Konwenty Południowe - Recenzja gry: VuDulhu

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

VuDulhu

vudulhu

black monk

Wydawca: Black Monk
Autor: Francesco Giovo, Marco Valtriani
Rodzaj: Imprezowa, karciana
Poziom skomplikowania rozgrywki: Niski
Losowość: Duża
Gra składa się z: 
- 6 pionków;
- 1 laleczki Cthulhu;
- 5 Kości Składników;
- 36 kart klątw;
- 8 kart Artefaktów;
- 10 kart Przedwiecznych;
- 5 kart Lokacji;
- 1 karty Celu;
- 1 toru Punktacji (na wewnętrznej stronie pudełka).

„VuDulhu” jest szybką, karciano-kościaną grą imprezową, w której gracze wcielają się w rolę kultystów zgłębiających zawartą w Mitach Cthulhu okultystyczną wiedzę. Celem gry jest bycie pierwszą osoba, która zdobędzie trzynaście punktów (reprezentujących najgłębsze odmęty szaleństwa związane ze zgłębianiem zakazanych prawd o Wielkich Przedwiecznych) – a zdobywamy je poprzez... obrzucanie się nawzajem klątwami.

Łał! Przeciętny rodzic dostałby ataku paniki po usłyszeniu takiego opisu gry, w którą grają jego pociechy. Co bardziej wrażliwych na tym punkcie uspokajamy – za granie w takie gry nie idzie się do piekła (co najwyżej w głębokie odmęty R'Lyeh, gdzie czeka w uśpieniu martwy Cthulhu). W praktyce rozgrywka polegać będzie na zagrywaniu na siebie nawzajem kart, które swoim działaniem wymuszają na danym graczu pewnego rodzaju zachowanie. Mogą wymagać od niego przeraźliwego gulgotania, grania z jednym okiem zamkniętym, naśladowania kozy lub całej masy innych ciekawych zachowań, które sprawiają, że granie w miejscu publicznym może okazać się całkiem niezłą przygodą. Gracz obciążony daną klątwą musi spełniać jej warunki albo w odpowiednim momencie swojej tury (jeśli na danej karcie tak wskazano), albo przez cały czas – do momentu, w którym się zapomni. Kiedy tak się stanie, ten z graczy, który rzucił wspomnianą klątwę, może się o to upomnieć – karta zostaje wtedy odrzucona, a na konto rzucającego wpadają kolejne punkty. Kto zgromadzi ich trzynaście, wygrywa.

vudulhu1Oczywiście, nie da się tak po prostu rzucić na kogoś całej masy klątw i patrzeć, jak się zwija – w swojej turze każdy z graczy rzuca pięcioma kostkami, na ściankach których ukazane są różne składniki. Kostki można przerzucać, jednak każdy przerzut wymaga odrzucenia jednej z nich. Za pomocą kostek będziemy opłacać nasze różne akcje: odrzucenie dwóch dowolnych pozwala dobrać nową kartę klątwy na rękę lub wyposażyć się w kartę artefaktu, która także może mieć jakiś ciekawy efekt – zaś płacąc odpowiednią liczbą kostek, które akurat pokazują wymagane przez daną klątwę składniki, możemy ją rzucić. Prostsze klątwy wymagają dwóch kostek, bardziej złożone trzech, a nawet czterech – jak więc widać, zagramy jakąś kartę średnio raz na dwie-trzy tury. To może wydawać się niewiele, ale, wierzcie mi, to dobrze – nagromadzenie się dużej ilości klątw na jednym graczu potrafi być ogromnie uciążliwe. Dlatego zastosowano tu bardzo ciekawy mechanizm, który ma temu przeciwdziałać.

Kiedy zagrywamy klątwę na gracza, wraz z odpowiednią kartą otrzymuje on kartę celu – sygnalizującą, że oberwał jako ostatni i nie może być celem kolejnej klątwy, dopóki ma tę kartę. Skutecznie rozwiązuje to problem grupki graczy upatrującej sobie jedną ofiarę – w końcu im więcej klątw, tym trudniej nie złamać jednej z nich, tym łatwiej dać komuś zarobić punkty. W ten sposób chociaż mamy pewność, że co najmniej dwie osoby będą otrzymywały po równo, nikt więc nie będzie bardziej poszkodowany niż jego przeciwnik.

