddać wszystkie uczucia bohaterów, nie jest w stanie w wystarczającym stopniu pokazać ich przemyśleń. I już na tym etapie light novel dużo zyskuje. Tak samo jak w przypadku „Log Horizon”, mamy tutaj do czynienia z rozważaniami bohaterów, których nie udało się oddać wystarczająco mocno w anime. Jeżeli jakieś postacie wydają nam się niezbyt głębokie, okazuje się, że w light novel ich wewnętrzne myśli mają szansę dojść do głosu i dzięki temu możemy dowiedzieć się, co nie zostało pokazane na ekranie. Oczywiście to zrozumiałe, że odcinki mają swoją długość i nie można poświęcić czasu na każdy najmniejszy detal, więc dobrą decyzją jest sięgniecie właśnie po wersję literacką. Swoją drogą, byłem zaskoczony, jak miłym i przystępnym językiem jest napisana „Re: Zero”. Czyta się ją dzięki temu bardzo szybko i płynnie.

    Jeżeli chodzi o pierwszy tom, to obejmuje on całą pierwszą „pętlę”, w której utknął Subaru. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ dzięki temu wszystko zostało domknięte jak należy. Nie ma przyspieszania akcji, całość opisana jest bardzo dokładnie, co stanowi bezbłędne uzupełnienie anime. Jedynie dialogi brzmiały dla mnie czasami dość sucho – szczególnie z początku, później następuje poprawa. Niestety, w anime, pewne teksty były bardziej zabawne. Osoby, które nie miały wcześniej styczności z tym tytułem będą miały nie lada zagwozdkę – bo tak naprawdę ciężko jest odgadnąć, jak długo będzie trwała akcja i co się wydarzy podczas niej. Autor „gryzie” główny wątek tego tomu na różne sposoby i dzięki temu możemy zauważyć, że Subaru, choć początkowo się taki nie wydaje, jednak potrafi być kreatywny i podejść do problemu z różnych stron.

    Co się zaś tyczy głównej żeńskiej bohaterki, to jest to naprawdę urocza dziewczyna – i nie chodzi tu jedynie o jej wygląd, który możemy zobaczyć na okładce. Jej podejście do ludzi, próba ukrycia pewnych emocji potrafią przywołać na twarz uśmiech politowania. Ma ona również swojego wyjątkowego towarzysza, który w pewnym momencie skutecznie zaskoczy czytelników. Postać srebrnowłosej piękności zostanie w przyszłości jeszcze bardziej rozwinięta, a jej relacja z Subaru przybierze ciekawą postać.

    Pierwszy tom „Re:Zero” to niezły rollercoaster. W jednej chwili wszystko toczy się spokojnym torem, w drugiej akcja zapiera dech w piersiach i sprawia, że nie możemy się oderwać. Niewątpliwym plusem jest to, że powtórzenia Subaru pozwalają na lepsze poznanie poszczególnych bohaterów – w jednym protagonista dowiaduje się o tym, jaką osobą jest dana postać, natomiast kolejne umożliwia przypatrzenie się komuś, kto wcześniej pojawił się na krótką chwilę.

    Samemu wydaniu nie mogę nic zarzucić. Ilustracje są dobrej jakości, czcionka odpowiednio duża, by umożliwić wygodne czytanie, a tłumaczenie jest bardzo przyzwoite, choć znalazło się kilka literówek.

    Podsumowując: jestem bardzo zadowolony z tego, co dane mi było trzymać w rękach i przeczytać. Light novel „Re: Zero” skutecznie wciąga i nawet osoby, które obejrzały wersję animowaną, mogą odkryć pewnych bohaterów na nowo. Choć w anime wyraźnie widzieliśmy jak wygląda miasto, a w wersji literackiej mamy trochę mniejszy podgląd na to jak się ono prezentuje (choć autor stara się, by czytelnicy dobrze je sobie wyobrazili), to mimo to warto oddać się lekturze tego tytułu. 24,99 zł to nie jest zbyt wysoka suma, a w zamian otrzymuje się dobrą, wciągającą historię.

  • Recenzja mangi: Natsuo Kumeta - „Nasz cud”

    naszcud

    Nasz Cud

    waneko

    Autor: Natsuo Kumeta
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 15+
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Każdy z nas na pewno choć raz zastanawiał się, czy istnieje życie po śmierci. Czy możliwe jest coś, co nazywamy reinkarnacją? Czy prowadziliśmy inne życie, którego nie pamiętamy? A co, jeśli wam powiem, że pewien licealista posiada wspomnienia ze swojego poprzedniego życia, w którym był księżniczką Veronicą i potrafił posługiwać się magią? Brzmi ciekawie, prawda? Przenieśmy się więc razem do historii Harusumiego oraz jego przyjaciół z liceum... i nie tylko.

    Harusumi Minami od dziecka posiada przebłyski wspomnień ze swojego poprzedniego życia w innym świecie, w którym magia i rycerze byli czymś normalnym. Gdy był w szkole podstawowej, ujawnił swój sekret, lecz jego znajomi odrzucili go i zrobili z niego pośmiewisko. Wtedy postanowił nie mówić o tym nikomu i skupić się na teraźniejszości. Jednak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Dlaczego w poprzednim życiu jego zamek został zaatakowany? Dlaczego księżniczka Veronica umarła? Gdy Harusumi przypomina sobie, jak używać magii i okazuje się, że działa ona także w tym świecie, jest już zupełnie pewny, że to wszystko to nie tylko wytwór jego wyobraźni, ale prawdziwe wydarzenia. Wszystko zmienia się, gdy okazuje się, że nie tylko on skrywa w sobie osobowość z przeszłości.

    Muszę przyznać, że „Nasz cud” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Sam opis może i był ciekawy, ale nie było w nim też nic wyjątkowego lub nowego. Jednak mimo tego, że temat ten nie należy do najbardziej oryginalnych, jest bardzo interesujący. Po lekturze pierwszego tomiku od razu sięgnęłam po następny i tak było przy wszystkich kolejnych. W dalszych częściach okazuje się, że większość znajomych z klasy Harusumi posiada wspomnienia z poprzedniego życia. Zaczynają się konflikty, spory, niedopowiedzenia. Chłopak stara się jakoś uporać z tą sytuacją i za główny cel obiera ochronę szkoły. Stara się jednak, by wcielenie Veronici i jej życie nie zawładnęło jego obecnym, co okazuje się nie być wcale takie łatwe. Postanawia także, że na początku nie będzie dzielił się ze wszystkimi prawdą o swojej osobowości z przeszłości. Inni bohaterowie należą do kilku grup, do których przynależeli w poprzednim życiu, a są to Kościół, Zerestria i Moswick. Między tymi ostatnimi dochodzi do walki z powodu nierozwiązanego sporu z przeszłości.

    O fabule można mówić dużo, bo przez pierwsze pięć tomów wiele się dzieje, ale żeby się nie zgubić, trzeba sięgnąć po „Nasz cud”. Chociaż i wtedy można mieć problem, bo mimo że manga jest naprawdę ładnie narysowana, postacie są do siebie bardzo podobne (co na początku było dla mnie kłopotliwe, nie mogłam się połapać, kto jest kim), jest ich też bardzo dużo – i można tę liczbę pomnożyć razy dwa, ponieważ ukazywane są wspomnienia z przeszłości, w której bohaterowie wyglądali zupełnie inaczej. Naprzeciw temu wychodzi spis postaci z opisem i rysunkami, który znajduje się na początku dalszych tomików – dla mnie było to bardzo pomocne, zwłaszcza w przypadku bohaterów, którzy pojawiają się sporadycznie i niczym się nie wyróżniają.

    Obwoluta tomiku nieszczególnie zachęcała mnie do sięgnięcia po ten tytuł, ponieważ wydawało mi się, że kreska jest zupełnie nie w moim guście i ogólnie prezentuje się jak dla mnie dość przeciętnie. Ale jak to mówią, nie należy oceniać książki po okładce i to powiedzenie idealnie pasuje do „Naszego Cudu”. Pod obwolutą, na okładce kryją się krótkie historyjki z mangi. Pierwsze strony w każdym tomie są kolorowe i przedstawiają naszych bohaterów – tam łatwiej ich rozróżnić, bo mają różne kolory włosów. Całość, na przekór mojemu pierwszemu wrażeniu, prezentuje się bardzo dobrze. Nie ma zbyt wielu kadrów z tłem, autorka skupia się głównie na postaciach bohaterów, ale w żadnym stopniu mi to nie przeszkadza. Polska wersja od wydawnictwa Waneko stoi na wysokim poziomie.

    „Nasz cud” to bardzo dobry tytuł, na który trzeba zwrócić uwagę. Myślę, że nie jest on zbyt popularny w Polsce – a szkoda, bo warto po niego sięgnąć. Może nawet kiedyś doczeka się ekranizacji. Szukacie czegoś dobrego do poczytania? No to macie odpowiedź: sięgajcie czym prędzej po tę mangę!

