Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Planeta jak narkotyk

    ciemna strona ksiezycaEmpireum to planeta narkotyk, dla której wszyscy tracą głowę. Jest jak diabeł, wcielone zło niszczące człowieka, zabijające go fizycznie lub psychicznie. Czy ekipa badawcza składająca się z poety, inkwizytora, żołnierza i naukowca będzie w stanie rozwikłać zagadkę znikających statków i zamierających szlaków transportowych? O tym przeczytacie w książce Grzegorza Gajka „Ciemna strona księżyca”, a z naszej recenzjidowiecie się, czy warto po tę książkę sięgnąć.

  • Życie w zmyślonym świecie

    oczy pelne szumuW 2007 roku Dawid Kain śmiało wkroczył w pisarski świat i zadebiutował powieścią „Prawy, lewy, złamany”. Teraz ten autor powraca z gruntownie przeredagowaną, pozmienianą i jeszcze bardziej psychodeliczną wersją swojej pierwszej książki. Co mają nam do zaoferowania „Oczy pełne szumu”? Przekonajmy się! Naszą recenzję powieści znajdziecie tutaj.

  • Recenzja książki: Grzegorz Gajek - „Ciemna strona księżyca"

    ciemna strona ksiezyca

    Grzegorz Gajek - „Ciemna strona księżyca”

    wydawnictwo ixWydawnictwo: Wydawnictwo IX
    Liczba stron: 376
    Cena okładkowa: 45,00 zł

    „Ciemna strona księżyca” to powieść autorstwa Grzegorza Gajka, z wykształcenia kulturoznawcy, z zawodu dziennikarza, redaktora i tłumacza, który zadebiutował na poletku fantastycznym w 2007 roku opowiadaniem „Serce słońca”. Jego powieść grozy „Malowidło” została nominowana do tytułu Książka Roku w 2016 r. na portalu Lubimyczytać.pl. Książka „Ciemna strona księżyca”, jak mówi sam autor, jest swojego rodzaju „omnibusem” zawierającym pierwszą powieść, którą stworzył, i pięć opowiadań dopełniających ją.

    Empireum – planeta narkotyk, dla której wszyscy tracą głowę. Jest jak diabeł, wcielone zło niszczące człowieka, zabijające go fizycznie lub psychicznie. W chwili grozy, gdy znikają kolejne statki, a szlaki transportowe zamierają, cesarz planety postanawia zwołać ekipę badawczą składającą się z poety, inkwizytora, żołnierza i naukowca, która ma za zadanie rozwikłać zagadkę przerażającej anomalii. Jednak czy naprawdę wszystko jest takie, jakim się wydaje?

    Akcja powieści osadzona jest głównie w kosmosie. Grzegorz Gajek zbudował własne, niezwykłe uniwersum, które przez swoją lokalizację zyskuje klimat grozy. Kosmos jest bowiem dla człowieka niepojęty – pełen gwiazd oraz planet wydaje się piękny, wręcz romantyczny. Od zarania dziejów budzi w ludziach fascynację, wielu przez teorie na jego temat było gotowych oddać życie. Pomimo całej swojej poetyckości jest również przerażający, jego wielkość jest niepojęta przez ludzkie umysły, a cisza w nim panująca może płatać figle nawet najbardziej racjonalnym. Czas akcji nie jest nam znany, jednak możemy założyć, że jest to przyszłość.

