Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

  • Wywiad: Fallout 76 - Sławek „dworkop_elo” Dworak

    dworkop_elo

    Sławek „dworkop_elo” Dworak

    Gra:Fallout 76
    Imię i nazwisko: Sławek Dworak
    Nick: dworkop_elo
    Kraj pochodzenia: Polska
    Rok urodzenia: 1992
    Kanał na YouTube: dworkop_elo

     

     

    W Falloucie 76 nie brakuje zdolnych i ambitnych - zarówno graczy, jak i twórców. Dlatego też nie mogliśmy sobie odmówić wywiadu z dworkop_elo, który prowadzi największy polskojęzyczny kanał poradnikowy do tej gry. Jakie są jego inne projekty, co planuje dalej i czym się zajmuje poza Falloutem? Dowiecie się tego z niniejszego wywiadu!

    Wywiad

    Alchelor: Cześć! Początki Twojego kanału sięgają około dziewięciu miesięcy wstecz, kiedy to nagrywałeś swoje projekty CAMP. W samego Fallouta 76 grasz na pewno dłużej. Ile dokładnie?

    dworkop_elo: Cześć! To fakt, w samego Fallouta 76 gram zdecydowanie dłużej, bo prawie drugie tyle. ;) Dokładnie zacząłem grać w 76 w marcu 2019 roku. ;)

    A: Czyli nie od premiery, ale całkiem niedługo po niej. Nie zniechęciły Cię opinie, jakie krążyły wtedy o produkcji?

    d_e: Nigdy nie interesowały mnie opinie innych odnośnie do tego, co jest fajne, a co – niekoniecznie. Najważniejsze, żeby dobrze się bawić. :) Owszem, gra miała błędy i dalej różne kwiatki możemy spotkać, ale czy inaczej jest w innych produkcjach? Najważniejsze, żebym to ja, wybierając sobie grę, czerpał z niej fun i się dobrze bawił. ;)

    A: Jesteś graczem PlayStation 4. To jedyna platforma, na której grasz lub grałeś w Fallout 76?

    d_e: Nie, PS4 to moja główna platforma, ale od czasu otrzymania zaproszenia na PTS, jeszcze przed Wastelanders, na przełomie lutego/marca kupiłem sprzęt, by móc cieszyć się tą grą również w wersji PC. :) Tak więc gram na dwóch platformach, czyli PS4 i PC. :)

    A: Widzisz jakieś znaczące różnice między wersją konsolową a PC? Czy to w samej rozgrywce, czy w zachowaniu społeczności, a może i w mechanice?

    d_e: Społeczność konsolowa w naszym kraju stanowi mniejszy procent całości niż na całym świecie, moim zdaniem. Główna różnica to przede wszystkim ograniczenia obecnej generacji konsol odnośnie do rozdzielczości, jakości tekstur, limitu klatek na sekundę, jak również do ogólnej mocy obliczeniowej względem PC. Mam nadzieję, że ulegnie to pozytywnej zmianie przy PS5/Xbox Series X. A odnośnie do społeczności: to, że nasza konsolowa społeczność jest mniejsza, nie znaczy, że działa mniej prężnie od swoich siostrzanych na PC. :)

    A: Na swoim kanale, po prezentacjach projektów CAMP, przeszedłeś do poradników. Co Cię popchnęło do tworzenia takiego contentu?

    d_e: Pierwszym poradnikiem było „Oswajanie zwierząt i stworzeń”, w którym chciałem Polakom pokazać, jak można to zrobić w sumie w prosty sposób. Nie każdy wiedział, jak do tego się zabrać, więc chciałem zademonstrować, że jest to świetna atrakcja w naszym CAMP, która świetnie sprawdzić się może jako uzupełnienie naszych systemów obronnych. Był to wtenczas temat bardzo mało popularny w naszym kraju. Późniejsze poradniki są odpowiedzią na najczęściej powtarzające się pytania na polskich grupach społecznościowych – po prostu wychodzę ludziom naprzeciw, by nie musieli trudzić się tłumaczeniem zagranicznych materiałów, a wszystko w miarę możliwości mogli mieć w swoim rodzimym języku.
    Reasumując: lubię pomagać ludziom. ;))

    A: Szczytny cel! Faktycznie Twoje poradniki często trafiają w najczęściej poruszane kwestie i są bardzo konkretne i rzeczowe. Angażujesz się też w projekt Krypta 76, czyli sporo czasu poświęcasz grze. A jak wygląda Twoje życie zawodowe? Czym się zajmujesz na co dzień?

    d_e: Na co dzień jestem mężem i ojcem dwóch córek. :) Poza tym jestem przedstawicielem handlowym, aktualnie od dwóch tygodni poszukującym pracy w zawodzie – niestety: COVID i redukcja etatu. Świetnie, że zauważyłeś, że moim wcześniejszym projektem jest właśnie Krypta 76 PS4 Polska, która rozrosła się również swoją ideą na pozostałe platformy, czyli Xbox i PC. :)

    A: Więc Krypta to Twój twór? Jak więc doszło do fuzji z projektem FED? Czy to po prostu współpraca mająca pomóc obu projektom i uzupełnić ich braki?

    d_e: Krypta jako spójny organizm dla społeczności Fallout 76 była moim małym marzeniem. Współpraca z FED natomiast zaczęła się tuż przed otwarciem ich strony, w której tłumaczenie wraz z ekipą ode mnie mieliśmy swój wkład. :)
    Od tamtego czasu staramy się, dzięki owej współpracy, wychodzić graczom na przeciw poprzez dostarczanie wiedzy i sprawdzonych informacji, tak by nie musieli inwestować swojego czasu na badania i rozgryzanie nurtujących kwestii. :)
    Natomiast Krypty w zamyśle mają być domem, gdzie każdy jest równy, a głos każdego ma znaczenie. :) To są miejsca, gdzie prócz handlu i rozmów o grach, możemy znaleźć kompanów do wspólnych przygód, wiedząc, że po drugiej stronie tak zwanego kabelka jest człowiek z tej samej platformy. :)

    A: Pozostaje więc trzymać kciuki za sukces i dalszy rozwój projektu. Jakie jest Twoje ogólne wrażenie z gry w Fallouta 76? I czy miałeś już wcześniej styczność z serią? Jeżeli tak, to jak dobrze znasz ten setting?

    d_e: Dzięki! Może to wydać się zabawne, ale wcześniej w sumie grałem tylko w czwórkę, jednakże Lore i historię serii całej znam. :)
    A jak oceniam grę? Po prostu świetnie się bawię z ekipą, budując CAMP-y, jak również tworząc poradniki i pomagając innym zrozumieć grę. :)
    A Fallout 76 wbrew pozorom ma bardzo ciekawa fabułę. :) Eksploracja sprawia mnóstwo frajdy. :)

    A: Pytanie na koniec. Pobawmy się we wróżbitów. Jak myślisz: jak – i czy w ogóle – wykupienie spółki ZeniMax (właściciel: Bethesdy) przez Microsoft wpłynie na samego Fallouta 76?

    d_e: Heh, dobre pytanie. Co będzie, to zobaczymy, natomiast moim zdaniem zakup ZeniMax przez Microsoft nie powinien mieć negatywnego skutku dla Fallouta 76, ponieważ Gigant z Redmond nie ingeruje (z tego, co mi wiadomo) w pracę swoich studiów. Pomóc może na pewno budżet, który będzie dużo większy, bo nie ukrywajmy, MS takim dysponuje. Natomiast szerzej, według tego, co wyczytać możemy na oficjalnej stronie Bethesdy, dalej oni będą zajmować się swoimi tytułami, więc reasumując: patrzę z nadzieją w przyszłość i myślę, że będzie tylko lepiej. :)

  • Wywiad z Tomaszem „Stingiem” Chmielikiem, polskim wydawcą „Blades in the Dark”

    „Ostrza w mroku” to gra fabularna o grupie śmiałych łotrów rozwijających działalność przestępczą pośród ulic fantastyczno-industrialnego miasta. Są w niej skoki, pościgi, ucieczki, niebezpieczne układy, krwawe potyczki, podstępy, zdrady, zwycięstwa i śmierci.

    ostrza w mrokuTak mówią o grze fabularnej „Blades in the Dark” twórcy projektu polonizującego na stronie Wspieram.to. Nowo powstałe wydawnictwo Stinger Press z Tomaszem „Stingiem” Chmielikiem na czele powzięło szczytny cel przetłumaczenia systemu na język polski. Zrzutka zebrała zakładaną kwotę, ale wciąż jeszcze przez 16 dni możecie wesprzeć projekt dodatkową wpłatą, która pozwoli zrealizować projekt jeszcze lepiej i szybciej. A tymczasem zapraszamy do wywiadu z twórcą przedsięwzięcia i założycielem wydawnictwa, który opowie nam czego się można spodziewać po „Ostrzach w mroku”.

  • Wywiad z pisarzem - Andrzej Pilipiuk

    andrzej pilipiuk

    Andrzej Pilipiuk

    Rok urodzenia: 1974
    Miasto pochodzenia: Warszawa
    Rok pierwszej wydanej książki: 1999
    Fanpage: Andrzej Pilipiuk

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Jest Pan autorem kilkudziesięciu książek, jednak można odnieść wrażenie, iż najbardziej pasjonuje Pana kilka tematów – szczególne miejsce zajmuje tu historia XIX i XX wieku. Dlaczego?

    Andrzej Pilipiuk: Nieodległa historia jest ważna. Po pierwsze, wtedy ukształtował się świat, który nas otacza. Po drugie, stosunkowo łatwo zebrać informacje o tym, jak żyło się ludziom, jakie przedmioty mieli w domach, jakie urządzenia techniczne ułatwiały im pracę i codzienne obowiązki. W tym okresie ukazywała się już prasa codzienna. Wykonywano też fotografie. Mamy listy i pamiętniki zwykłych ludzi, którzy wówczas żyli, czasem możemy porozmawiać z żyjącymi jeszcze świadkami wydarzeń… To kopalnia wiadomości pomocnych, by nadać tekstom polor autentyczności.
    Jestem trochę regionalistą i historykiem amatorem. Nawet dzieje moich rodzinnych Wojsławic kryją masę ciekawych postaci, masę zaskakujących wydarzeń. A przecież nie jest to duża miejscowość.

    AS: W „Przyjacielu Człowieka” wracają Robert Storm oraz doktor Skórzewski – co skłoniło Pana do powrotu do tych postaci?

    AP: Czytelnicy przyzwyczajają się do bohaterów. Lubią co jakiś czas spotykać ponownie znajome postaci. Pisząc opowiadania – te na poważnie, bez Wędrowycza – często używam wymyślonych wcześniej postaci. To także ułatwia pracę. Znajduję pomysł na fabułę, ustalam chronologię wydarzeń, zastanawiam się, czy mam bohatera, za pośrednictwem którego pośrednictwem mógłbym tę historię czytelnikom opowiedzieć.
    Doktor Skórzewski to przy okazji świetna postać, by pokazać pewne „zakręty” medycyny i zarzucone obecnie terapie. Żył w takich latach, że mógł być świadkiem pokonania syfilisu, powstania pierwszych leków przeciwgruźlicznych, ale także zachłyśnięcia się lobotomią czy torakoplastyką. W jednym z tekstów piszę na przykład o tak zwanym Kikucie Krukenberga – dziś to kompletnie zarzucony pomysł, ale w latach po zakończeniu I wojny światowej pozwalał wielu okaleczonym żołnierzom odzyskać choć częściową sprawność…

    AS: Jedno, co jest zawsze zaskakujące dla Pana czytelników, to niekończąca się inwencja w kwestii pomysłów – mimo kilkunastu lat przy piórze stale potrafi Pan zaprezentować coś nowego... Nie, nie chcę zapytać o to, skąd Pan bierze pomysły, tylko o źródła historyczne – z pewnością pisanie takich tekstów, jak „Przyjaciel...” wymaga ogromnej pracy nad źródłami. Które stanowią najlepszy rezerwuar pomysłów czy inspiracji?

    AP: Nasza przeszłość jest kopalnią rozmaitych anegdot. Część z nich można wykorzystać jako źródło inspiracji lub bezpośrednio wpleść w tekst. Notuję wszystkie pomysły. Nawet najgłupsze. Potem siedzę nad nimi i myślę. Czasem z dwu kiepskich pomysłów składa się jeden bardzo dobry. Inspirują mnie miejsca, przedmioty, wydarzenia, o których słyszałem lub czytałem. Zaczynam obracać sobie w głowie różne historie. Czasem coś z tego wychodzi, czasem nie.
    Bywa i tak, że czytam coś i nachodzi mnie myśl. Wszyscy piszą o wampirach, a właściwie dlaczego ja nie piszę o wampirach? Albo przypominam sobie coś, co czytałem przed laty, i łapię się na myśli, że nigdy nie pisałem o szalonych naukowcach – może zatem najwyższy czas? Staram się nie podążać za modami – ale siłą rzeczy czasem fala nakrywa nas z głową i trzeba umieć to wykorzystać. Na przykład pisząc zjadliwą parodię jakiegoś trendu.

    AS: Pomówmy jeszcze chwilę o historii - czy nie miał Pan kiedykolwiek poczucia, iż zamykanie się w historycznych ramach ogranicza Pana inwencję? Czy podczas pisania nie zdarzyło się westchnięcie: „Ach, gdybym tylko nie musiał trzymać się realiów dziejowych!”. A może właśnie wtedy rozwija Pan najbardziej skrzydła?

    AP: Realia dziejowe nie są dla nie żadnym odczuwalnym ograniczeniem. Wręcz przeciwnie. Uważam fantasy, obracające się z reguły w całkowicie zmyślonych rzeczywistościach, za gatunek przeważnie dość jałowy intelektualnie. Owszem – wymyślenie świata od A do Z jest ciekawe, ja jednak wolę najpierw długo grzebać, a potem skleić swoją opowieść z możliwie licznych autentycznych okruchów. Lubię, gdy czytelnik przy okazji lektury dowie się czegoś prawdziwego.
    Czytelnicy bardzo dobrze odebrali moje opowiadania „Wielbłądzie masło” i „Wilcze leże” rozgrywające się podczas okupacji hitlerowskiej. Pokazałem jako bohaterów zwykłych ludzi, którzy ograbieni przez Niemców, zagrożeni w każdej chwili utratą życia, próbują nadal pomagać sobie wzajemnie, usiłują przetrwać i przy tym jeszcze zachować godność… Te teksty nasiałem drobnymi elementami tamtej rzeczywistości. Są tam autentyczne plotki z epoki – poznane dzięki dziennikowi okupacyjnemu malarza z Chełma Z. Waśniewskiego. Jest
    okupacyjna metoda słodzenia kawy – ze wspomnień mojej znajomej staruszki p. Joszt. Miasteczko, w którym rozgrywa się akcja, jest ciut podobne do moich rodzinnych Wojsławic.

    AS: W jakim gatunku czuje się Pan najlepiej? Mamy wszak wiejską fantasy, horror, historie alternatywne... I czy kusiło Pana kiedykolwiek, by wyjść poza te ramy i napisać coś w gatunku, w którym nie czuje się Pan komfortowo? A jeśli tak – to jaki byłby to gatunek?

    AP: Fantasy to raczej nie moja bajka. Myślę natomiast od lat o napisaniu swojej space opery. Może coś o kosmicznych archeologach. Albo o spotkaniach z obcą cywilizacją. Myślę nad powieścią lub cyklem opowiadań, w którym Europę po wybuchu superwulkanu na Polach Flegrejskich nęka wieloletnia wulkaniczna zima… Taki zimowy postapokaliptyk.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Cykl o Jakubie Wędrowyczu

    • Kroniki Jakuba Wędrowycza
    • Czarownik Iwanow
    • Weźmisz czarno kure...
    • Zagadka Kuby Rozpruwacza
    • Wieszać każdy może
    • Homo bimbrownikus
    • Trucizna
    • Konan Destylator
    • Karpie bijem

    Cykl Kuzynki

    • Tom 1: Kuzynki
    • Tom 2: Księżniczka
    • Tom 3: Dziedziczki
    • Tom 4: Zaginiona

    Cykl Pan Samochodzik

    Andrzej Pilipiuk wydał też w latach 1999-2005, pod pseudonimem Tomasz Olszakowski, 19 tomów kontynuacji przygód Pana Samochodzika:

    • Pan Samochodzik i... Arka Noego
    • Pan Samochodzik i... rubinowa tiara
    • Pan Samochodzik i... tajemnice warszawskich fortów
    • Pan Samochodzik i... zaginiony pociąg
    • Pan Samochodzik i... sekret alchemika Sędziwoja
    • Pan Samochodzik i... zaginione poselstwo
    • Pan Samochodzik i... łup barona Ungerna
    • Pan Samochodzik i... zagubione miasto
    • Pan Samochodzik i... wynalazek inżyniera Rychnowskiego
    • Pan Samochodzik i... potomek szwedzkiego admirała
    • Pan Samochodzik i... ikona z Warszawy
    • Pan Samochodzik i... Czarny Książę
    • Pan Samochodzik i... więzień Jasnej Góry
    • Pan Samochodzik i... brązowy notes
    • Pan Samochodzik i... Adam z Wągrowca
    • Pan Samochodzik i... diable wiano
    • Pan Samochodzik i... mumia egipska
    • Pan Samochodzik i... Relikwiarz świętego Olafa
    • Pan Samochodzik i... Zamek w Chęcinach

    Cykl Norweski dziennik

    • Tom 1: Ucieczka
    • Tom 2: Obce ścieżki
    • Tom 3: Północne wiatry

    Cykl Oko Jelenia

    • Droga do Nidaros
    • Srebrna Łania z Visby
    • Drewniana Twierdza
    • Pan Wilków
    • Triumf Lisa Reinicke
    • Sfera Armilarna
    • Sowie zwierciadło

    Cykl Wampir z...

    • Wampir z M-3
    • Wampir z MO
    • Wampir z KC

    Źródło: Wikipedia

  • Wywiad z pisarzem - Arkady Saulski

    arkady saulski

    Arkady Saulski

    Rok urodzenia: 1987
    Miasto pochodzenia: Gdynia
    Rok pierwszej wydanej książki: 2016
    Fanpage: Arkady Saulski - Kolonia Literacka

     

     

    Wywiad

    Paweł Richert, Pożeracz Światów: Nie lubisz, gdy nazywa się Ciebie pisarzem, wolisz być „autorem książek”. Jak godzisz pracę dziennikarza ekonomicznego z powieściopisarstwem?

    Arkady Saulski: Nie godzę (śmiech). To znaczy – dziennie piszę od kilkunastu do kilkudziesięciu stron… Tylko że nie są to strony powieści, lecz artykułów, które piszę w ramach życia zawodowego, głównie dotyczące ekonomii, transportu, gospodarki morskiej, segmentu gamingowego, czasami historii gospodarczej. Na pisanie mam czasu niewiele, dlatego staram się wykorzystywać każdą chwilę, aczkolwiek nie jest to łatwe, bo jednak po ośmiu, dziesięciu godzinach pisania tekstów ekonomicznych niełatwo się przestawić na literaturę, ale coś tam staram się jednak robić. Mimo to należę do autorów, którzy piszą wolno, zdecydowanie za wolno jak na mój gust, ale co zrobić, realiów nie przeskoczę. Zapewniam czytelników, że jak wygram milion w „totka”, to będę pisał częściej, na ten moment muszą uzbroić się w cierpliwość. A co do kwestii „autor czy pisarz”, hmm, zdecydowanie „autor”. Wydałem trzy książki i wszyscy z uporem określają mnie mianem pisarza. Donald Tusk wydał czternaście książek i jakoś nikt nie nazywa go pisarzem, choć przecież były premier ma w tym zakresie znacznie większe osiągnięcia ode mnie. Dlatego wolę jednak pozostać przy dyplomatycznym „autorze” – jak kiedyś wydam dwadzieścia pozycji i będę żył z pisania, to rozważę zmianę określenia (śmiech).

    PR: Opowiadania postapo, historyczne, groza, powieści science fiction i fantasy – jakim jeszcze gatunkiem nas zaskoczysz? Zmierzasz w jakimś nowym kierunku czy może planujesz dalszy ciąg Kronik Czerwonej Kompanii/Serca lodu?

    AS: Gdy byłem młodszy, ze sceptycyzmem podchodziłem do autorów skaczących od gatunku do gatunku, uznając, że pisarz powinien wyspecjalizować się i osiągnąć mistrzostwo najpierw w jednym segmencie… Po czym przyszło co do czego i już na etapie opowiadań w latach 2010-2016 skakałem od jednego klimatu do drugiego (debiutowałem zresztą w „Nowej Fantastyce” u Macieja Parowskiego jako autor… grozy!). Jestem więc niekonsekwentny, przyznaję. A co do gatunków, cóż, mniej więcej od gimnazjum, kiedy ukształtował się mój fantastyczny gust, mam trzy ulubione: fantasy, postnuklear, cyberpunk. Czasem przychodzą mi do głowy pomysły na opowiadania czy książki w innych klimatach niż wymienione, więc staram się siadać do nich w ramach ćwiczenia stylu (tak powstał dwutomowy cykl o Czerwonej Kompanii). Z fantastyki zawsze najbardziej chciałem pisać fantasy, przygotowywałem się do tego mentalnie przez kilka lat, ale dopiero w 2018 roku udało się napisać pierwszą powieść w tym klimacie, czyli „Serce Lodu”. Aczkolwiek zawsze to podkreślałem i podkreślam – moim absolutnie ukochanym gatunkiem jest western, i tak po prawdzie to ja zawsze piszę westerny, tylko umiejscowione w realiach czy to kosmicznych, czy fantasy (śmiech). A co do dalszych planów? Czerwona Kompania to na obecną chwilę sprawa zamknięta. Wola kontynuacji z mojej strony jest, ale cykl cieszył się zbyt małym zainteresowaniem rynkowym, by którykolwiek wydawca rozważał jego dalsze pociągnięcie. No i trudno, biznes jest biznes, nie mam żalu, płyniemy dalej. Na pewno chętnie napisałbym coś jeszcze w gatunku fantasy, bo tu pomysłów nie brakuje, aczkolwiek na pewno nie byłby to „drugi tom” poprzedniej książki czy ścisły ciąg dalszy – tego typu cykle mnie samego odstraszają jako czytelnika, więc nie chcę skazywać własnego odbiorcy na podobne odczucia. Raczej będzie to nowa opowieść, z nowymi bohaterami, rozgrywająca się w tym samym świecie, bo jest to koncepcja najbardziej do mnie przemawiająca, a niestety w segmencie polskiej fantasy praktycznie nieobecna.