  • Recenzja mangi: Yayoi So - „ReLIFE”

    relife2

    ReLIFE

    waneko

    Autor: Yayoi So
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 8+
    Cena okładkowa: 23,99 zł

    „ReLIFE” to jeden z tych tytułów, na którego wydanie w Polsce czekałam najbardziej. Pamiętam, że gdy wyszła ekranizacja mangi, wszystkie odcinki anime pojawiły się tego samego dnia i pierwszy raz od dłuższego czasu usiadłam i obejrzałam jeden za drugim. Tych, którzy nie mieli jeszcze przyjemności obcowania z tym tytułem, zachęcam do sięgnięcia zarówno po mangę, jak i anime.

    Początkowo „ReLIFE” ukazywało się jako komiks internetowy w formie jednego długiego pasa kadrów zamiast standardowych stron, do których przywykliśmy przy większości mang. Kolejną rzeczą, która wyróżnia ten tytuł na tle innych, jest to, że w całości został publikowany w kolorze i w tej kwestii polskie wydanie dotrzymuje kroku oryginałowi, co zapewne zaważyło na wyższej cenie tomiku. 

    Jeśli chodzi o fabułę, to na wstępie poznajemy dwudziestosiedmioletniego Aratę Kaizakiego, który stara się uzyskać posadę w pewnej firmie. Niestety, przez to, że na poprzednim stanowisku utrzymał się zaledwie trzy miesiące, nikt nie jest zainteresowany zaoferowaniem mu pracy. Dla młodego Japończyka brak stałego zatrudnienia jest powodem do wstydu, dlatego Arata przed znajomymi udaje, że pracuje w korporacji. Gdy wraca z jednego z zakrapianych alkoholem spotkań, natyka się na dziwnego człowieka, Yoake Ryou z Instytutu ReLIFE, który oferuje mu roczne zatrudnienie jako obiekt badawczy w eksperymencie. Arata połyka tabletkę, która sprawia, że wygląda dziesięć lat młodziej, i wraca do ostatniej klasy liceum.

    Już od samego początku widać, że mamy tutaj do czynienia z nietuzinkową fabułą. Ponadto poznajemy kilku dobrze przemyślanych bohaterów z różnorodnymi i rozbudowanymi charakterami, a są to: Hishiro Chizuru – bardzo inteligentna dziewczyna, ale z poważnymi brakami w umiejętnościach interpersonalnych, Kazuomi Oga – dobrze się uczy, ale zupełnie nie radzi sobie z aktywnością fizyczną, oraz Rena Kariu, która uwielbia rywalizację i nienawidzi przegrywać. Nieustannie pojawia się również Yoake, który jest obserwatorem Araty, lecz niestety, niewiele wiemy na temat jego prawdziwej osobowości.

    W pierwszym tomie obserwujemy głównie nieudolne próby przystosowania się Araty do szkolnego życia. Chłopak od początku mówił, że spróbuje przetrwać ten rok, nie angażując się w życie licealistów. Ponieważ napisał już pracę magisterską, zbagatelizował naukę, więc gdy okazało się, że niewiele pamięta z czasów licealnych, narobił sobie trochę kłopotów. Na samym początku zaliczył też kilka wpadek, ale jego „rówieśnicy” nie zwrócili na to zbytniej uwagi i szybko nawiązali z nim kontakt. Pochłonięty ich codziennymi, błahymi jak dla niego problemami, nawet sam nie wie kiedy mocno angażuje się w życie dzieciaków. Czasami można nawet zapomnieć, że jest on kilka lat starszy, ale podoba mi się, że autor nieustannie nam o tym przypomina, nie tylko pokazując od czasu do czasu, że Arata popala lub pije alkohol, ale przez sposób myślenia i rozmawiania z innymi.  

    Drugi i trzeci tom w większości poświęcone są Kariu. Przyglądamy się jej problemom i rywalizacji z Hishiro o tytuł najlepszej uczennicy w klasie oraz z jej najlepszą przyjaciółką, Honoką, w sporcie. Z pomocą Araty Kariu udaje się spojrzeć na swoją sytuację z innego punktu widzenia i rozwiązać pewne problemy. Pod koniec trzeciego tomu poznajemy również prawdziwą tożsamość An Onoyi, która tak jak Arata przeniosła się w tym roku do tego samego liceum i ma spore zaległości w nauce.

    Gdy bierze się do ręki tomik mangi, można wyczuć, że jest delikatnie cięższy niż standardowe wydania, co zawdzięczamy temu, że całość wydrukowana została na śliskim papierze. Jeśli chodzi o polskie wydanie, Waneko wykonało mnóstwo dobrej roboty.  Tłumaczenie jest bardzo naturalne, dopasowane zarówno do sytuacji, jak i wieku wypowiadających się osób.

    Lektura „ReLIFE” to czysta przyjemność. Postacie są fantastycznie narysowane, a każda z nich ma swój indywidualny styl. Na stronach mangi pojawia się mnóstwo elementów humorystycznych, przez co czytałam wszystkie trzy tomy z uśmiechem na twarzy. To tytuł, którego zdecydowanie nie powinno zabraknąć na Waszej półce!

  • Recenzja trzech pierwszych tomów mangi: Shinobu Ohtaka - „Magi”

    magi

    Magi

    waneko

    Autor: Shinobu Ohtaka
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 32+
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Wydawnictwo Waneko jakiś czas temu spełniło jedno z moich największych mangowych marzeń i wydało mangę ,,Bakuman", na którą czekałem dobre parę lat. W końcu nadszedł dzień, w którym pierwszy tomik w moim ojczystym języku mogłem postawić na półce. Nie spodziewałem się jednak, że właśnie to wydawnictwo pójdzie za ciosem i zapowie tytuł, na który miałem jednakowo duże nadzieje: ,,Magi". To właśnie recenzję pierwszych trzech tomów będziecie mieli okazję za chwilę przeczytać. Ale o co tyle krzyku? Czy naprawdę było warto czekać aż tak długo? Przecież zawsze można sprowadzić sobie tę mangę w języku angielskim. Wiem, że dużo osób wybiera właśnie taką opcję, jednak z natury jestem człowiekiem cierpliwym. Moje marzenie spełniło właśnie Waneko, za co jestem im naprawdę wdzięczny. Jak im to wyszło? O tym już za chwilę.
        Jednak najpierw podstawy podstaw. ,,Magi" to opowieść o świecie, w którym pewnego dnia w różnych miejscach na ziemi zaczęły powstawać tajemnicze budowle. Lochy, bo właśnie tak się je określa, okazały się pełne wielu wspaniałych skarbów, dzięki którym ich zdobywca opływałby w luksusy do końca swojego życia. Zdobyłby również niesamowitą moc. Jednak były to też niesłychanie niebezpieczne miejsca, w których zginęło wielu śmiałków. Tylko niektórym udało się przeżyć i wynieść z nich zdobycze. ,,Magi" zaczyna się w momencie, w którym tajemniczy chłopiec imieniem Aladyn (którego towarzyszem jest dżin Ugo, mieszkający w flecie, który bohater nosi na szyi) spotyka Alibabę, dążącego do zdobycia legendarnych bogactw. W pewnym momencie ich losy splatają się z niewolnicą Morgianą. Co się z nimi stanie? Kim jest Aladyn? Czy Alibabie uda się spełnić swój cel?
        I tak właśnie wygląda fabuła tej mangi. W moje ręce dostały się 3 tomy(obecnie wydano 4), które pochłonąłem bardzo szybko. Miałem pewne obawy co do tłumaczenia i edycji, zastanawiałem się, czy Waneko podoła zadaniu, jednak, jak się okazało, wyszło im to bardzo zgrabnie i jako fan ,,Magi" jestem w pełni zadowolony z tego, co przeczytałem. Mam nawet wrażenie, że Waneko przykłada się do tego tytułu jeszcze bardziej niż do innych swoich mang. Przez te trzy tomy nie uświadczyłem ani jednej literówki (z którymi wydawnictwo miewało problemy, szczególnie widoczne na przykład w ,,Zerowej Marii”). Czcionka nie kłuje w oczy (w przeciwieństwie do tej użytej w ,,Bakumanie”), a onomatopeje zostały dobrze dobrane. Tłumaczenie bawi, jest luźne i pozbawione zauważalnych błędów. Krótko mówiąc, przekład pasuje do treści, dzięki czemu czyta się płynnie i przyjemnie.
        ,,Magi" to tytuł przepełniony klimatem arabskim, który wciąga bardzo szybko. Cała ta otoczka tajemnicy wokół Aladyna intryguje i sprawia, że chcemy poznać jak najwięcej historii, odkryć jego wszystkie sekrety. Ten mały chłopiec ma w sobie dużo uroku, szybko przekonuje do siebie czytelnika, a jego zamiłowanie do kobiecych piersi nie raz wywoła uśmiech na twarzy. Zresztą, rysowanie zabawnych momentów wychodzi autorce bezbłędnie.
    Przez te trzy tomy Aladyn pozna jedynie ziarnko prawdy o sobie. Kto wie, ilu jeszcze faktów się o nim dowiemy w dalszych częściach. Alibaba to również niezwykle ciekawa postać. Czuć, że ma on w sobie wielki potencjał i czas pokaże, jak bardzo się rozwinie. Przez te 3 tomy również o Morgianie dowiadujemy się co nieco. Świetnie się ogląda jej wewnętrzną walkę z samą sobą. To dziewczyna, która wiele wycierpiała. Jest także kimś nietypowym i ma niezwykle ciekawe pochodzenie. Podsumowując, nasi bohaterowie diametralnie się między sobą różnią, a kontrast widać na pierwszy rzut oka. Początkowo można Morgiany nie polubić, jednak jako osoba, która poznała już sporą część fabuły, mogę spokojnie powiedzieć, że z czasem, dziewczyna ta zaskarbi sobie serca wielu czytelników i czytelniczek.
        Manga ta nie posiada wyjątkowo pięknej kreski, jednak nie jest też ona brzydka. Lektura wciąga tak bardzo, że na pewne niedociągnięcia spokojnie można przymknąć oko, a sceny narysowane są w tak specyficzny sposób, że przy czytaniu nie raz można wybuchnąć śmiechem.
        Krótko mówiąc, warto. To, co zaoferowało nam wydawnictwo Waneko jest na bardzo dobrym poziomie, dlatego warto wydać te 19,99 zł raz na jakiś czas i sukcesywnie stawiać kolejne tomy na półce. Bo ,,Magi" to dobra manga, która niewątpliwie Was wciągnie i sprawi, że będziecie chcieli poznawać coraz więcej sekretów tego świata, który kryje jeszcze wiele tajemnic.

