Konwenty Południowe - Relacja: Love Anime! 2016 - Konwent na stadionie to wciąż konwent? - Alchelor

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Konwent Love Anime! 2016 odbył się w zeszły weekend 27 – 28 lutego we Wrocławiu, na Stadionie Wrocław. Czy zmiana lokalizacji wyszła MiOhi na dobre? Szczególnie przy o wiele słabszej promocji niż przy poprzednich wydarzeniach oraz przy podaniu sporej ilości informacji zaledwie 2 – 3 tygodnie przed samym konwentem. Milczenie ze strony organizacji do ostatniej chwili i plotki, które jakimś sposobem obiegły szeroko fandom, że Love się nie odbędzie, mogły mieć negatywny wpływ na ilość i zadowolenie uczestników. A tak naprawdę to było tak…

Zaczniemy sobie nie od samego konwentu, a od krótkiego wyjaśnienia. Konwent Love Anime! 2016 został zapowiedziany na około dwa miesiące przed planowaną datą. Organizacja ucichła, co zaczęło tworzyć spekulacje, czy wydarzenie w ogóle się odbędzie. Już wcześniej krążyły wieści, że Love nie będzie w 2016 roku. Punkt kulminacyjny nastąpił około miesiąca przed eventem, kiedy ludzie jawnie już wyrażali swoje mocne zaniepokojenie. Ostudzono ich zapędy nieco ponad tydzień później, kiedy MiOhi w końcu zaczęło nas zasypywać informacjami, poczynając od zmiany lokalizacji na stadion. Czy stracono na tym tłumy zainteresowanych? Tłumy może nie, ale wydaje mi się, że było trochę osób, które zrezygnowały z konwentu. Mimo to osiągnięto wspaniały wynik około 1800 odwiedzających.

Jak dotrzeć, ile trwał kolejkon i gdzie są moje smycze?

kolejkaPodróż na stadion zajmowała około pół godziny tramwajem wprost spod dworca. Później trzeba jeszcze tylko było odnaleźć odpowiednie wejście i voila! Przed bramą czekała już na nas niemała kolejka (a właściwie dwie) do akredytacji. Proces przebiegał w miarę sprawnie, ale odniosłem wrażenie, że wolniej niż zwykle. Odbiło się to też na czasie trwania kolejkonu – jak popularnie zwykło się nazywać stanie przed wejściem – około 4 – 5 godzin z przerwami między napływającymi wciąż ludźmi… 9:30 – 13:30 (czas przybliżony). Kolejnym zaskoczeniem był pakiet akredytacyjny, w skład którego wchodził standardowy informator, prostokątny informator z postacią w formie chibi, stylizowaną na postaci z Alicji w Krainie Czarów (rysowane przez uzdolnioną rysowniczkę/graficzkę Alathriel) oraz smy… ano właśnie. Smyczy nie było. Cofnęliśmy się w czasie o kilka lat, kiedy na każdym konwencie dostawało się jedynie kolorową wstążeczkę. Później część akredytowanych dostała smycze z poprzednich konwentów grupy MiOhi. Z tego co wiemy, nie były to cięcia budżetowe, a raczej ktoś nie dopilnował swoich obowiązków. Nie wiemy, czy firma produkująca smycze czy sama organizacja.

Stadion, a jak nie stadion…

stadion srodekBudynek z zewnątrz był po prostu stadionem. Komuś, kto nie wie jak wygląda centrum konferencyjne, trudno wyobrazić sobie, jak na stadionie miałby przebiegać konwent. Jednak w środku prezentowało się to naprawdę nieźle. Trzy piętra (i masa schodów…), dwie windy, wszystko w jednym miejscu. Jakbym miał porównywać do czegokolwiek, to pokusił bym się o przytoczenie tutaj galerii handlowej. Z każdego piętra mieliśmy widok na dół, gdzie znajdowała się akredytacja. Przeszklone i wzmocnione barierki, uniemożliwiały nam przypadkową, jednostronną podróż na parter. Każdy poziom był czemuś przeznaczony, co ułatwiało poruszanie się po terenie. Na parterze, nieopodal akredytacji, znajdowało się pomieszczenie z FotoStudio oddzielone od helproomu cienkimi ściankami z bannerów, czy czegoś w tym typie. To tutaj też znajdował się orgroom. Za akredytacją mogliśmy też skorzystać z szatni, w której warto było zostawić okrycie wierzchnie. Zapytacie po co, skoro jest sleeproom? Poczekajcie na jego opis. Po prawej stronie od wejścia, zapachami kusił nas bufet. Jedzenie wyglądało na smaczne, a ceny o dziwo nie straszyły. Za bufetem ukryła się spora salka „Cosplay Poland” i… prysznice ;-). Te ostatnie miały być dowiezione w formie zewnętrznego kontenera, jak to miało miejsce choćby na poprzednim Love, ale plany na szczęście uległy zmianie.