    PR: Jak układa się współpraca z wydawcami?

    AS: Lepiej niż dobrze! Wchodząc do literatury słyszałem zaiste mrożące krew w żyłach historie o relacjach pisarz-wydawca, i muszę stwierdzić, że w moim przypadku absolutnie nigdy nie miało to miejsca. Zarówno z Drageusem, jak i z Fabryką Słów współpracowało i współpracuje mi się bardzo dobrze! Wydawcy wyrażają zrozumienie dla mojego widzenia literatury, ja staram się zaś wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom względem tego, co i jak piszę. Jest dobrze, mam wielkie szczęście, że trafiłem akurat tam, gdzie trafiłem.

    PR: Aktywnie obserwujesz rynek gier komputerowych. Czy nie kusi Cię, by napisać powieść w uniwersum jakiejś znanej produkcji? Jak to wygląda od strony praw autorskich? Czy podobnie jak w fanfikach do gier fabularnych?

    AS: Fanfik? Zdecydowanie nie! Wolę tworzyć własne światy, aczkolwiek zdarza mi się czytać z zainteresowaniem na przykład książki z uniwersum Zony. Co do praw autorskich to jest to indywidualna kwestia podejścia danej firmy – jedne nie dopuszczają nawet do tworzenia niekomercyjnych fanfików ze światów swych produkcji, inne są bardziej otwarte. Co do gier fabularnych, to w tym roku istotnie napisałem trzy opowiadania, których akcja rozgrywała się w światach stworzonych przez Games Workshop – było to związane z wydarzeniem Odlhammer Weekend w Warszawie. Tutaj sprawa była dość klarowna i dla organizatorów, i dla GW, i dla mnie: teksty nie miały charakteru komercyjnego, podobnie jak samo wydarzenie – był to event czysto, powiedzmy, towarzyski, fanowski, toteż nie mieliśmy żadnych problemów z uzyskaniem stosownych zgód. Hmm, teraz wychodzi na to, że istotnie jednak pisałem fanfik, ale był to ewenement, jednorazowe wydarzenie i tekst napisany na prośbę bardzo fajnej ekipy (którą przy okazji z tego miejsca pozdrawiam!).

    PR: Często uczestniczysz w konwentach – MiniCon, Smokon czy Krzyżakon, czy spotkania w gronie fandomu jakoś wpływają na proces twórczy, stanowią inspirację?

    AS: Nie, no bez przesady – rok 2019, zapewne w związku z debiutem w Fabryce Słów był dla mnie intensywny konwentowo, ale tak to raczej nieczęsto bywam na takich spotkaniach. Aczkolwiek są imprezy, które, jeśli mogę, staram się wspierać moją obecnością. Na pewno takim konwentem był krakowski Smokon, bardzo sympatyczna impreza, na której straciłem konwentowe dziewictwo. Krzyżakon to świetne spotkanie na malborskim zamku, zaś gdyńska ekipa Miniconu wykonuje naprawdę wspaniałą robotę i myślę, że w kilka lat Pasja Minicon będzie jedną z najważniejszych imprez tego typu w Polsce. A czy wpływa to na proces twórczy? Zdecydowanie, choćby dlatego, że przez konwenty mam jeszcze mniej czasu na pisanie (śmiech). A serio, to lubię spotykać się z konwentowiczami, rozmawiać, dzielić opinie, uwagi, to bardzo sympatyczne. Budowanie relacji jest ważne, dużo zyskuję dzięki takim wydarzeniom i zawsze jestem za nie wdzięczny.

    PR: Czerwona kompania obfitowała w whisky, w „Sercu Lodu”, jak przystało na świat fantasy, było piwo. Alkohol jako niebagatelny czynnik społeczny, czy spodziewać się jakichś nowych trunków w nadchodzącej twórczości? Czy to już zamknięty akcent?

    AS: Paradoksem jest to, że im mniej piję, tym więcej piszę o piciu. Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, dlaczego wplatam tego typu wątki do swoich książek. Lubię dobrą whisky, to prawda, ale preferuję Kentucky Bourbon. Co do piw, to niestety w Polsce trudno znaleźć w tej chwili coś naprawdę wartościowego, choć obecność piw rzemieślniczych sprawia, że sytuacja i tak jest lepsza niż była tę dekadę temu. Obecność trunków w literaturze traktuję jako kolejny element wprowadzenia życia do światów, które tworzę. Staram się, by były to miejsca wiarygodne, w których ludzie, oprócz tego, że przeżywają wielkie przygody, podróżują w kosmosie, walczą z potworami i odnajdują starożytne artefakty, to też… żyją. Jedzą, śpią, ubierają się, handlują i piją. Handel, tak w Czerwonej, jak i „Sercu...” opisałem, mam wrażenie, równie dalece i szczegółowo, a jednak wszyscy zwracają uwagę na ten alkohol. Może dobra whisky jest bardziej „sexy” od sprawnie wynegocjowanej umowy kupna-sprzedaży? Nie wiem, ale jeśli czytelnik identyfikuje dzięki temu moją literaturę wśród szeregu innych książek, rozpoznaje ją, cóż, bardzo mnie to cieszy. A jak ma ochotę ją czytać przy kominku ze szklanką wypełnioną Lagavulin, Jackiem Danielsem albo Busmillsem (chyba moim ulubionym), to jestem, jako autor, zaszczycony.

    Wywiad przeprowadzony przez blog Pożeracz Światów.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Kroniki Czerwonej Kompanii:

    1. Czarna kolonia
    2. Wilk

    Samodzielne powieści:

    1. Serce lodu
  • Wywiad z pisarzem - Andrzej Ziemiański

    andrzej ziemianski

    Andrzej Ziemiański

    Rok urodzenia: 1960
    Miasto pochodzenia: Wrocław
    Rok pierwszej wydanej książki: 1987

     

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Saga o Virionie dociera wraz z ostatnią książką do finału, a Pan może pochwalić się zamknięciem kolejnego cyklu w świecie Achai. Moje pierwsze, być może banalne pytanie brzmi: co dalej? Zaś drugie – czy pisząc pierwszą „Achaję” spodziewał się Pan, że zabrnie w ten świat, jego historię i losy tych bohaterów tak głęboko?

    Andrzej Ziemiański: No i widzi Pan, ze mną tak zawsze jest. Chciałem być wolnym człowiekiem, bez zobowiązań, a tu Virion krzyczy, że jego historia nie jest skończona, że mam opowiadać dalej. I w dodatku znalazł sojuszników w osobach moich wydawców, którzy wtórują mu gromkimi głosami: pisz dalej Viriona! No i co ja mam zrobić? Historia szermierza natchnionego rzeczywiście skończona nie jest. Te cztery tomy to tylko opowieść o młodości Viriona, nic więcej. Jeszcze nie pokonał legionu Moy, jeszcze nie spotkał Achai. Będę więc musiał poddać się woli czytelników, którzy również chcą dalszego ciągu, i napisać, co wydarzyło się dalej.
    A pisząc „Achaję”, miałem w głowie ogólny zarys całości aż do czasów współczesnych, czyli epoki późniejszej niż ta opisana w „Pomniku…”.

    AS: Choć najbardziej monumentalne pozycje, które wyszły spod Pańskiego pióra, wchodzą w skład „achajowego” uniwersum, to jednak nie lękał się Pan sięgania po inne gatunki. Czy można się spodziewać kontynuacji lub prequelu jakiegoś innego dzieła z przeszłości?

    AZ: To bardzo prawdopodobne. Czytelnicy na spotkaniach często domagają się kontynuacji opisu życia Toy. I przyznam, że ta postać również we mnie siedzi mocno i twierdzi, że jeszcze nie powiedziała wszystkiego o sobie. Nie wiem jednak, kiedy będę mógł usiąść do tego na poważnie. Dwa razy chodziła mi już po głowie kontynuacja, najpierw „Bomby Heisenberga”, potem „Autobahn nach Poznań”, i dwa raz nic z tego nie wyszło. Zresztą autostradę Wrocław - Poznań właśnie kończą budować. Może więc zamiast pisać kontynuację opowiadania warto poczekać trochę i zobaczyć na własne oczy, co będzie dalej…

    AS: „Pomnik Cesarzowej Achai” czy „Virion” to długie, skomplikowane cykle, nad którymi praca musiała być nie tylko intensywna, ale też wymagająca. Czy podczas pisania miewał Pan momenty, kiedy czuł Pan zmęczenie tym światem, tymi bohaterami? A może opowieść tak porywała, że nie było czasu na tego typu odczucia?

    AZ: Zmęczenia bohaterami nigdy nie czułem. Jeżeli coś mi się nie podoba, to kończę historię danego bohatera i zaczynam pisać o czymś innym. Ale częściej jest odwrotnie. Fascynacja danym bohaterem i jego możliwościami rośnie i wielokrotnie ci, którzy byli drugoplanowi, stają się nagle postaciami znaczącymi dla rozwoju fabuły.
    Natomiast jeśli opisy świata zaczynają mi wydawać się zbyt jednorodne, to generalnie wykonuję skok o tysiąc lat i już wszystko wygląda zupełnie inaczej.

    AS: Uniwersum „Achai” dość silnie oparte jest na okresie antycznym, ze szczególnym uwzględnieniem hellenistycznej i romańskiej części basenu Morza Śródziemnego. Jak wyglądał research podczas pisania? Czy były jakieś informacje historyczne, które szczególnie mocno wpłynęły na kształt tego świata? A może takie, które musiał Pan odrzucić, by zachowana została pierwotna wizja pisarza?

    AZ: Researchem jest całe moje życie. Antykiem interesowałem się od czasów młodości. Najpierw były powieści Witolda Makowieckiego „Diossos” i „Przygody Meliklesa Greka” (czy imię Melikles nie wydaje się czytelnikom „Viriona” znajome?). Potem jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, genialny, fantastyczny, najbardziej cool na całym świecie Joe Alex i jego „Czarne okręty” – gigantyczna powieść, która nauczyła mnie myśleć o antyku w kategoriach współczesności.
    A potem, w miarę dorastania pojawiło się „Sprzysiężenie” Johna Herseya – książka w formie listów, raportów rzymskiego policjanta, który szpiegował wrogów cesarza w ubikacji w termach, oraz „Upadek Agatona” Johna Gardnera – książka opisująca rodzinne kłótnie rozgrywające się w starożytnej Grecji prowadzone jak najbardziej współczesnym językiem.
    No i z całym tym bagażem poszedłem na studia, na architekturę, gdzie zaczęło się studiowanie antyku na poważnie. I nie kończy się do dziś.
    Dlatego na pytanie, jak długo trwał research, mogę odpowiedzieć jedynie: nie wiem. On jeszcze trwa.

    AS: Na koniec chciałem zapytać o moją osobistą ulubienicę: co dalej z Toy? Czy istnieje szansa, byśmy otrzymali o tej bohaterce równie rozbudowany cykl jak o bohaterach uniwersum Achai?

    AZ: Jak powiedziałem wyżej: Toy przychodzi do mnie często i dopomina się. Jest przecież jeszcze jedna uśpiona Valkiria, którą może otrzymać jej wróg. Są źli Rosjanie, którzy mimo niepowodzeń przez cały czas pracują nad swoimi implantami bojowymi. Cała masa nieprzyjaciół knuje i spiskuje aż dysząc, żeby zagrozić światu i być może już niedługo niepozbierana Toy będzie musiała go ratować.
    Nie wiem tylko, kiedy to nastąpi. Dajmy więc wrogom chwilę na stworzenie prawdziwego zagrożenia.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Pojedyncze powieści:

    • Wojny urojone
    • Zabójcy szatana
    • Bramy strachu
    • Nostalgia za Sluag Side
    • Dziennik czasu plagi
    • Przesiadka w przedpieklu
    • Miecz Orientu
    • Toy wars
    • Breslau forever
    • Ucieczka z Festung Breslau
    • Das Building
    • Wzgórze zwane Cymbo
    • Żołnierze grzechu
    • Za progiem grobu

    Achaja

    • tom I
    • tom II
    • tom III

    Pomnik Cesarzowej Achai

    • tom I
    • tom II
    • tom III
    • tom IV
    • tom V

    Imperium Achai. Virion

    • Wyrocznia
    • Obława
    • Adept
    • Szermierz

    Zbiory opowiadań

    • Daimonion
    • Zapach szkła
    • Toy Wars
    • Pułapka Tesli

    Źródło: Wikipedia

  • Wywiad z pisarzem - Michał Gołkowski (ponownie)

    Wywiad Michał Gołkowski

    Michał Gołkowski (ponownie)

    Rok urodzenia: 1981
    Miasto pochodzenia: Sochaczew
    Rok pierwszej wydanej książki:2013 
    Fanpage: Michał Gołkowski - ofiszyl fanpejcz

     

     

     

    Wywiad

    Arkady Saulski: Właśnie zakończył Pan prawdziwie monumentalną trylogię „Bramy ze Złota”. Nie zwalnia Pan tempa, bowiem już zapowiedział kolejną powieść z cyklu „Stalowe Szczury”, rozgrywającą się w alternatywnym uniwersum I wojny światowej. Skąd zainteresowanie historią?

    Michał Gołkowski: Historia zawsze była dla mnie tą ciekawszą, bo ukrytą częścią składową teraźniejszości. Wychowałem się w wielkim, starym domu, pełnym trzeszczących podłóg, dziwnych zakamarków, zakurzonych słojów i stojących wszędzie książek. Nie było miesiąca, żeby dziadek nie wykopał w ogródku czegoś z ziemi – a to monety z XVIII wieku, a to naboju do pierwszowojennego Mosina. Albo gwoździa od trumny, bo zdarzyło się raz i tak!
    Jestem potomkiem rodziny humanistów, miłośników języka i jego dziejów, którzy zawsze rozpatrywali książkę przez pryzmat czasów, w których powstawała, i równoległych z nią wydarzeń historycznych. Od małego czułem, że tego, co jest tu i teraz, jest niewspółmiernie mniej od rzeczy, które już były tam i kiedyś – a więc że historia jest o wiele obszerniejsza, jeśli nie wręcz ciekawsza niż teraźniejszość.
    Poza tym nikt, nikt nie jest w stanie wymyślić ciągu zdarzeń tak bardzo niesamowitego, niewiarygodnego, obłąkanego i zaskakującego jak to, co czasami dzieje się naprawdę. Najlepsze scenariusze pisze ponoć życie, więc wystarczy sięgnąć pomiędzy karty historii i znaleźć tam wszystko, co potrzebne. Tym bardziej, że historia zatacza koła, a my wyłącznie powtarzamy nowymi słowami te same opowieści.

    AS: Pisząc fabuły umiejscowione w okresach historycznych lub quasi-historycznych, z pewnością pracuje Pan na źródłach. Jak wygląda w Pana przypadku kwerenda? Czy natrafił Pan na jakieś źródła, które w toku pisania lub dalszych badań uznał za niewiarygodne lub przeciwnie – bardzo rzetelne a niedoceniane?

    MG: Nie wierzę w szykowanie się do pisania książki *przed* rozpoczęciem pracy.
    Jeśli miałbym w ogóle nie mieć pojęcia o danym okresie i miejscu – weźmy na ten przykład starożytne, albo i średniowieczne Chiny – to w ogóle bym nie brał się za pisanie o nim, bo musiałoby to być albo skrajną głupotą, albo zwyczajną butą, żeby wierzyć, że można rzetelnie zrobić coś, o czym nie wie się nic. Dlatego też zawsze zaczynam od miejsc i czasów, o których mam już jako taką wiedzę, a potem pogłębiam ją w trakcie, w miarę zapotrzebowania. W ten sposób unikam sytuacji, gdy znajduję coś, co uznaję za tak ciekawe, że koniecznie, nieodwołalnie, musowo chcę to pokazać czytelnikowi – bo wtedy ten ostatni nieodmiennie ma wrażenie, że autor próbuje zabłysnąć, olśnić go swoją wiedzą eksperta. Czytelnicy doskonale czytają nie tylko książkę, ale i jej twórcę, i bardzo szybko wyłapują takie chwile słabości.
    Wierzę natomiast w zarażanie ludzi swoją pasją. Nie próbuję pozycjonować siebie jako eksperta od czegokolwiek, bo ja nadal się uczę, uczę wraz z moim odbiorcą, ale zdecydowanie jestem w każdym wypadku pasjonatem danego tematu. Na tej zasadzie zakochałem się w Wielkiej Wojnie podczas pisania „Stalowych Szczurów”. Wcześniej, owszem, interesowała mnie, ale dopiero podczas robienia badań przy pisaniu książki zrozumiałem, jak cudownie obłąkany był to czas.
    Źródła są niewiarygodne z założenia, bo piszą je ludzie. Każdy bardziej obszerny tekst literacki musi być w taki czy inny sposób nacechowany poglądami, propagandą lub światopoglądem. Dla przykładu, większość kronik średniowiecznych „cierpi” na chroniczną dyskalkulię megalomańską, wyolbrzymiając liczbę walczących w bitwach i zamieszkujących miasta ludzi dziesięcio-, a najpewniej i dwudziestokrotnie.
    Najbardziej niedocenione źródło? Pochodzące z epoki minojskiej krótkie notatki kwatermistrzowskie znajdowane w pałacach Krety. Liczba wydanych oficerom hełmów, odebrane promienie do strzał, zamówione koła do rydwanów. Widać i czuć w tym ogrom oraz złożoność machiny gospodarczo-wojennej, jaką musiała stanowić wówczas ta ikonicznie wręcz piękna wyspa. Zdecydowanie preferuję teksty krótkie, robocze i techniczne od kronik czy peanów na cześć władców, bo to one najpełniej przekazują nam może i wąski, ale niezmiernie wymowny wycinek rzeczywistości.

    AS: W trylogii „Bramy ze Złota” przedstawia Pan rozmaite kultury umiejscowione na różnych szerokościach geograficznych. Badanie której z nich było najtrudniejsze?
    Szczerze mówiąc, nadal zagadką są dla mnie ludy Wielkiego Stepu. To pokłosie diametralnie odmiennej od naszej kultury, mentalności i religii, która przecież przez długi czas stała nie to, że u progu, ale wręcz w przedpokoju średniowiecznej Europy i zupełnie poważnie rozważała wejście w butach na salony!

    MG: Absolutnie zafascynowali mnie Ongurowie, czyli lud koczowniczy będący założycielem tak zwanego (nieszczególnie trafnie) Pierwszego Carstwa Bułgarskiego. Pozornie prymitywni nomadzi, którzy pod wodzą obdarzonego nietuzinkową wizją chana zdecydowali się rzucić wyzwanie samemu Imperium Rzymskiemu ze stolicą w Konstantynopolu – i na dość długi czas faktycznie dali radę przyćmić jego blask.
    Chan Terwel, bo to o nim mowa powyżej, miał być nieledwie postacią drugo- albo i trzecioplanową. Już czytając o nim czułem, że będzie kimś o wiele ważniejszym, zaś tworząc jego postać poczułem, że w zasadzie to jakby dobrze pomyśleć, to fajnie by było napisać osobną książkę – o nim samym.
    To właśnie takie smaczki, takie rodzynki w cieście sprawiają, że pisanie książek daje mi tyle radości i satysfakcji, bo jest to podróż, która nie kończy się nigdy.

    AS: Przed premierą „Świątyni na Bagnach” opisywał Pan, iż wiele miejsc nakreślonych w książce jest autentycznych. Czy mógłby Pan wskazać, o które lokalizacje chodzi?

    Och, oczywiście 😊
    Miejscem, które zainspirowało mnie do napisania samej „Świątyni na Bagnach” był tak zwany Krąg Galindów stojący w lesie pod Białą Piską – uroczym miasteczku, z którego wywodzi się cała rodzina od strony mojej ślicznej małżonki. Polecam każdemu wizytę tam i poczytanie o samym kręgu, bo już nawet historia jego odkrycia jest mocno niesamowita i potrafi zainspirować.
    Siłą rzeczy sama „Świątynia” dzieje się właśnie tam! Pośród bezdroży i mokradeł Puszczy Piskiej, na pagórkach i w ciemnych dolinach Mazur Garbatych, pomiędzy największymi jeziorami, z których – gdy dobrze poszukać – można znaleźć rzeczkę, która potem wpada do większej rzeki, toczącej swe wody ku morzu. Te miejsca istnieją naprawdę, trzeba tylko je znaleźć!

    AS: „Stalowe Szczury” eksplorują okres Wielkiej Wojny, zaś opowieść Zahreda pozwala Panu na podróż przez różne okresy historyczne. Lecz czy są okresy, o których chciałbym Pan napisać, ale jeszcze nie nadarzyła się okazja? Jeśli tak, to o jakie czasy mogłoby chodzić?

    Ojej, ojej! To może powiem, jakie są plany. Tak będzie łatwiej i prościej.
    Teraz jestem w trakcie eksplorowania dystopijnej, przyszłościowej wizji Federacji Rosyjskiej, więc zamiast obserwować przeszłość, zabawiam się ekstrapolowaniem przyszłości.
    Następne w kolejności są trzy powieści osadzone w XVI wieku, które poruszą temat podboju, a raczej holokaustu Meksyku dokonanego przez wojska Corteza, następnie powstania chłopskiego Floriana Geyera i wreszcie niesławnego Sacco di Roma, czyli złupienia Rzymu przez hiszpańskich kondotierów. Wspólnie stanowią trylogię „Świat we krwi”.
    Nieustająco mam w głowie całą fabułę „Ostatniego Cesarza”, czyli powieści stricte historycznej o dojściu do władzy, światłych rządach i w końcu śmierci ostatniego wielkiego i prawdziwego cesarza, czyli Manuela Komnena w drugiej połowie XII wieku w Konstantynopolu.
    Kusi mnie tchnieniem dżungli i zapachem świeżo suszonych liści herbaty „Krwawa Kompania”, a więc opowieść o poszukiwaniu ostatnich prawdziwych bogów pośród zapomnianych i opuszczonych miast XVIII-wiecznych Indii.
    Ja naprawdę mam więcej pomysłów niż czasu, żeby je spisywać w formie kolejnych książek 😊

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    1. Cykl Siedmioksiąg grzechu
      Spiżowy gniew, Bogowie Pustyni, Bramy ze złota 1. Świątynia na bagnach, Bramy ze złota 2. Złote miasto
    2. Cykl .S.T.A.L.K.E.R.:
      Ołowiany świt, Drugi brzeg, Droga Donikąd, Sztywny, Powrót
    3. Cykl Stalowe Szczury:
      Błoto, Chwała, Konigsberg, Otto
    4. Cykl Komorniczy:
      Komornik, Komornik ++ Rewers, Komornik +++ Kant
    5. Powieść:
      Moskal.
    6. Antologie:
      Pióra Falkonu - Na nocnej zmianie, Idiota skończony
  • Wywiad z pisarzem - Rafał Dębski

    Rafał Dębski

    Rafał Dębski

    Rok urodzenia: 1969
    Miasto pochodzenia: Oleśnica
    Rok pierwszej wydanej książki: 2005

     

     

     

     

    Słowiańskie bestie, dawne wierzenia, nowa religia i bezwzględna polityka – to wszystko można znaleźć w finale Trylogii Piastowskiej Rafała Dębskiego. Przy okazji premiery „Miłości Bogów” rozmawiamy z autorem o historii, o dynastii Piastów i o tym, jak wiele zostało z dawnych Słowian w nas samych.