  • Recenzja mangi: Kafka Asagiri, Sango Harukawa - „Bungou Stray Dogs - Bezpańscy Literaci"

    Bungou stray dogs okl

    Bungou Stray Dogs - Bezpańscy Literaci

    waneko

    Autor: Kafka Asagiri, Sango Harukawa
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 2, seria dalej powstaje
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Na początku pierwszego tomu „Bungou Stray Dogs” spotykamy Atsushi’ego Nakajimę – przymierającego głodem, błąkającego się po Jokohamie chłopaka, który został wyrzucony z sierocińca. Na skraju śmierci głodowej jego jedynym marzeniem jest ciepły posiłek. Aby przeżyć, nasz bohater postanawia napaść pierwszą osobę, na którą się natknie, i ją okraść. I właśnie w tym momencie zauważa dryfujące w rzece ciało człowieka…Bez namysłu rzuca się na ratunek mężczyźnie o imieniu Dazai. W ramach podziękowań Atsushi otrzymuje od uratowanego i jego znajomego danie chazuke. Okazuje się, że obaj mężczyźni są członkami organizacji zwanej Zbrojną Agencją Detektywistyczną, zrzeszającej Uzdolnionych, czyli ludzi o nadnaturalnych umiejętnościach. Według pogłosek agencja specjalizuje się w sprawach niebezpiecznych, których nie można powierzyć milicji czy wojsku. Nasz bohater dowiaduje się, że Osamu Dazai oraz Doppo Kunikida prowadzą śledztwo w sprawie ludożerczego tygrysa, który od pewnego czasu grasuje po okolicy. Niespodziewanie Atsushi zostaje wplątany w dochodzenie, które przybiera niespodziewany obrót.

    Co więcej, Dazai werbuje młodzieńca do Agencji, by pomóc mu odbić się od finansowego dna. Od tej pory chłopak zyskuje dach nad głową. Jednakże praca w organizacji Uzdolnionych nie jest wcale taka łatwa i nie należy do najprzyjemniejszych. Już w trakcie swojego pierwszego dochodzenia Atsushi kładzie swoje życie na szali. Zostaje zaatakowany przez członków Mafii Portowej – najmroczniejszej i najbardziej niebezpiecznej organizacji przestępczej półświatka mającej w porcie swoje terytorium, w tym przez słynnego Uzdolnionego na usługach Mafii – Akutagawę.

    „Bungou Stray Dogs” ma dwa sezony anime liczące po 12 odcinków. Ten tytuł to typowa przygodówka z elementami sensacji. Jest tutaj przedstawiony motyw walki dobra (Zbrojna Agencja Detektywistyczna) ze złem (Mafia Portowa). Po jasnej stronie mocy mamy Atsushi’ego, a po ciemnej Akutagawę. Pojawiają się intrygujące postacie takie jak: Dazai, którego przeszłość nie jest znana, Yukichi Fukuzawa - dyrektor Zbrojnej Agencji Detektywistycznej, oraz Ryuunosuke Akutagawa, który sieje postrach w sercach członków Agencji. W mandze występują też komiczne wstawki w postaci pomysłów Dazaia na swoje samobójstwo, a także drastyczne sceny, jak np. ranni bohaterowie, jednakże te ujęcia nie są aż tak przerażające.

    Na obwolucie pierwszego tomu widzimy członków Agencji wraz z Atsushim Nakajimą, oryginalny tytuł jest koloru białego, co daje miły kontrast z czarnym tłem, zaś nad nim widnieje pomarańczowy polski odpowiednik tytułu: „Bezpańscy literaci”. Na okładce jest przedstawiona krótka komediowa historyjka poboczna. Kreska jest miła dla oka, aczkolwiek autor mógłby jeszcze bardziej popracować nad anatomią tygrysa. Tłumaczenie jest przejrzyste i jedyne, do czego mogę się przyczepić, to teksty Akutagawy. Wypowiedzi „Jam jest Akutagawa”, „Co, jakbyś go była trafiła?!” brzmią jak staropolszczyzna, którą znamy co najwyżej z lektur szkolnych.

    Na końcu tomu znajduje się posłowie, jednakże nie od autorów, tylko od głównych postaci: Dazaia i Atsushi’ego w postaci komicznego dialogu. Jako ciekawostkę można dodać, że imiona i nazwiska przeważającej części postaci, które pojawiają się w tej mandze, zostały zapożyczone od największych pisarzy i poetów japońskich, natomiast Zdolności to tytuły bądź nawiązania do ich najwybitniejszych utworów.

    Mówiąc krótko, pierwszy tom pozostawił u mnie niedosyt (szczególnie informacja z ostatniej strony), ponieważ zostało wprowadzonych wiele postaci i aby dowiedzieć się o nich czegoś więcej, trzeba sięgnąć po kolejne tomy. Ciężko powiedzieć, z jakimi zadaniami zmierzą się w przyszłości nasi bohaterowie, ale jedno jest pewne: kluczową rolę odegra Atsushi, którego będzie wspierał jego mentor – Dazai. Jeśli miałabym wskazać postacie, dla których warto zakupić mangę, to jest to z pewnością nasz niedoszły samobójca oraz psychopatyczny zabójca. Podsumowując – jeśli lubisz klimaty detektywistyczne połączone z konfliktami mafijnymi, to ten tytuł jest w sam raz dla Ciebie. Ta propozycja jest także odpowiednia dla zwolenników nadprzyrodzonych mocy oraz nietuzinkowej komedii z dramatycznym zapleczem.

  • Recenzja mangi: Ayuko Hatta - „Wilczyca i czarny książę”

    wilczyca i czarny ksiaze

    Wilczyca i czarny książę

    waneko

    Autor: Ayuko Hatta
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 16 (zakończona)
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Erika Shinohara to typowa nastolatka, która po rozpoczęciu nauki w liceum próbuje się dopasować do swojej nowej klasy. Aby nie zostać odludkiem, zaprzyjaźnia się z dwoma dziewczynami, które uwielbiają przechwalać się swoimi chłopakami. Sama oczywiście nie ma i nigdy nie miała chłopaka, więc postanawia skłamać. Udaje przed nimi, że jest w cudownym związku, ale przez przypadek dowiaduje się, że jej "przyjaciółki" nie do końca wierzą w jego istnienie. To skłania Erikę to zrobienia zdjęcia pierwszemu lepszemu przystojnemu chłopakowi, którego spotkała na mieście i pokazania go dziewczynom jako dowód, że naprawdę posiada partnera. I tu zaczyna się cała nasza historia, ponieważ okazuje się, że Sata, bohater miłosnych opowieści Eriki, chodzi z nią do tej samej szkoły. Dziewczyna postanawia porozmawiać z nim i przyznać się do swoich kłamstw. Ten natomiast zgadza się udawać jej chłopaka, pod warunkiem, że Erika zostanie jego... psem.