    Bohaterowie, jak już wspominałam, to niecodzienna ekipa badawcza. Każdemu z jej członków autor poświęca jedno z opowiadań. Głównych bohaterów w „Ciemnej stronie księżyca” mamy wielu. Początkowo myślałam, że najważniejszą rolę pełni inkwizytor, jednak moje spostrzeżenie szybko okazało się błędne, gdyż w każdym rozdziale kto inny wysuwa się na pierwszy plan. Inkwizytor Iulius Decymber, jak może sugerować jego nazwisko, jest chłodny, bezemocjonalny, a nawet wręcz arogancko obojętny. To sługa Kościoła, a pomimo tego niezwykle racjonalny człowiek. W powieści wielokrotnie podkreślono, że nie grzeszy on urodą, przez co nie wzbudza szczególnej sympatii, bo jak pisze o nim Grzegorza Gajka, miał brzydką twarz obarczoną szerokimi ustami, małymi oczyma i długim nosem. Inna bohaterka – Brena Tiers – od zawsze pałała miłością do kosmosu, choć, co wielokrotnie próbowała uzmysłowić jej siostra, zawody z nim związane były uważane za męskie. Kobieta jednak została wykwalifikowanym pilotem oraz naukowcem. Obecnie pełni funkcję niezależnego obserwatora pierwszej klasy. W misji bierze udział również żołnierz, pułkownik Kris Kord, „funkcjonalny ćpun”, jak go określił inkwizytor. Po wypadku nie potrafi on zasypiać bez pomocy środków farmakologicznych, niemniej jednak to najbardziej rozważny i uporządkowany bohater. Tymczasem szczególnie zastanawiającą postacią jest poeta Ionas Atawafis. W końcu co artysta miałby robić na tak ważnej misji? Otóż został na nią wysłany na rozkaz samego cesarza. Autor „Księgi Lucyfera”, zawdzięczającej swój tytuł stacji badawczej, przez której awarię Atawafis prawie zginął, ma dwadzieścia dwa lata i jest bardzo kolorowym człowiekiem zarówno pod względem stylu ubierania się, jak i osobowości. Moim zdaniem najważniejszym bohaterem jest jednak Eric Gayst, od którego, jak sugeruje we wstępie autor, wszystko się zaczęło. Dawniej był pilotem pierwszej klasy, który w bardzo młodym wieku jako jedyny z grupy znajomych zdobył uprawnienia umożliwiające mu dalekie loty. Porównywany do Ikara, kochał gwiazdy równie mocno, co swoją żonę, jednak miłość do nich stała się źródłem jego zguby… W utworze (prócz opowiadania) jest tylko widmem, jednak nie da się go nie lubić.

    W powieści, mimo jednego, określonego punktu kulminacyjnego, dzieje się naprawdę wiele, czasem odnosiłam wrażenie, że autor „robił” wiele innych rzeczy tylko po to, by jak najdłużej zwlekać z wyjaśnieniem zagadki. Znajdziemy tu dużo opisów bogatych przeżyć bohaterów, fantastyczne poczucie humoru i język, który należy do trudniejszych i zawiera w sobie słownictwo popularnonaukowe. Autor wplata również nawiązania do mitologii, mistycyzmu, opowiada sporo barwnych historyjek. W tekście znajdziemy stylizację na wywiady oraz fragmenty przypominające strony z tekstów naukowych, co moim zdaniem można uznać za plus, bo ułatwia wczucie w fabułę. Jednak te same zalety są dla mnie również dość sporymi wadami. Do samego końca wydawało mi się, że wszystko dzieje się wokół głównego wątku, dopiero dołączone pod koniec opowiadania sporo mi wyjaśniły. Uważam, że całość prezentowałaby się dużo lepiej, gdyby były wplecione bezpośrednio w fabułę, inaczej czytelnik odnosi wrażenie, że dostaje ciągle to samo, tylko z nowymi szczegółami. Opowiadania rozwijają też postacie i bez nich czułabym, że książce brakuje jakiegoś ważnego elementu. Minusem jest również to, że czasem kompletnie gubiłam się w przedstawianej mi przez Grzegorza Gajka opowieści, jednak muszę przyznać, że książka jest naprawdę wciągająca i gdy dzięki niej na chwilę zwątpiłam we własne istnienie oraz realność otaczającego mnie świata, to naprawdę mnie ujęła. Każda jej wada jest jednocześnie w jakiś sposób jej zaletą.

    Muszę przyznać, że „Ciemna strona księżyca” kompletnie nie trafiła w mój gust, ale jednocześnie – jakby na przekór – bardzo mnie zainteresowała. Fenomenalni, dokładnie opisani bohaterowie, kwiecisty język, ciekawy humor i oryginalna historia sprawiły, że czytając ją w nocy, dostawałam lekkiej psychozy, a ze strony na stronę tylko bardziej mnie wciągała. Jeśli lubicie barwne opisy i chcecie poznać przeszłość bohaterów, to ta książka jest dla was!