    Wywiad

    Arkady Saulski: Po ponad 10 latach otrzymamy wreszcie finał trylogii zapoczątkowanej powieścią „Kiedy Bóg Zasypia”. Historia, batalistyka, ale i horror – dlaczego akurat w taki sposób zdecydował się Pan opisać historyczne wydarzenia z czasów piastowskich? Czy historie opisane w powieściach istotnie były tak… mroczne?

    Rafał Dębski: Historia tamtych czasów jest znacznie bardziej mroczna, niż to ukazują moje powieści. Okropieństwa, jakich dopuszczano się w czasie buntu po śmierci Mieszka Lamberta, są trudne do opisania, podobnie jak zbrodnie czeskich najeźdźców, a niecały wiek później – żniwo buntu palatyna Awdańca. Paradoksalnie, poczwary i upiory, które dokonują krwawego dzieła na kartach książek, łagodzą znacznie straszliwy obraz ludzkiego okrucieństwa. Naturalistyczne oddanie rzeczywistości z pewnością odrzucałoby większość czytelników.
    Ale jest też inna strona tego medalu. Osobiście najchętniej opisałbym tamte czasy w powieści stricte historycznej. Problem w tym, że polską historią nikt nie był wówczas zainteresowany – zresztą do dzisiaj z tym marnie –, i jedynie Fabryka Słów chciała zaryzykować z taką materią. Automatycznie musiałem więc włożyć „Kiedy Bóg zasypia” w kanon fantastyczny. Po latach stwierdzam, że nie zaszkodziło to jednak opowieści, a może wręcz przeciwnie.

    AS: Czytając Pana książki wchodzące w skład „Trylogii Piastowskiej”, można odnieść wrażenie, iż jest Pan wobec niektórych władców z tej dynastii niezwykle krytyczny. Czy ów ród był istotnie tak brutalny i bezwzględny, jak Pan to przedstawia?

    RD: Zaraz krytyczny! Jeśli chodzi o Piastów, cierpię na to samo schorzenie, które dotknęło Pawła Jasienicę. A zatem uważam ich za ród srogi i okrutny. Potrafili być straszni, krwawi, wiarołomni, a przy tym niekiedy zachowywali się wręcz tchórzliwie. Ale to właśnie oni stworzyli Polskę, to ich starania zlepiły ją później w całość po prawie dwóch wiekach rozbicia dzielnicowego. Byli też szaleńczo odważni, szlachetni, skłonni do poświęceń w imię racji stanu.
    I tak, jak Paweł Jasienica, kocham tych skurczybyków całym sercem!
    A że o takim Krzywoustym sądzę swoje, to inna sprawa. Zasłużył – i jego akurat nie lubię, chociaż umiem bezstronnie docenić genialny cynizm niektórych jego poczynań, jak choćby zwabienia przyrodniego brata niby w pokojowych zamiarach i wydarcia mu oczu. Nie zabójstwo, bo przecież Piast nie powinien zabijać Piasta, tylko okaleczenie. A że potem tak pielęgnowano konkurenta do książęcego diademu, że zmarł? Cóż, wola Boska. Zresztą, nie tylko on miał takie sprawki na sumieniu, do podobnych podstępów nie uciekali się też jedynie nasi władcy. Jeśli się spojrzy na historię Europy, był to raczej proceder niż jakieś niechlubne wyjątki. Niemniej, właśnie Krzywoustego uważam rzeczywiście za najgorszego z Piastów – oczywiście tych sprawujących władzę nad całym krajem (bo z mojego wyklinania na takiego Konrada Mazowieckiego można by spory gmach zbudować). Ale i tak wolę tego Bolka krzywoprzysięzcę od chociażby Zygmunta Wazy i w ogóle całej szwedzkiej dynastii. Co robił, to robił, ale zawsze starał się budować i umacniać państwo. Tamci zaś wiecznie spoglądali łakomie za morze, a nie jak Krzywousty – na morze. Ten kierunek jego polityki, to znaczy dążenie do umocnienia się nad Bałtykiem, uważam za bodaj najbardziej wartościowy.

    AS: W trylogii silnie obecny jest motyw dawnych, prasłowiańskich wierzeń. Chciałem zapytać o rzecz następującą – ile z tych dawnych rytuałów, zwyczajów, wierzeń przetrwało, Pana zdaniem, do współczesności? Czy istotnie odcięliśmy się od dawnych, słowiańskich korzeni? A może są one jednak obecne w naszym życiu, zwyczajach, świętach?

    RD: Oj, można się zdziwić, ile dawnych zwyczajów tkwi w naszych na wskroś chrześcijańskich obrzędach. Chociażby święcenie jajek. Jajko to przecież symbol witalności. Czy chrześcijański? Skąd – uniwersalny. A te wszystkie Matki Boskie Zielne i w ogóle nabożeństwo dla matki? Czy to chrześcijaństwo? Przecież przedstawienia Maryi z Dzieciątkiem to istny kult Izydy, a na Słowiańszczyźnie kobieta również była otaczana szczególną czcią. Takich przykładów jest wiele. Kościół chrześcijański był na tyle mądry, żeby te najbardziej zakorzenione zwyczaje i wierzenia wchłaniać, a nie zwalczać za wszelką cenę. Etnografowie potrafią godzinami opowiadać o pozostałościach pogańskich w wierzeniach chrześcijańskich.
    We wszelkich kulturach, w tym słowiańskich, krzyż jest symbolem solarnym, znakiem życia i nadziei. Dzisiaj o tym zapominamy, ale przecież z jakiegoś powodu tak naturalnie przyjął się również wśród naszych przodków. A nie były to grzeczne owieczki. Prędzej grzeszne. Już za Chrobrego wybuchały bunty przeciw nowej wierze. Tyle że krwawy Bolesław miał na tyle mocy, aby je tłumić bez większego wysiłku i hałasu na cały świat. Z kolei powstanie po śmierci jego syna jest mocno przeceniane jako tak zwana „reakcja pogańska”. To był raczej bunt możnowładców, którym nie odpowiadała silna władza królewska lub książęca, ale ruchawka najwyraźniej wymknęła się spod kontroli. No i czeski Brzetysław skorzystał wtedy z okazji, żeby nam całkiem sporo urwać.
    Niemniej, kulty pogańskie istniały przez długi czas po ochrzczeniu zarówno Polski, jak i Rusi. U naszych wschodnich sąsiadów można mówić o reakcji pogańskiej tlącej się grubo ponad sto lat. Historycy mówią nawet o stu osiemdziesięciu.

    AS: Na koniec chciałem zapytać o „Miłość Bogów” – czego mogą się spodziewać czytelnicy po tym finale cyklu? Czy będzie to historia równie mroczna, jak pozostałe, a może na finał pozwolił sobie Pan na wpuszczenie do nich nieco światła?

    RD: Ta część jest nieco inna od poprzednich. Dzieje się bowiem nie w Polsce, lecz na terenie Saksonii, w której znalazł schronienie Władysław Wygnaniec po przegranej wojnie domowej. Jest on zresztą jedną z głównych postaci dramatu. Różnica polega również na tym, że wprawdzie odwołuję się do faktów historycznych, ale tylko w reminiscencjach. Główna oś fabuły nie ma nic wspólnego z autentycznymi wydarzeniami, za to mocno wyeksponowałem tło obyczajowe – życie zarówno wysoko urodzonych, jak i chłopów, panujące między nimi stosunki, a przede wszystkim: nabierające rozpędu obyczaje rycerskie, w tym szczególnie miłość dworską.
    Co nie znaczy, że nie jest krwawo, bo jest – i to chwilami nawet chyba bardziej okrutnie niż we wcześniejszych tomach.
    A jeśli chodzi o nieco światła? Uchylę rąbka tajemnicy. Dominika Repeczko, moja agentka i ulubiona redaktorka, wyrzucała mi nieraz daleko posunięty szekspiryzm rozwiązań fabularnych, dotyczących przeżywalności postaci dramatu. Dlatego, aby zrobić jej przyjemność, w „Miłości bogów” zrobiłem coś w rodzaju happy endu. Jak Dominika stwierdziła, popełniłem rzeczywiście „tylko coś w tym rodzaju, ale dobre i to”.
    I jeszcze jedno. Wszystkie części trylogii spina jedna postać – moja ukochana bogini Wiłła. Tutaj ponownie występuje w towarzystwie wilka, jako że uwielbiam wilki. Co nie znaczy, że czytelnicy poprzednich części nie spotkają innych starych znajomych. Aczkolwiek, podobnie jak drugi tom, również ten można przeczytać bez znajomości poprzednich historii, bo mimo pewnych nawiązań, każda opowieść stanowi kompletną, zamkniętą całość.

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Pojedyncze powieści:

    • Łzy Nemesis
    • Czarny Pergamin
    • Przy końcu drogi
    • Gwiazdozbiór kata
    • Kiedy Bóg zasypia
    • Wilki i Orły
    • Słońce we krwi
    • Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu
    • Światło cieni
    • Kamienne twarze, marmurowe serca
    • Łuna za mgłą
    • Ramię Perseusza
    • Jadowity miecz

    Cykl „Wilkozacy”:

    • Wilcze prawo
    • Krew z krwi
    • Księżycowy Sztylet

    Cykl „Rubieże Imperium”:

    • Kraniec nadziei
    • Żar tajemnicy

    Cykl o komisarzu Wrońskim:

    • Labirynt von Brauna
    • Żelazne kamienie
    • Krzyże na rozstajach

    Cykl „Żelazny kruk”:

    • Wyprawa
    • Szalony mag

    Zbiory opowiadań:

    • Pasterz upiorów
    • Serce teściowej

    Źródło: Wikipedia

  • Wywiad: Miku

    grzegorz bartyzel

    Miku

    Miasto pochodzenia: Łódź
    Fandom/tematyka działalności: Cosplay/Manga i anime

     

     

     

     

     

    Człowiek, którego nie można przegapić. Przebrany w świetne stroje damskich postaci, w których wygląda lepiej niż niejedna kobieta, szczególnie jeżeli widzimy go od tyłu. Spotkać go możemy na naprawdę wielu konwentach i za każdym razem w olśniewającej kreacji. Co kryje się za tą pasją i co Grzegorz Bartyzel, którego znacie jako Miku, chce Wam przekazać? Możecie się przekonać dzięki niniejszemu wywiadowi!

    Wywiad

    Alchelor: Pierwszym pytaniem, na które wielu czytelników pewnie chciałoby znać odpowiedź, jest to, dlaczego właściwie Miku Hatsune? Co skłoniło Cię do przebrania się za tę właśnie postać?

    Miku: Pewnego dnia w pracy, gdy zbliżał się termin IEM-u w Katowicach, kolega zaczął mi opowiadać o świecie e-sportu, a potem bardzo łatwo przeszedł na temat cosplayerów. Zaraz potem dowiedziałem się co nieco o konwentach. Następnie w domu, w internecie zacząłem szukać informacji na temat cosplayu . Moim oczom ukazało się wiele zdjęć i filmików z różnych wydarzeń związanych z nim. Jedną z najczęściej widocznych postaci na moim wyświetlaczu była Hatsune Miku. Więc zacząłem szukać elementów stroju do tej postaci. Jako pierwsza ukazała mi się wtedy oferta kupna używanego wiga w zielonym kolorze o długości około półtorej metra. U krawcowej zamówiłem czarną spódniczkę z zieloną lamówką itd. Koszula, buty, zielony krawat… Wtedy też znalazłem informację, że w pobliżu mojego miejsca zamieszkania odbędzie się konwent Mochicon, do którego miałem, jak się okazało, dwa tygodnie czasu – na przygotowanie. Więc w ten sposób „narodziła się” moja pierwsza wersja Miku. Na różnych forach czytałem informacje o tym, co dzieje się na konwentach. Przeczytałem też, że można być tam jakąkolwiek postacią, o jakiej się tylko zamarzy… Chłopak może być księżniczką, dziewczyna może przebrać się za rycerza, i nikt nikomu z tego powodu nie będzie robił przykrości. Fajna zabawa przy tworzeniu i kompletowaniu strojów. Na konwentach też bardzo miło spędza się czas po trudach tygodnia w pracy.

    A: W Twoim repertuarze obecnie znajduje się więcej postaci. Jakie są to stroje/kreacje?

    M: Cosplaye postaci Miku, Kanny, Kurumi Tokisaki, Rory Mercury. Niedawno zakupiłem używany cosplay 2B, który muszę przygotować do mojego użytku ;-) Ale… od pewnego czasu pracuje nad dużym, popularnym strojem, o którym marzyłem od dawna, by go pokazać szerszej publiczności. Ale na razie to tajemnica…;-) Liczne prace i pomiary obciążeniowe są w toku, więc trzeba będzie jeszcze poczekać, aż będę mógł ten cosplay nosić.

    A: Brzmi to naprawdę dobrze! Zżera mnie ciekawość co to będzie za strój! Widząc tę listę i Ciebie na konwentach, nie mogę nie zapytać, dlaczego damskie postacie? Kryje się za tym coś więcej, czy po prostu te właśnie kreacje Ci się podobają?

    M: Najprościej mówiąc, te stroje są po prostu bardzo ładne, przynajmniej dla mojego oka. Dlaczego damskie cosplaye? Bo na konwentach mogę być kim tylko zechcę, i to wykorzystuję. Może niedługo przebiorę się za ślimaka? Kto wie…

    A: Bardzo dobrze rozumiesz ideę konwentów i wiele osób powinno się od Ciebie uczyć. Czy sam tworzysz elementy strojów, czy raczej wszystko kupujesz? To, co nosisz wygląda na dobre jakościowo i jest świetnie dopasowane.

    M: Strój mojej wersji Miku jest szyty przez krawcowe. Pozostałe stroje są kupione od innych osób, używane. Przed kupnem pytam o wymiary, jeśli są ok, to finalizujemy transakcję.

    A: Czy myślałeś o wystąpieniu w konkursie cosplay? Mógłbyś na przykład zgłosić się w kategorii występu scenicznego.

    M: Osobiście uważam, ze chłopak w żeńskim cosplayu ma marne szanse. Kiedyś wziąłem udział w takim malutkim konkursie organizowanym przez jedną z wielu firm na Warsaw Comic Con. Miałem się przedstawić z imienia i podać nazwę postaci, którą naśladuję (Hatsune Miku). Do dziś w pamięci pozostał mi widok zażenowanej publiczności… Największą nagrodą jest dla mnie usłyszeć „świetny cosplay!”. To mi wystarczy.

    A: To trochę smutne, bo, jak wspomniałem, te stroje są naprawdę wysokiej jakości i widać, że nie jest to kreacja tworzona i traktowana byle jak. Aż ciężko uwierzyć, że w większości są to stroje kupione, a nie szyte na zamówienie. Chciałbym Cię zapytać o te elektroniczne uszka, które nosisz. Jak one działają? Czy ciężko było je zdobyć? Dotąd nie widziałem, żeby ktokolwiek inny je posiadał.

    M: Ruszające się uszka, które czasem mam na sobie, są to uszka, które odbierają fale mózgowe i odpowiednio reagują na nie. Nazwa handlowa to Necomimi. Kupiłem je kilka lat temu za kilkaset złotych. Jakiś czas temu, gdzieś w internecie wyczytałem, że jakiś naukowiec napisał, że te uszka szkodzą mózgowi. Mam nadzieje, że to tylko plotka. Ale od pewnego czasu widzę, że cena tych uszek w zagranicznych sklepach jest coraz wyższa. Być może jest to prawda, że zaprzestano produkcji tej zabawki. Polecam wpisać w Google lub YouTube frazę Necomimi. Jak to z zabawkami bywa, niestety i te uszka się psują, i od czasu do czasu muszę je naprawić.

    A: Nie brzmi to optymistycznie, ale jak to z zaawansowaną technologią bywa, mogą to być niepotwierdzone informacje. Za to można to potraktować jak swego rodzaju inwestycję, skoro cena rośnie. Co się w nich psuje? Jesteś w stanie naprawić tak skomplikowaną rzecz? Czym więc zajmujesz się zawodowo?

    M: Elementy, które się psują, to serwomechanizmy. Po prostu je wymieniam. Zawodowo zajmuję się elektroniką i elektryką.

    A: Czyli faktycznie brzmi, jakbyś był w stanie to naprawić samodzielnie. A co z inną Twoją aktywnością konwentową? Nieraz widywałem Cię w roli helpera. Często pomagasz tworzyć konwent? I czy poza akredytacją zdarza Ci się brać inne dyżury?

    M: Na konwenty jeżdżę głównie po to, aby spotykać się z innymi uczestnikami, pospacerować sobie, pogadać o wszystkim i o niczym, pograć w jakieś gry, czy to na planszy, czy to na komputerze.

    Helperem bywam dla Śląskiego Klubu Fantastyki. Klub ten organizuje konwenty Asucon oraz Śląskie Dni Fantastyki. Na konwentach helper może się nauczyć nowych rzeczy, nabyć nowe umiejętności i doświadczenie. Helper przed konwentem przygotowuje pomieszczenia dla uczestników imprezy, umawiane są dyżury ze szczególnym uwzględnieniem umiejętności danej osoby i jej predyspozycji. Praktycznie wszyscy helperzy na bieżąco utrzymują porządek na konwencie, a niektórzy z nich otrzymują zadania, w których najlepiej się czują, biorąc pod uwagę godziny prelekcji, na których chcą być. Gdy ja pomagałem na konwentach, to wykonywałem następujące czynności: przygotowanie pomieszczeń do konwentu, akredytacja uczestników kupujących bilet na miejscu, dyżury w toaletach i bieżące utrzymanie czystości koszy na śmieci. Na dwudziestej rocznicy Asuconu pracowałem na scenie auli, gdzie odbywał się konkurs cosplay. Po zakończeniu konwentu brałem udział w sprzątaniu pomieszczeń, aby je przywrócić do stanu pierwotnego. Układanie stolików, krzeseł…

    A: Czyli byłeś full wypas helperem, parającym się wszystkim, bez wybrzydzania. To się chwali. Czy dużo konwentów odwiedzasz w ciągu roku? Widuję Cię całkiem często. I czy są to imprezy tylko mangowe?

    M: Odwiedzam konwenty, jeśli mi pozwalają czas i fundusze. Bardzo je lubię, chciałbym być na wszystkich, ale trochę się nie da… Bywam na imprezach mangowych, jak i na konwentach o tematyce fantastyki. Generalnie nie patrzę czy to jest konwent mangowy, czy fantastyczny. Jadę spotkać się z ludźmi, zrobić sobie wolne od tygodnia spędzonego w pracy. Te spotkania działają na mnie odprężająco.

    A: A jak to wygląda w Twoim życiu prywatnym? Co na to Twoi najbliżsi? Wspierają Cię w Twojej pasji?

    M: Jeszcze nie wszyscy wiedzą o moim nowym zainteresowaniu. Ci, którzy dowiadują się o moim hobby, zadają mnóstwo pytań. Trzeba czasem długo wyjaśniać, o co chodzi z cosplayem, konwentami… Reakcje są różne, więc sam od siebie mało się chwalę tym, czym zajmuję się hobbystycznie.

    A: Ostatnie pytanie. Czy nie przeszkadza Ci, że jesteś starszy od większości uczestników? Nie czujesz żadnej bariery w kontaktach na konwencie?

    M: Trochę przeszkadza, ale tylko trochę. Zauważyłem, że na konwenty przychodzą czasem całe rodziny, wiec nie czuję się tak całkiem osamotniony. Ale skoro wchodzę na konwent i widzę, że średnia wieku to około osiemnastu lat, to i ja się czuję nieco młodszy.

    A: Wielkie dzięki za wywiad, myślę że sporo osób chętnie go przeczyta i wyciągnie wnioski. Pozostaje nam czekać na Twój specjalny projekt :-)

  • Wywiad: Patryk „Ciasteczkowy Ivan” Patena

    ciasteczkowy ivan

    Patryk „Ciasteczkowy Ivan” Patena

    Rok urodzenia: 1999
    Miasto pochodzenia: Kraków
    Fandom/tematyka działalności: Manga i anime

     

     

     

    Jeżeli kiedykolwiek na konwencie dostaliście ciastko od sympatycznego człowieka przebranego za Cartmana (chociaż czasem występuje także w innych rolach), to jest spora szansa, że spotkaliście właśnie Ciasteczkowego Ivana. Ivan nie rozstaje się z korzennymi przysmakami, chętnie częstując każdego, kto się nawinie. Bez żadnych oporów i podziałów, po prostu z dobroci serca. Ale kim właściwie jest, dlaczego rozdaje ciastka na tylu konwentach i skąd bierze na to fundusze? Za chwilę się dowiecie.

    Wywiad

    Alchelor: Ivan, Ciasteczkowy Potwór. Często można Cię spotkać na konwentach mangowych, gdzie rozdajesz ciastka. Skąd ten pomysł?

    Ivan: Pomysł powstał w 2015r podczas Xmasconu. Był to mój pierwszy konwent. Obserwując zachowania uczestników w niedzielę zauważyłem, że część z nich wyglądała jak wymęczone zombie. Akurat miałem przy sobie ciastka korzenne. Nie było ich dużo, ale starczyło dla kilku osób. Reakcja ludzi była ciekawa, podziękowali mi też za poczęstunek. Wtedy pomyślałem, że hej, jak będę kupował więcej ciastek, to będę mógł dzięki temu uszczęśliwić więcej ludzi. Byłem wtedy zupełnie innym człowiekiem, zanim z aspołecznego gracza stałem się bardziej otwartą osobą. Krótko mówiąc, rozpoczęcie działań w społeczności było dla mnie sporym wyzwaniem. Oznaczało to zmianę o 180 stopni w moim życiu.