    "Wilczyca i czarny książę" to kolejny tytuł z gatunku shoujo, który został zekranizowany w 2014 roku w postaci 12 odcinków anime. Jest to jeden z wielu szkolnych romansów, którego akcja rozgrywa się, gdy nasi bohaterowie są licealistami. Biorąc to pod uwagę, zabierając się za lekturę pierwszego tomu spodziewałam się raczej czegoś, co będzie przyjemne i lekkie, jednak skończyłam czytać z dość mieszanymi uczuciami.
    Na pierwszy ogień autorka pokazuje nam Erikę i jej "przyjaciółki", które są nadzwyczaj irytujące. Serio, dziewczyny w romansach zwykle są nie do zniesienia, ale te przekraczają wszelkie granice. Na szczęście później robią się trochę bardziej znośne (może dlatego, że jest ich mniej?). Shinohara przez cały tomik jest dla mnie postacią zupełnie bez wyrazu – nie ma jakichś specjalnych cech charakteru, które w jakikolwiek sposób by ją wyróżniały, a jedyne, czego się o niej dowiadujemy to to, że bardzo chciałaby mieć chłopaka. Natomiast Kyouya Sata, cóż... Nie mam pojęcia, co o nim myśleć. Odnoszę wrażenie, że ma wątpliwe społecznie zboczenie na punkcie psów i zachowuje się co najmniej dziwnie. Kreowany jest na postać o dwóch osobowościach - jedną znaną wszystkim, wspaniałego "księcia" i drugą, tą "złą" i sadystyczną. Pomniejszą rolę gra tutaj też najlepsza przyjaciółka Eriki, która wydaje się być jedyną postacią zachowującą zdrowy rozsądek.
    Fabuła przebiega tak, jak ma to miejsce w każdym romansie - wspólny wypad nad morze, choroba Kyouya Sata i Erika nadciągająca z pomocą... Czyli dość banalnie i przewidywalnie. Nie ma tu nic zaskakującego. Pod koniec nasza bohaterka uświadamia sobie, że szukając miłości, może mogłaby dać szansę naszemu tytułowemu księciu.


    Nie chcę mówić, że ta manga jest zła – bo nie jest. Jest za to bardzo ładnie narysowana, to przede wszystkim. Nie jest to pierwsza pozycja tej autorki (o czym wspomina w swoim przywitaniu na samym początku) i to widać. Fabularnie przebiega... prawidłowo. Bo czego nowego spodziewać się po kolejnym romansie? Tylko samo rozpoczęcie perypetii naszej dwójki głównych bohaterów jest dość infantylne. Nie czyta się jej tak źle, kiedy zignoruje się dwie upierdliwe przyjaciółki i czasem lekkie przekoloryzowanie tej "ciemniejszej strony" Kyouya Sata.
    Przejdźmy do strony technicznej – na obwolucie pierwszego tomu mamy oczywiście naszego zabójczo przystojnego księcia. Niespecjalnie podoba mi się czcionka tytułu - ale wiadomo, to już raczej kwestia gustu. Na okładce nie ma nic ciekawego – zwykła, szara, z tytułem mangi. Na samym początku mamy spis treści - nie jest on zbytnio przydatny, bo strony są w większości nieponumerowane, ale jest. Dalej w mandze po boku strony mamy dwa dopiski autorki mangi, która opowiada trochę o swoim życiu i perypetiach z fryzjerką.
    Jeśli chodzi o tłumaczenie – czytało się raczej przyjemnie, w większości wypowiedzi były stylizowane na język młodzieżowy, ale jest jedna rzecz, która mnie drażniła – słowo "wkuźwia". To psuło każdą wypowiedź, w jakiej się pojawiło, bo ani nie brzmi dobrze, ani nigdzie nie pasuje.
    Podsumowując – jeśli jesteś fanem romansów, myślę, że tytuł przypadnie ci do gustu, bo im dalej w las, tym lepiej. Jeśli nie – raczej sobie odpuść i poczytaj coś innego.

  • Recenzja mangi: Kagami Takaya, Yamamoto Yamato, Furuya Daisuke - „Seraph of the end - Serafin Dni Ostatnich"

    serafin dni ostatnich

    Seraph of the end - Serafin Dni Ostatnich

    waneko

    Autor: Kagami Takaya, Yamamoto Yamato, Furuya Daisuke
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 11, seria dalej powstaje
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Świat został zniszczony przez nieznany wirus. Przetrwały tylko dzieci poniżej trzynastego roku życia, jednak i one zostały zniewolone przez wampiry, które wyszły z trzewi ziemi. Historia zaczyna się w podziemnym mieście Sanguinem, gdzie krwiopijcy przetrzymują dzieci. Główny bohater, Yuuichiro Hyakuya poprzysięga zemstę na wampirach, krzywdzących jego najbliższych. Chce stać się silniejszy, by uciec razem z przyjaciółmi z tego okropnego miejsca. Jednakże nic nie idzie po jego myśli i plan, który miał przynieść upragnioną wolność, doprowadza do kolejnej tragedii. Chłopiec ucieka z więzienia, jednak świat zewnętrzny wygląda zupełnie inaczej niż ten, który znał z opowieści wampirów. Nie jest zupełną ruiną, a co więcej, dorośli ludzie żyją. Już w chwilę po tym, jak udaje mu się uciec, Yuuichiro spotyka na swej drodze podpułkownika Ichinose Gurena z Japońskiej Cesarskiej Armii Demonów, która jest organizacją zrzeszającą ocalałych ludzi, walczących z krwiopijcami. Guren oferuje chłopakowi moc potrzebną do zabijania wampirów, jeśli ten tylko z nim pójdzie. Yuuichiro przystaje na jego propozycję.

    Historia przedstawiona w mandze przypomina trochę „Atak tytanów”. Główny bohater chce się zemścić za swoją rodzinę, przechodzi przez specjalny trening, a czuwa nad nim jego mistrz. Akcja jest dynamiczna i wciągająca. Autor wprowadził wiele tajemnic np. od samego początku nie wiemy, czemu świat został zniszczony przez wirus oraz czym jest tytułowy Serafin Dni Ostatnich. Tajemnica goni tajemnicę, a odpowiedzi dostajemy stopniowo. Nie znamy także motywów kluczowych postaci. Pojawiają się nieprzewidziane zwroty akcji, przez co czytelnik ma ochotę sięgnąć po kolejny tom. Kreska jest przyjemna dla oka, sceny akcji są narysowane na wysokim poziomie, a postacie dopracowane.

    „Serafin Dni Ostatnich” łączy przygodówkę z dużą ilością dramaturgii (nie ma tu takiej postaci, która by nie doświadczyła straty ukochanej osoby) z wątkami wojskowymi. Przewijają się elementy komediowe w postaci pranków czy po prostu komicznych dialogów. Gorzej przedstawia się motyw przyjaźni, bo do znudzenia Takaya Kagami nam o niej przypomina i wciska wręcz, gdzie się tylko da. W rezultacie psuje to pewne wątki, gdzie kategorycznie siła przyjaźni nie pasuje. Jeśli zaś chodzi o wojsko – mamy tu jasno przedstawioną hierarchię i zasadę „silny zjada słabego”. Nie ma tu miejsca na emocje takie jak empatia, ponieważ żołnierze mogą zostać poddani torturom w ramach testu wierności. Występuje konflikt między rodziną Hiragii, która prowadzi Japońską Cesarską Armię Demonów, a żołnierzami niższej rangi, którzy nie tolerują tego, że dowodzący nigdy nie walczą na froncie. Główną postacią, która pragnie zmiany w tym przypadku, jest podpułkownik Guren Ichinose.

    Główne skrzypce gra tu dość nierozgarnięty Yuuichiro Hyakuya, który w kółko mówi o zemście na krwiopijcach, oraz jego przyjaciel – Mikaela, pogrążony w otchłani rozpaczy, nie ufający nikomu oprócz Yuu. Pierwszy jest lekkomyślnym młodzieńcem, który najpierw mówi, a dopiero potem myśli i najlepiej nikogo by nie słuchał. Jednak w głębi ducha bardzo zależy mu na swoich najbliższych, lecz nigdy nie przyznaje się do tego na głos. Natomiast Mikaela jest zdesperowanym chodzącym nieszczęściem ze skłonnościami do poświęceń (ale tylko dla jednej osoby). Ma wręcz obsesję na punkcie swojego ukochanego Yuu, a w relacjach z innymi jest wyjątkowo nieufny i twierdzi, że wszyscy są źli. Do tego zwariowanego duetu dołącza grupa rówieśników Yuuichiro, kilkoro wojskowych o wyższej randze oraz pojedynczy arystokraci z wampirzej społeczności.

    Dlaczego sięgnęłam po „Serafina Dni Ostatnich”? Najpierw obejrzałam anime i później przyszedł czas na wersję czytaną. I przysięgam, że animacja nie umywa się do mangi. Z rozdziałami jestem na bieżąco, czytając wersję angielską, i wiele razy byłam pozytywnie zaskoczona, ponieważ występuje wiele zwrotów akcji, przy których szczęka opada. Autor skupił się głównie tutaj na wątku braterskim, chociaż występuje nawet i miłosny dotyczący Ichinose Gurena, który swoją drogą doczekał się nawet nowelki. Opowiada ona o pułkowniku, jego relacjach z rodziną Hiragii oraz o wydarzeniach przed rozprzestrzenianiem się zabójczego wirusa. Z pewnością „Serafina Dni Ostatnich” mogę polecić każdemu fanowi wampirów, demonów czy aniołów. Wygląda na to, że większą rolę odegrają na koniec te ostatnie. Mnie osobiście urzekła kreska oraz jedna z kluczowych postaci – podpułkownik Guren. Jednak na uznanie z pewnością zasługuje i więcej postaci. Historia nadal trwa, więc pewnie wiele się jeszcze zmieni, a autor zdąży nas zaskoczyć i to nie raz.