  • Recenzja książki: Dawid Kain - „Oczy pełne szumu"

    oczy pelne szumu

    Dawid Kain - „Oczy pełne szumu”

    wydawnictwo ixWydawnictwo: Wydawnictwo IX
    Liczba stron: 214
    Cena okładkowa: 39,90 zł

    „Oczy pełne szumu” to pozycja zaskakująca już od pierwszych rozdziałów – gruntownie przeredagowana, pozmieniana i jeszcze bardziej psychodeliczna wersja pierwszej powieści Dawida Kaina „Prawy, lewy, złamany”, którą pisarz zadebiutował w 2007 roku. Od razu zachwyciła mnie okładka, która moim zdaniem idealnie oddaje treść książki. Ukazane na niej rozpikselowane oko, kolorystyka stylizowana na obraz 3D wskazują na pochłonięcie bohaterów przez świat telewizji – i to dosłownie, ponieważ fabuła opiera się na odkrywaniu przez ludzi prawdy o tym, że nieświadomie stali się bohaterami filmu. Akcja rozgrywa się na krakowskim osiedlu, rok nie jest nam znany.

    Wstyd się przyznać, ale oprócz lektur szkolnych rzadko sięgam po polską literaturę. Za każdym razem podchodzę do niej z ogromnym sceptycyzmem, nie nastawiając się, że wywoła zachwyt czy inne pozytywne emocje, bo Polacy często się nie starają. Dlaczego? Ponieważ uznają, że za granicą lepsze, fundusze nie takie, wszystko już było, trudno coś wymyślić i wynajdują inne brednie, będące zwykłym narzekaniem. Tak przynajmniej do tej pory to odbierałam. Ta książka jednak kompletnie zmieniła moje podejście do tematu. Kain z powodzeniem udowadnia, że polskie może być dobre, a nawet lepsze od pozycji napływających do nas z zagranicy.

    Pesymizm, telewizja, przeświadczenie, że Bóg umarł – tak w skrócie opisałabym tę powieść. Pokazuje realny problem izolacji od świata przez stertę kabelków. To druga wersja powieści Kaina, która – poprzez uniwersalne prawdy w niej zawarte – jest aktualna nawet w 2019 roku. Komplikacje w niej ukazane przybrały tylko na sile, gdyż z roku na rok mamy na rynku coraz więcej elektronicznych nowości. Ludzie są tak pochłonięci zmyślonym, telewizyjnym światem, że zaczynają się od siebie oddalać. Jedyne, co ich obchodzi, to życie wymyślonych bohaterów, kto z kim kiedy i gdzie, kto kogo wybierze, jak skończy się następny odcinek. Siedzą tylko na kanapie i wszystko, co ludzkie, staje się nagle obce. Tracą kontakty międzyludzkie, wszelkie więzi, uczucia. Stają się wynaturzeni i jak to ujmuje autor, są więźniami w swoich mięsnych celach, przez co żyją tylko życiem innych, zupełnie zatracając przy tym swoje własne. Właśnie to za pomocą stworzonych przez siebie postaci chce nam pokazać Dawid Kain. Anka, Paweł, Olek i Andrzejek, czyli osoby doświadczające spisku jakiegoś chorego reżysera, są ze sobą w pewien sposób powiązani. Anka, jak sama siebie określa, to ewidentny magnes na fujary i psychopatów. Dwudziestopięcioletnia studentka filozofii żyjąca w pełnym smogu Krakowie cierpi na bezsenność po zerwaniu z Olkiem, a gdy już uda jej się zasnąć, dręczą ją naprawdę obrzydliwe koszmary. Paweł to człowiek porażka, niby błazen, a jednak ma coś w głowie. Niestety, nikt nie bierze go na poważnie, co pozostawia na nim swoje piętno i przez to chłopak nie potrafi opuścić błędnego koła swoich zachowań. Został zaszufladkowany jako klaun, a to dowód na to, jak łatwo kogoś zdefiniować. Olek był tu bohaterem najbardziej „oszczędzonym” przez firmę Telenova, nie poddano go tak licznym i obrzydliwym torturom, jak resztę bohaterów. Niby jest postacią znaczącą, ale jednak uważam, że gdyby go zabrakło, nawet bym tego nie odczuła. Wielbiciel dobrej muzyki, idealista, a jednocześnie typowy palant. Moim zdaniem kluczową postacią książki jest Andrzejek. Pogubiony dzieciak, któremu oglądanie telewizji wpłynęło źle na umysł, doprowadzając go tym samym do wariactwa. Czasami w rzeczywistości też tak bywa: człowiek coś obejrzy, nagle zaczyna wszystko kwestionować i już czytamy artykuł o tym, jak to ktoś się zabił przez grę lub urządził strzelaninę, bo obejrzał nie taki program. Z ostatniego rozdziału wynika, że ludzie upatrzyli sobie zbawienie w książkach, jednak to również bywa zwodnicze.