    A: Czyli po prostu chciałeś zobaczyć uśmiech na twarzach innych ludzi. To niesamowicie dobrze o Tobie świadczy. Czy kupowanie tylu ciastek (z tego co widziałem, są to całe kartony) nie jest zbyt dużym obciążeniem portfela?

    I: Tak, jest to dość spory wydatek, jednak wolę spożytkować te pieniądze tak, niż kupić coś, co przyda się tylko mi. Po za tym chciałbym w ten sposób pokazać ludziom, że warto czasami coś dać, aby później Karma do nich wróciła. Przekonałem się już, że dobre uczynki naprawdę potrafią pomóc. Zdarzało mi się, że losowi ludzie podchodzili i dawali mi ciastka czy cukierki w dużej ilości, mówiąc „możesz to rozdać, mam trochę za dużo”. Co do ilości, rekordem było 5 kg ciastek korzennych, 3 kg bez oraz 4 kg „ciutków”, które rozdałem podczas jednego z Magnificonów.

    A: To całkiem sporo, ale i uczestników na takim Magnificonie raczej nie brakowało. Na konwentach dodatkowo przebierasz się za różne postacie. Jest to coś w rodzaju cosplayu, czy po prostu lubisz wyróżniać się w tłumie?

    I: Tak, zgadza się, jest to rodzaj cosplayu, jednak część z moich prac nie opierała się na tematach M&A. Inspiruję się bardziej motywami z seriali i życia codziennego. Jednak pewna postać stała się teraz ulubieńcem wśród ludzi. Jest to Cartman z South Parku. Interesuje mnie voice acting i staram się modulować głos, gdy jestem przebrany, co też wzbudza sympatię wśród uczestników konwentu.

    A: Słyszałem, że niektórzy mówią do Ciebie per Cartman. Jest to dla Ciebie budujące, że Twoja ulubiona postać staje się Twoją ksywą? Ile konwentów w ciągu roku udaje Ci się odwiedzić?

    I: Tak, bo postać Cartmana jest kontrowersyjna i sam też staram się być jak serialowy bohater. Nie przeszkadza mi to, jak ludzie się do mnie zwracają. Kiedy chcemy, aby znajomość przetrwała na następne konwenty, to dodajemy się do znajomych na facebooku. Co jest ciekawe, Cartman jest osobą krępą, przez co nie muszę jakoś dostosowywać wyglądu do postaci. Co do drugiego pytania, liczba konwentów, które odwiedzam w ciągu roku, to około sześciu lub siedmiu, z czego trzy to imprezy Krakowskie. Staram się pojawiać na konwentach jak najczęściej, ale tu koszty odgrywają sporą rolę.

    A: Masz spory dystans do siebie. To dobra cecha. Zauważyłem też, że masz jeszcze kilka innych ciekawych zainteresowań, jak gra na pianinie i starasz się ćwiczyć. Jak Ci idzie w realizacji tych hobby?

    I: Dokładnie, uczyłem się gry na pianinie po ukończeniu szkoły muzycznej oraz technikum masażu, natomiast teraz idę na studium realizacji dźwięku. Kocham muzykę, pozwala mi ona działać. W programie nauki studium jest gra na pianinie, więc będę troszkę do przodu. Jako główny zawód wybrałem masażystę, ale w ramach hobby chciałbym zająć się dubbingiem, tworząc fanduby.

    A: To brzmi naprawdę ambitnie. I można powiedzieć, że masz fach w rękach, zarówno jako pianista, jak i masażysta. Czy na konwentach występujesz tylko w roli uczestnika, czy bierzesz na siebie rolę dodatkowe, jak twórca atrakcji czy helper?

    I: Muszę przyznać, że po raz pierwszy byłem gżdaczem na Pyrkonie w tym roku. Było naprawdę ciekawie – zobaczyć konwent od kuchni, współdziałając razem z organizatorami. Mogłem też liczyć na pomoc przegżdaczy oraz helperów, mających większy staż ode mnie. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Jako twórca atrakcji prowadziłem jak na razie jedną atrakcję: „Pierwszy raz na konwencie, jak się odnaleźć”. Zagraliśmy w kilka ciekawych gier, a następnie wyciągnąłem na rozluźnienie „Karty przeciwko ludzkości”, które świetnie się spisują na imprezach. Pamiętam, jak na następnym konwencie spotkałem jedną ze słuchaczek, która podziękowała mi za pomoc w przełamaniu bariery. Dodatkowo prowadziłem razem z moim kumplem dwie vixy, za co bardzo dziękuję Garretowi, jak i technicznym Magnificonu i Asuconu 2018. Garret obsługiwał laptopa oraz mikser, ja natomiast zachęcałem ludzi do udziału. Bardzo interesuję się tańcem, więc pełniłem tam też rolę animatora.

    A: Zamierzasz robić coś dalej w kierunku bycia osobą funkcyjną, czy raczej rola uczestnika konwentu w zupełności Ci wystarcza?

    I: Uważam, że rola uczestnika mi wystarczy, w przeciwnym razie przybędzie mi więcej obowiązków, które łączą się z większą odpowiedzialnością. Ale nie wykluczam tego, jeśli jakiś organizator poprosi o jakąś pomoc z mojego zakresu umiejętności. Wtedy na pewno pomogę.

    A: Gdybyś coś chciał przekazać konwentowiczom, co by to było?

    I: Warto pomagać i troszczyć się o drugiego człowieka, świat nie potrzebuje superbohaterów, jednak jeden gest potrafi zdziałać naprawdę bardzo dużo. Dlatego ja po za konwentami oddaję krew w punktach krwiodawstwa, bo nie ma możliwości wytworzenia jej laboratoryjnie. Dzięki temu można ocalić życie drugiego człowieka.

     

  • Wywiad: Klaudia „Foka” Heintze

    klaudia foka heintze

    Klaudia „Foka” Heintze

    Miasto pochodzenia: Katowice
    Fandom/tematyka działalności: Kultura

     

     

     

     

     

    Fot. Michał Dagajew

    Organizatorka, działaczka, koordynatorka i inicjatorka wielu konwentów, wydarzeń i inicjatyw. Osoba, która od niepamiętnych lat sprawia, że fantastyka i popkultura jest znacznie przyjemniejszym i zdecydowanie bardziej rozpoznawalnym hobby. Nominowana do Identyfikatora Pyrkonu w kategorii Promotor Fantastyki, laureatka Nagrody im. Krzysztofa „Papiera” Papierkowskiego i pierwszej w historii nagrody KONgresu. Na swoim koncie ma także stanowisko prezesa jednego z najstarszych, jeżeli nie najstarszego dalej działającego klubu fantastyki – Śląskiego Klubu Fantastyki. Nie ma w fantastyce rzeczy, o której nie dałoby się z nią porozmawiać, a i poza tym kręgiem osiąga spore sukcesy. Zapraszamy do wywiadu z Klaudią „Foką” Heintze!

    Wywiad

    Alchelor: Zacznijmy od początku, czyli od twojego pierwszego kontaktu z fantastyką i pierwszej wizyty na konwencie. Kiedy i w jakich okolicznościach to było?

    Foka: Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje. Fantastyką interesowałam się chyba od zawsze. Pierwsze książki, które pochłaniałam, poza książkami o Indianach, na punkcie których miałam potężnego chysia, to była właśnie fantastyka. Science fiction konkretnie. Zegalski, Lem, Ayme. Potem nadszedł Wells i wpadłam totalnie.
    Do pierwszego klubu fantastyki zapisałam się jeszcze w podstawówce – jako dzieciak totalny. I owszem, moi znajomi jeździli na konwenty, ale mnie nie było stać na takie ekstrawagancje – tak więc się złożyło, że pierwsze moje fantastyczne „imprezy” to były organizowane przez mój klub giełdy książek, spotkania dyskusyjne, klub filmowy. Czy to się liczy?

    A: Właściwie tak, szczególnie że wtedy fandom i konwenty nie wyglądały tak, jak teraz. Nie było blisko dwustu imprez rocznie i łatwego dostępu do informacji. Co to był za klub? I jak wyglądały wtedy takie spotkania?

    F: Klub nazywał się SCAS i jego założycielem i ówczesnym prezesem był Krzysiek Rożko – jeden z członków założycieli Śląskiego Klubu Fantastyki. ŚKF oczywiście już wówczas istniał, ale SCAS miał tę zaletę, że mieścił się w Domu Kultury, więc był za darmo.

    Jak wyglądały spotkania? Nie różniły się od tego, jak wyglądają dziś. Mieliśmy bibliotekę, niewielką – wówczas jeszcze – kolekcję gier, kombinowaliśmy dostęp do filmów. Spotykaliśmy się, żeby porozmawiać nie tylko o fantastyce, wymienić się książkami, zagrać w RPG albo „Magię i Miecz”. Organizowaliśmy pierwsze LARP-y - ze SCAS-owej ekipy wywodzą się na przykład Orkony.

    Jeśli spojrzymy na ruch fanowski jako środowisko ludzi, których łączy wspólna pasja, to okaże się, że przez ostatnie trzydzieści lat nie zmienił się on jakoś zasadniczo. Ba! Zaryzykuję tezę, że w gruncie rzeczy wciąż jesteśmy tacy sami, tylko możliwości mamy coraz większe. I to jest piękne.

    A: Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, wydawało mi się, że jednak fandom przeszedł sporą reformę na przestrzeni lat, a to jednak nie ludzie, tylko sam format imprez i działań się zmienia. Czy to nie oznacza, że fandom może przestać nadążać za zmianami?

    F: Czy istnieje ryzyko, że fandom przestanie nadążać za zmianami – absolutnie się tego nie obawiam. To, że nie zmienia się ludzka natura, najważniejsze nasze pragnienia, marzenia i potrzeby, nie oznacza, że nie zmieniają się sposoby ich realizacji. Fandom wciąż się zmienia. Ewoluuje. Pojawiają się nowe media, nowe „fandomy”, nowe imprezy. Bardzo różne. Organizowane przez różnych ludzi tak, żeby realizować ich wizje dobrej rozrywki. Te nowe wizje nie są ani lepsze, ani gorsze niż stare. Są po prostu inne. A co fajniejsze – mogą one świetnie współistnieć, uzupełniać się i przenikać.

    A: Wracając do poprzedniej odpowiedzi, czy SCAS można nazwać podwalinami ŚKF-u i Orkonu? Czy to dlatego później trafiłaś właśnie do Śląskiego Klubu Fantastyki?

    F: Nie, nie – ze SCAS-em i ŚKF-em było odwrotnie. To ŚKF był pierwszy. Potem nastąpiło cudowne rozmnożenie. :-)

    Po likwidacji domu kultury, w którym mieścił się nasz klub założyliśmy Rebels Club, który teoretycznie mieścił się w przedszkolu, a w praktyce rezydował w mieszkaniu naszego wspólnego kumpla Grzesia Biegalskiego zwanego Obim.

    Z Rebelsami robiliśmy, między innymi, blok Star Warsowy na Euroconie 1991 w Krakowie.
    Do ŚKF-u trafiłam po kilku latach przerwy, jakoś w 1999 roku, kiedy pisałam pracę magisterską o środowisku fanowskim. Trafiłam, spotkałam starych znajomych i, równie fantastycznych, nowych znajomych, i zostałam. :-)

    A: Czyli do ŚKF-u trafiłaś już po wielu latach aktywnego działania w fandomie, jako osoba doświadczona. Kim właściwie byłaś w klubie? Z tego, co pamiętam, gdzieś u schyłku Twojej klubowej kariery zajmowałaś wysokie stanowisko. Czy tak było od początku, czy raczej „pięłaś się po drabince”?

    F: Jakakolwiek kariera w sensie piastowania stanowisk nie była moim planem. Pierwotnie było to tak, że robiłam badania do pracy magisterskiej oraz raz w tygodniu wyskakiwałam z kumplami na piwo. Pogadać. Ale wiesz jak to jest: w klubach dzieje się tyle fajnych rzeczy, że zawsze coś nas skusi. Ja nie jestem szczególnie odporna na pokusy – szczególnie jeśli wiążą się z dobrą zabawą. Dopiero z czasem okazało się, że wsiąkłam w życie klubowe bardziej, niż sama przypuszczałam.

    Po Polconie 2009, na którym koordynowałam program, wzięliśmy się za Eurocon 2010, zwany Triconem. W tym też czasie nasza ówczesna prezes klubu i jedna z głównych koordynatorek Triconu, Ola Cholewa, zrezygnowała z prezesowania i jakoś tak wyszło, że jeden z kumpli obwieścił, że właściwie aktualnie to chyba ja najwięcej robię w klubie, więc wypada, żebym wzięła tę prezesurę na klatę. No to wzięłam.

    To, że zrezygnowałam z prezesowania nie oznacza schyłku kariery – bo, po pierwsze, bycie prezesem klubu fantastyki to nie jest żadna kariera. To jest potężny obowiązek, przed którym ludzie się raczej bronią. :-) Po drugie, nie trzeba być prezesem, żeby działać na rzecz klubu i czuć się z nim związanym. ŚKF to nadal jest mój klub i osobiście jestem bardzo wdzięczna obecnej prezes i reszcie zarządu, że robią taką świetną robotę. I nadal współpracujemy.

    A: Podoba mi się myśl o uzupełnianiu się wzajemnie koncepcji i tematyk. Jak u Ciebie z mangą, anime i popkulturą japońską? Czy to dla Ciebie dalej ta sama fantastyka lub temat pokrewny, czy raczej osobna sprawa? I czy to także mieściło się w Twoim kręgu zainteresowań?

    F: Widzisz… to jest jedna z korzyści płynących z prezesowania. Przynajmniej dla mnie.
    Wpadliśmy kiedyś w klubie na pomysł organizowania nocy filmowych. Wiesz – wedle najprostszej metody: wybieramy tematykę, potem dobieramy cztery-pięć mocnych, dobrych filmów i do każdego filmu zgłasza się ktoś, kto przygotowuje kilkunastominutowe wprowadzenie: czemu ten film jest ważny, dobry, wyjątkowy, przełomowy, whatever.

    A ponieważ mamy w klubie świetnie działającą sekcję mangi i anime, akurat byliśmy na etapie wskrzeszania Asuconów i ogólnie okazywało się, że podział na mangowców i fantastów jest bezsensowny, poprosiłam ludzi, którzy znają się na anime, o opracowanie programu nocy filmowej. To, co przygotowali, okazało się kawałem świetnej fantastyki, świetnej kinematografii. I tak się stało, ze co któraś noc filmowa była nocą z anime. Oglądaliśmy filmy mądre i trudne, filmy baśniowe, urocze, przygnębiające i czasem kiczowate. I tak mi zostało do teraz. To naprawdę jest dla mnie nowy, wspaniały świat, który odkryłam dzięki temu, że ludzie znający temat zechcieli się z nami podzielić swoją pasją. Czy nie o to chodzi w klubach fantastyki?

    A: Czyli z klubem jest trochę jak z byciem harcerzem. Jest się nim już na całe życie. Tak, w zasadzie wszystko, z czym mamy do czynienia na konwentach, to fantastyka właśnie. Choć myślę, że takie uproszczenie nie każdemu pasuje, to jednak wszyscy mamy podobne zainteresowania i te tematy się wzajemnie przenikają. Więc zamiast określać Cię jako „mangowca”, czy „fantastę”, można Cię nazwać po prostu pasjonatem fantastyki. Czy jest coś, co osiągnęłaś jako działacz, a z czego jesteś szczególnie dumna?

    F: Nie patrzę na to, co robię dla mojej pasji, pod kątem osiągnięć. Raczej na zasadzie „jest coś do zrobienia, to zróbmy to jak najlepiej”. Największym moim sukcesem jest to, że zrobiłam wiele świetnych rzeczy ze świetnymi ludźmi.

    Największą porażką… to, że kiedyś nie obroniłam człowieka, którego powinnam była obronić. Mam mnóstwo powodów, dla których tak się stało, ale one wszystkie są bez znaczenia, kiedy ktoś płacze.

    Jeśli mam jakąś zasadę nadrzędną, to jest ona taka, że najważniejszy jest człowiek. Zawsze. Jeśli podejmuję jakiekolwiek działanie, to moja duma, moja racja, moje poczucie sprawiedliwości są ważne, ale nie aż tak ważne, jak bycie dobrym człowiekiem. Raz nie zachowałam czujności. Ale to się więcej nie zdarzyło i nie zdarzy.

    I tak sobie myślę, że to zaufanie, którym darzą mnie ludzie i wszystkie te wyróżnienia fandomowe, którymi mnie obdarowano – to jest właśnie skutek tego, że… no, staram się być dobrym człowiekiem. Jakkolwiek głupio to nie brzmi. I chyba najbardziej jestem dumna z tego, że ludzie zdają się to widzieć.

    I tak, wiem, ze powinnam opowiedzieć o jubileuszowym Polconie (albo o innych Polconach), o odkuwaniu Asuconów, o prowadzeniu benefisu Maćka Parowskiego i Bogusia Polcha, o byciu gościem na imprezach, o nominacji do identyfikatorów Pyrkonu, o Wyróżnieniu Kongresu i o Nagrodzie Papiera… To są wielkie, ważne rzeczy, za które jestem wdzięczna ludziom i światu. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że mimo tych wszystkich świetnych rzeczy, które mi się w życiu przytrafiły, zostałam Foką, na widok której ludzie się uśmiechają.

    A: Muszę tutaj przyznać, że robisz dobrą robotę, zarówno w kwestii działań, jak i orientacji na drugiego człowieka, więc można chyba powiedzieć, że spełniasz swoje własne założenia. Właśnie, zostałaś Foką, która sprawia, że ludzie się uśmiechają. Dlaczego właśnie Foka?

    F: Czemu Foka? Najchętniej powiedziałabym, że to dlatego, ze taka ze mnie pancerna baba z Komando Foki, ale niestety nie taka jest geneza mojego dziwnego nicku.

    Pływałam kiedyś wyczynowo i moim wiodącym stylem był klasyczny zwany żabką. Kiedy nasz sponsor zafundował nam białe czepki z małą, biało-czerwoną flagą z boku, wszyscy się śmiali, że z wielkimi czarnymi oczkami wyglądam jak foka. I tak mi zostało.

    Miałam w życiu kilka bardziej nobliwych pseudonimów, ale w każdym towarzystwie w końcu trafi się ktoś, komu wypsnie się Foka i wtedy wszystkie nobliwe ksywki diabli biorą. Trudno, postanowiłam znosić z godnością swoje focze brzemię. :-)

    A: Człowiek wielu zainteresowań i talentów. To idealny moment, żeby zapytać, jak Twoje działania i doświadczenia wyniesione z działalności fanowskiej wpłynęły na Twoje życie zawodowe i osobiste. Jak wiele z tego pomogło Ci w takim „normalnym” życiu? Czy były to raczej rzeczy przydatne, czy raczej skille dodatkowe?

    F: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo właściwie sama nie wiem, co jest przyczyną, a co skutkiem.

    Mam szerokie zainteresowania i fantastyka jest tylko jedną z dziedzin, które mnie pasjonują. Aktualnie wykonywany przeze mnie zawód nie ma nic wspólnego z fantastyką, ale ma wiele wspólnego z publicznymi wystąpieniami. Tę umiejętność niewątpliwie doskonaliłam przez lata prelegowania, panelowania i prowadzenia wykładów na temat fantastyki, ale – gdyby spojrzeć na sprawę z szerszej perspektywy – to robiłam to wcześniej na sympozjach filozoficznych.

    Podobnie jest z zarządzaniem – kończyłam studia podyplomowe z zarządzania i broniłam pracę z zarządzania OPP, więc moje skille są trochę wyuczone. Ale przecież nie sposób nie docenić lat pracy z doświadczonymi ludźmi organizującymi ze mną kolejne konwenty, targi, festiwale. Powiem tak: fantastyka na pewno pomaga w rozwoju – intelektualnym, zawodowym, społecznym. A umiejętności intelektualne i społeczne pomagają robić coś fajnego na polu fantastyki.

    A: Dziękuję Ci bardzo za ten wywiad, zawierał wiele cennych spostrzeżeń. Właściwie można by go ciągnąć dalej w nieskończoność, w końcu to blisko dwadzieścia osiem lat historii osoby, która działała w fandomie całkiem aktywnie i efektywnie. Nie wątpię, że będziemy mieli jeszcze okazję zapytać o to i owo przy innym projekcie, bardziej wizualnym. Tymczasem jestem wdzięczny za możliwość przeprowadzenia tej rozmowy.

  • Wywiad z pisarzem - Miroslav Žamboch

    miroslaw zamboch

    Miroslav Žamboch

    Rok urodzenia: 1972
    Miasto pochodzenia: Hranice (Czechy)
    Rok pierwszej wydanej książki: 2005
    Fanpage: Miroslav Žamboch

     

     

     

    Wywiad

    Kiedy rozmawialiśmy przed dwoma laty przyznał Pan, że w świecie Koniasza i Bakly'ego zanosi się na wielką wojnę, wielki konflikt. Wywiad odbywał się przed polskim wznowieniem powieści „Czas Żyć, Czas Zabijać”. Teraz polscy czytelnicy otrzymają „Szukając Śmierci”, jednak już poprzednia książka układała te figury na globalnej szachownicy. Proszę zdradzić – czy w najnowszej powieści doczekamy się wybuchu tej zapowiadanej, wielkiej wojny?

    Gdybym miał określić, gdzie na osi czasu znajduje się „Szukając Śmierci”, byłoby to zaraz przed rozpoczęciem Wielkiej Wojny. Tajne stowarzyszenia, klany skrytobójców i komanda partyzantów walczą ze sobą w ukryciu, ale armie nie przekroczyły jeszcze granic.

    Bakly i Koniasz towarzyszą polskim czytelnikom już od ponad dekady i przez ten czas mieliśmy okazję podziwiać ewolucję tych postaci. Koniasz przestał być tylko zabijaką, wiemy z pośrednich źródeł, że objął pewną, powiedzmy, polityczną funkcję. Z kolei Bakly'ego poznaliśmy jako mordercę-pijaka, marzącego tylko o samobójstwie. Teraz jednak wiemy, że ten osiłek ma po co żyć. Czy ewolucja tych bohaterów nastąpiła naturalnie czy też od początku miał Pan plan właśnie na taki rozwój wypadków?