  • Recenzja mangi: Sui Ishida - „Tokyo Ghoul”

    tokyo ghoul

    Tokyo Ghoul

    waneko

    Autor: Sui Ishida
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 14
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    „Chociaż mówi się, że ludzie stoją na szczycie łańcucha pokarmowego, istnieją stworzenia, które polują na nich tak, jak poluje się na zwierzynę. Bestie, które łakną ludzkiej padliny nazywane są ghulami”.

    Tymi słowami rozpoczyna się pierwszy tom mangi „Tokyo Ghoul” Sui Ishidy. Akacja rozgrywa się w świecie, w którym obok ludzi żyją istoty zwane ghulami. Wyglądem zewnętrznym nie różnią się od zwykłego śmiertelnika. Część z nich chodzi do pracy, do szkoły, ma przyjaciół, uprawia sporty, prowadzi normlane życie. Jednak tym, co odróżnia te stworzenia od przeciętnego człowieka jest sposób odżywiania, bowiem ghule żywią się ludźmi.

    Ken Kaneki był zwyczajnym chłopakiem. Chodził na uczelnię, czytał książki, miał przyjaciela, z którym odwiedzał kawiarnię Anteiku. Jego życie byłoby całkiem normalne, gdyby nie pewien wypadek, który dla Kanekiego skończył się przeszczepem organów. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że dawcą był nie kto inny, jak ghul. Możecie sobie wyobrazić jakie było zdziwienie chłopaka, kiedy po operacji odkrył, że zwyczajne potrawy smakują obrzydliwie, za to na widok ludzi cieknie mu ślinka, a najlepszy przyjaciel pachnie niczym kurczak z rożna. Oczywiście Kaneki jest wzorem dobroci i prawości i za nic w świecie nie skrzywdziłby ludzkiej istoty. Woli umrzeć z głodu niż spróbować mięsa człowieka. I tak pewnie by się stało, gdyby nie pomoc innych ghuli.

    Tym oto sposobem Kaneki poznaje środowisko tych stworzeń oraz ich zwyczaje, a także uczy się, jak zachowywać się, aby ludzie nie odkryli kim jest naprawdę. Zawiera również nowe znajomości i odkrywa, że nie wszystkie ghule są tylko krwiożerczymi potworami. Na dodatek w dzielnicy Tokyo, w której mieszka nasz bohater pojawiają się inspektorzy do spraw ghuli, których celem jest wyeliminowanie tych stworzeń. Po której stronie stanie Kaneki? Czy zwycięży jego człowiecza natura, czy też pozostanie wierny swoim nowym przyjaciołom?

    Ogólnie „Tokyo Ghoula” czyta się szybko i przyjemnie. Obwoluta robi swoje i mangi wyglądają naprawdę porządnie. Obrazki są przejrzyste, kreska miła dla oka. Pojawia się w niej dużo ciekawych postaci, jak choćby dość tajemniczy Yomo, który nie lubi za dużo mówić o sobie, ekscentryczny artysta i twórca masek Uta, miłośnik tatuaży i piercingu oraz osobliwy „Smakosz”, który każdego obwąchuje i ma bzika na punkcie idealnie skomponowanych potraw.

    Przyznam się, że kiedy po raz pierwszy natrafiłam na tę pozycję, nie wzbudziła ona we mnie szczególnego zainteresowania. „Kolejna maga przedstawiająca ciężkie życie chłopaka, który zmaga się za swoim nieszczęsnym losem”. Myślałam, że będzie to płytka bajeczka o dobrych i biednych ludziach, którzy są nękani przez złe ghule, a Kaneki będzie miał za zadanie obronić ludzkość, ale czekało mnie miłe zaskoczenie. Historia wcale nie jest taka płaska i nijaka. Pojawia się w niej wiele ciekawych wątków, a podłoże psychologiczne postaci jest bardzo dobrze zarysowane. Może się okazać, że bohater, którego na początku mieliśmy za skończonego dupka, okaże się prawdziwym ideałem i vice versa.

    Wielbiciele mocnych scen znajdą tutaj również coś dla siebie, mianowicie Sui Ishida nie przebiera w środkach i niektóre momenty ukazuje dość dosadnie i drastycznie (ludziom o słabych nerwach i żołądkach stanowczo odradzam tę pozycję). Humor obecny w mandze również trzyma poziom. Na końcu każdego tomu znajdują się krótkie, śmieszne historyjki z życia każdego z bohaterów. Fabuła jest na tyle wciągająca, że po skończeniu jednego tomu, ma się ochotę zabrać za czytanie następnych.

    Tytuł ten mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, choć ze względu na charakter niektórych sen odradzam ją czytelnikom poniżej 16 roku życia.

  • Recenzja mangi: Yuki Midorikawa - „W stronę lasu świetlików”

    w strone lasu swietlikow

    W stronę lasu świetlików

    waneko

    Autor: Yuki Midorikawa
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1
    Cena okładkowa: 19,99

    „W stronę lasu świetlików” (lub inaczej „Hotarubi no Mori e”) to wydany w Polsce tomik mangi zawierający trzy opowiadania i dodatek do jednego z nich. Wspólny mianownik całości to uczucie łączące dwoje młodych ludzi, zbyt trudne dla nich i przynoszące ból, ale jednocześnie bardzo cenne. Takie słodko-gorzkie doświadczenia młodości, które mogą mieć wpływ na całe życie kogoś, uświadomić mu coś.

    Pierwszym z opowiadań jest, a jakże, tytułowe. „Hotarubi no Mori e” może być znane wam, czytelnikom, gdyż na jego podstawie powstało anime. Jest to krótka historia, opowiedziana od początku do końca. Nie występują tu (czasami denerwujące) odskoki od głównej fabuły, nie są rozwijane wątki bohaterów drugoplanowych. To samo tyczy się pozostałych opowiadań zawartych w tym tomiku. Autorka pozwala nam skupić się wyłącznie na głównych bohaterach, inne postacie występują tu tylko dla uzupełnienia. Zapobiegają utworzeniu się dziwnych „luk”. „Hotarubi no Mori e” jest opowiadaniem o dorastaniu, budzącym i rozwijającym się uczuciu, tęsknotą i wytrwałością. Bohaterowie mają okazję widywać się jedynie przez jeden krótki okres w roku. Dziewczynka co roku przyjeżdża spędzić wakacje u dziadka, powoli staje się nastolatką i młodą kobietą, ale nie zaniechuje tego zwyczaju, gdyż tylko wtedy może spotkać swojego przyjaciela – człowieka zamieszkującego las demonów. Jednak pewne okoliczności sprawiają, że bliżej mu właśnie do eterycznej istoty niż zbudowanej z krwi i kości. Dorasta znacznie wolniej; nie umrze, chyba że dotknie go człowiek. Między tą dwójką rodzi się uczucie, ale nieustannie towarzyszy im tęsknota. Nie tylko jesienią, zimą i wiosną. Również wtedy, gdy są razem, latem. Tęsknią za swoim dotykiem, są świadomi, że nigdy nie będą mogli być ze sobą.

    Kolejne opowiadanie to „Odrobina ciepła”. Główni bohaterowie również znają się od dziecka, ale uczucie, które ich łączy, staje się tak naturalne, że aż niezauważalne (może: że aż nie zwraca się na nie uwagi?). I tak jedno z nich przegapia szansę, drugie zaś nie widzi swych własnych uczuć(trudno jest nie widzieć własnych uczuć, może po prostu stara się je ignorować czy coś w ten deseń?). Podjęta próba wskazania komuś jego własnych uczuć sprawia bohaterce ogromny ból, czuje się zawstydzona, zraniona. Pod maską optymizmu chowa swój ból i skrycie obwinia się za zaistniałą sytuację. Oboje zadają sobie nawzajem ból(powtórzenie), ale również skazują na cierpienie samych siebie. To historia o wzgardzonym uczuciu, o tym, że czasem może już być za późno. Pokazuje jak bardzo trudne może być pogodzenie się z porażką i ruszenie dalej.

    „Nie zobaczysz gwiazd” różni się nieco od pozostałych opowiadań. Główny bohater jest bardzo energiczny, dziecinny. Dojrzewa wraz z historią, a bodźcem do zmian jest poznanie pewnej dziewczyny. Do spotkania dochodzi nie w okresie dzieciństwa, ale później, już w szkole. Pomiędzy bohaterami, którzy wychowali się i żyją w różnych warunkach, istnieje przepaść niewiedzy. Aby lepiej się zrozumieć, muszą się poznać. Jest to historia o dystansie dzielącym dwoje ludzi. Nie tylko tym liczonym w kilometrach, ale także określanym przez uczucia, strach, lęk, ból.

    Każda z tych historii opowiedziana została w sposób pozwalający nam jak najlepiej zrozumieć intencje bohaterów. Ich postacie są bardzo dobrze zbudowane, nie odczuwa się w nich braków czy jednowymiarowości. Przeżywają rozterki, mają wątpliwości… zupełnie jak my sami. Lektura pozwala na refleksje, budzi emocje, porywa. Obserwowanie dorastania bohaterów – zewnętrznego i wewnętrznego – skłania nas do wspominania i rozmyślania nad własnym życiem.

