Dop. redakcji: Niniejszy tekst ma charakter satyryczny i pisany jest językiem ciętym. Proszę nie brać go na poważnie! Ponadto napisany został przez osobę spoza redakcji (stąd dopisek gościnna). Osoby o słabszych nerwach prosimy o zaprzestanie czytania mniej więcej w tym miejscu ><.
Pewnego sobotniego poranka, dokładniej w okolicach 13, a dodam nawet, że siódmego lutego, znużony brakiem zajęć spojrzałem – tak jak zapewne robi to większośc społeczeństwa – w odmęta twarzoksiążki. Tam wielka informacja – wow, jakiś Twój znajomy rusza na wydarzenie o nazwie zjAva! Dołącz? Tak/nie.
Tak. Bo co miałbym innego robić – przygotowywać atrakcje na mangowy konwent za tydzień? Dajcie spokój!
ZjAva, z tego co wyczytałem, to konwent fantasy, organizowany przez ludzi od Avangardy – czyli mojego pierwszego w życiu konwentu (tak tak, zaczynałem jako fantasta z kucem, którego nie powstydziłby się szesnastoletni fan metalu, starszych w końcu nie ma), który to był jakieś osiem lat temu. Może siedem. Mniejsza, nostalgia pozostała, tyłek w troki, 3DS do torby i jedziemy.
Podróż minęła mi miło, w brudnym jak Pałac Kultury i Nauki autobusie, którego strach było dotknąć w celu otwarca drzwi. Pół godziny z Ursusa na Wolę i wow, tak szybko na konwent dojechałem ostatnio... W sumie w zeszłym miesiącu.
Dojście z przystanku do budynku szkoły zajęło mi o wiele mniej czasu i problemu niż się spodziewałem. Straszący na internetowej mapce "teren ogrodzony" okazał się być dość otwarty dla szukających przygód, a jedyne do czego mógłbym się przyczepić to brak oczobijnego znaku z napisem "na spęd fantastów tędy" przy bramie wejściowej szkoły. Za to już na jej terenie znajdowały się znaki informacyjne, więc trafić do sali budynku sali gimnastycznej, gdzie była akredytacja, szatnia czy games room problemem nie było.
Na wejściu było niedużo osób. Może winą tego była godzina 14:30, może zaś wielkość szkoły, która pomagała w chowaniu się ludzi. Na akredytacji siedziała znajoma, która na mój widok wykrzyknęła w przerażenio-szczęściu "coś mi mówiło, że cię tu zobaczę!", zażądała horrendalnej kwoty 20 złotych za wejście – tu wspomnę, że na wejściu dostałem czarnobiały plan atrakcji oraz papierowy identyfikator. Identyfikator został natychmiastowo zamazany przez ową znajomą, która ku mojej uldze zamiast wielkiego fallusa napisała "Ryziu", a ja się tylko zastanawiałem, czy nie można oddać takiej wejściówki byle komu, by ten ktoś mógł za darmo paradować po terenie imprezy. Kazała bawić się, zaznaczając trzykrotnie, "grzecznie, a nie dobrze".
Tutaj problem, bo nie noszę ze sobą mniej pieniędzy niż w papierku (czyli tak jak się powinno dawać na tacę w kościele), a potrzebne były albo buty na zmianę, albo stylowe, niebieskie kapciochy, znane z takich miejsc jak szpital albo szpital. Cena w szatni – dwa złote. Inflacja daje w kości, jeszcze kilka lat temu takie coś stało złotówkę. Albo to marża, bo wejściówki tanie.Szybka interwencja właściciela pewnego stoiska, którego tu reklamować nie będę (pst, Maginarium) i oto dumnie stanąłem w swoich laczkach na sali będącej games roomem. W centrum masa stolików, krzesełek i gier planszowych (czy to do wypożyczenia, czy kupienia) czekających na ludzi żądnych wrażeń, wokól tego masa stoisk gdzie można było znaleźć wspomniane gry, podręczniki RPG, koszulki, figurki, wszelakiego rodzaju stroje, świetne wyroby skórzane oraz jeden nieszczęsny sklep z rzeczami stricte mangowymi. Wyróżniał się tak jak cosplayerka na ulicy, tj. "co to tutaj robi" i "zaraz będzie wpierdol". W sens pobytu nie wnikam, nie moja firma, nie moje podatki.
Niektórzy wystawcy byli naprawdę słabo oznaczeni, do dziś nie wiem kto konkretnie był kim – ponoć wina organizacji. Na szczęście na drzwiach wisiała mapka z informacjami co, czyje i gdzie.