    Szczerze mówiąc, na początku nie miałem dla nich konkretnego planu. Zacząłem pisać o nich w pewnym konkretnym momencie ich życia, wyposażonych w bagaż doświadczeń, które ukształtowały ich i uczyniły wyjątkowymi. W toku każdej historii Bakly i Koniasz zmieniali się i rozwijali. Mam nadzieję, że czytelnicy również zauważyli ewolucję tych postaci w powieściach i opowiadaniach. Oczywiście niektóre wydarzenia, które ich zmieniły, nigdy nie zostały opisane…

    W każdej kolejnej powieści nakreśla Pan coraz większy obszar prezentowanego świata, nie tylko geograficznie, ale też gospodarczo i politycznie. Skąd taka potrzeba jak największego kształtowania realiów? Czy są to elementy, które uznaje Pan za niezbędne dla fabuły, czy też kreśli je Pan po to, by czytelnik miał poczucie wiarygodności, realizmu tego świata?

    Mówię (czy raczej piszę) o świecie tylko dlatego, że wymaga tego opowieść. Wszystko, co się wydarzy, jest konsekwencją politycznej i społecznej interakcji grup , jednostek i ich osobistych wyborów. Osobiście nie lubię (lub po prostu nie czytam) historii, w które nie mogę uwierzyć. Moje muszą być choć trochę prawdopodobne… nawet kiedy ich częścią jest magia. Próbuję więc dzielić się tym podejściem z moimi czytelnikami.

    Każda z opowieści o Koniaszu i Baklym jest zamkniętą całością, włącznie ze zbiorami opowiadań, z których można wybrać dowolne i cieszyć się prezentowaną fabułą bez znajomości pozostałych. Dlaczego zdecydował się Pan akurat na taki zabieg?

    Według mnie to kwestia gustu. Sam wolę opowieści złożone i tworzące zamkniętą całość. Kiedy istnieją w nich nawiązania do innych historii, są one tylko dodatkiem w postaci związków między postaciami, powiązań z innymi czasami, opowieściami i ludźmi w moim świecie. Tak właściwie bardzo podobają mi się takie powiązania między odrębnymi historiami.

    Na sam koniec, proszę wybaczyć ale polscy czytelnicy nie darowaliby mi, gdybym nie zadał tego pytania: czy można się spodziewać kontynuacji „Łowców”? Jest to jedna z najpopularniejszych Pańskich powieści w naszym kraju i czytelnicy przy każdym wznowieniu o nią dopytują. A może są inne historie, które chciałby Pan pociągnąć dalej? Opowieść o R.C.? „Wojna Absolutna”?

    Napisałem już ponad sto stron drugiej części „Łowców”, jednakże jest to kompletnie inna historia o wojnie między dinozaurami a ludzkością. Pierwsza część była lekka, optymistyczna. Druga byłaby znacznie mroczniejsza, zabójcza. Nie jestem pewien, czy powinienem łączyć dwa tak odmienne podejścia. Obecnie pracuję nad powieścią o roboczym tytule „Living Weapons”, której akcja rozgrywa się w świecie „Sierżanta”. Jest ona znacznie bardziej złożona, jeśli chodzi o zawartą w niej informację o świecie, więc jeszcze nie wiem, jak się skończy. Ale myślę, że fajnie będzie czytać o walkach między czarodziejami a magicznymi stworzeniami z użyciem amunicji przeciwpancernej i materiałów wybuchowych… :-)

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    Pojedyncze powieści:

    • Sierżant (czes. Seržant) (2005)
    • Mroczny zbawiciel t. I (2008) i II (2009)
    • Wylęgarnia. Śmierć zrodzona w Pradze (czes. Líheň Smrt zrozená v Praze) (2009)
    • Wylęgarnia 2. Królowa śmierci (czes. Líheň 2 královna smrtí) (2009)
    • Łowcy (czes. Predátoři) (2010)
    • Percepcja (2013)
    • W służbie klanu (czes. Ue Službách Klanu) (2014)
    • Wojna absolutna (2016)
    • Ostatni bierze wszystko (2017)
    • Zakuty w stal (2017)

    Cykl o Baklym:

    • Bez litości (czes. Bez slitováni) (2006)
    • Czas żyć, czas zabijać (czes. Čas žít, čas zabíjet) (2012)

    Cykl o Koniaszu:

    • Na ostrzu noża, t. I i II (2007)
    • Krawędź żelaza t. I (2007) i II (2008)
    • Koniasz. Wilk samotnik t. I i II (2010)

    Cykl o agencie JFK:

    • JFK 1 - Przemytnik (czes. Pašerák ), (wspólnie z Jiřím Procházką)
    • JFK 2 - Nie ma krwi bez ognia (czes. Není krve bez ohně), (wspólnie z Jiřím Procházką)
    • JFK 3 - Miecz i tomahawk (czes. Meč a tomahawk), (wspólnie z Jiřím Procházką)
    • JFK 4 - Armie Nieśmiertelnych (czes. Armády nesmrtelných), (wspólnie z Jiřím Procházką)
    • JFK 6 - Ze śmiercią za plecami (czes. Se smrtí v zádech)
    • JFK 7 - Płonące Anioły (czes. Hořící andělé)

    Źródło: Wikipedia

  • Wywiad: Hall of Fame: Akatsu

    Imię i nazwisko: Aleksandra Leska
    Nick: Akatsu
    Fanpage: Akatsu Cosplay Nook
    Miasto: Łódź
    Wywiad

    D: Dzisiaj coś swojskiego, przynajmniej dla mnie, bo nasz gość pochodzi z mojego miasta.
    Nie ukrywam – Łódź to nie jest dobre miejsce na rozwój cosplayu, bo choć mamy wiele pasmanterii i sklepów z materiałami, a nawet pianką, to jednak brakuje... w zasadzie wszystkiego. Jednakże mamy perełki i jedną z nich jest Akatsu. Cześć! Jak tam życie i szycie?

    A: Cześć! Dzięki za zaproszenie. U mnie wszystko w porządku, życie polega na wiecznej walce o połączenie cosplayu jako mojej pasji ze studiami i życiem prywatnym, których staram się nie zaniedbywać. Co do Łodzi, jeśli mogę się wtrącić, to owszem, to wspaniałe miasto jeśli chodzi o materiały do tworzenia cospów, ale również czuję, że czegoś tu brakuje.

    D: Cosplayerów już nie, powoli zjeżdża się ich do nas coraz więcej, nieprawdaż? Co według Ciebie jest nie tak w tym mieście, że tak ciężko tu o jakikolwiek rozwój?

    A: Siedzę w łódzkim fandomie od wielu lat. I pamiętam różne jego okresy, te lepsze czy te gorsze. Może zabrzmię jak babcia, ale według mnie kiedyś był lepszy social. Spotkania mangowe odbywały się w dużych ekipach (ach, te spotkania w Manufakturze) i jakoś wszyscy bardziej trzymali się razem. Wydaje mi się, że w pewnym momencie z jakiegoś powodu każdy poszedł w swoją stronę i mniej patrzymy na fandom jako „my”, a bardziej jako „ja”. Oczywiście są wyjątki. Nadal jest tu wiele osób, na które zawsze mogę liczyć, z chęcią mi pomogą czy po prostu spotkają się, by porozmawiać i „pośmieszkować”.

    D: Myślisz, że ma na to wpływ mała, zerowa już liczba konwentów w Łodzi? Oczywiście nie liczymy Festiwalu Komiksów, Balu czy Dnia Japońskiego.

    A: Oczywiście, że tak. Konwenty bardzo pomagają w tworzeniu nowych znajomości. Sama poznałam na konwentach bardzo wielu ludzi, z którymi mam stały kontakt. Jeżeli ktoś mieszka w Łodzi, łatwiej jest mu pójść na konwent w jego mieście i tam nawiązać nowe znajomości. Ale to też chyba troszkę kwestia mentalności. Z tego, co słyszałam od znajomych wynika, że liczba spotkań poza konwentami (tych na większą skalę) też zmalała. Ludzie się zmieniają i możliwe, że takie spotkania są coraz mniej potrzebne. Mamy przyjaciół w całej Polsce (a nawet poza nią), kontakt z nimi jest banalnie prosty, a też połączenia z innymi miastami pozwalają na podróże i odwiedzanie ich.

    D: Nie idzie się z tym nie zgodzić. Jesteś dobra nie tylko w szyciu, ale i w scenkach. Na deskach sceny wręcz szalejesz, szczególnie jeśli chodzi o występy grupowe. Czy to jakieś ukryte marzenie małej Oli?

     A: Szczerze mówiąc, tak. Właśnie mnie rozgryzłaś w stu procentach. Jako małe dziecko marzyłam o karierze aktorskiej. Wymyślałam do bajek nowe postacie, w które – kiedy nikt nie patrzył – wczuwałam się i sama przed lustrem je udawałam. Tak samo, gdy byłam między ludźmi, ciągle myślałam o tym, jakby w danej sytuacji zachowała się postać, którą lubiłam odgrywać (kolejny sekret – robię to do dziś!). W przedszkolu pierwszy raz występowałam na scenie w jasełkach i to wtedy pokochałam aktorstwo jeszcze mocniej. Od tego czasu regularnie brałam udział w różnych inicjatywach recytatorskich, a do zakończenia gimnazjum byłam członkiem kół teatralnych, gdzie zawsze udawało mi się zgarniać główne role i dawałam z siebie wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. Dlatego też pokochałam cosplay – za możliwość odgrywania danej postaci, przenoszenia publiczności w nowy świat i wywoływania w ludziach różnych emocji. Kiedy tworzę prezentację cosplay, daję z siebie 101 procent i chcę, żeby widz zapamiętał ją na długo. Korzystam ze swojego wieloletniego doświadczenia i nigdy nie idę na łatwiznę. Jestem bardzo wymagającym liderem. *śmiech*

    D: Masz jakąś zaufaną grupę ludzi, którym powierzasz projekty?

    A: Wolę pracować z osobami, które dobrze znam i którym mogę zaufać. Prezentacje przygotowujemy przez dobre kilka miesięcy, od rekwizytów, strojów, przez scenariusz, aż po podkład dźwiękowy. Trochę tego jest. Dużo pracy razem, dużo zaufania, że każdy wywiąże się ze swojej roboty, bo zawsze się nią dzielimy. Nad wszystkim staram się czuwać i pomagać w razie problemu. Jedziemy na tym samym wózku. Poza tym moim głównym powiedzonkiem jest: „grupa jest jak samochód – nawet bez jednej części nie pojedzie”. Dlatego bardziej komfortowo pracuje mi się z osobami, o których wiem, że nie zawiodą i poświęcenie całej ekipy nie pójdzie na marne.

    D: I może właśnie to jest sekretem Waszych sukcesów? Dwa Niucony z rzędu, Gakkony... celujecie dalej, wyżej?

    A: Wybierając konwent, patrzymy głównie na to, czy każdemu odpowiada miasto i termin. Moja ekipa w tamtych występach składała się z osób z różnych miast i będących w różnym wieku (miały pracę, studia, szkołę itp.). Najważniejsze jest, żeby każdy spokojnie dotarł na miejsce. Nie wykluczam możliwości, że w przyszłości „zaatakuję” z grupą coś większego. Ze sceny na 100 procent nie schodzę i mam na oku parę serii, z których może coś uda mi się wykombinować. Ale nic na siłę. Na razie chwilowa przerwa po Niuconie. *śmiech*

    D: Na czym się skupiasz, wybierając serię?

    A: Po pierwsze, muszę daną serię bardzo dobrze znać i lubić. Kolejną sprawą jest zrozumienie postaci. Zazwyczaj pomysł przychodzi sam, coś w rodzaju przypływu weny. Potem siedzę ze słuchawkami w uszach (leci mi w nich soundtrack z serii lub muzyka, która mi do niej pasuje) i spisuję różne pomysły. Staram się, żeby każdy widz, nawet ten nieznający serii znalazł tu coś dla siebie. Potem wstępny scenariusz – pokazuję go osobom, które chcę poprosić o przyłączenie się do mnie, i jeżeli się zgodzą dołączyć, mamy debaty, co ewentualnie zmienić, a co dodać do scenariusza. Czasami ogranicza nas regulamin, niekiedy czas, a czasem nasza wyobraźnia lub brak możliwości transportu ewentualnego rekwizytu.

    D: Grupa ludzi to zawsze jakieś konflikty. Czy zdarzały się takie? Jak – jako lider – sobie z nimi radzisz?

    A: Oczywiście, że konflikty się zdarzają, w końcu każdy z nas jest człowiekiem. Po pierwsze, bycie liderem to dla mnie wieczne lawirowanie między byciem wyrozumiałym i wymagającym. Trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić (może dana osoba ma swoje prywatne powody), a kiedy ochrzanić za brak jakichkolwiek starań. Ja jestem zawsze tajnym agentem i w rozmowie lubię zadawać ukryte pytania, jak ludziom idzie z jej częścią roboty. Zdarzyło mi się dwa razy kogoś solidnie okrzyczeć za totalny brak zainteresowania, ale zazwyczaj po tym potrafimy znaleźć rozwiązanie sytuacji. Jak wcześniej mówiłam, działam z zaufanymi ludźmi, więc tych konfliktów jest bardzo mało. A jak coś już jest nie tak, to staram się razem z osobą, która ma jakiś problem, znaleźć rozwiązanie, ewentualnie sama szukam wyjścia awaryjnego, żeby reszta grupy nie ucierpiała. Przykład mojej ostatniej prezentacji: tworzyliśmy ją razem od listopada 2017 r., jeżeli w lipcu by coś nie wyszło, to jednak byłoby bolesne doświadczenie.

    D: To wiele czasu, zawsze potencjalnie straconego, chociażby przez przypadki losowe. Masz swoją zarówno cosplayową, jak i życiową partnerkę Sae. Połączył Was wspólny cosplay czy może seria?

    A: Bardziej przypadek i wspólni znajomi. Może to wydawać się zabawne, ale więcej zaczęłyśmy ze sobą pisać w momencie, kiedy wyszło anime „Yuri!!! on Ice”. Ja robiłam cosplay Yuuri’ego Katsuki’ego a ona Victora Nikiforova. Potem okazało się, że mamy wiele wspólnych zainteresowań oraz serii, które lubimy, i nagle pomysły na wspólne cosplaye rozmnożyły się jak grzyby po deszczu.

    D: Nocą zapalony cosplayer i aktor, za dnia zaś...? Czym zajmujesz się na co dzień?

    A: Jestem studentką Politechniki Łódzkiej. Próbuję przeżyć na studiach magisterskich na kierunku biotechnologia. Prócz aktorstwa lubię biologię molekularną, inżynierię genetyczną i chemię. Próbuję łączyć pasję z obowiązkami, kosztuje mnie to dużo pracy, ale warto. Oprócz tego jestem typową 23-latką, nie wyróżniam się z tłumu i spędzam czas wolny jak każdy inny. Nie przepadam za klubami, wolę wyjść na kawę albo do pubu na piwo, ewentualnie pochodzić z przyjaciółmi po parku i pogadać o bzdurach. Najważniejsze to w całym tym szaleństwie (również cosplayowym) nie zgubić siebie gdzieś po drodze.

    D: To prawda, nie wolno dać się pochłonąć szaleństwu. 
    A co do szaleństw: Twoja najbardziej zwariowana rzecz, jaką zrobiłaś w zakresie cosplayu i konwentów.

    A: Parę takich rzeczy było. Sesja zdjęciowa w cosplayu Seidou Takizawie w opuszczonej drukarni (i modlenie się, żeby nikogo obcego nie spotkać i nie spowodować u niego zawału) czy sesja zdjęciowa w stroju bitewnym Kanekiego Kena przy minusowej temperaturze i w śniegu, kiedy miałam na sobie tylko cieniutki kombinezon. Zamawianie „asortymentu” do sesji zdjęciowej z „Ten Count” (kto zna serię, ten wie, o co chodzi) też było bardzo ciekawym doświadczeniem. Dużo tego było, ale wszystko w granicach rozsądku. Chyba. Przynajmniej w moim odczuciu. *śmiech*

    D: Bez czego nie wyobrażasz sobie konwentu? Co jest takim must be?

    A: Social przede wszystkim. Nie wyobrażam sobie konwentu bez osób, z którymi mogę go spędzić. I tutaj też mówię o ludziach, których nie znam, bo jednak każdy z osobna tworzy konwent. Jako cosplayerowi wielką radość sprawia mi, gdy ktoś pozna, jaką postać wystawiam – to bardzo wielka przyjemność i zawsze jest mi miło, dlatego zazwyczaj przed konwentami pytam również obserwujących, w jakim cosplayu woleliby mnie zobaczyć. Wspólna zabawa na konwencie to priorytet. Tak samo lepiej mi się występuje na scenie, kiedy mogę pokazać swoją pracę większej liczbie osób. I zupełnie nieironicznie – ochrona na konwencie też jest ważna. Człowiek czuje się bezpieczniej.

    D: Obecne konkursy cosplay wyglądają jak wyglądają, ich formuła jest niemal niezmienna od paru lat. Wprowadziłabyś jakieś zmiany?

    A: Czasami prezentacje grupowe traktuje się gorzej niż te solowe. Moim zdaniem fajnie by było traktować je na jednakowym poziomie. A najważniejsze to traktować wszystkich z szacunkiem i uszanować pracę każdego z osobna.

    D: Mówisz tu o jakiejś konkretnej sytuacji?

    A: Powiedzmy. Czasami zdarzyło mi się widzieć bardzo duże zamieszanie organizacyjne, a czasami cosplayerzy na backstage’u nie traktowali konkursu jako zdrową rywalizację, ale jak wojnę. To jest coś, czego szczerze nie znoszę. To, że każdy tam walczy o nagrodę, nie oznacza, że trzeba być dla siebie niemiłym i patrzeć na innych z góry. Doświadczyłam tego na sobie i do dzisiaj jak o tym myślę, to ciśnienie mi skacze. 

    D: Powoli zbliżamy się do końca. Powiedz nam jeszcze, na jakich konwentach/eventach można Cię dorwać.

    A: Myślę nad Tsuru, Niuconem i Xmassem. Póki co nie zadecydowałam, ale mam je na celowniku! 

    D: Są eventy, jak Fotocon, Pixelmania czy łódzki Bal Cosplayowy, które proponują wejście osobom, które dobrze szyją i są bardzo reprezentatywne. Myślisz, że warto byłoby zrobić coś właśnie dla osób, które są mocne w scenkach?

     A: Byłoby super! Szycie nie jest moją bardzo mocną stroną, nie przepadam za tym. Kiedy muszę, to to zrobię i postaram się, ale o wiele więcej radości sprawia mi występowanie na scenie. Taki Fotocon, w czasie którego zamiast zdjęć byłyby kręcone CMV-ki, byłby ciekawym eventem. *śmiech*

    D: Klucz tkwi w zabawie. Masz jakieś słowa na koniec dla czytelników?

     A: Bawcie się jak chcecie i nie bójcie się próbować czy ryzykować. Do zobaczenia na jakimś evencie! Nie wstydźcie się i podchodźcie, ja na serio nie gryzę, mimo często zmulonego wzroku.

     

  • Wywiad: Hall of Fame: Ruki i Glon Cosplay

    Nick: Ruki oraz Glon 
    Fanpage: GlonCosplayRuki no Cosplay
    Miasto: Lublin/Poznań
    Wywiad

    Dzisiaj, po długim czasie, wracamy do wywiadów, a zaczynamy z impetem, bo mamy duecik: Ruki oraz Glon. Cześć dziewczyny!

    Glon: Hejo!
    Ruki: Dzień dobry!

    D: Powiedzcie mi: znałyście się, zanim zaczęłyście robić cosplaye? Od jak dawna jesteście cosplayową parą?

    G: Nie jestem dobra w datach, więc zostawiam to pytanie dla Ruksa. *śmiech* Ale znamy się naprawdę długo.
    R: Nasza znajomość trwa już siedem lat. To dosyć długo, więc cieszę się, że nadal możemy w tym trwać. Przygoda z cosplayem zaczęła się około czterech lat temu. Miałyśmy wspólne zainteresowania i jakoś jedna zaraziła się od drugiej. Potem robienie cosplayu weszło nam w krew i chciało się tylko więcej i więcej.

    D: Bardziej jako nawyk czy uzależnienie?

    R: Nie do końca jestem pewna, czy można to uznać za pewnego rodzaju nawyk, lecz robienie cosplayu jest dla mnie zajęciem bardzo odprężającym. Nie potrafię sobie wyobrazić mojej rzeczywistości bez szycia.
    G: W sumie to ani jedno, ani drugie. Nigdy nie starałyśmy się robić strojów „na potęgę”, tylko bardziej dla siebie. Bo to nam sprawia radość, szczególnie gdy możemy zrekonstruować strój z teatru czy ulubionego musicalu, więc bardziej traktujemy to jako – jak by to ująć ładnie – odprężenie się po trudach zwykłej codzienności. *uśmiech*

    D: Tego nie da się ukryć, Wasze stroje są oszałamiające zarówno jeśli chodzi o wybór, jak i dbałość o detale. Widać, że staracie się odtworzyć je w stu procentach, ale dlaczego akurat teatr i musicale? Czyżby kreacje z MMORPG czy anime nie były tak wymagające?

    R: Hmm, nie mam nic do anime, wręcz przeciwnie – dużo strojów z mang czy anime bardzo mi się podoba. Jednakże od dziecka interesuję się teatrem. Osobiście nigdy nie miałam możliwości, by pójść bardziej w tę stronę, więc szycie pozwoliło mi mieć chociaż jakąś namiastkę. Poza tym stroje teatralne są połączeniem dosyć wymyślnych materiałów z pięknymi detalami, a temu kompletnie nie potrafię się oprzeć. Chyba nawet do tego stopnia, że Glonika również zaraziłam miłością do teatru i musicali.
    G: Dziękuję za miłe słowa! Na samym początku były stroje z mangi i anime, czyli tak jak zaczyna prawie każdy, a później pojawiło się takie wrażenie: „Kurczę, potrzebujemy czegoś ciekawszego”. No i Ruki stwierdziła wtedy: „Zróbmy mundury z >>Róży Wersalu<<”. I tak rozpoczęła się nasza przygoda ze strojami z teatrów. Co do reszty strojów (manga/anime), ja na przykład mam tak, że... są dla mnie za proste, wolę „podłubać” coś przy cosplayu, pokombinować czy pogłowić się trochę nad projektem. Po prostu im dłużej wykonuję strój z tego, co kocham, tym później mam jeszcze większą przyjemność z nakładania go. *uśmiech* Szkoda, że nie widzicie mnie w dzień wykończenia stroju w stu procentach. Jestem wtedy kłębkiem energii pomimo nieprzespanych nocy przez naszywanie guzików.