    Podczas lektury będzie towarzyszyć Wam z pewnością kilka uczuć, jednym z nich jest melancholia. Przenika cały tom od początku, do końca. Jak gdyby autorka chciała nam powiedzieć „nie wszystko jest proste ale nawet, jeśli sprawia ból to może być bliskie naszemu sercu i dlatego nie warto z tego rezygnować”. Miejscami byłam lekko rozbawiona, innymi zniecierpliwiona lub rozczulona. Przyznaje, zdarzyło mi się uronić łzę. Ale sądzę, że ta manga jest tego warta. To nie coś, co przeczyta się raz, odkłada na półkę i zapomina. Jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę.

    Sam przebieg akcji jest płynny choć nie ma tam wartkiej akcji, wszystko porusza się stale i powoli, niczym letni wietrzyk kołyszący trawa na łące. Pozwala to idealnie wbić się w klimat mangi. Ponadto wielokrotnie miałam ochotę jeszcze zwolnić, zatrzymać się, pobyć z nimi chwilę dłużej. Naprawdę ich wszystkich polubiłam.

    Ilustracje również idealnie pasują do klimatu. Nie nazbyt szczegółowe, pozwalające skupić się na przeżyciach głównych bohaterów. Wydają się wręcz eteryczne. Emocje bohaterów zostały świetnie przedstawione. Autorka sprawiła, że mimo, iż nieszczególnie się wyróżniają, to stają się zapamiętywalni. Ich projekty są ładne, czyste, nie znajdziemy w ich wyglądzie rozpraszających szczegółów czy znaków szczególnych. Jedyną postacią odstającą od reszty jest wychowywany przez demony chłopak, jednak był to zabieg konieczny abyśmy stale pamiętali o jego inności i wynikających z niej konsekwencji. Bohater ostatniego opowiadania również z początku wydaje się odmienny od reszty – beztroski flirciarz o pogodzie ducha dziecka malującej się na twarzy. Jednak z czasem również on zmienia się i dorasta.

    Rzecz niezupełnie ważna podczas czytania (bo przecież liczy się treść!) a jednak bardzo istotna – okładka. Jest przepiękna, użyto jasnych, pogodnych kolorów. Całość wygląda jak szybki malunek wykonany akwarelami. I to jest w niej piękne, wrażenie sielskiej niestałości, jakie odczuwamy patrząc na nią.

    Podsumowując - „Hotarubi no Mori e” (bądź „W stronę lasu świetlików”) ma tylko jedną ogromną wadę. Kończy się.

  • Recenzja Mangi: Takano Ichigo - „Orange"

    Recenzja mangi Orange

    Orange

    waneko

    Autor: Takano Ichigo
    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 5
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Sięgając po „Orange”, wiedziałam, że mogę spodziewać się dużej dawki emocji, skoro jest to manga z gatunku dramatu. Słyszałam wiele pochlebnych opinii, ale dopiero kiedy dowiedziałam się o nadchodzącej ekranizacji, nabrałam ochoty, żeby przeczytać tę historię. Jej autorką jest Takano Ichigo, która publikuje obecnie mangę „ReColletion.” Dopiero po niewielkim researchu dowiedziałam się, że jest również autorką „Bambi no Tegami” - krótkiej  i lekkiej historii, którą czytałam dość dawno i mile wspominam do dziś.

    Wracając do tematu tej recenzji, główną bohaterką „Orange” jest Naho Takamiya. Pewnego dnia dostaje list, którego nadawcą jest... ona sama. W dodatku jest to list z przyszłości oddalonej o dziesięć lat. Na początku traktuje to jako żart, ale kiedy wydarzenia opisywane w liście zaczynają pokrywać się z jej teraźniejszością, zostaje zmuszona do uwierzenia w zawartość listu. Wiadomość od jej przyszłego „ja” jest pełna żalu i bólu, który wydaje się dotyczyć nowego ucznia, Kakeru Naruse. Dlatego starsza „siostra” przekazuje Naho wskazówki, jak postąpić właściwie i oszczędzić sobie popełnienia tych samych błędów. Od tego momentu na ramionach Naho ciąży odpowiedzialność za życie i przyszłość Kakeru. Być może opis przywodzi na myśl typową historię o szkolnym dramacie, ale już w pierwszym tomie dostajemy coś innego. Jest to ciekawe połączenie elementu fantastycznego – w postaci listu z przyszłości – z romansem i dramatem. Wciąż mamy do czynienia z mangą shoujo, więc miłosne rozterki odgrywają główną rolę, ale w ostatecznym rozrachunku fabuła jest spójna i ciekawa, w dodatku ciągle trzyma nas w napięciu, jak zakończy się cała przygoda z listem.

    W kwestii bohaterów jestem odrobinę rozczarowana. Głównymi postaciami mangi jest sześcioro przyjaciół. Dostaliśmy typowe sylwetki bohaterów – okularnika ze śmiesznymi tekstami, towarzyską, energiczną przyjaciółkę i tę drugą, bardziej poważną, a na koniec popularnego, przystojnego, trochę głośnego sportowca, który tworzy jeden z boków trójkąta miłosnego. Mimo że polubiłam wszystkich, zawiodłam się tym, że ich osobowości zostały potraktowane tak powierzchownie. Oprócz tej czwórki jest jeszcze dwójka głównych bohaterów. Naho to typowa dziewczyna z mangi shoujo, jednak irytowała mnie o wiele mniej niż inne przedstawicielki tego gatunku. Nieśmiałość, rumieńce aż po uszy i cukierkowa słodycz to jej nieodzowne cechy i chociaż u Naho ich nie brakowało, to dziewczyna wciąż pozostawała człowiekiem, którego w dodatku da się lubić. Z drugiej strony denerwowała swoją przewidywalnością i biernością w niektórych sytuacjach. I w końcu najbardziej intrygująca postać, Naruse Kakeru, którego prawdopodobnie polubiłam najbardziej. Miły, całkiem popularny chłopak, zawsze uśmiechnięty, ale ukrywający swoje prawdziwe uczucia. To wokół niego toczy się cała historia i to jego Naho musi uratować. Ukłony dla autorki za tak realistyczne przedstawienie postaci Kakeru, ale także za jego relację z Naho. Ich uczucie rozwija się powoli, ale naturalnie. Są nieśmiali, zestresowani – jak przystało na niedoświadczonych nastolatków. Dopiero pod koniec czytania mangi można dostrzec, jak oboje się zmienili, jak ich związek dojrzał i przemienił się w coś głębszego. Naho i Kakeru to przykład, że nie trzeba chodzić za rączki i gruchać jak gołąbki, żeby darzyć się prawdziwym uczuciem.

    Pora na zachwyty rysunkami i całą oprawą graficzną. Już jestem zadowolona z faktu, że wszyscy bohaterowie różnili się na tyle, żeby nie dało się ich pomylić. Zawsze mam taki problem z mangami shoujo, że postaci są niemal identyczne i czasami trudno mi je odróżnić. W posłowiu autorka wspomniała, że nie jest zadowolona ze swoich rysunków i ciągle widzi jakieś niedociągnięcia. Pozwolę sobie nie zgodzić się z nią, ponieważ przez całe pięć tomików nie zauważyłam żadnego zgrzytu, dziwnych proporcji, a wręcz przeciwnie, wszystko wydawało mi się takie pasujące do historii. Najbardziej podobał mi się sposób rysowania ust, dzięki czemu wydawały się one bardziej ludzkie, a w przypadku dziewcząt – po prostu urocze. Nie mam pojęcia, czy to znak rozpoznawczy tej autorki, ale mam nadzieję, że po „Orange” tak się stanie. Warto zwrócić również uwagę na miejsce akcji, a mianowicie Matsumoto (w prefekturze Nagano), ponieważ autorka przemyca do mangi wiele miejsc, które lubi. Nawet mundurki Naho i reszty są inspirowane ubiorem licealistów z Matsumoto, a na dwóch okładkach można zobaczyć autentyczne miejsca.

    Po „Orange” spodziewałam się dobrej, wzruszającej lektury, a dostałam zabójczy wyciskacz łez. Urzekła mnie historia, urzekła mnie relacja Naho i Kakeru, urzekły mnie nawet okładki. Takano Ichigo odwaliła kawał dobrej roboty, balansując między przeszłością a przyszłością, pokazując młodszą i starszą Naho jako dwie strony tej samej monety. Przez całą opowieść zadawałam sobie pytanie, czy uda się uratować Kakeru, i aż do ostatniej chwili nie byłam tego w stu procentach pewna. Gdzieś przeczytałam kilka słów na temat „Orange”, które prawdopodobnie idealnie oddają znaczenie tytułu oraz całej historii – to tak jak wtedy, kiedy jesz pomarańczę i nie wiesz, czy będzie kwaśna, słodka, a może gorzka. Starasz się wybrać najlepszą, ale nie wiesz, co się stanie, kiedy spróbujesz. Czy będzie dobra? Czy zostawi gorzki posmak na języku, a może będzie tak pyszna, że się uśmiechniesz? „Orange” to pewnego rodzaju lekcja. Co masz zrobić dzisiaj, zrób dzisiaj, niczego nie odkładaj, żyj tak, żeby potem niczego nie żałować. Żeby nie musieć wysyłać listu do swojego „ja”.

