Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Nie planowałem wybrać się na Wonderful Battlefield Arena. Mała, średnio ciekawa i bardzo nieudana pierwsza edycja pozostawiła po sobie niesmak. Jechać około 300 km do Wrocławia tylko po to, by zobaczyć kolejną klapę? Jednak redaktorskie poczucie obowiązku i prośba organizacji o moją obecność sprawiły, że mimo wszystko postanowiłem zmarnować trochę czasu. Ten ostry wstęp odnosił się, rzecz jasna, do Wonderful Wonder Festiwal (prequel konwentu, o którym zamierzam tu napisać) i, oczywiście, nijak się ma do mojej oceny- jedynie dla porównania czasem wspomnę, co się zmieniło (lub nie). Zapraszam serdecznie do czytania.

Trudne początki…

Znów pozwolę sobie na odrobinę prywaty wyjaśniającej. Ponieważ nie mogłem wziąć wolnego, zmuszony byłem przyjechać na WBA tuż po pracy (nocka). W busie, choć podróż trwała blisko cztery godziny, także nie uświadczyłem za wiele Morfeuszowych przytulanek, więc na miejsce dotarłem raczej trzeciej świeżości. Nie, nie mówię tu o moim stanie fizycznym, gdyż zdążyłem wziąć kąpiel zaraz po odbębnieniu wachty. Mimo zmęczenia i faktu, że dworzec tymczasowo przeniesiono nieco dalej ze względu na remont, udało mi się dotrzeć na miejsce bez problemów. Miało to związek z tym, że z przystanku tuż obok dworca odjeżdżał zaledwie jeden autobus, zatrzymujący się niemal pod samą szkołą, w której wydarzenie się odbywało. Ciężko też nie zauważyć fanów mangi i anime ;-). Na akredytacji były drobne problemy z rozpoznaniem we mnie osoby akredytowanej z osobnej listy, której w sumie nie było i należało się samodzielnie wpisać. Nieco swojsko. Otrzymałem w zamian całkiem zgrabny identyfikator na sznurku (gruba tekturka z ładnym wzorem szachowym nawiązującym do konwencji), informator w formacie A6 z opisem atrakcji (i niczym więcej, poza wstępem, logami wspierających i reklamą dwóch konwentów z tyłu okładki) oraz luźne kartki A4 z wydrukowaną tabelą z programem i mapką. Całkiem profesjonalnie, w przeciwieństwie do 2014- tutaj należy się plus. Kolejki oczywiście żadnej nie było. Był za to skwar trwający cały dzień i topiący otuchę we wszelkim życiu z siłą 35 stopni… Po całym dniu takiego smażenia miało się serdecznie dosyć słońca…

Atrakcje?

Jak można się było spodziewać, nie było zbyt dużego wyboru atrakcji, także takich nie wymagających prowadzącego. Część prelekcji nie odbyła się w ogóle. Games room składał się z pięciu czy sześciu sztuk gier planszowych, Ultrastar był jednym laptopem… Były również szachy, z których z przyjemnością skorzystałem, rozgrywając kilka partii ze znajomym oraz japońska gra, której nazwy nie pamiętam (pewnie ktoś doda w komentarzu), polegająca na ułożeniu kilku białych lub czarnych guziczków w pionie, poziomie albo na skos. Takie rozbudowane „Kółko i krzyżyk”. Z jednej strony cieszy mnie fakt, że organizacja postarała się o rozrywkę, z drugiej jednak czułem niedosyt. Trzeba oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że był to od początku planowany mały event, więc nie wypada się czepiać. Nie mógłbym też zapomnieć o Twierdzy Wrocław, która w podziemiach raczyła nas wspaniałymi makietami do gier figurkowych w różnych systemach. Moja wiedza na ten temat nie jest, niestety, zbyt rozległa, ale widziałem na pewno Warhammer 40.000.

Wystawcy i jedzenie

Nie mogło zabraknąć stoisk z mangowymi gadżetami. W tej kwestii nie było zaskoczenia: koszulki, kubki, poduszki, maskotki etc. Nic, o czym warto by było wspomnieć, za to strefa gastronomiczna oferowała już coś więcej. Hitem okazały się gofry! Z owocami, bitą śmietaną, wszelakimi polewami… Jednym słowem- ze wszystkim, co można zjeść i co będzie pasować do tej słodkiej przekąski. Skonsumować można też było coś ciut zdrowszego typu tosty, ale kto by się nimi przejmował, kiedy ich konkurencja była znacznie smaczniejszą alternatywą.

Konkurs cosplay!

Był! A jakże. Wrażenie zrobiła na mnie profesjonalna scena i oświetlenie. Niestety, całkowicie zbędne przy występach o 18:00 latem… Same stroje i scenki były niczego sobie- możecie obejrzeć je w galeriach na naszym fanpage’u. Na sali gimnastycznej panował jeszcze większy zaduch niż na zewnątrz czy w innych miejscach, co raczej nie było zbyt komfortowe…

Podsumowanie

Ta relacja jest tak krótka jak sam Wonderful Battlefield Festiwal, który trwał dwa dni, lecz drugiego praktycznie nic się nie działo. Była gigantyczna poprawa względem poprzedniej edycji, więc organizacja potrafi uczyć się na błędach- za to olbrzymi plus. W tym roku widać też było, że jest to bardziej mini-konwent niż wielka sesja zdjęciowa cosplayerów. Zawitało więcej osób (około 250), jednak z powodu upału nigdzie nie było tłoku. Szkoła spokojnie pomieściłaby wielokrotnie więcej. Brak panoszących się wszędzie fotopstryków i poprzebieranych ludzi potęgował kameralność wydarzenia. Moja opinia? Za kilka lat to może być całkiem niezły konwent z naciskiem w dużej mierze na cosplay. Jeżeli poprawa się utrzyma, kto wie? Jak na razie oceniam go na 5/10. Niestety, boli brak sklepów lub alternatywnego jedzenia w pobliżu, ubogość rozrywek spoza programu, średnio ciekawe i raczej niezbyt zróżnicowane atrakcje i brak „tego czegoś” co przyciągnęłoby większą ilość uczestników. Wszystko przed Wami, Wrocławscy Mangowcy ;-).

Ocena ogólna: 5/10

Lokalizacja: 5/10

Organizacja: 5/10

Ocena uczestników:5/10

Tagged Under