Konwenty Południowe - Relacja: Li-Con 2 - Konwent instant - Wirginia

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Na pewno jedliście kiedyś zupkę instant. Szybka do zrobienia, praktycznie bez smaku, zapychacz przed porządnym, dobrym posiłkiem. I taki, niestety, był też Licon 2 – mały beforek przed wielkimi, wyrazistymi poznańskimi imprezami: Japaniconem, PGA i Pyrkonem.

identyfikatorImpreza odbywała się w Poznaniu, w Zespole Szkół Elektrycznych nr 2. Pomimo uroku pięknego Grunwaldu – dzielnicy miasta, w której miał miejsce konwent – nawet ja, rodowita poznanianka miałam duży problem z trafieniem na conplace. Mimo zdjęciowego „poradnika” na stronie Liconu szukanie odpowiedniego miejsca zajęło mi, bagatelka, pół godziny i wiązało się z chodzeniem po różnych chaszczach, parkingach i garażach. Na szczęście, po tym wszystkim, razem z dwoma spotkanymi po drodze koleżankami, ujrzałyśmy budynek ZSE i od razu poszłyśmy się zaakredytować.

Akredytacja nie sprawiła mi absolutnie żadnych problemów. Było szybko, sprawnie i porządnie. Dostałam kartonik służący jako identyfikator, śliczną zieloną wstążkę do zawieszenia go na szyi oraz papierową, czerwoną opaskę na rękę. Zdjęcie identyfikatora poniżej – niestety opaska nie przetrwała trudów podróży powrotnej. Muszę jednak przyznać, że (jak na papier) podczas konwentu trzymała się znakomicie.

Dostałam też program konwentu, bo informatorem tego nazwać nie można. Brakowało mapy budynku, podstawowych informacji, nawet nazwisk organizatorów. Na stronie nie były podane natomiast funkcje pełnione przez tych ostatnich. Na imprezie musiałam szukać ich we własnym zakresie, co znacznie utrudniło mi pracę.

plan atrakcji

Zaraz po wejściu do szkoły zobaczyć można było nielicznych wystawców; część z nich na pewno była sponsorami konwentu. Należeli do nich przede wszystkim AnimePanda (którzy notabene doczekali się sklepu stacjonarnego w Poznaniu, otwarcie szykuje się już niedługo), KiK (znany poznański sklep z M&A i fantastyką) oraz paru innych sprzedawców z branży głównie k-popowej. Ciężko mi ocenić tę część Liconu; z pewnością na miejscu obecni byli wszyscy poznańscy sprzedawcy z branży azjatyckiej – może poza Yattą. Wybór był wystarczający jak na te ok. 150 uczestników. Ciężko ściągać na malutki, lokalny konwent wielu wystawców – szczególnie tych spoza Poznania.

Przejdę teraz do części programowej imprezy, która – jak na Licon – była niezwykle dobrze przygotowana i przeprowadzona. Kilka sal prelekcyjnych, K-pop Room, Games Room, sala gier elektronicznych, Art Room (!), Cosplay Workshop (!) oraz hala gimnastyczna były całkiem dobrze rozplanowane – spokojnie można było do nich trafić – a punkty programowe ciekawe, zróżnicowane i dobrze przeprowadzone.

Niestety, biednie wypadł Games Room. Kilka gier planszowych to zdecydowanie za mało. Nie mówię nawet o prawie całkowitym braku Ultrastara i DDR-ów. DDR-y były, ale komputer się zacinał, a urządzenia się psuły (na początku wystąpił też problem zbyt krótkiego kabla do maty). Brak dobrych głośników też robił swoje. Natomiast Ultrastar był jak widmo – ponoć był, ale prawie nikt go nie widział.