    W powieści dostrzeżemy wiele nawiązań do produkcji współczesnych, zaczynając od niszowych, jak „Ukryta prawda”, przez kultowe – popularne filmy, muzykę czy seriale, kończąc na hasłach reklamowych, które – kolokwialnie mówiąc – wżerają się w mózg na tyle, że bez problemu przypominałam sobie podczas czytania, jak wyglądały, chociaż słyszałam je wieki temu.

    Język w książce jest prosty, zawiera barwne porównania, a sposób narracji niemal co rozdział ulega zmianie. Raz występuje tu narracja pierwszoosobowa, innym razem trzecioosobowa. Mamy też stylizację na rozmowę prowadzoną przez komunikator internetowy, najpewniej Gadu-Gadu, jednak nie przeszkadzało to w żadnym wypadku, a nawet więcej – według mnie naprawdę pasowało. Pojawiały się też zwroty skierowane bezpośrednio do czytelnika, co ułatwiało spojrzenie na wydarzenia z perspektywy postaci.

    Autor „Oczu pełnych szumu” z lekkością bawi się słowem. Czasem, przy niektórych rozdziałach, zwłaszcza tych z Andrzejkiem, kompletnie mnie zatykało na wskutek okropieństw i myśli, jakim poddawany był ten młody chłopiec.

    W książce występuje nawiązanie do wcześniejszej wersji tekstu, mianowicie powieści „Prawy, lewy, złamany”, o której nieustannie wspomina Andrzejek, traktując ją jako objawienie Boże i jedyne źródło ratunku z nieciekawej sytuacji. Od pewnego momentu sformułowanie „Prawy, lewy, złamany” staje się hasłem przewodnim całej opowieści. Moim zdaniem brzmi to jak zrobienie kroku prawą nogą na przód (z wysokości), później lewą, co doprowadza do połamania/złamania, czyli uwolnienia od męki dręczącego nas świata poprzez samobójstwo. Nic w „Oczach pełnych szumu” nie jest jednoznaczne, z każdym kolejnym rozdziałem potrafi się zmienić i nawet gdy byłam przekonana, że już wszystko powoli układa mi się w całość, Kain potrafił tak zręcznie pokierować linią fabularną, że nagle znów nic nie rozumiałam.

    Zakończenie było dla mnie zaskakujące, ale jednocześnie kompletnie niezrozumiałe, co mimo wszystko odbieram na plus. Dopiero po przestudiowaniu go ponownie, nie wzięciu dosłownie i przemyśleniu, zrozumiałam o co w nim chodzi. Po przeczytaniu całości z początku czułam się jednak jakbym miała papkę zamiast mózgu, zaczęło w tym organie brakować kilku znaczących elementów i stał się nagle jakąś źle złożoną układanką.

    Ponieważ jestem zachwycona książką i nie mam czego krytykować w fabule czy też w języku, to postanowiłam skrytykować ilość zmarnowanego papieru, która mnie po prostu boli. Co rozdział, przed nazwą kolejnego, mamy zupełnie pustą kartkę. Jest to moim zdaniem zabieg zupełnie niepotrzebny, któremu zapewne winne jest wydawnictwo, a pod względem ekologicznym to ogromne marnotrawstwo, które nic nie dodaje do całości.

    W moim odczuciu „Oczy pełne szumu” to powieść zagmatwana, nienadająca się do czytania podczas stanów zmęczenia, gdyż może wprowadzić w stany lekkiej psychozy. Bardzo spodobała mi się zaskakująca do samego końca fabuła i niebanalni bohaterowie. Ujęło mnie również igranie z psychiką czytelnika. Po przeczytaniu tej pozycji myślę, że jeszcze nieraz sięgnę po dzieło Dawida Kaina, a was bardzo zachęcam do zapoznania się z „Oczami pełnymi szumu”.