    D: Jesteście jednymi z nielicznych cosplayerów, jakich znam, którzy faktycznie „idą” bardzo mocno w jakość i to stroju, którego nie da się zrobić w tydzień. Dbacie o detale takie jak ułożenie wzoru na materiale, który nie jest prosty, jak paski zebry, koraliki, kontrafałdy, tasiemki i koronki – z tego głównie się Was kojarzy. Myślałyście kiedyś nad odtwórstwem strojów?

    R: Parę razy zdarzyło mi się o tym myśleć, lecz gdy patrzę na swoje prace, nie do końca jestem pewna, czy moje umiejętności są do tego wystarczające. Jestem wobec siebie bardzo surowa i uważam, że powinnam jeszcze trochę popracować, by móc być lepszą w tym, co robię.
    G: Ja na przykład kocham detale, mogłabym wykupić pół hurtowni materiałów do stroju naraz ale... nade mną zawsze stoi Ruki i stara się mnie wspomagać właśnie w tym wyborze kolorów lamówek, tasiemek itp. Czasem podobają mi się różne rzeczy, ale niekoniecznie pasujące do stroju, więc tu nadchodzi pomocna dłoń o nazwie Ruki. *śmiech* Ale nie zawsze potrafię odpuścić. Co do odtwórstwa strojów: cóż, fajnie by było, lecz ja nie jestem niestety po żadnej szkole krawieckiej, jestem samoukiem, który uczy się na swoich błędach podczas szycia, a tam potrzebne są certyfikaty kwalifikacji. Tak więc jedyne, czym mogę się teraz cieszyć, to rekonstrukcja strojów dla siebie.

    D: Wszyscy jesteśmy samoukami, którzy po czasie poszli na kurs albo do odpowiedniej szkoły. Jednak to absolutnie nie uwłacza Waszej godności i nie ujmuje Waszym zdolnościom. Ile kosztuje Was taka przyjemność i odprężenie? Czy można to już liczyć w tysiącach złotych?

    R: Jeśli chodzi o mnie, to jestem bardzo surowa odnośnie do tworzonych przez siebie kreacji. Cieszę się, gdy ktoś je zachwala, lecz to nie zmienia faktu, że nie zawsze jestem z siebie dumna. Jeśli dopatrzę się jakichś szczegółów na oryginale, to tak ma być, więc moje ostatnie stroje pochłaniały około 1500-2000 zł.
    G: *śmiech* Przestałam liczyć, naprawdę. Po rekonstrukcji André doszłam do wniosku, że kupienie czegoś detalicznie się nie opłaca. Plus trzeba milion razy jeździć do sklepu, bo na przykład zabraknie tych nieszczęsnych dziesięciu centymetrów taśmy ozdobnej. Tak więc zaczęłam kupować hurtowe ilości, przez co jest taniej i zostaje nam zapas, którym później możemy się poratować. Koszt to ponad 1000 złotych minimalnie... I to czasem są same taśmy, lamówki, cekiny itp. Ale kosztuje nas to też dużo czasu i cierpliwości. *śmiech*

    D: Z takimi strojami nic tylko jeździć na eliminacje, prawda?

    R: Chciałabym bardzo i obecnie zaczynam powoli zmierzać w tym kierunku, lecz niestety stroje z teatru czy musicali w większości eliminacji nie są dopuszczalne. Jeśli chodzi o eliminacje, to z tego, co wiem, jedynie ICL akceptuje tego typu kreacje.
    G: Niestety, tu jest ta smutna wiadomość – stroje z musicalu/teatru nie są dopuszczane do konkursu. W sumie zależy też, o które eliminacje chodzi. Dlatego prawie nigdzie przynajmniej ja nie występuję. Ostatni raz byłam na scenie cosplayowej w 2016 roku. W 2017 roku chciałyśmy wystawić Marię i Fersena na ECG, lecz dowiedziałyśmy się, że nie możemy, więc parę łez się w oczku zakręciło.

    D: Wielka szkoda. Znacie powody, dla których takie stroje nie są przyjmowane?

    G: Z tego, co pamiętam, to usłyszałam, że stroje z teatru są wizją reżysera, przez co są uznawane za własny projekt. Ale nie jestem pewna tak na sto procent, musiałabym dokopać się do czeluści piekieł, by dokładnie powiedzieć, co nie grało. *śmiech* Mimo to bardzo szkoda, że nie są dopuszczane, bo są naprawdę piękne. Nie wiedzą, co tracą. *szept*

    D: Jak to u Was wygląda z doborem strojów? Czym się kierujecie? Razem coś omawiacie czy to raczej jedna z Was podejmuje decyzje? Stroje są do pary?

    G: Najpierw są debaty. Na początku czy pod koniec roku omawiamy, co chcemy zrobić, jakie stroje i ile, lecz przez koszty z tym związane zazwyczaj jest to dwa, czasem jeden strój. Kierujemy się wszystkim: wzrostem, budową no i atutami, jakie posiadamy. Czasem jest tak, że Ruki podejmuje decyzję, a później ja mam takie „Ej, ja też CHCĘ! Boże, ten żakard!”. I tak to się kończy. *śmiech* Czasem bywa, że pokręci się troszkę noskiem, ale i tak później dobrze się bawimy. Stroje zazwyczaj są do pary, zawsze jest jakieś powiązanie postaci – kochankowie, rodzina czy podwładni, inaczej nasze cosplaye nie miałyby sensu. Dlatego ja zwykle robię wysokich mężczyzn, a Ruki słodkie księżniczki szukające księcia na białym koniu. *śmiech*
    R: Przyznam się, że bardzo często jest to niestety moja wina. *śmiech* Jak zachwycam się pewnym spektaklem czy konkretnymi strojami, to zdarza się, że namawiam Glonika na jakąś konkretną parę. Stroje zazwyczaj są do pary, ale jak widać, tegoroczny bal był doskonałym przykładem, że nie zawsze muszą być spójne, jednakże zazwyczaj są.

    D: Kim byłyście na tegorocznym balu?

    R: Na tegorocznym balu miałyśmy przyjemność wcielić się w André i Hizakiego. Strój André pochodzi ze spektaklu „Róża Wersalu” z naszego ukochanego teatru Takarazuka, a Hizaki to jrockowa księżniczka. Mam słabość do szczegółowych strojów. Zespół ten od początku opierał się na osiemnastowiecznym stylu, dlatego też zarówno André, jak i Hizaki bardzo do siebie pasowały.

    D: Zawsze, ale to zawsze jest taki strój, który śni się po nocach, nie można przez niego jeść, zaprząta myśli. Który cosplay byłby szczytem Waszych marzeń, nirwaną i czubkiem Everestu?

    R: Hmm, w sumie teraz sama nie jestem pewna. Po zrobieniu Hizakiego wiem, że chciałabym odtworzyć więcej jego sukienek. *śmiech* Lecz gdyby się nad tym zastanowić, to bardzo chciałabym zrobić cosplay cesarzowej Elisabeth. Prawdziwa historia Sisi według mnie jest bardzo interesująca, a jej suknie w musicalu zrekonstruowane na podstawie prawdziwych portretów są naprawdę powalające, więc myślę, że to byłby mój mały sen. *uśmiech*
    G: W sumie nie mam takiego stroju, który mnie męczy w snach, chociaż ostatnio znalazłam historyczny strój i jest tam to, co kocham, czyli żakard, trochę ozdobnych ornamentów, nakrycie głowy. Boże, wreszcie propsy no i postać, którą zawsze chciałam zrobić, czyli kat. Wiem, że to nietypowa zachcianka robić osiemnastowiecznego francuskiego kata, ale przy każdym spektaklu, jaki oglądam, zawsze zwracam szczególną uwagę na aktorów grających tę właśnie rolę. Magee w roli kata od zawsze w moim serduszku. *śmiech* No i nadal mam w sercu ten ostatni strój śmierci z Elisabeth, lecz wiem, że ten trzymetrowy pióropusz zabiłby mnie i mój cosplayowy portfel.

    D: Skoczmy więc na drugą stronę. Który z wykonanych strojów jest najmniej lubiany?

    G: Myślę, że nie ma w mojej szafie cosplayowej strojów nielubianych. Ja wszystkie kocham, jednak istnieją te niewygodne, które założyłam tylko dwa razy, na sesję i jeden konwent. Na pierwszym miejscu jest Kunzite z „Sailor Moon”. Płachty w strojach są złem koniecznym, szczególnie te, które „magicznie” trzymają się całości...
    R: Szczerze powiedziawszy, najmniej lubianym przeze mnie strojem jest Lady Oscar. Był to jeden z moich pierwszych bardziej złożonych strojów, dlatego teraz, gdy na niego patrzę, wiem, że wiele rzeczy mogłabym w nim zmienić, od peruki po samą konstrukcję. „Lady Oscar” to moja ulubiona manga, a sama postać jest dla mnie naprawdę niezwykła, dlatego też chciałabym zrobić ten strój jeszcze raz, tym razem poprawnie.

    D: Ruki, podejmiesz się tego?

    R: Szczerze powiedziawszy, to sama nie wiem. Bardzo bym chciała, ale nie jestem pewna, kiedy się na to zdecyduję. *śmiech*

    D: Wróćmy jeszcze na moment do konkursów. W tym roku niestety się nie udało, ale czy macie już w głowie jakieś plany na kolejny rok?

    R: Myślę, że powoli pewne plany się zarysowują, ale nie mamy jeszcze pewności, czy jesteśmy na to gotowe, czy naprawdę chcemy coś konkretnego zrobić, więc myślę, że lepiej by było, gdyby zostało to słodką tajemnicą.
    G: Jakiś zarys tego, co chciałybyśmy zrobić, już mamy, ale tak naprawdę żadna z nas nie wie, co przyniesie nam jutro. Co do konkursów: kocham scenę bardzo mocno przez wieloletnią styczność z nią, ale jak na razie nie mam parcia na to, że muszę gdzieś wystąpić. Owszem, długo nie pojawiałam się na scenie, bo od 2016 roku... Zobaczymy, co przyniesie nam nowy rok. Może na coś się zdecyduję.

    D: Ruki uważa za idola Hizakiego, widzi w nim to „coś”. Jak z tobą, Glon? Masz jakiegoś idola?

    G: *śmiech* Właśnie w tym jest problem, że niełatwo mnie zaskoczyć. Rzadko podoba mi się jakiś piosenkarz, aktor czy członek zespołu. Mimo to, gdy rozpoczęłam swoją przygodę z Takarazuką, dostrzegłam tam aktorkę, która jest dla mnie ogólnie motywacją do działania. Dzięki Ruki mam nawet pocztówkę z nią prosto z Takarazuki! Jej zachowanie, zabawa na scenie no i jej role są tak cudowne! Kaito Seijo, czyli Magee oficjalnie niestety nie jest już aktorką Takarazuki, ale nadal mogę ją podziwiać na Instagramie i w nagraniach spektakli. To jedyna osoba, którą ubóstwiam no i gdy ją widzę, to piszczę w środeczku jak małe dziecko. Nawet teraz na samo wspomnienie o niej zaczęłam się uśmiechać jak głupia, przypominając sobie urywek z „The Merry Widow”, gdzie tak zagrała, że druga aktorka musiała zakryć się wachlarzem, bo parsknęła śmiechem. W sumie też bym tak zrobiła. Przepraszam, ale gdy poruszany jest temat idola, w sumie idolki, to gdy mówię o Magee, to strasznie się rozgaduję. *śmiech*

    D: Dziewczyny, rozmawiałyśmy o strojach, o idolach, opowiedzcie coś o sobie. Kim jesteście na co dzień?

    G: Na co dzień jestem uczniem, który uczy się na kierunku technik logistyk, w tym roku muszę napisać ostatnią kwalifikację, by uzyskać pełny tytuł i nareszcie będę mogła powiedzieć temu kierunkowi pa, pa! Wiem, że to nie ma nic wspólnego z cosplayem i bardziej artystycznymi stronami mnie, no ale tak wyszło. *śmiech* Można powiedzieć, że za dnia logistyk, w nocy zaś cosplayer.
    R: Na co dzień? Chyba nikim specjalnym. *śmiech* Wydaje mi się, że na co dzień raczej zlewam się z tłumem. Jestem dosyć spokojną osobą, która nie mówi o sobie zbyt wiele. Studiuję japonistykę i obecnie rozmyślam o szkole muzycznej, po zakończeniu licencjatu, ale to jeszcze nic nie wiadomo. Poza cosplayem interesuję się teatrem, muzyką, jak i japońską modą. W przyszłości bardzo chciałabym mieć własną firmę i szyć sukienki typu lolita.

    D:Macie jakieś ukochane eventy, na które zawsze jeździcie? Nie tylko jako organizatorzy, co też Wam się zdarzyło, czy uczestnicy, ale właśnie jako cosplayerzy. Które wydarzenia zapadły Wam szczególnie w pamięć?

    R: Hmm, nie wiem, czy mam jakiś ulubiony event, ale takim, na który zawsze jeżdżę już od trzech lat, jest właśnie Japanicon. Wiem, że mogę spotkać tam wielu znajomych i wspierać ich w konkursach czy innych przedsięwzięciach.
    G: Myślę, że Wielki Bal Cosplayowy jest jedynym takim eventem, na który jeździłabym co roku ze względu na stroje. Przez to, że lubię ubiory z osiemnastego wieku, mogę się tym nacieszyć. Jeśli chodzi o konwenty, to lubiłam na nie jeździć, a teraz jest to rzadkością. Kiedyś byłam helperem działu magazynowego na konwencie, gdyż przy okazji chciałam się spełnić jako logistyk – o wiele bardziej wolę praktykę niż teorię. W tym roku dzięki ostatniej kwalifikacji zawodowej będę mogła również organizować imprezy masowe, ale zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo wiemy, że zabiera to dużo czasu i wymaga mnóstwa pracy. Ostatni raz, kiedy byłam na konwencie jako cosplayer, było to może rok temu, gdy znajoma wyciągnęła mnie do Warszawy na ComicCon, lecz od tamtej pory jedynie jeżdżę na sesje i do innych miast po materiały. Chyba najśmieszniejsze, co mi się przytrafiło, to to, jak kiedyś dwie panie podczas sesji, słysząc mój głos, powiedziały: „Ej to jest kobieta”. Jak widać, gdy się odzywam, czar pryska. *śmiech* Jedyne wydarzenie, jakie zapadło mi w sercu, to gdy na Magnificonie uzyskałam pierwsze miejsce za mundur André – tego się nie spodziewałam. No i jeszcze bardzo miłe słowa od jurorów. Kostium André był dla mnie wyzwaniem i rzuceniem się na głęboką wodę, gdyż nigdy nie robiłam tak szczegółowego stroju.

    D: W tym tkwi cała tajemnica cosplayu, by nie dać po sobie poznać, że nie jest się tym, na kogo się wygląda. Ostatnie pytania na liście, które prowadzą nas do końca wywiadu: jakie macie plany na przyszłość? Co chcecie jeszcze osiągnąć?

    G: W życiu? Chciałabym skończyć logistykę, a później zabrać się za grafikę komputerową, a następnie, jeśli czas pozwoli, to za fotografię. Później zapewne będę pracować i kto wie, może zrodzą się plany na jakąś firmę? Może Ruki mnie zatrudni i nie będę musiała rozsyłać swoich CV po innych firmach? *śmiech* A w cosplayu? Hmm, chciałabym kiedyś spróbować swoich sił w reprezentacji, ale to wtedy, gdy poczuję, że jestem na to gotowa i gdy mój strój będzie moim oczkiem w głowie. Co chciałabym osiągnąć? Myślę, że jest wiele takich rzeczy, ale na nie musi przyjść ten czas, gdy będę się czuła pewnie na gruncie, na którym będę stała.
    R: To jest naprawdę niezwykle trudne pytanie. Chciałabym na pewno nieco udoskonalić siebie. Wiem, że nie ma na świecie ludzi perfekcyjnych i każdy z nas ma mankamenty. Lecz mimo to chciałabym stać się osobą spokojniejszą i mniej krytyczną, jeśli chodzi o stosunek do własnej osoby. Po tym, jak zakończę przygodę z japońskim, chciałabym dostać się do wspomnianej już akademii muzycznej, by móc nieco spełnić swoje marzenia i otworzyć się na ludzi. A jeśli chodzi o cosplay, to chciałabym pokazać się na scenie, ponieważ ostatnio doszłam do wniosku, że historia się powtarza. Wiele razy zdarzało się tak, że bardzo długo pracowałam nad strojem, a potem leżał on w szafie i tylko wyglądał ładnie. Więc na pewno w przyszłym roku zgłoszę się do eliminacji w paru konkursach. *uśmiech*

    D: Myślicie, że same sobie z tym poradzicie, czy macie jakieś wsparcie z zewnątrz?

    G: Moim dużym wsparciem na samym początku, gdy zaczynałam z cosplayem, była moja ciocia, która zawsze mówiła, bym szyła i nie przejmowała się zdaniem innych, szczególnie negatywnymi komentarzami. Myślę, że gdyby widziała, jak jej słowa bardzo mi pomogły, to by się cieszyła ze mną z każdego nowego stroju i występu. Na pewno dużym wsparciem będą rodzice no i bliscy znajomi, którzy w jakiś sposób w nas wierzą.
    R: Zazwyczaj staram się radzić sobie sama, ale naprawdę wielkim wsparciem od zawsze jest dla mnie mama Glonik oraz Shironi. Sama nie jestem pewna tego, co robię, nigdy nie byłam, a ich wsparcie jest dla mnie najważniejsze. Bez tego nie byłabym w stanie robić tego, co robię.

    D: Moje pytania już się wyczerpały, może Wy macie coś do przekazania czytelnikom?

    G: Trzeba wierzyć w siebie, a nie w słowa innych, mieć swoje zdanie na jakiś temat no i starać się być uczciwym wobec siebie i innych. Cosplay to tylko zabawa, która ma być czymś radosnym. Każdy chce coś osiągnąć w życiu, więc starajmy się nie podkładać nikomu kłód pod nogi, bo czasem mogą one wrócić jak bumerang. Myślę, że praca zespołowa to coś, co się ceni. Wiecie, niektórzy są dobrzy w scenkach, inni w strojach, a jeszcze inni w zbrojach i propsach. No i oczywiście nie ma tak że zrobienie zbroi jest trudniejsze niż szycie i na odwrót, obie te rzeczy są na równi. Obie są tak samo kosztowne i potrzebują wiele czasu w zależności od projektu, więc powiem tak, jak mówi się w czasie każdych wyborów miss: pokoju na świecie w społeczności cosplayowej! *śmiech* Kurczę, ja to jak zwykle muszę się rozgadać...
    R: Chciałabym tylko powiedzieć, że bardzo doceniam ludzi, którzy poświęcają swoje serce dla strojów, potrafią wytrzymać nad tym dłużej niż tydzień i wykańczać wszystkie detale w każdym stopniu. Doceniam bardzo pracę innych i chciałbym poznawać takich ludzi coraz więcej.
    G: Zgodzę się z Ruksem. *śmiech*

     

     

  • Wywiad: Hall of Fame Cosplay - Dat Boi oraz Mizu

    Imię i nazwisko: Konrad Nowicki oraz Klaudia Majkowska
    Nick: Dat Boi oraz Mizu
    Wiek:  24/18
    Fanpage: Dat Boi CosplayIg: Mizuuu_cosplay
    Miasto: Warszawa/ Gdynia
    Wywiad

    D: Dzisiaj wywiad niecodzienny, bo z tegoroczną parą królewską, wytypowaną na Wielkim Balu: Dat Boi oraz Mizu. Cześć, opowiedzcie coś o sobie na początek. Czym się zajmujecie, ile macie lat, skąd jesteście?

    K: Cześć, mam 24 lata. Pochodzę z Warszawy, w której również mieszkam.. Obecnie studiuję.
    M: Cześć, jestem Mizu. Mam 18 lat, mieszkam i uczę się w Gdyni.

    D: To dość spora odległość, jak się poznaliście?

    M: Przez wspólnych znajomych.
    K: Wcale nie, bo bardziej przez konwenty.Z czasem zaczęliśmy utrzymywać kontakt, bo mamy dużo wspólnych cosplanów. Raz ona mnie w coś wkopie, raz ja ją w coś wkopię. Ogólnie dużo się kopiemy.

    D:Jesteście jakąś stałą parą cosplayową, czy raczej okazjonalnie pojawiacie się w tym kopanym duecie?

    K: Bardzo stałą. Niczym Paryż i wieża Eiffla, jabłko i jabłoń, Shrek i Osioł
    M: Jak kanapka z nutellą.
    K: Z masłem.

    D: Również jako para cosplayowa zgłosiliście się na Bal Cosplayowy, na którym pojawiliście się jako kto?

    M: Ja byłam w stroju MC z Mystic Messenger, w garniturze i sukni ślubnej.
    K: Ja jako 707 z gry mobilnej Mystic Messenger, również w sukni ślubnej i garniturze. Właściwie nie byliśmy pewni czy zgłaszać się na bal, ponieważ wydawało nam się, że nie mamy żadnych kreacji balowych.

    D: Stąd na zdjęciach takie podmiany strojowe. Czemu wyszliście z założenia, że strój ślubny nie jest strojem balowym?

    M/K: To znaczy, nie tyle wyszliśmy z założenia, że nie jest balowy, co po prostu uznaliśmy go za niezbyt wyróżniający się. A kiedy wpadliśmy na pomysł z przebraniem, to stwierdziliśmy, że warto spróbować.

    D: I zostaliście przyjęci. To wasza pierwsza wizyta na tym evencie?

    M/K: Nie, dla mnie była to już 3 edycja WBC, a dla Konrada 2.

    D: Macie więc jakieś doświadczenie z balem. Czy event bardzo się zmienił od pierwszej edycji, Mizu?

    M: Tak, zwiększyła się liczba uczestników. Bal odbywa się w coraz piękniejszych miejscach i widać z roku na rok lepszą organizację eventu.

    D: Dat Boi, a jakie ty dostrzegasz różnice między dwiema edycjami?

    K: Oprócz zmiany lokacji na (moim zdaniem) korzystniejszą, zwiększeniem ilości uczestników oraz poprawą organizacji, na balu pojawiło się dużo atrakcji. Chociaż ubyło przez to trochę czasu na tańce, to nie można powiedzieć, że dało się tam nudzić.