Jeszcze biedniej – wyglądała sala gier elektronicznych – parę laptopów, pecetów i jedna konsola. W użyciu praktycznie była tylko ta ostatnia. W oczy rzuciła mi się sytuacja, która doskonale IMHO świadczyła o poziomie tego pomieszczenia – ludzie kilka godzin po rozpoczęciu konwentu bazgrali sobie w Paincie, bo na komputerach nie było wgranego nawet Sapera. Z tego co wiem, atrakcyjność urządzeń i zainstalowanych na nich gier polepszyła się kilka godzin później, ale z nadmiaru obowiązków nie było dane mi tego odpowiednio zarejestrować i opisać.

Jakich obowiązków, spytacie? Otóż zostałam zaangażowana do bycia jurorem na cosplayu konwentowym. Było mi bardzo miło, gdy organizatorzy w liczbie sztuk czterech zaproponowali mi to wyróżnienie; niestety, chyba nikt nie wpadł na to, że nie znam się na cosplayu, nie brałam w nim nigdy udziału i nawet zbytnio się nim nie interesuję. Niemniej jednak przyjęłam nominację – pół godziny przed atrakcją - i usiadłam w dużej, zewnętrznej hali sportowej:

Osobliwe miejsce na przeprowadzenie cosplayu, ale nikt nie narzekał. Było klimatycznie. Sam konkurs był raczej przewidywalny, ale przeprowadzony dobrze. Nie zauważyłam problemów z nagłośnieniem – co niestety jest ostatnio częste w fandomie. Spośród ok. 10 osób cosplayujących swoje ulubione postacie, wyłoniliśmy trzech zwycięzców i dwóch wyróżnionych. Nagrody były atrakcyjne – bony na zakupy w AnimePanda, oficjalnym sponsorze imprezy.

Meido, czyli kawiarenka konwentowa była przyzwoita. Wprawdzie nie było tam zbyt dużego wyboru, ale ceny były dobre, a podgrzać wodę można było za darmo. Wielki plus dla organizatorów.

Poziom obsługi mediów nie był wysoki, chociaż orgowie wyraźnie się starali. Rzeczy mogłam zostawić w org roomie, który był zamykany na klucz – ten natomiast był do odebrania na akredytacji. Wszystko pięknie, cudownie, ale, na Boga, gdzie ja miałam usiąść i cokolwiek napisać ładując jednocześnie tablet czy telefon w sytuacji braku kogokolwiek w org roomie, kiedy nigdy tego klucza nawet nie dostałam do ręki, a panny z akredytacji dostały wyraźne polecenie chodzenia tam ze mną i czekania, aż nie wezmę rzeczy i nie wyjdę? Owszem, kradzieże się zdarzają, ale wypadałoby mieć trochę podstawowego zaufania. Albo zapewnić miejsce, gdzie można usiąść i coś zrobić. Cokolwiek. Bo gniazdka gdzie indziej praktycznie nie uświadczysz.

Podobał mi się zorganizowany prawie spontanicznie koncert-niespodzianka. Niestety, muzyka grana przez chłopaków nie do końca mogła trafić w target konwentu mangowego – był to przede wszystkim thrash. Akustyka nie była zbyt dobra, jednak zrzucam to na karb niezbyt odpowiedniej miejscówki, na co jednak organizatorzy zbyt wiele poradzić nie mogli.

Było też ASG, co prawda z małą ilością kulek, ale nadal to jakieś urozmaicenie. Jedna z niewielu atrakcji konwentowych, które naprawdę mi się podobały.

Socjal był wspaniały. Nie da się zaprzeczyć, że Licon to konwencik przeznaczony dla małego, przeważnie znającego siebie nawzajem grona odbiorców. Ludzie naprawdę dobrze bawili się na imprezie i to był jeden z jej większych plusów.

Czas przejść do części dla wielu osób najciekawszej, czyli totalnych fuck-upów konwentu.