mala scenaPierwsze piętro było mainem. Tak, ta najważniejsza i największa sala, nie była osobnym pomieszczeniem, a całym piętrem. Mogła pomieścić znacznie więcej osób, szczególnie, że dało się oglądać wydarzenia na scenie, siedząc piętro wyżej. Wszystko całkiem profesjonalne (światła i sprzęt), ale problem stanowiło nagłośnienie. Wszelkie występy, słychać było już na parterze i na drugim piętrze… Z tego piętra mogliśmy też przejść do dwóch wysepek gastronomicznych oraz do sleeproomu, któremu poświęcę akapit niżej.

Drugie piętro to tak naprawdę dwa malutkie półpięterka, gdzie można było sobie usiąść przy stolikach albo zagrać w J-Games. I to by było na tyle ;-). Dlatego przejdziemy od razu do piętra trzeciego, gdzie prócz maina, działo się najwięcej. To właśnie tutaj usytuowano wystawców. Nie brakowało niczego, co statystyczny fan mangi i anime mógłby chcieć. Koszulki, poduszki, bluzy, kubki, podkładki pod kubek i mysz, plakaty i inne gadżety z postaciami z filmów, seriali i bajek. Mangi, wyroby handmade i japońskie słodycze biły nas po oczach pstrokatymi kolorami. Po drugiej stronie, za ścianką, ukryły się Bubble Tea i Sushi (oba bardzo dobre) wraz ze stolikami i super wygodnymi fotelami. Korytarze po obu stronach prowadziły do sal prelekcyjnych (większość klimatyzowana i dobrze wyposażona), DDR-a, Osu!, UltraStara, Konsolówki czy piłkarzyków (tak, był stół z piłkarzykami!).

wnetrze

Wróćmy teraz do pierwszego piętra. Do sleeproomu prowadziła tylko jedna droga, przez dwie pary podwójnych drzwi, otwieranych tylko z jednej strony. Tutaj usytuowali się ochroniarze, sprawdzający po raz drugi opaski. Po przejściu tego swoistego bufora, uderzał w nas mróz betonowej… hali? Żadnej ściany. Wyglądało to jak otwarty parking piętrowy dla samochodów. Zamknięte budki z jedzeniem i dosyć zniszczone toalety świadczyły o tym, że to tędy kibice wchodzą na trybuny stadionu. Nieprzygotowanych w podkoszulkach i cienkim odzieniu, taka temperatura mogła trochę szokować. Ale to nie koniec, ponieważ trzeba było przejść kilkadziesiąt metrów, a następnie betonowymi schodami na drugie (czyli trzecie) piętro. Wyżej, był już tylko dach. Po kolejnej kontroli przy podwójnych, ciężkich drzwiach, trafialiśmy do wielkiej, podłużnej i zaowalonej hali.sleeproom ponownie Wszystkie ściany zostały przeszklone. Z sufitu uderzały zwisające kable z czujnikami i plątanina rur. Kto kiedykolwiek widział sufit w markecie, mniej więcej wie o czym mówię. Podłogę pokrywał cienki dywan, ukrywający goły beton. W Sali było zimno, około 10 stopni. Kiedy ludzi w środku było sporo, a drzwi zamknięte, temperatura rosła do 15. Problem w tym, że nikt nie pilnował, by drzwi pozostały zawarte i większość czasu, mróz wlewał się nimi nieprzerwanie. Sam upomniałem osoby siedzące przy wejściu (ochroniarze/patrol), że otwarcie obu skrzydeł, to głupi pomysł i dostałem gratulacje, ponieważ byłem podobno pierwszą osobą wśród setek, która zwróciła na to uwagę. No, fajnie, ale może by tak pilnować, by ludzie za sobą zamykali? Jedynym chyba plusem tego miejsca był ten dywanik i dużo miejsca. Prąd i światło zostały tutaj doprowadzone już przez samą organizację i chwała im za to! Niemniej jednak, mrożenie uczestników, nie jest najlepszym posunięciem PR-owym. Moje nerki nie pochwalają tego…

Jestem głodny! Czas iść do sklepu!

No i właśnie. Jesteśmy przy lokalizacji, warto więc napisać co było w okolicy. Po pierwsze: bankomaty. Jeżeli wycieczka około 20 – 30 minut w jedną stronę nie jest ci straszna, to nie było problemu. A na konwencie właściwie za wszystko trzeba było płacić gotówką, więc bez tego ani rusz. Z pomocą przychodziło tutaj stoisko Game Over, ale jakby wszyscy wpadli na ten sam pomysł co ja, gotówka szybko by się skończyła. Dało się u nich wypłacać pieniądze przy zakupach. Polecam na przyszłość. Najbliższym sklepem był Lidl, ale do niego także trzeba było się przygotować na dłuższy spacer. Ratowała nas także pizzeria, usytuowana nieco bliżej, lecz nadal daleko. Gdzieś znajdował się podobno McDonald’s, ale nie miałem już sił go szukać. Straciłem blisko 2 i pół godziny na poszukiwania bankomatu i sklepów/gastronomii oraz na same wycieczki do nich. To zasadniczo obniża ocenę za miejsce.

