Konwenty Południowe - Relacja z festiwalu - Kilkim Žaibu

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Noc świętojańska czy też noc kupały, na Litwie nazywana Joninės lub Rasos, jest wielkim świętem – ważnym nawet do tego stopnia, że następujący po niej dzień jest dniem ustawowo wolnym od pracy. Jest tak zresztą nie tylko u nas na Litwie, ale również na Łotwie i w Estonii. W tym czasie Litwini gromadzą się nad jeziorami, palą ogniska, tańczą wokół nich i skaczą przez nie, piwo i miód pitny przelewają się hektolitrami, panny plotą wianki, a wieczorem puszczają je na wodę.

W tym roku Rasos wypadły w poniedziałek, dlatego trafił się długi weekend. Bez wątpienia wybór tej daty na zorganizowanie festiwalu, w którym miałem przyjemność uczestniczyć, był strzałem w dziesiątkę.

Kilkim Žaibu (lit. Wznieśmy się piorunem) to festiwal folkloru krajów bałtyckich i ciężkiej muzyki odbywający się na Litwie w Parku Regionalnym Varniai nad jeziorem Lūkstas. W krajach bałtyckich, jak i ogólnie w Europie Wschodniej jest to największe wydarzenie tego rodzaju. Ważnymi elementami festiwalu są: ogień i ogniska, woda, kupała, plecenie wianków i pielęgnowanie dawnych tradycji, a wszystko to doprawione muzyką folk-metalową. Wydarzenie co roku odwiedza od dwóch do trzech tysięcy osób nie tylko z Litwy, ale również z zagranicy – Niemiec, Finlandii, Szwecji, Norwegii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Rosji, Estonii, Łotwy, Polski, Czech, Słowacji, Białorusi, Ukrainy, a nawet Słowenii. W tym roku festiwal organizowany był po raz dwudziesty i bardzo cieszę się, że w końcu i ja mogłem być jego częścią.

Znajomi z Wilna odebrali mnie w piątek prosto z pracy i już po godzinie piętnastej byliśmy w drodze na Żmudź (lit. Žemaitija). Byłem bardzo podekscytowany nie tylko samym festiwalem, ale i wyprawą w tamte rejony, ponieważ do tej pory bywałem tam tylko przejazdem. Śpieszyliśmy się, żeby zobaczyć Ūkanose – jedną z litewskich grup, która miała występować jako pierwsza. I na samym początku natrafiliśmy na wpadkę organizacyjną. Gdy tylko wyjechaliśmy z miasteczka Varniai, przed nami rozciągał się korek składający się z samochodów i autobusów. Od razu można było wyłączyć silnik, ponieważ „kolejka” przesuwała się niezwykle wolno. Samochody zajmowały całą prawą stronę szosy. W lusterku zobaczyłem, że stojący za nami autobus z Łotwy opuszczają ludzie, zabierają swoje rzeczy i idą pieszo. Zaproponowałem, żebyśmy zrobili to samo, bo inaczej nie zdążymy zobaczyć Ūkanose, a tak to dojdziemy pieszo i już rozstawimy namioty. W tym czasie jedno z nas (kierowca) zaparkuje samochód po prostu gdzieś w miasteczku i dojdzie pieszo, bo tak będzie zdecydowanie szybciej. Wszyscy zgodzili się z moim pomysłem, więc wysiedliśmy, zabraliśmy z bagażnika to, co się dało, i podążyliśmy wzdłuż sznura samochodów.

Gdy doszliśmy do kasy, okazało się, że wszystkie samochody i bagaże były dokładnie sprawdzane przez ochronę, dlatego trwało to tyle czasu. Z jednej strony uważam, że to okropne stać tak długo i czekać, z drugiej zaś, to bardzo dobrze, że tak dbano o bezpieczeństwo. Pewien Łotysz, z którym później rozmawiałem, opowiadał, że stał w korku trzy godziny. Inna rzecz, która rzuciła mi się w oczy i według mnie była sporym minusem, to opłaty za „parking”, tzn. stawka za postawienie samochodu na wydzielonym kawałku pola, tudzież lasu. I nie były to małe opłaty, bowiem wynosiły one 5, 10, 18, a nawet 20 euro! To bardzo dużo za postój przez trzy dni, w dodatku po odstaniu w samochodowym kolejkonie przez wspomniane już wcześniej przynajmniej trzy godziny. W zeszłym roku uczestniczyłem w innym, podobnym festiwalu Mėnuo Juodaragis (lit. Miesiąc Czarnorogi), który był zdecydowanie większy i droższy niż Kilkim Žaibu, a za zaparkowanie samochodu na polu uiściłem jedynie „opłatę ekologiczną” w wysokości jednego euro. Warto również wspomnieć, że wtedy zaparkowałem swój samochód bez żadnej kolejki i nie był on w ogóle sprawdzany, więc sama akredytacja przebiegła błyskawicznie. Tymczasem podczas Kilkim Žaibu środki transportu były sprawdzane niemalże tak dokładnie, jak podczas kontroli celnej na granicy z Białorusią, przez co trwało to okropnie długo. Z tego powodu na samym początku zawiodłem się na Kilkim Žaibu, ponieważ mimo tego, że szybko znaleźliśmy sobie miejsce do rozbicia naszych namiotów, i tak nie zdążyliśmy zobaczyć występu Ūkanose, na który tak się śpieszyliśmy.