Innym ciekawym rozwiązaniem w „VuDulhu” jest to, że gra staje się tym trudniejsza, im więcej mamy punktów. Osiągając jeden z dwóch progów na torze punktacji ryzykujemy zwrócenie na siebie uwagi jednego z Wielkich Przedwiecznych – otrzymujemy specjalną kartę, na której znajduje się warunek, jaki od tej pory musimy spełniać. W przeciwnym razie karta odwróci się, a my zostaniemy obciążeni trwałą karą trwającą aż do końca gry. Może ona oznaczać, że nasi przeciwnicy dobierają dodatkowe karty, że zagrywane przez nas klątwy są droższe lub całą masę innych przykrych rzeczy. Oprócz tego, że niezłe tematycznie, całkiem nieźle sprawdza się jako próg zwalniający dla graczy, którym idzie zbyt dobrze.

Właśnie, temat! Jako że twórczość Lovecrafta jest obecnie częścią domeny publicznej, w ciągu ostatnich kilku lat zaroiło się nam od różnego rodzaju tytułów – powieści, gier wideo czy planszowych – inspirowanych mitologią Cthulhu. Spora część z nich traktuje ją jako ładnie wyglądającą etykietkę, pod którą produkt ma trafić do dużej liczby odbiorców – i nic więcej. W przypadku VuDulhu trzeba przyznać, że chociaż temat jest potraktowany z mocnym przymrużeniem oka (w końcu to gra imprezowa!), tutaj przynajmniej przyłożono się do wykonania – w taki sposób, żeby nawet znawcy i pasjonaci twórczości Samotnika z Providence czuli się jak u siebie i nie zgrzytali zębami na nieścisłości. Temat został dobrany bardzo trafnie i fajnie zrealizowany.

vudulhu2Skoro mowa o realizacji, muszę również przyznać, że „VuDulhu” zostało wydane solidnie i ciekawie. Przyjemne, humorystyczne ilustracje na pudełku i kartach kojarzą się z „Munchkinem” (cóż, w końcu to Black Monk) czy komiksem „Unspeakable Vault (of Doom)”, zaś rolę wskaźnika aktywnego gracza pełni... Urocza laleczka wudu wykonana z zielonej włóczki, wyobrażająca Wielkiego Cthulhu! Są tylko dwie rzeczy, do których mógłbym się tutaj przyczepić. Rolę toru punktacji pełni samo wnętrze pudełka, co nie jest optymalne, bo w przeciwieństwie do zwyczajnej planszy jest znacznie mniej stabilne (rzecz nie bez znaczenia, gdy jeden z graczy zacznie rzucać się jak opętany, gdyż tego wymaga od niego zagrana nań karta) – zaś na kilku kartach zdarzają się literówki. Nie jakieś ogromnie znaczące, bo zamiast „Cthulhu fhtagn!” mamy „Cthulhu fhtang!”... Ale boli kogoś, kto skojarzy, o co tu chodzi.

„VuDulhu” jest fajne – choć aby dobrze się bawić, warto spełnić co najmniej dwa warunki. Pierwszym, tym mniej istotnym, jest chociaż szczątkowa znajomość tematu, bo pozwoli ona docenić nawiązania będące podstawą humoru w tej grze. Drugim, tym ważniejszym, jest pewna doza dystansu do samego siebie – nie tylko mamy tu do czynienia ze sporą ilością negatywnej interakcji, ale, przede wszystkim, negatywnej interakcji wymagającej od współgraczy udawania, że ma się macki zamiast rąk, emitowania z siebie głośnych, nieartykułowanych dźwięków i całej masy innych rzeczy, które z trudem przychodzą komuś, kto po prostu wstydzi się trochę powygłupiać. Jeśli żadna z tych dwóch rzeczy nie jest tu przeszkodą, to jak najbardziej polecam – bycie kultystą Wielkich Przedwiecznych jeszcze nigdy nie było tak zabawne!