Tutaj stwierdzę dwie rzeczy – pierwsza jest taka, że w tej szkole może nie śmierdziało, ale pewien nieprzyjemny odór był. Mit potwierdzony, fantaści się nie myją. Ale to zapewne dlatego, że ich po prostu nie stać – w czasie całej imprezy złapałem z 5 streetpassów, więc skoro ludzi nie stać na konsole, to co dopiero z mydłem!?
Warto wspomnieć o zapoznaniu się z pewną panną ("Kojarzę skądś twoją mordę", "Ja twoją też"), konkretniej panną Gacką-- Przepraszam, Gacek. Z ową panną mieliśmy świetny ubaw dzwoniąc do właściciela pewnego portalu fandomowego informując go pierw, że rejestrował się u brokera na rynku forex, a następnie pytając, czy ściął już kuca.
Szybkie sprawdzenie planu uświadomiło mi, że prelekcji mnie interesujących raczej nie znajdę – od lat nie gram w RPG-i, przynajmniej te odłączone od prądu. Za to udało mi się trafić na końcówkę atrakcji prowadzonej przez kolegę, z którym to właśnie ostatnio w te RPG-i grałem jakieś 7 lat temu. I zarazem widziałem go na tej mojej pierwszej Avie.
Po tylu przygodach człowiek głodnieje. Tutaj niestety kolorowo zbyt nie było – na całą szkołę był jeden, obsługiwany przez jakąś nieznaną tubylczą rodzinę, bufet szkolny. Czy raczej biedny sklepik, z kanapkami, racuchami i batonami. Trochę bardziej "normalnego" bufetu – brak. Za to minus, nawet mimo dość dobrego i taniego chińczyka oddalonego jakieś 10 minut drogi piechotą.
Przeglądając plan ogólnie uznałem, że większość atrakcji to panele traktujące o tworzeniu/odgrywaniu postaci, lub też na tematy okołokucowate, tj. Sci-fi, film, książka. Jedna sala z konkursami, reszta to LARP-y, turnieje, na pięterku można było zarejestrować się na one-shotową sesję... Mogę dać plusa za – dla mnie nowy – sposób umieszczenia atrakcji wraz z opisami w planie. Rozpiska godzinowa – o tej godzinie w sali tej jest to, tamtej tamto, a gdzieśtam cośtam. Dodatkowo mapka, która jest po prostu poprawna, tabelka z listą atrakcji... I w sumie tyle. Planszówki, panele, sesje i LARP-y.
Ja się teraz nie dziwię, że fantaści ciągle na tych konwentach chleją. Tu po prostu nie ma nic do roboty! Zwłaszcza, że od 22 do 10 praktycznie nic się nie dzieje (paneli null), co zapewne jest powodem eskapad nocnych.
Sam zresztą wziąłem w takiej udział, gdzie poznałem całkiem fajną grupę fanów post-apo. Uświadomili mi, że wzięcie urlopu by spędzić tydzień w brudzie, gorącu i limitowanej ilości wody, nie jest takim złym pomysłem.
Mina barmanki widzącej ludzi ubranych jak na wojnę atomową była bezcenna.
Potem powrót do szkoły, uświadomienie sobie, że podłoga na sali gimnastycznej na pięterku była bardzo, ale to bardzo wygodna. Przez sen nawet mi się wydawało, że jest podgrzewana, niestety poranek stanowczo zrewidował moje poglądy. Po spacerku wokół konwentu trafiłem na panel, brzmiący miło: "Jedyna słuszna filozofia". Pomyślałem, że będzie gorąco, agresywnie, zażarcie. Mile się zdziwiłem, bo było zupełnie inaczej, a ja dowiedziałem się trochę o old- i newschoolowym podejściu do grania w RPG. No a do tego byłem jedyną osobą (poza kolegą prowadzącego), która zjawiła się na panelu, więc zarazem mogłem odczuć jak fajnie jest wtedy, gdy prowadzący jest praktycznie wyłącznie dla ciebie. Nowe doświadczenia prelegenckie nabyte od tej drugiej strony. Polecam!
Po panelu zdecydowałem pożegnać się z garstką osób, które poznałem, i ruszyć autobusem do domu, by umyć się, naładować konsolę i przybyć na spotkanie właścicieli 3DS-ów. Autobus był jeszcze brudniejszy niż wczoraj.
Nie rozumiem tylko reakcji jednego gościa, który usłyszawszy moją odpowiedź na pytanie zadane koleżance z ochrony ("Można tu zamówić jakoś jedzenie?" "Tak, można, bierzesz telefon i dzwonisz") prychnął jak naburmuszony kocur.