Pierwszym z nich jest administracja kadrami. I to całym pionem. Organizatorzy byli lotni, tylko jedna osoba była oddelegowana bezpośrednio do cosplayu – tak nie mieli wyraźnie oddzielonych obowiązków, by nawet ich o cokolwiek spytać. Helperzy – poza akredytacją – praktycznie nie mieli dyżurów, porozchodzili się po szkole konwentowej i tylko „z doskoku” można było kogoś złapać – jeśli wiedziało się kogo. Nie byli jakoś wyraźnie oznaczeni. Usłyszałam przypadkiem stwierdzenie, że sami organizatorzy nie znają ilości helpów na tym konwencie. I na to, niestety, wyglądało.

Moim faworytem są jednak koedukacyjne toalety. Okazuje się, że organizacja dostała określoną liczbę kluczy do łazienek, więc postanowili uruchomić same męskie. I zrezygnować z podziału „płciowego”. Awesome. Mi osobiście to nie przeszkadzało, nieraz się doskonale ubawiłam, jednak to dość utrudniające dla osób z mocno zarysowaną granicą strefy osobistej.

Do przykrych należała też kwestia filmiku promocyjnego konwentu (https://www.youtube.com/watch?v=jTNRRyBdiQU), gdzie pod szyldem Liconu 2 wykorzystano wizerunek dwóch innych poznańskich imprez – PGA oraz Pyrkonu. Wprawdzie ujęcia zostały własnoręcznie nakręcone przez jedną osobę, ale jednak na komercyjne wykorzystanie wizerunku należy mieć zgodę danych podmiotów. Tak jak w przypadku PGA nie znam decyzji „władz” tego wydarzenia, tak jednak pion Promocji i Mediów Pyrkonu o sprawie nic nie wiedział. Zapewnienia autora filmiku o zgodzie Pyrkonu na umieszczenie jego wizerunku w promo Liconu należy więc włożyć między bajki. Organizatorzy imprezy zapewniali mnie, że wina leży po stronie podwykonawcy – autora nieszczęsnego filmu. Ten ostatni zaś tłumaczy się celem promocji konwentów poznańskich i samego Poznania. Rozumiem to w pełni, jednak nawet najbardziej szczytny cel powinien posiadać wymagane zgody od odpowiednich osób, jeśli wkraczamy na nieswoje poletko.

Rozbawiło mnie też to, że jedna z wynajętych sal „odpadła” w trakcie konwentu z powodu odbywającego się tam kursu jazdy. Ot, zwykłe niedopatrzenie organizatorów. Ktoś na imprezie wskazał mi też kwestię nielegalnego zbierania danych osobowych na akredytacji – konkretniej niezarejestrowanie wcześniej tego w GIODO.

Jak na każdym konwencie, tak też na tym, pojawiły się problemy alkoholowe – puszki po piwie w koszach, plotki o pijanych ludziach na terenie konwentu albo alkoholowych „wycieczkach”. Niespodziewany, poważniejszy i z pewnością stresogenny dla organizatorów był przyjazd policji na conplace – dla pobliskich mieszkańców na imprezie było zbyt głośno. Lekka przesada, zwłaszcza że był biały dzień...

Podsumowując krótko imprezę: kontrolowany chaos dodający smaku konwentowi, który niestety do najciekawszych nie należał. Nie było praktycznie co robić poza punktami programowymi. Miałam wrażenie, że większość uczestników żyła dramami i spontanicznymi akcjami, które jednak miały swój urok – jak to często bywa na imprezach mangowych. Ta z pewnością była kameralna, co w rezultacie wyszło jej na plus – biorąc jako tło PGA i Pyrkon, poznańskie molochy. Chodzą plotki, że za rok Licon ma być dwudniowy. Szczerze trzymam kciuki za ekipę – bo przy lepszej organizacji, większej ilości atrakcji i zadbaniu o wcześniejszą promocję, Licon zapełni niszę, jaką jest mały, wielkopolski konwent służący głównie spotykaniu starych znajomych.

Tagged Under