  • Recenzja mangi - Kousuke - „Gangsta”

    Gangsta

    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 7 i rośnie
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Ergastulum. Miasto śmierci. Miasto mafii. Tym razem wydawnictwo Waneko wprowadza nas do mrocznego świata, gdzie rządzą władza i pieniądze. Za historię i rysunki odpowiada Kohske, która wcześniej wydała kilka krótkich historii, ale dopiero „Gangsta.” przyniosła jej rozgłos. Manga doczekała się nawet adaptacji w postaci 12-odcinkowego anime w zeszłym roku.

    Jestem fanką mrocznych klimatów, więc świat przedstawiony w „Gangsta.” od razu przypadł mi do gustu. Choć oczywistym jest, że mangi rysowane są głównie w kolorach bieli i czerni, tak w przypadku tej miałam wrażenie, że wszystko jest utrzymane w odcieniach szarości i czerni, co nadaje jeszcze mroczniejszego klimatu. Obrazu dopełniają bohaterowie. Nie wiemy, gdzie dokładnie dzieje się cała akcja, ale na pewno jest to świat zachodni. Widać to po wyglądzie postaci, których rysy twarzy są bardzo zbliżone do europejskich, ale nie tylko to czyni je tak odpowiednimi do historii. Autorka zwraca uwagę na szczegóły, twarze nie są idealnie wygładzone, a wręcz przeciwnie – mają blizny, zmarszczki, niedoskonałości. Lubię, kiedy bohaterowie, chociaż narysowani, są maksymalnie zbliżeni do realnych sylwetek.

    Głównymi bohaterami „Gangsty.” są Nicolas i Worick, dwójka „specjalistów”, którzy zajmą się każdym zleceniem, dopóki wiąże się z tym odpowiednia suma pieniędzy, oraz prostytutka Alex, która jest w mieście od niedawna. Świat „Gangsty.” oglądamy głównie jej oczami, razem z nią odkrywamy tajemnice Ergastulum i mroczne strony, o których lepiej nie wiedzieć. Dlatego często jesteśmy trzymani w niewiedzy, podczas gdy reszta rozumie całą sytuację. Ale dzięki temu stopniowo odkrywamy zawiłości funkcjonowania miasta, a tajemniczy klimat zostaje utrzymany.

    Ciężko powiedzieć coś konkretnego o fabule po przeczytaniu pierwszego tomu, gdzie zostajemy raczej wprowadzeni w ten mroczny świat, ale patrząc przez pryzmat anime, na brak akcji nie można narzekać. Skomplikowane relacje pomiędzy trójką głównych bohaterów i wprowadzenie wielu ciekawych i barwnych postaci działa jedynie na korzyść, dlatego żadna scena i dialog nie są zbędne, a wręcz przeciwnie. Aby oszczędzić spoilerów i nie psuć przyjemności z czytania, napiszę jedynie, że fabuła „Gangsty.” jest ciekawą, momentami odrobinę chaotyczną, ale umiejętnie poprowadzoną ścieżką.

    Warto wspomnieć jeszcze o samym wydaniu mangi. Okładka również jest utrzymana w odcieniach szarości, czerni i bieli, jedynie tytuł został pociągnięty kolorem złotym. Eleganckie w swej prostocie. O ile zazwyczaj preferuję śladowe ilości przekleństw, o tyle w „Gangsta.” są one, z oczywistych względów, nieuniknione. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze, a tylko dodaje realizmu. Bo przecież jaki gangster wyraża się poprawnym i grzecznym do bólu językiem? W tym aspekcie tłumacze i redakcja Waneko poradzili sobie doskonale.

    Po skończeniu pierwszego tomu pojawia się uczucie niedosytu, dlatego myślę, że „Gangsta.” odniosła sukces w przyciągnięciu czytelników i utrzymaniu ich w garści, dopóki nie sięgną po drugi tom. Polecam tę mangę wszystkim, którym przejadły się cukierkowe romanse i nie aż tak straszne shōneny. To idealna pozycja dla tych, którzy szukają czegoś mocniejszego, gdzie tematy tabu nie istnieją. Autorka stworzyła mroczny, interesujący świat, który wciąga czytelników i za żadne skarby nie wypuszcza.

  • Recenzja mangi - Kei Toume - „Acony”

    Acony

    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 1 (trzy w jednym)
    Cena okładkowa: 34,99 zł

    Wydawnictwo Waneko 1 kwietnia zeszłego roku postanowiło zapowiedzieć "Powóz Lorda Bradleya". Ze względu na wiadomy charakter tego dnia mało kto uwierzył, że zapowiedź była jak najbardziej poważna. W tym roku 1 kwietnia pojawiła się informacja, że na rynku ukazała się nowa manga. Właśnie wtedy można było zakupić egzemplarz mangi zatytułowanej „Acony”. Aby udowodnić, że i tym razem nie jest to zwykły „trolling” ze strony wydawnictwa, Waneko wstawiło zdjęcia świeżutkich egzemplarzy. Nieźli są, nie? Tak czy siak, miło, że tytuł ten zagościł na naszym rynku, ponieważ jest, krótko mówiąc, naprawdę niezły i godny uwagi.

    O czym w takim razie jest „Acony”? To opowieść o tym, jak młody chłopak, Motomi, z powodu swojej matki musi zwinąć manatki i przeprowadzić się do dziadka. Można pomyśleć, że czeka go monotonia, a mieszkanie ze starszym panem bardzo szybko zacznie go nudzić – nic bardziej mylnego. Miejsce, do którego trafia nasz bohater, jest po prostu pełne dziwactw, a jego mieszkańcami są osoby, których na próżno szukać gdzie indziej. W nowym mieszkaniu poznaje dziewczynę o imieniu Acony, która z miejsca oświadcza mu, że... no właśnie. Nie będę psuł wam tej przyjemności i nie powiem, jaką tajemnicę skrywa Acony. Będziecie to musieli sprawdzić sami.

    „Acony” zostało wydane w formacie 3w1 i cała historia zamyka się właśnie w tych trzech tomach. Szczerze mówiąc, po przeczytaniu tej mangi odczuwa się niedosyt. Z jednej strony, tajemnica, która otacza dziewczynę, zostaje szybko rozwikłana, a dalsza część tej mangi to po prostu krótkie opowieści, jednak z drugiej strony, miejsce, w którym rozgrywa się akcja tego tytułu, można tak bardzo polubić, że aż żal człowieka ogarnia, gdy musi się z nim pożegnać. Bo miejsce to jest niezwykłe, intrygujące, pełne dziwnych zakamarków, tajemnic i z opowieści na opowieść wciąga coraz bardziej. Tytułowa Acony to dziewczyna, która nie da sobie w kaszę dmuchać i nie darzy innych zbyt szybko zaufaniem – dzięki temu widać, że nie jest to bohaterka nijaka. Proces rozwikłania jej tajemnicy potrafi wciągnąć, a finał nie bez powodu jest dziwny. Mogę powiedzieć, że mnie na pewno zaskoczył. Inne postacie nie ustępują Acony. Mieszkanie, które dla Motomiego stało się domem, pełne jest osobliwych i intrygujących postaci. Każda z nich ma swoją własną, niepowtarzalną historię. Gdyby historia została pociągnięta dalej, kto wie, jakie karty mogłyby zostać odkryte. Jak wiele jeszcze zagadek kryje to nietypowe miejsce? Tego niestety już się nie dowiemy.

    Samej kreski z całą pewnością nie można nazwać brzydką, ale również nie jest nadzwyczajna. Humor pojawia się sporadycznie i potrafi wywołać na twarzy jedynie nikły uśmiech. Samo wydanie oceniam bez zarzutu. Grzbiet jest wytrzymały, czerń odpowiednia, a onomatopeje dobrze wyczyszczone. Czytając „Acony”, nie zauważyłem literówek. Tłumaczenie nie jest sztywne i dobrze oddaje charakter mangi.

    Podsumowując, jest naprawdę nieźle. Historia, co prawda, nie jest szczególnie porywająca, jednak mangę czyta się bardzo przyjemnie. Brak wykorzystania potencjału miejsca trochę boli i szkoda, że tak szybko musimy się z nim rozstawać. Bohaterowie wzbudzają sympatię, a dziwactwa, które są nieodłącznym elementem ich istnienia, czynią z nich postacie naprawdę nietypowe. „Acony” to całkiem dobrze wydana manga, a do tego dość tania. 34,99 zł za tytuł 3w1, w dodatku wydany w powiększonym formacie? Warto się skusić.

  • Recenzja mangi - Kataoka Jinsei, Kondou Kazuma - „Deadman Wonderland”

    Deadman Wonderland

    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 13
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Należysz do grona fanów „Igrzysk Śmierci”? Interesują cię przygody Thomasa z „Więźnia labiryntu”? Nie masz nic przeciwko brutalnym scenom, rozlewom krwi czy odpadającym kawałkom ciał? A może jesteś miłośnikiem horrorów? Jeśli odpowiedziałeś na te pytania twierdząco, koniecznie sięgnij po mangę autorstwa Jinsei Kataoki oraz Kazumy Kondou!