Festiwal Kilkim Žaibu, co roku organizowany w tym samym miejscu, odbywa się we wspaniałym zakątku przyrody. Las „Bolka i Lolka” (same drzewa wyrastające z mchu), klimatyczne drewniane domki, wielka piaszczysta plaża, jezioro Lūkstas – płytkie, z piaszczystym dnem i czystą wodą idealną do kąpieli… i świetna pogoda. Mnóstwo ludzi przyjechało na festiwal ze swoimi psami, zjawiły się także rodziny z dziećmi. Na terenie eventu w optymalnej odległości od siebie postawiono dwie sceny, pomiędzy nimi znajdowały się stoiska z różnymi przedmiotami, na których można było kupić między innymi koszulki, bluzy, biżuterię, futra, skórę, zwierzęce czaszki i inne). Można też było zrobić sobie tatuaże, zarówno z henny, jak i te prawdziwe (mnie na przykład zrobiono na brzuchu tatuaż z logo festiwalu, a potem też dwójce moich znajomych, po czym zostaliśmy też poproszeni o zdjęcie). Istniała również możliwość skosztowania litewskiego jedzenia (było też stoisko wegańskie i wegetariańskie) i napicia się festiwalowego piwa. Fajne jest to, że każda edycja festiwalu ma swoje oryginalne plastikowe kubki o pojemności 0,5 l. Oprócz tego, na samym środku, między scenami a jeziorem, stał wielki chochoł przypominający bałtycki wzór i będący jednocześnie logo festiwalu. Do tego chochoła jeszcze wrócę.

Uważam, że plan atrakcji Kilkim Žaibu był ułożony rewelacyjnie. Występy grup nie pokrywały się w czasie i nie kolidowały ze sobą. Koncerty odbywały się na zmianę raz na jednej, raz na drugiej scenie, dzięki czemu można było zobaczyć wszystko i nie trzeba było wybierać, na co pójść, gdyby dwie ulubione grupy występowały w tym samym czasie. A jeśli dany zespół akurat nas nie interesował lub nie spodobał się, zawsze istniała możliwość, by tę godzinę – bo tyle mniej więcej trwały wystąpienia jednej grupy – poświęcić np. na zjedzenie czegoś i napicie się lub po prostu odpoczynek od ciągłego dudnienia i hałasu. Z grup, które znałem i lubię, występowały m.in. Skyforger z Łotwy, Metsatöll z Estonii i Ugniavijas z Litwy.

Grupa Skyforger z Łotwy, Kilkim Žaibu, fot. Laurynas CandravičiusGrupa Skyforger z Łotwy, fot. Laurynas Candravičius

Grupa Metsatöll z Estonii, Kilkim Žaibu, for. Laurynas CandravičiusGrupa Metsatöll z Estonii, fot. Laurynas Candravičius

Grupa Ugniavijas z Litwy, Kilkim Žaibu, fot. Laurynas CandravičiusGrupa Ugniavijas z Litwy, fot. Laurynas Candravičius