    D: Biorąc pod uwagę, że w wydarzeniu uczestniczycie niemal co roku, nie macie problemu z dostaniem się. Spowodowane jest to niedoborem uczestników, waszym wyborem strojów? Może czymś jeszcze?

    K: Nie wydaję mi się, żeby była to kwestia niedoboru uczestników. Co roku słyszę, że ktoś się nie dostał, a startował z dobrym strojem. Myślę, że dużo osób ma problem ze zrozumieniem regulaminu lub rozróżnieniem czym jest strój balowy a czym wieczorowy.

    D: Wróćmy jeszcze na moment do waszego cosplayowego ż(sz)ycia. Od którego momentu poczuliście, że to przełom? Że ten strój czy ten konwent sprawił, że bardziej poczuliście się cosplayerami z krwi i kości, a nie jedynie osobą w bluzce i peruce?

    K: Hmm, w sumie to chyba nie miałem takiego momentu. Bardzo lubię robić stroje i później móc je założyć, pokazując się w nich innym, ale nie powiedziałbym, że czuję jakimś takim cosplayerem z krwi i kości. Odnoszę wrażenie, że potrzebuję nieco dłuższego stażu w tym, w szczególności jak kiedy patrzę na osiągnięcia i umiejętności cosplayowych rówieśników.
    M: Wydaje mi się, że wciągnęło mnie na dobre już przy „próbie” szycia pierwszego stroju z przyjaciółką, oczywiście myśląc teraz o tym głupio mi nazywać to szyciem (śmiejąca buźka) , ale jak wiadomo, początki są trudne i każdy musi przez nie przejść.

    D: To bardzo mądre słowa Mizu, część z nas może wziąć je sobie do serca, by nie poddawać się po pierwszym, nie do końca udanym stroju swojego autorstwa.
    Czy w takim wypadku informacja o tym, że dostaliście się na mal była jakimś wyróżnieniem?

    M:Oczywiście, czuję się nieco wyróżniona, ponieważ bal daje mi co roku motywację do szycia i możliwość spotkania niesamowicie uzdolnionych ludzi.
    K: Kiedy dostałem się na pierwszy bal, to rzeczywiście czułem się wyróżniony. Miałem wtedy na sobie swój drugi strój i trochę bałem się, że będę wyglądać bardziej jak żebrak niż książę, zwłaszcza przy strojach innych, już doświadczonych osób. W przypadku kolejnej edycji już nie, ponieważ trochę inaczej zacząłem traktować ten event. Bardziej niż zamknięte wydarzenie dla garstki, jest to dla mnie - w przeciwieństwie do konkursów cosplay - miejsce gdzie zamiast jakiejkolwiek rywalizacji można się po prostu dobrze bawić. Natomiast, co wspomniałem wcześniej, o dostaniu się na bal decydują tak naprawdę trzy rzeczy. Dobrze wypełnione zgłoszenie, strój w konwencji balowej oraz ograniczona liczba miejsc.

    D: Mówisz, że nie ma rywalizacji? Jak więc należy potraktować wybory na króla i królową balu?

    K: Jako zabawę? Oczywiście jakaś rywalizacja tam występuje, jednak przypomina to raczej grę z przyjaciółmi, gdzie tak naprawdę nie ma znaczenia kto wygra, a liczy się sama satysfakcja z zabawy.

    D: Więc sam nie startowałeś dla tytułu, a dla frajdy. Co z Tobą Mizu? Spodziewałaś się zdobycia tytułu?

    M: Nie spodziewałam się. Gdyby nie Konrad nie byłoby mnie w tym roku na balu, więc nawet o tytule nie myślałam. Aż do ogłoszenia wyników bardziej skupiłam się na zabawie z innymi uczestnikami balu.

    D: Wiedzieliście, że różnica między wami, a drugim miejscem, to różnica zaledwie jednego punktu? O mały włos i drugi rok z rzędu Vanthica z Dominikiem zgarnęliby koronę dla siebie.

    K: Tak, wiedzieliśmy. Zaraz po ogłoszeniu wyników, również różnica między nami a parą z drugiego miejsca została ujawniona.

    D: Czy mianowanie tytułem tak szlachetnym niesie za sobą jakieś konsekwencje? Macie jakieś „królewskie” obowiązki?

    K: Wydaje mi się, że nie, poza tym, ja nie lubię nosić. Zazwyczaj to Klaudia mnie nosi, więc może ona czuje teraz na sobie jakąś odpowiedzialność.

    D: Czego spodziewaliście się w tym roku po evencie, a co faktycznie dostaliście? Wspomnieliście wyżej o jakiś atrakcjach.

    K: Spodziewaliśmy się zobaczyć dużo ładnych strojów, ładnej miejscówki na zdjęcia, spotkania znajomych oraz dużej dawki zabawy. Właściwie wszystko to miało miejsce, chociaż trochę brakowało mi większej ilości tańców oraz zabaw dla uczestników nie biorących udziału w zmaganiach o tytuł króla i królowej balu. Tak jak pamiętam z zeszłego roku, dość szybko odpadłem z walki o tytuł i muszę przyznać, że nie miałem wtedy co robić w czasie kolejnych konkurencji. Prawdopodobnie osoby, które w tym roku nie brały udziału w konkursie, poza obserwacją mogły się trochę wtedy nudzić. Jednak jako uczestnik większości atrakcji nie miałem na co narzekać.

    D: Ile kosztuje taka przyjemność i co mieści się w tej cenie? No i najważniejsze pytanie - czy warto?

    M: Całość imprezy kosztuje 70 zł, zawiera się w niej wejście na obiekt, sesje fotograficzne za darmo lub po niższych cenach, bufet, możliwość poznania nowych, wspaniałych ludzi oraz bal sam w sobie. Wydaję mi się, że jak najbardziej warto i jeśli będzie to możliwe, to będę pojawiać się na balu co roku. Jest też gwarantowany przejazd do noclegu zorganizowanego w zaprzyjaźnionej szkole.

    D: A co z obsługą i mediami? Jak to wygląda na balu?

    K: Fotostudio funkcjonowało przez cały czas i można było spełniać najrozmaitsze fantazje. Oprócz tego można było zobaczyć dość dużo kamer czy błyskających flashy. A sama obsługa była cudowna, chyba najlepsza z tych, jakie miałem okazję spotkać na innych eventach cosplayowych.

    D: Niektórzy porównują bal do imprez typu Fotocon czy Pixelmania. Coś w tym jest? Jak to odczuwacie?

    M: Nie byłam na żadnej z nich, więc trudno mi je porównywać.

    D: Jak myślicie, co jest najważniejsze w takim wydarzeniu? Co odgrywa kluczową rolę? Czy jest coś, bez czego bal nie byłby balem?

    M: Dla mnie takim momentem są pierwsze chwile balu, gdy następuje jego otwarcie i pierwszy taniec.
    K: Moim zdaniem kreacje balowe. Nawet gdy na samym wydarzeniu nic się nie dzieje, to i tak od razu wiadomo gdzie się znajdujemy. Czujemy pewną dostojność oraz podniosłość tego wydarzenia.

    D: Czy uczestnictwo w balu rzutuje jakoś na wasze zdolności? Mobilizuje was do podejmowania nowych wyzwań?

    M: Daje mi dalszą motywację do szycia co roku. Szukam dzięki temu nowych kreacji, którym chce podołać, bez znaczenia na stopień ich zaawansowania.

    D: Bal to event cosplayowy. Czy odbywa się tam konkurs na stroje?

    K: Nie, nie odbywa się i uważam, że tak powinno zostać.

    D: Zamierzacie startować za rok? Będziecie walczyli o koronę?

    M/K:Za rok na pewno będziemy na balu, w końcu królowi i królowej wypada się na nim pojawić. Chyba wypadałoby też tej korony bronić, ale nie wiemy jeszcze czy idziemy jako para.

    D: Temat balu chyba wyczerpany, zainteresowało mnie natomiast jedno z wydarzeń, a mianowicie sesje zdjęciowe. Jacy fotografowie się zjawili? Dostaliście już jakieś zdjęcia sesyjne?

    K: Z fotografów, którzy byli, znam lub kojarzę to Denpun, Dan, Ciem, Chris, Yumikasa oraz Studio Zahora. Mieliśmy sesję u Chrisa i zdjęcia otrzymaliśmy już jakiś czas temu.

    D: Zdarza się, że zdjęć nie dostajecie na czas?

    M: Czasami zdarza się, że w ogóle ich nie widzimy.

    D: To częsty przypadek w środowisku?

    K: Hmm, myślę że raczej zdarza się to rzadziej niż częściej, jednak ma to na pewno miejsce. Co gorsza, nie są to pojedyncze przypadki, a niektórzy z fotografów wręcz bardzo często zwlekają z oddaniem zdjęć lub nie oddają ich mimo tego, że mają w tym czasie inne sesje, z których zdjęcia się ukazują.

    D: Brzmi jak faworyzacja.

    K: Możliwe. Przyznam, że niezbyt mnie interesuje jaki jest motyw nie oddania zdjęć, czy to niechęć ich obrobienia, czy inne, ciekawsze zdjęcia by się nimi zająć. Jednak bez różnicy jaki jest powód, jest to po prostu brak poszanowania pracy i czasu modeli, którzy brali udział we wspomnianej sesji.
    M: Ja ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że miałam dwie bardzo nieudane sesje. Jeden z fotografów ogłosił ją na grupie cosplayowej, gdzie zgłosiłam się jako modelka. Dwa lata minęły, a ja wciąż nie zobaczyłam zdjęć. Fotograf wysłał mi rzekomo swoje portfolio, a gdy później do niego pisałam usunął już swój profil z porftolio. Drugą taką sytuacją miałam z innym fotografem, który również usunął swoje portfolio po sesji. W dziwny sposób tłumaczył nie oddawanie zdjęć, a ostatecznie wysłał je obrobione w paincie..

    D: Pytanie może odważne, ale… czy tacy fotografowie są znani w środowisku cosplayowym? I czy są jakieś próby reakcji, oprócz kontaktu z danym fotografem?

    M: Raczej nie, bo za szybko znikają i tworzą fejk konta.
    K: Ci z którymi miałem kontakt wciąż zajmują się tym czym wcześniej, po prostu ja współpracy z nimi już nie nawiązuję i daję znać znajomym, by wiedzieli na kogo uważać.

    D: Są utworzone jakieś czarne listy? Zgłaszacie to na grupach fotograficznych, ku przestrodze?

    K: Na Cosplay Polska istnieje taka lista. Obecnie nie zgłosiłem tam nikogo, bo na jedne zdjęcia wciąż czekam, ponieważ fotograf zaznaczył długi czas oczekiwania (chociaż ma inne sesje w międzyczasie). Od drugiej osoby otrzymałem w końcu zdjęcia, które miały być rawami, ale są jpegami. Znajoma fotograf, która miała się nimi zająć mówi, że nie za bardzo można z tym coś zrobić. Zastanawiam się nad zgłoszeniem wspomnianego fotografa do tej szlachetnej listy, bo po prostu czuję się trochę oszukany.
    M: Ja po wspomnianych dwóch sesjach po prostu przestałam się umawiać z fotografami. Jedynie czasami chodzę na sesje do sprawdzonych i znanych mi fotografów, jeśli je proponują.

    D: Myślicie, że ludzie zwracają uwagę na takie ostrzeżenia? Była dwa lata temu nagonka na pewnego fotografa, który zachowywał się nieodpowiednio, a mimo to co jakiś czas widuję zdjęcia jego autorstwa. .

    K: Ciężko mi powiedzieć, nawet jeśli wszyscy nie zwracają uwagi, to chociaż kilka osób się dowie i uniknie nieprzyjemnych sytuacji

    D: Macie jakieś rady dla osób, które padły ofiarą takiego traktowania? Albo dla czytelników, którzy dopiero planują bliżej zainteresować się cosplayem?

    M: Na pewno nie chodzić na sesje samemu, bo zdarzają się różni fotografowie. Poza tym warto pisać o tych sprawach, gdy tylko coś niepokojącego się wydarzy, aby inni mogli uniknąć podobnych sytuacji. Poza tym, przed pójściem na sesje dobrze jest rozeznać się wśród społeczności, czy jest on godny polecenia.

    D: To brzmi jak badzo dobra rada Mizu, dziękuję, że się nią podzieliłaś. Jakie macie cosplany i gdzie będzie was można teraz spotkać?

    K: Na pewno wybieramy się na Animefest do Czech.Czy coś wcześniej? Trudno powiedzieć. Obecnie przez studia i pracę jestem dość zabiegany, więc mam bardzo ograniczony czas. Cosplanów mam kilka, ale ujawniać je będę pewnie niedługo.
    M: Jako że jestem w klasie maturalnej i mam sporo nauki, to w tym roku przygotowuję tylko dwa stroje. Będą to dwie wersje Astrid z „Jak wytresować smoka 3” - mojej ulubionej bajki.

    D: Dziękuję za podzielenie się tą informacją. Jeśli czytelnicy zechcą dowiedzieć się więcej o waszej cosplayowej działalności, to oczywiście zapraszam na fanpage oraz instagram, widniejące w Bio moich rozmówców. Macie jakieś ostatnie słowo dla czytelników?

    M/K: Zapraszamy na bal w przyszłym roku, bo naprawdę warto.

     

  • Andrzej Sapkowski na Warsaw Comic Con – „Ed Sheeran nie zaśpiewa w serialu”

    Warsaw Comic Con niezmiennie zaskakuje liczbą zapraszanych gości, których można spotkać na kolejnych edycjach imprezy. Tym razem nie lada gratka czekała na fanów twórczości Andrzeja Sapkowskiego. Pisarz spotkał się z entuzjastami jego książek oraz udzielił krótkiego wywiadu, zdradzając w rozmowie z Dawidem Muszyńskim kilka informacji na temat powstającego serialu o Wiedźminie i planów wydawniczych.

  • Wywiad z pisarzem - Michał Gołkowski

    Wywiad Michał Gołkowski

    Michał Gołkowski

    Rok urodzenia: 1981
    Miasto pochodzenia: Sochaczew
    Rok pierwszej wydanej książki:2013 
    Fanpage: Michał Gołkowski - ofiszyl fanpejcz

     

     

     

    Zodiakalnie patologiczny wodnik z roku stanu wojennego. Wbrew pozorom samotnik, mizantrop i introwertyk.
    Z wykształcenia lingwista, z zamiłowania historyk wojskowości, z zawodu tłumacz kabinowy angielskiego, polskiego i rosyjskiego.
    Obecnie stalker.
    Czarnobylem zafascynowany, odkąd tylko dowiedział się, po co brał wiosną ’86 ten niedobry proszek w kapsułkach z opłatka.
    Swoje związki ze Wschodem i stosunek do słowiańskości określa jako typowy love-hate relationship.
    Od zawsze rozerwany pomiędzy Skansenem w Łowiczu a Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, osiadł w końcu pod lasem niedaleko Sochaczewa.

    Wywiad

    J.O.: Skąd wziął się „Spiżowy gniew”?

    M.G.: Sam pomysł narodził się zupełnie trywialnie i niespodziewanie: przy pizzy. Akurat byłem z moim Wydawcą na lunchu, siedzieliśmy, gadaliśmy luźno, słoneczko grzało... I rzucił pomysł: bo wiesz, Miś, ja to bym przeczytał takie rasowe heroic fantasy, takie sword&sorcery. Coś w stylu dawnego Conana. No i zaczęliśmy rozmawiać, i zanim doszliśmy do deseru i kawy, to miałem już w głowie samego Zahreda (wtedy jeszcze bez imienia, tylko jako postać), zarys fabuły na pierwszy tom i ogólny pomysł na całość - bo od początku wiedziałem, że będzie więcej niż jeden tom.
    A tak freudowsko - z kuchni w domu Babci, która karmiła mnie podpłomykami z rozgrzanej do czerwoności blachy kuchenki węglowej i mitami antycznej Grecji. Stąd wzięła się moja miłość do Hektora i Achillesa, do czasów zapomnianych, do twierdz, których już nie ma.

    J.O.: O czym traktuje fabuła książki?

    M.G.: Tak żeby nie spoilerować, bohater pojawia się znikąd - dosłownie. Po prostu wychodzi z pustyni, ma tylko swoje imię, wspomnienia i... cel. Trafia do Hatwaretu, bogatego i dostatniego miasta, a tam wgryza się w tkankę jego elity i powoli zaczyna drążyć w niej swoje własne korytarze. Dlaczego? A raczej: po co? No cóż, tego można się tylko domyślać... Ale na pewno nic nie jest tak proste, jak się wydaje z początku.

    J.O.: Jaka jest twoja ulubiona postać ze „Spiżowego Gniewu”?

    M.G.: Zahred, główny bohater - bez dwóch zdań! Udało mi się połączyć w jedno wszystkie najlepsze i najgorsze cechy dotychczasowych protagonistów moich powieści, więc każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ale będę nieuczciwy, jeśli nie powiem o innych - pysznie bawiłem się, pisząc rozwiązłą i bystrą Sarsanę, świetnie opisywało mi się świat oczami wycofanego skryby Zakarnasza, doskonale czułem się w skórze porywczego i lekko uprzedzonego księcia Tyrsena... Jestem po części każdym z nich, jak w każdej książce.

    J.O.: Kim jest główna postać?

    M.G.: Zahred to człowiek, o którym nikt nie wie, na dobrą sprawę, nic - na pewno nietutejszy, nieznający z początku ani języka, ani kultury. Wyglądający na przybysza, ale nikt nie wie, ani nawet nie ma cienia pojęcia, skąd miałby pochodzić. Na pewno bardzo przenikliwy, wprawny obserwator, doskonale władający bronią, ze szczególnym zamiłowaniem do topora. Człowiek żaden - albo, jak okaże się wkrótce, człowiek wszystek, bo lekceważenie go jest błędem w pełnym słowa rozumieniu - śmiertelnym.

    J.O.: Ile części o Zahredzie planujesz napisać?

    M.G.: „Siedem ksiąg grzechu” to roboczy tytuł serii. Jestem w połowie drugiego tomu, więc teraz pójdzie już z górki. Jakbym przysiadł, to do końca roku byłoby gotowe.

    J.O.: Zamierzasz skończyć do końca roku?

    M.G.: Gdybym przysiadł na poważnie, to napisałbym te pozostałe pięć i pół tomu do końca roku, tak. Ale nie zamierzam, nie - mam po drodze jeszcze „Ottona” z serii „Stalowe Szczury”, no i trochę życia zawodowego.

    J.O.: A czy poszczególne tomy będą ze sobą w jakiś sposób połączone fabularnie, jak to dzieje się w uniwersum Stalowych Szczurów, czy łączy je tylko jedna postać?

    M.G.: Dopuszczam pewne elementy powiązania, ale będzie to raczej cykl niż saga - łączy je głównie sam Zahred. Reszta to zmieniające się dekoracje i mimo że wprawny czytelnik dostrzeże czasem, że coś może się powtórzyć albo spiąć, to będą to raczej wytrawne smaczki. Lekturę można będzie zacząć w dowolnym miejscu serii.

    J.O.: Zdradzisz, jakie okresy historyczne chcesz przedstawić swoim czytelnikom?

    M.G.: Co do tego nie mam jeszcze pełnej jasności - ale na pewno „Spiżowy gniew” rozgrywa się w świecie do złudzenia przypominającym północno-wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego i Kretę kultury minojskiej. Z kolei „Bogowie Pustyni”, których piszę nawet w tej chwili (tak!), to starożytny Egipt okresu Starego Państwa.

    J.O.: Dlaczego warto przeczytać „Spiżowy Gniew”?

    M.G.: Bo to książka, jakiej jeszcze w polskiej fantastyce nie było! Epoka brązu, bohater w najlepszych tradycjach Howarda i Wagnera, pióro Gołkowskiego - można prosić o więcej?

    J.O.: Jeśli fani proszą o więcej, to jak na razie o nowego S.T.A.L.K.E.R-a. Zatem... kiedy planujesz napisać kolejnego?

    M.G.: Och, do pisania S.T.A.L.K.E.R-a mi się teraz nie spieszy - pięć sztuk w pięć lat, trzeba trochę odpocząć.

    J.O.: W takim razie dziękuję ci za rozmowę i czekam razem z czytelnikami na premierę.

    M.G.: Ależ to ja dziękuję - zawsze z miłą chęcią porozmawiam!

     

    Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

    1. Cykl .S.T.A.L.K.E.R.:
      Ołowiany świt, Drugi brzeg, Droga Donikąd, Sztywny, Powrót
    2. Cykl Stalowe Szczury:
      Błoto, Chwała, Konigsberg, Otto (w przygotowaniu)
    3. Cykl Komorniczy:
      Komornik, Komornik ++ Rewers, Komornik +++ Kant
    4. Powieść:
      Moskal.
    5. Antologie:
      Pióra Falkonu - Na nocnej zmianie, Idiota skończony

     

  • Wywiad: Hall of Fame Cosplay - GeN

    Imię i nazwisko: Szymon Basiejko
    Nick: GeN
    Wiek: 19 lat
    Fanpage: GeN Cosplay
    Miasto: Poznań/Świdwin
    Wywiad

    Timantin: Cześć! Mam dziś przyjemność rozmawiać z jednym z najprzystojniejszych polskich cosplayerów. Wielu czytelników z pewnością dobrze Cię zna, jednak czy mogę prosić Cię o kilka słów na Twój temat dla tych, którzy jeszcze nie mieli tej przyjemności?

    GeN: Hej, nazywam GeN i można powiedzieć, że jestem początkującym cosplayerem. Zajmuję się tym od 3 lat, od Pyrkonu 2015. Moje ulubione serie to te typowo sportowe oraz shouneny. Grałem profesjonalnie w koszykówkę oraz ćwiczyłem lekkoatletykę, lecz teraz przygotowuję się do studiów, które chcę podjąć za rok.

    Timantin: Jak zaczęła się Twoja historia jako cosplayera?

    GeN: Myślę, że zaczęło się to od Love 2014. Poznałem tam nowych znajomych, z niektórymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. Siedzieli w cosplayu już od dawna. Widziałem, ile im to sprawia radości i daje satysfakcji. Wtedy pomyślałem, że odkąd zacząłem jeździć na konwenty, szukałem jakiegoś miejsca dla siebie. Cosplay wydawał się ciekawą inicjatywą, więc postanowiłem wejść w ten świat.

    Timantin: Z tak potężną motywacją pierwszy strój okazał się zapewne tylko kwestią czasu. Czy opowiesz nam coś o swoich początkach? Który z wykonanych przez Ciebie strojów jest tym debiutanckim?