    Kilka pierwszych stron mangi przybliży nam wydarzenia, które miały miejsce przed rozpoczęciem się głównej historii. Dowiemy się z między innymi tego, że Tokio zostało zniszczone w wyniku olbrzymiego trzęsienia ziemi. Główny bohater, 14-letni Ganta Igarashi, jest jednym z ocalałych po tym dramatycznym wydarzeniu. Poznajemy go w momencie, w którym dowiaduje się o szkolnej wycieczce do więzienia „Deadman Wonderland”. Jest to prywatna placówka, która łączy zakład karny z wesołym miasteczkiem. Brzmi dziwacznie, prawda? Dodatkowo, zarobione pieniądze przeznacza na szczytny cel, jakim jest odbudowa Tokio. W szkole Ganta dzieli się swoimi wątpliwościami z kolegami i koleżankami, lecz nagle za oknem budynku pojawia się tajemnicza lewitująca postać. I wtedy dochodzi do prawdziwej rzezi.

    Dziwny przybysz brutalnie zabija wszystkie osoby znajdujące się w klasie. Oszczędza tylko głównego bohatera i umieszcza w jego klatce piersiowej czerwony kamień. Następnie chłopak, będący jedynym świadkiem i jedynym ocalałym, zostaje oskarżony o dokonanie masakry i skazany na karę śmierci. W taki sposób dostaje się do wcześniej wspomnianego więzienia. Prawdziwa ironia losu.

    W zakładzie karnym nie jest wcale tak kolorowo, jakby się wydawało, sądząc po jego nazwie. Już na samym początku Ganta jest świadkiem tego, jak jeden z więźniów zostaje rozcięty mieczem przez jedną ze strażniczek z powodu nieumyślnego rozsypania paczek, które pchał na wózku. To wydarzenie przelało czarę goryczy. Będąc samemu w swojej celi, bohater poddaje się rozpaczy i w panice krzyczy, że nie wytrzyma dłużej i marzy o tym, aby ktoś odebrał mu życie. Wtedy do celi wpada dziwna dziewczyna, która przedstawia się jako Shiro - dawna przyjaciółka Ganty z czasów dzieciństwa. Ale chłopak nie potrafi przypomnieć sobie nikogo takiego. Jednak dzięki niej główny bohater poznaje zasady panujące w więzieniu i uczy się, jak przetrwać - co nie jest wcale takie łatwe.

    Warto przybliżyć sposób, w jaki placówka „Deadman Wonderland” zarabia pieniądze. Poza takimi atrakcjami jak liczne karuzele i stoiska z pamiątkami, organizowane są też różnego rodzaju przedstawienia dla odwiedzających, których „gwiazdami” są więźniowie. Polegają one na wzajemnej rywalizacji osadzonych o bardzo atrakcyjną nagrodę. Adrenalinę dodatkowo podnoszą różnego rodzaju „niespodzianki”, które są wymyślane przez organizatorów, przykładowo: wahadłowe ostrza wypadające ze ścian, bomby, rowy z wodą pod napięciem. To prawdziwa walka na śmierć i życie. Zwiedzający nie mają pojęcia o tym, że to wszystko dzieje się naprawdę. Są przekonani, że to tylko gra aktorska, a wszelkie przeszkody to atrapy. A nie mówiłam, że będzie to podobne do „Igrzysk Śmierci”?

    Zapytacie pewnie, po co oni w ogóle biorą udział w takich zawodach i czy są do tego zmuszani. Teoretycznie nie. Uczestnictwo w takim przedstawieniu jest dobrowolne, jednak więźniowie dostają za nie punkty, które mogą wymienić (na żywność, ubrania, rzeczy do wyposażenia swoich celi, a nawet parę dodatkowych dni życia). Sami rozumiecie - za dużego wyboru nie mają.

    Historia przedstawiona w mandze przypomina trochę „Battle Royale”. Ukazane w niej sceny są nieraz dość brutalne i krwawe.  Akcja jest bardzo dynamiczna i wciągająca. Po przeczytaniu jednego tomu czytelnik ma ochotę od razu sięgnąć po kolejny. Kreska jest przyjemna dla oka, a postaci dopracowane; nie ma niepotrzebnego chaosu, dzięki czemu wszystkie sceny są przejrzyste. Czytając mangę, jesteśmy w stanie domyślić się części wydarzeń. Ale jednak pojawiają się nieprzewidziane zwroty akcji, które potrafią mocno zaskoczyć czytelnika.

    Denerwująca jest postać głównego bohatera, który, gdyby nie pomoc innych, nie przetrwałby w więzieniu ani jednego dnia. Trzeba przyznać, że jest on dość roztrzepany. Irytuje również jego naiwność, delikatność, częste wybuchy płaczu oraz trudności z pogodzeniem się z zaistniałą sytuacją. Ktoś zawsze musi ratować go z opresji. Należy jednak mieć nadzieję, że w dalszych tomach się to zmieni i Ganta weźmie się w garść.

    Shiro również nie przypadła mi do gustu. Jest zbyt dziecinna jak na swój wiek. Wydaje się również traktować cały pobyt w więzieniu jako zabawę. Ale trzeba przyznać, że na pewno potrafi zadbać o siebie lepiej niż Ganta. Jedyne, co podoba mi się w tej postaci, to tajemnica, którą jest owiana. Nie wiemy o niej nic. Również kontrowersyjna jest jej dawna przyjaźń z głównym bohaterem, której on sam zaprzecza. Może dziewczyna ma jakieś urojenia? Może jej miły sposób bycia i troska o Gantę to tylko przykrywka? Nie dowiemy się tego, jeśli nie przeczytamy kolejnych tomów.

    Moim zdaniem „Deadman Wonderland” jest ciekawą pozycją. Pierwszy tom nie jest  szczególnie porywający, ale po jego przeczytaniu ma się ochotę na więcej. Ta manga ma potencjał - już samo połączenie więzienia z parkiem rozrywki jest oryginalne i interesujące. Miłośnicy postapokaliptycznych wizji świata na pewno się nie zawiodą.

  • Recenzja mangi - Kyouske Motomi - „QQ Sweeper”

    QQ Sweeper

    Wydawnictwo: Waneko
    Ilość tomów: 3
    Cena okładkowa: 19,99 zł

    Do sięgnięcia po QQ Sweepera zachęciła mnie okładka. Widząc przystojnego bruneta w mundurku, od razu domyśliłam się, że jest to manga Kyōsuke Motomi – autorstwa Dengeki Daisy. Manga o sprzątającym woźnym spodobała mi się do tego stopnia, że z radością sięgnęłam do nowego dzieła pani Motomi.

    Pierwszy rozdział zaczyna się dość tajemniczo – słowami: „wejdź do tamtego pokoju”. Po przeczytaniu pierwszej strony kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Kilka stron dalej poznajemy Kyuutarou Horikitę – chłopaka z zespołu sprzątającego w Liceum Kurokado. Główny bohater znajduje w pokoju śpiącą dziewczynę o imieniu Nishioka, która określa siebie „niezamężną panienką”. Jak się okazuje, przeniosła się ona do Liceum Kurokado i jest nową uczennicą szkoły. O dziwo, trafiła do tej samej klasy co Horikita. Nowa uczennica od razu poznaje koleżanki z klasy, a także kolegę, który dobrowolnie proponuje, że oprowadzi ją po szkole. Okazuje się, że celem Fumi jest znalezienie bogatego mężczyzny, by zapewnić sobie świetlaną przyszłość. Jednakże nowo poznany kolega zachowuje się dość nachalnie w stosunku do „świeżynki” oraz zachęca ją do wzięcia udziału w karaoke razem ze znajomymi. W tym momencie do akcji wkracza ciemnowłosy wybawca, Horikita, który ze spokojem oznajmia, że przeszkadza mu swoją osobą w rozmowie z nową. Sakaguchi jest oburzony postawą tajemniczego Kyuutarou, jednak ten po chwili oznajmia mu, że ma się stawić w gabinecie psychologa. Nastaje w tym momencie wymowna cisza i ich dyskusja kończy się. Jak się później okazuje, główny bohater mangi jest bardzo skryty, tajemniczy i ma bzika na punkcie czystości (brzmi prawie jak opis Kurosakiego z Dengeki Daisy). Na dodatek po klasie krąży o nim wiele plotek, ale tak naprawdę mało osób dobrze go poznało.

    Nie zdradzając więcej smaczków, uważam, że fabuła mangi przypadnie do gustu sympatykom Dengeki Daisy. Są widoczne podobieństwa między DD a QQ Sweeperem. Jednakże, nie razi w to żaden sposób w oczy, a wręcz przeciwnie – budzi ciekawość. Podpisuję się pod słowami autorki: „w tej mandze pokazuje się, jak wspaniałe są miotły”. Po przeczytaniu tej „wymiatającej” nowości od Kyōsuke Motomi, lecę do boju z miotłą po pokoju.