Nowe grupy, które poznałem, spodobały mi się i zapadły w pamięć, to The Hu z Mongolii (podczas ich występu ludzie bawili się tak dobrze, że tańcząc utworzyli pociąg), Korpiklaani z Finlandii (jedna z bardziej kultowych grup, która przyciągnęła większą widownię), Otava Yo z Rosji (również sporo osób poderwało się do tańca), a także litewskie grupy Lietis i Vėlių Namai. Jedna grupa z polski, Merkfolk, bardzo mnie zaskoczyła. Moją uwagę przyciągnęła skandynawską nazwą, natomiast spodziewałem się czegoś innego. Wokalistka tak „ryczała” do mikrofonu, że gdybym nie widział tego na własne oczy, to bym się nie domyślił, że to śpiewa kobieta, choć gdy patrzyłem na jej piękną białą stylizację i słuchałem specjalnie ochrypłego, „ryczącego” głosu, w tamtej chwili przypominała mi wiedźmę, oczywiście w tym pozytywnym znaczeniu. Każdą „piosenkę” przedstawiała z tytułu, np. „Wiosna” lub „Szwagry”, jednak daję słowo, że nie zrozumiałem ani słowa z tego, co śpiewała (po polsku)…

Występy grup zaczynały się mniej więcej o godzinie 14 i trwały do 1 w nocy. Dzięki temu spokojnie można było się wyspać, a rano pójść wykąpać się w jeziorze i poopalać na plaży lub wziąć udział w innych aktywnościach, np. turnieju wikingów/wojowników o beczkę piwa. Większość atrakcji była prowadzona po litewsku lub angielsku z tłumaczeniem na litewski. Dla mnie to nie stanowiło problemu. Fajnie, że festiwal staje się coraz bardziej międzynarodowy i pojawia się więcej tłumaczonych atrakcji. Ja akurat brałem udział w takich, które były tylko po litewsku: najpierw wysłuchałem wykładu na temat święta Rasos i różnych dawnych litewskich zwyczajów, np. tradycyjnego szukania kwiatu paproci, a potem wraz z innymi śpiewałem litewskie pieśni zwane sutartinės. Później niektóre dziewczęta zaczęły pleść wianki, nie tylko dla siebie, ale też swoich wybranków. Ogólnie jeśli chodzi o stroje, to niektórzy chodzili ubrani bardziej na ludowo, inni zaś jak typowi miłośnicy muzyki metalowej i, co najlepsze, w ogóle się to ze sobą nie gryzło. Wszyscy byli niezwykle otwarci i chętni do zapoznawania się, wystarczyło wziąć piwo (bez piwa też dobra opcja) i zagadać do kogokolwiek, choćby do osoby, obok której akurat usiadłeś. Ja miałem takie szczęście, że co rusz trafiałem na Łotyszów, więc mogłem przy okazji podszlifować swój łotewski. Większość uczestników przyjechała na festiwal w grupach, ale dla nikogo nie stanowiło problemu poznawanie nowych ludzi. W pewnym momencie, obserwując znajomych, z którymi sam przyjechałem, odniosłem wrażenie, że wszyscy się tam znają i witają się jak ze starymi przyjaciółmi. Taka serdeczność i otwartość niezwykle mnie oczarowała. Byłem zachwycony.

O północy, w ostatnią noc festiwalu, czyli właśnie noc świętojańską, większość uczestników zgromadziła się dookoła wielkiego chochoła ustawionego pomiędzy obiema scenami. Został on podpalony przez organizatorów Kilkim Žaibu. Widowisko było naprawdę niesamowite. Ludzie stali dookoła płonącego chochoła w bezpiecznej odległości, jednak trzeba było jeszcze bardziej się cofnąć, gdyż żar buchający od niego był przeogromny. Udało mi się podejść na tyle blisko, na ile byłem w stanie, i uchwycić trawioną przez płomienie konstrukcję. Wydaje mi się, że na zdjęciu uwieczniłem ducha ognia. Niesamowite przeżycie.

Chochoł, Kilkim Žaibu, fot. Laurynas CandravičiusChochoł, fot. Laurynas Candravičius

Płonący chochoł, Kilkim Žaibu, fot. Laurynas CandravičiusPłonący chochoł, fot. Laurynas Candravičius

Wróciłem do domu dopiero w poniedziałek po południu. Jak już wspominałem, był to dzień wolny od pracy, więc spokojnie mogłem po wszystkim odpocząć. Wciąż jestem zachwycony i mam mnóstwo wspaniałych wspomnień. Zawód spowodowany długą kolejką samochodów zdecydowanie ma się nijak do plusów, które wymieniłem. Na pewno pojadę na Kilkim Žaibu w przyszłym roku, jak również na inny festiwal organizowany przez ten sam klub rockowy (Pikuolis) – Vilkų Žiema (lit. Wilcza Zima) – i zachęcam do odwiedzenia tej imprezy wszystkich fanów folku i muzyki rockowej/metalowej.