    GeN: Moim pierwszym cosplayem był strój Sanji’ego z „One Piece”, bo był dość prosty i jedyną rzeczą, którą do niego szyłem, była kamizelka. Kochałem tę serię całym sercem. Postanowiłem więc wykonać właśnie ten strój, gdy dowiedziałem się, że będzie dość spora grupka na Pyrkonie. Było to w 2015 roku i była to najlepsza impreza w moim życiu. Na tę chwilę posiadam cztery wersje Sanji’ego, ale powstały one spontanicznie, np. pod występy grupowe.

    Timantin: Jest jakaś wersja Sanji’ego, z której jesteś najbardziej dumny lub ma dla Ciebie największe, najbardziej sentymentalne znaczenie?

    GeN: Ze wszystkich jestem dumny, chociaż ostatnia wersja, którą wykonałem, wprowadzając duże poprawki wiga (nad którymi pracowałem wraz z moją przyjaciółką), podoba mi się najbardziej. Sentyment mam jedynie do samego Sanji’ego, czyli pierwszej wybranej postaci, za którą zabrałem się jako cosplayer.

    Timantin: Dlaczego akurat on? Co w nim – jako postaci – jest tak wyjątkowego, że został Twoim pierwszym wyborem?

    GeN: Myślę, że głównym punktem było to, że był kucharzem. Uważam, że dlatego się z nim utożsamiałem. Zawsze lubiłem gotować dla siebie i bliskich. Walczyłem również za pomocą nóg, bo w tamtym okresie biegałem i trenowałem przede wszystkim nogi. Czułem więź między nami.

    Timantin: „Walczyłem za pomocą nóg” – co masz na myśli?

    GeN: Walczyłem z bólem oraz kontuzjami, gdy trenowałem lekkoatletkę. Walczyłem też dzięki nim na różnych zawodach, w tym na mistrzostwach Polski – głównie bieg na 100 i 200 m.

    Timantin: O! No proszę, jesteś więc człowiekiem wielu pasji i talentów. Gratulacje! Czy zapał i determinacja, które z pewnością cechowały Cię jako sportowca, cechują Cię też jako artystę?

    GeN: Myślę, że tak. Jak w sporcie dążę to bycia jeszcze lepszym i daję z siebie wszystko, tak w cosplayu nie daję łatwo za wygraną i prę do przodu.

    Timantin: Masz jakieś cosplayowe cele, które chciałbyś osiągnąć w najbliższym czasie, oraz marzenia na odległe lata?

    GeN: Nie wybiegam myślami tak daleko w przyszłość (śmiech – przyp. red.). Jednak na rok 2018 wraz z grupką znajomych planuję dość duży projekt z gry, który – mam nadzieję – wypali. Lecz na razie nie mogę nic więcej powiedzieć.

    Timantin: Pozostaje nam więc czekać na rezultaty Waszej wspólnej pracy. A co z projektami solowymi? Masz już nowe pomysły na siebie?

    GeN: Jest ich kilka – Gohan z „Dragon Ball Z” czy Ignis z „Final Fantasy XV”. Są to większe projekty, które chcę zrealizować na początku 2018 roku.

    Timantin: W jaki sposób wybierasz postaci, w które planujesz się wcielić? Masz jakieś kryteria? Stawiasz może na podobieństwo lub – podobnie jak w przypadku Sanji'ego – odczuwasz z nimi swego rodzaju więź?

    GeN: Zaczyna się od tego, że widzę jakąś postać, która mi się podoba. Może wydawać się to śmieszne, ale wpierw sprawdzam wzrost. Jestem dość wysoki i myślę, że to dobry punkt zaczepienia oraz duży plus. Kieruję się też kolorem włosów, rzadko wybieram postacie z jasnymi włosami. Zależy mi również na dobrej historii postaci, jej charakterze i sposobie bycia, po prostu. Chcę wybrać postać, na którą pasuję, aby jak najlepiej ją odwzorować!

    Timantin: To wspaniały sposób na sukces! W efekcie idealnie oddajesz wybraną postać, a i my widzimy, że świetnie Ci to wychodzi. A tak z ciekawości: czy zaryzykowałeś kiedyś z projektem, który okazał się być potocznie zwanym niewypałem? Lub czy kiedykolwiek planowałeś wcielić się w jakąś postać, lecz zrezygnowałeś z jakiegoś tylko Tobie znanego powodu?

    GeN: Zazwyczaj nie miałem takich niewypałów, jedynie rezygnowałem z cosplayu, na który straciłem ochotę lub przeszła mi tak zwana faza. Wiele starych projektów porzuciłem, niektóre były już zaczęte, gdyż ludzie, z którymi pracowałem, odwrócili się ode mnie lub urwali kontakt z błahych powodów.

    Timantin: Natomiast żadna z tych rzeczy nie przeszkodziła Ci w pozostaniu wspaniałym i docenianym twórcą. Z pewnością znajdą się też osoby, szczególnie te rozpoczynające swoją karierę cosplayową, które patrzą na Ciebie jako swój autorytet. Czy chciałbyś czymś się z nimi podzielić? Może masz dla nich jakąś złotą radę lub sugestię?

    GeN: To nie jest nic złego płakać czy załamywać się nad strojem. Ważne jest to, by się nie poddawać i wyciągnąć wnioski na przyszłość! Myślę, że tak warto myśleć.

    Timantin: Tak warto myśleć. Tym akcentem kończymy rozmowę z GeNem, życzymy dalszych sukcesów i kolejnych udanych projektów. Dzięki!

    GeN: Na pewno się przyda! Również dziękuję za wybranie mnie do wywiadu.

     

  • Wywiad: Hall of Fame Cosplay - Keicho

    Imię i nazwisko: Agnieszka Muczke
    Nick: Keicho
    Wiek: 18
    Fanpage: Keicho cosplay
    Miasto: Poznań
    Wywiad

    Himetsu: Skąd wzięło się Twoje zamiłowanie do cosplayu?

    Keicho cosplay: O zjawisku zwanym cosplay dowiedziałam się od przyjaciółki. Już wtedy osoby zajmujące się tym na co dzień budziły we mnie respekt, bo domyślałam się, ile trzeba włożyć wysiłku i energii w stworzenie takiego stroju. Ponadto niesamowite było dla mnie też to, że potrafiły pokazać się w swoich kreacjach publicznie i tym samym wyrazić siebie. Sama od zawsze byłam bardzo nieśmiałą osobą, której brakowało pewności - peszyłam się za każdym razem, gdy ktoś chociażby wywoływał moje imię. Pewnego dnia jednak obudziłam się i stwierdziłam, że tak nie może być. Chciałam się zmienić, a cosplay był wtedy dla mnie swoistego rodzaju rehabilitacją, ciągłym ćwiczeniem siebie. Nie zliczę godzin, kiedy to stałam przed lustrem i ćwiczyłam pozowanie, mimikę, uczyłam się podstaw szycia. W końcu wykorzystałam zebraną wiedzę i założyłam swój pierwszy cosplay. Idealny nie był, bo nie znałam się na makijażu, wig był nie taki, jaki być powinien, a niektórych elementów stroju w ogóle nie miałam. Mimo to bardzo dużo osób mnie rozpoznało. Ludzie podchodzili po wspólne zdjęcia - to było niesamowite doświadczenie i wtedy przełamałam swój lęk.

    H: Kto Cię wtedy inspirował?

    KC: Na początku obserwowałam raczej zagranicznych cosplayerów pokroju Reiki czy Tawii, jednak w pewnym momencie poznałam Lady Death Cosplay. To właśnie ona pomogła mi wkrótce stawiać kolejne kroki w naszym małym światku. Ponadto inspirowała mnie, mówiła, na co mam zwracać szczególną uwagę, radziła i pomagała w trudnych dla mnie chwilach. Była dla mnie wtedy niczym mama, która wszystko potrafi.

    H: Czyli to ona pomagała Ci stawiać pierwsze kroki w cosplayu?

    KC: W sumie tak, chociaż jak już mówiłam, na początku byłam sama, ale niedługo potem poznałam Lady Death Cosplay.

    H: Jak długo zajmujesz się robieniem strojów?

    KC: Podczas Pyrkonu 2015 pierwszy raz założyłam strój Kyoko Sakury z „Madoki”. Jak już wcześniej wspominałam, nie był on idealny, mimo to świetnie się w nim czułam. Kolejno potem cosplayowałam Hinatę z „Haikyuu”, Morgianę z „Magi”, zrobiłam nawet instant Naruko z „Naruto”, a następnie z pomocą Lady Death uszyłam kostium Fionny z „Adventure Time” i podczas trwania majówki miałam swoją pierwszą grupową sesję zdjęciową.

    H: Postanowiłaś więc wzorować się na innych czy też szukasz własnych rozwiązań i pomysłów na stroje?

    KC: Szczerze mówiąc, to różnie to wygląda. Zazwyczaj rozwiązuję problemy poprzez wyszukanie odpowiedzi w Internecie i to są zwykle utarte formułki i instruktaże jak coś zrobić, nieraz jednak wymyślam własne sposoby. Przykładowo, ostatni strój, jaki robiłam, to Kotori w wersji Animal Sheep. Na klatce piersiowej posiada ona dzwoneczek, który wykonałam z - uwaga - nakrętki po antyperspirancie i worbli. Jeśli chodzi o stroje - robię to, co mi się podoba, ewentualnie przygotowuję taki do występu grupowego.

    H: Ile czasu poświęcasz na przygotowanie stroju?

    KC: Różnie - od tygodnia do miesiąca w zależności od tego, ile mam akurat motywacji i siły na robienie czegokolwiek.

    H: Co sprawia Ci największą satysfakcję, a czego nie lubisz robić przy strojach?

    KC: Największą satysfakcje mam wtedy, gdy mogę się już pokazać w gotowym stroju i ktoś się ucieszy, bo być może spotkał swoją ulubioną postać. Przykładowo, na zeszłorocznej edycji Ryuconu był fan Kyoko, który miał urodziny i niesamowicie się ucieszył, gdy zaśpiewałam mu „Sto lat”. Zdecydowanie nie lubię natomiast robienia wykrojów. Do tego potrzebna jest matematyka, a szczerze mówiąc, nie jest to moja najmocniejsza strona.

    H: Czy wśród wszystkich wykonanych przez siebie strojów masz jakiś jeden wyjątkowy/ulubiony?

    KC: Jeśli mam być szczera, to jeszcze nie. Mam natomiast ukochaną postać, którą jest Kotori Minami. Zrobiłam już bodajże 5 albo 6 wersji jej stroju i możliwe, że szykują się kolejne, aczkolwiek na razie chcę z nią „przystopować”, aby była u mnie większa różnorodność.

    H: A jakie masz plany na najbliższe cosplaye? Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

    KC: Nie jest to żadna tajemnica. Od dłuższego czasu chodził za mną pomysł zrobienia cosplayu postaci z jakiejś gry, a że gram nałogowo w „Overwatch ”, to wspólnie ze znajomymi stwierdziliśmy, że warto spróbować, może będzie ciekawie. Wybór padł na D.Vę w wersji z eventu Chiński Nowy Rok. Planuję ją skończyć do końca tego roku. Natomiast jeśli chodzi o inne plany - jest kilka, jednakże nie są pewne.

    H: Jaki był Twój największy projekt?

    KC: Praktycznie każda idolka, za którą się biorę, jest dla mnie wyzwaniem, któremu chcę sprostać. Ich stroje są nieraz bardzo skomplikowane, składają się z wielu warstw materiału, mają pełno dodatków. Z drugiej strony jednak, gdy już pójdę do sklepu jednego czy drugiego, kupię koraliki, ozdóbki, kolorowe wstążki czy lamówki, czuję się jak dziecko w sklepie z cukierkami i nic już nie może mi popsuć humoru, a te duże projekty sprawiają mi dużo przyjemności.

    H: Z którym cosplayem wiążesz najważniejsze wspomnienia?

    KC: Gdy tak się zastanowię chwilę, to stwierdzam, że nie mogę wybrać jednego. Przykładowo, będąc stroju Hinaty z „Haikyuu!!” poznałam moją przyjaciółkę. Z Felt jestem najbardziej znana, byłam w tym stroju już na trzech konwentach i planuję być jeszcze na kilku. W kostiumie Kotori jakoś łatwiej mi się tańczy i nieraz zdarzało się, że ktoś do mnie dołączał, natomiast gdy byłam w stroju Fionny, wiele dzieci do mnie podbiegało i chciało się przytulić.

    H: A co sądzisz o cosplayu w Polsce?

    KC: Wbrew pozorom, cosplay w Polsce jest na całkiem wysokim poziomie i cieszy mnie, gdy nasi reprezentanci zajmują wysokie miejsca w konkursach. Z drugiej strony też podoba mi się to, że coraz więcej osób chce spróbować swoich sił w cosplayu. Oczywistą rzeczą jest, że na początku nie będzie to wychodzić dobrze, ale jak ktoś już siedzi w tym rok czy dwa, to zawsze jest poprawa i gdy przeminie gdy przeminie era naszych aktualnych reprezentantów, przyjdzie czas tych, którzy teraz dopiero zaczynają.

    H: Jakie są Twoje ulubione postacie, które odtworzyłaś lub w które chciałabyś się wcielić?

    KC: Od dawna marzy mi się cosplay Kagury z „Gintamy”. Jej charakter do mnie przemawia i chciałabym spróbować swoich sił, wcielając się w kogoś tak niepoważnego i zarazem tak niesamowitego. Ponadto sama jej historia, dzieciństwo... Lubię wcielać się w postaci, które mają ciekawą przeszłość, a Kagura zdecydowanie taką ma.

    H: Czy widzisz się w cosplayu za 10 lat?

    KC: Jasne, że tak! Cosplay pokochałam całym sercem i nie wyobrażam sobie zaprzestania szycia, klejenia, wcielania się w inne postaci, odgrywania jakiejś roli. Wiadomo - młodość kiedyś przeminie, nie przebiorę się już za dziecko czy nastolatkę, ale czy to nie będzie idealna okazja, by zrobić coś poważniejszego? Mag z „Diablo”, Elf z „World of Warcraft”, Nord ze „Skyrima”? Nie wiem jak to dokładnie będzie wyglądać za te 10 lat, ale pewne jest to, że przynajmniej na tę chwilę nie chcę z tego rezygnować.

    H: Myślisz, że wtedy cosplay mógłby być źródłem dochodu?

    KC: Myślę, że tak. Już teraz chcę powoli wprowadzać usługi typu rozczesywanie i stylizowanie peruk, wykonywanie dodatków do strojów, sprzedaż printów. Gdy nabiorę większej wprawy w szyciu, to również i całe stroje na zamówienie będę wykonywać. Ale to nie wszystko. Od czasu do czasu może uda mi się wygrać jakiś konkurs lub po prostu ktoś zaproponuje współpracę. Jestem otwarta na propozycje.

    H: A jakie masz plany na najbliższe konwenty?

    KC: Najszybciej pojawię się na Gakkonie. Wezmę cosplaye, które już mam w swojej szafie. Natomiast kolejnym konwentem będzie dopiero Animecon w Poznaniu na Halloween. Do tego czasu na pewno coś nowego się pojawi, planuję także wziąć udział w konkursie cosplay.

    H: W takim razie życzę powodzenia! Mam nadzieję, że uda Ci się osiągnąć wyznaczone cele.

     

  • Wywiad: Hall of Fame Cosplay - Akemi Cosplay

    Imię i nazwisko: Patrycja Biesiadecka
    Nick: Akemi
    Wiek: 19
    Fanpage: Akemi Cosplay
    Miasto: Jastrzębie Zdrój
    Wywiad

    Himetsu: Skąd się wziął Twój pseudonim? 

    Akemi: W sumie powstał przez przypadek. Wymyśliła mi go znajoma dawno temu i jakoś się przyjęło. 

    H: Kiedy pierwszy raz usłyszałaś o cosplayu? 

    A: Tak naprawdę nie pamiętam, ale ogólnie zaczęło mnie to interesować pod koniec 2012 r., sama chciałam spróbować w 2013 r., gdy na żywo zobaczyłam wspaniałych cosplayerów na moim pierwszym konwencie, Magnificonie. 

    H: Twój pierwszy cosplay – zrobiłaś go sama czy z drobną pomocą? 

    A: Mojego pierwszego cosplayu nie zrobiłam sama. W tamtym czasie byłam całkiem zielona w tym temacie. 

    H: Jaki był Twój największy projekt? 

    A: Kapelusznik z Alicji! I jestem z niego bardzo dumna. ❤ 

    H: Jak długo interesujesz się i zajmujesz cosplayem? 

    A: Cosplayem zajmuję się od drugiej połowy wakacji 2013 roku i raczej jest to tylko hobby, ale dzięki temu wiem, co chcę robić w życiu. Jestem już na drugim roku szkoły zawodowej, kształcę się w zawodzie krawiec. Dzięki cosplayowi pokochałam szycie i teraz wiem, że jest to coś, co chcę umieć i robić w życiu. 

    H: Czy jest ktoś, kto inspiruje Cię do pracy nad strojami? 

    A: Tak naprawdę nikt, ale bardzo podziwiam pracę różnych cosplayerów. 

    H: Czy wśród wykonanych strojów posiadasz ten jedyny, który jest ulubiony? 

    A: Wszystkie stroje, które robię, bardzo lubię, nie potrafiłabym wybrać tego jednego. 

    H: Z którym cosplayem wiążesz najważniejsze wspomnienia? Dlaczego? 

    A: Z większością moich strojów wiążę jakieś wspaniałe wspomnienia. Gdy byłam Draco, poznałam wielu cosplayerów z serii Harry’ego Pottera, w tym moich przyjaciół. Tak samo było z Alice z serii „Pandora Hearts”. Dzięki temu, że dołączyłam do grupki Adsu i Miku, teraz tworzymy trio Omnomnom Cosplay Team! Gdy byłam Kapelusznikiem, małe dzieci będące na wycieczce i przechodzące niedaleko machały mi i krzyczały: „Kapelusznik!” – to było miłe. 

    H: Jak znajdowałaś czas na cosplay w ciągu roku szkolnego? 

    A: Wtedy mam go bardzo mało, niestety. Gdy wracam do domu, pasmanterie są już zamknięte albo jestem padnięta, mam się uczyć do szkoły. Czasem na praktykach, gdy są luzy, to szyję tam. No i zostają weekendy. 

    H: Bierzesz udział w konkursach? Jeśli tak, to czy udało Ci się coś wygrać? 

    A: Na rundzie jury byłam jedynie raz, do tego zestresowana – mój strój był niedopracowany i głównie go hejtowałam, pożaliłam się, co zrobiłam źle. Występuję, by dobrze się bawić, ale od kilku miesięcy kroczek po kroczku robię strój, z którym chcę iść kiedyś do oceny (Lelouch, wersja imperatora). Z grupką raz wygrałyśmy występ grupowy, ale tak naprawdę dołączyłam do nich na ostatnią chwilę. 

    H: Co sądzisz o cosplayu w Polsce? 

    A: Sądzę, że jest coraz więcej utalentowanych ludzi i cosplayowe hobby bardzo się rozwija. Cieszę się też, że wiele osób robi postacie z bajek, filmów, gier, nie tylko z anime. 

    H: Jakie są Twoje ulubione postacie, które odtworzyłaś lub w które chciałabyś się wcielić? 

    A: Do niedawna nie wiedziałam, bo bardzo kocham moje wszystkie cosplaye, ale kiedy zrobiłam Sherlocka, to stał się dla mnie taki szczególny. Teraz stwierdzam, że moją „złotą trójcą” są: Sherlock, Draco Malfoy i Kapelusznik. W moich cosplayowych marzeniach teraz jest Newton Scamander z „Fantastycznych Zwierząt”, Jocker z „Legionu Samobójców”, Jack Sparrow z „Piratów z Karaibów”. 

    H: Masz jakieś obawy, gdy wychodzisz na scenę? 

    A: Mam za każdym razem. Boję się, że zapomnę, co mam robić, rzeczy, którą mam na przykład podnieść, nie będzie tam, gdzie miała być oraz że nie zgram się z podkładem albo że osoba, z którą mam scenkę, zrobi coś, czego nie było w planie i trzeba będzie improwizować. 

    H: Co możesz powiedzieć o pozowaniu? Wśród fotografów masz tego jedynego ulubionego? 

    A: Czasem szybko kończą mi się pomysły jeśli chodzi o pozowanie, wtedy z pomocą przychodzi mi fotograf, ale w sumie bardzo łatwo mi wymyślać pozy innym, gdy przypatruję się sesjom. Moim ulubionym i najwspanialszym fotografem jest Negai Kirameki Fotografia

    H: Czy Twoim zdaniem fotografowie robiący zdjęcia majtek nieświadomym tego dziewczynom powinni być wpuszczani na konwenty, czy należy dać im zakaz i ich nie wpuszczać? 

    A: Powinni zostać jakoś upomniani, a zakaz należy się takim, którzy za dużo sobie pozwalają, bo też się o takich słyszy. Miałam taką sytuację na konwencie, poszłam przekonać jedną dziewczynę do zdjęcia z jej koleżanką, ale nie chciała, bo bała się fotografa. 

    H: Czy to nie działa tak, że tacy zboczeńcy robią złą reklamę tym normalnym fotografom? 

    A: Nie, nie można oceniać całości po czyimś zachowaniu. 

    H: Powiem szczerze, że odkąd Cię znam, to chyba prawie zawsze masz jakąś scenkę, ale każdemu dobrze zrobi przerwa. 

    A: Lubię scenki, ale czasem jest to za duży stres, szczególnie na Xmassie. Nie chciałam zawieść grupek i dlatego miałam aż trzy scenki. 

    H: Czy są jakieś filmy inspirujące Cię do zrobienia cosplayów? 

    A: Dużo ich. Głownie te, które wyreżyserował Tim Burton, albo te, w których grał Johnny Depp. 

    H: Czy planujesz cosplaye z tych filmów? 

    A: Jasne! 

    H: Mam nadzieję, że niedługo zobaczymy Cię jako Willy’ego Wonkę. Do zobaczenia! 

     

  • Wywiad z głównym organizatorem Tsuru Klub!

    Czy kiedykolwiek zastanawialiście się jak to jest być organizatorem konwentu? Ile pracy trzeba włożyć w to, aby coś się „urodziło”? W takim razie zapraszam do wywiadu z organizatorem Tsuru Japan Festival oraz Mochiconu - Jaruto!