Atrakcje?

uczestnicy atrakcjiPoczątkowy program cieszył się nikłym zainteresowaniem, ale nie dlatego, że był zły, a dlatego, że ludzie stali w kolejce do 13:00 (nie ci sami ludzie. Wciąż dojeżdżała świeża „partia”). Zanim ktokolwiek mógł w ogóle przyjść, odbyło się kilkanaście prelekcji dla 2 – 3 osób max. Właściwie nawet sale z grami elektronicznymi wydawały się jakieś puste. Zamiast kolejek – puste stanowiska. Gdzież to się wszyscy podziewali?

Koncerty, cosplaye, tańczące kobiety!

cosplayNa mainie jak zwykle działo się bardzo dużo. Furorę oczywiście zrobił konkurs cosplay, ale nim zakończymy. Nauka Rumby prowadzona przez Kristosa przyciągnęła sporo par. Wyglądali na bardzo zaangażowanych, a nawet zakochanych ;-). Chyba coś jest w tym całym „tańcu miłości”. Następne co widziałem, to występ TomoNyan – tancerki, odwzorowującej układy z popularnych piosenek japońskich (jedna z dwóch, które znane były pod nazwą Fumi Neko). Nie było to zbyt porywające przedstawienie. Tancerka ruszała się sztywno, jej mimika nie była dopasowana i wskazywała na duże skupienie, a niejednokrotnie zauważyłem spore wybicie z rytmu. Nie przeszkadzało to jednak grupce osób pod sceną świetnie się bawić, tańczyć, tworzyć „pociąg”. Na koncert japońskiego artysty HITT przyszło dużo mniej osób niż się spodziewałem. Wydawać by się mogło, że jak przyjeżdża sława z Kraju Kwitnącej Wiśni, to pod scenę nie będzie dało się wcisnąć, a tu jakieś 20 – 30 osób i trochę znudzonych ludzi, siedzących na krzesłach przed sceną.

Konkurs cosplay… W tym roku nie było żadnych eliminacji do zagranicznych konkursów. I niestety było to widać po poziomie zarówno strojów, jak i scenek. Ja rozumiem, że można sobie trochę odpuścić, ale bez przesady. Totalny brak zgrania ruchu ust z podkładem, sztywność i nieskoordynowanie ruchów, wpadanie na siebie, brak jakiegokolwiek sensu w scence, kiepska jakość strojów i makijażu (blada postać, która jest pomalowana tak brzydko, że są widoczne łaty jaśniejszych kolorów a całość wygląda jakby spłynęła wraz z potem, albo licho wie co). Nie mówię tu o wszystkich występach, ale o bardzo wielu. A scenek także było niemało. W oczy rzucał się totalny brak przygotowania. Odrobinę ratowały poziom może trzy, cztery występy. Większość czasu miałem skrzywioną minę i nie bardzo wiedziałem czemu/komu robić zdjęcia i nie byłem w tym samotny…

Podsumujmy…

Cóż. Był to krok w tył. Owszem, lokalizacja (Wow! Stadion!) może i robiła wrażenie, ale rozkład atrakcji po piętrach, bardzo kiepski sleeproom (auć, moje nerki), spora odległość do… czegokolwiek i kilka innych aspektów sprawiły, że Love Anime! 2016 był co najwyżej przeciętny. Ba, nie uśmiechała mi się ponad 6 godzinna podróż w obie strony i nieprzespana noc dla takiego konwentu w tej samej lokalizacji. Jeżeli za rok znów będzie to stadion, bardzo możliwe, że zrezygnuję, a jestem przecież na każdym Love od 4 lat… Przejście po prysznicu z mokrym łbem przez kilkadziesiąt metrów i masę schodów w temperaturze 2 stopni, tylko po to by wejść do sleepa, gdzie jest 10 stopni, nie wpływa dobrze ani na samopoczucie, ani na zdrowie. Brakowało mi także gier planszowych, które ostatnio coraz rzadziej pojawiają się na konwentach grupy MiOhi. Czyżby odejście od pewnego standardu? Organizacyjnie nie było źle. Poza kolejką i brakiem smyczy, wszystko ok.

Ocena ogólna: 6/10

Lokalizacja: 3/10

Organizacja: 7/10

Ocena uczestników:6/10