Konwenty Południowe - Recenzja książki: Michał Cholewa - „Forta”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Forta

Michał Cholewa - „Forta”

warbook Autor: Michał Cholewa
Wydawnictwo: WarBook
Liczba stron: 570
Cena okładkowa: 39,90 zł

Książki Michała Cholewy cieszą się niesłabnącą popularnością, którą ugruntowała nagroda Zajdla, przyznana „Forcie” jako najlepszej powieści fantastycznej 2014 roku. Dlaczego jednak „Forta”, a nie świetny, pełen akcji „Gambit” lub trzymający jego poziom „Punkt cięcia”? Co wyróżniło tę książkę wśród innych? Wspomniany „Gambit”, chociaż może debiutem trudno go nazwać, był pierwszą samodzielną powieścią wydaną przez autora, nie był też idealny pomimo wielu zalet, „Forta” natomiast, chociaż warsztatowo już o wiele lepsza od części poprzednich, nadal wzbudza mieszane uczucia. Wiele osób, skuszonych wiadomością o nagrodzie, sięgnie po tę powieść bez zastanowienia, dopiero w trakcie uzmysłowiwszy sobie, że czegoś im brakuje... A będą to informacje z poprzedzających ją dwóch tomów. Czy się nie zrażą? A może, biorąc pod uwagę fakt, że jednak pozycja ta różni się nieco od poprzedniczek, spodoba im się ona tym bardziej? Zanim podejmie się decyzję, należy się zapoznać z kilkoma czynnikami.

Znana nam z poprzednich tomów ekipa pod dowództwem porucznik Cartwright przebywa w bazie Churchill – punkcie ewakuacji Piątej Dywizji Desantowej. Jednostka poniosła ciężkie straty – spora część żołnierzy nie wróci do domu, a pozostali wymagają hospitalizacji, jednak również medyków pozostało niewielu. Gdy docierają do nich plotki, że w przetrzebionym składzie mają znów wyruszyć na front, postanawiają temu zapobiec, bez wiedzy dowódczyni angażując się w akcję na rzecz enigmatycznego Von Brauna. Ten, w zamian za przysługę, ma im pomóc w uchyleniu się od przykrego obowiązku. Nie wiedzą, że sposób działania oficera będzie daleki od przypuszczeń, a ceną zwolnienia z jednej misji będzie wplątanie się w inną. W ten sposób lądują na Atropos z misją odnalezienia zaginionego Brisbane’a - sytuacja okazuje się być jednak bardziej skomplikowana, bowiem kolonii na planecie zagraża nieznany wróg...

Jednostka trzyma się dzielnie. Można zaobserwować, że jej członkowie bardziej zżyli się ze sobą, a relację Wierzbowskiego z medyczką, DaSilvą, wyraźnie wykazują tendencję romantyczną, ściśle jednak ukrywaną na służbie. Wierzbie zdarzyło się awansować: jest teraz odpowiedzialny przed Cartwright za resztę towarzyszy, co wyjątkowo daje mu się we znaki. Jest on też osobą, wokół której skupia się akcja – jest to zauważalne w większym stopniu niż choćby w „Gambicie” – więcej tez pojawia się jego dialogów wewnętrznych. Ale na drużynie Wierzbowskiego się nie kończy. Sytuację będziemy obserwować z dwóch punktów widzenia: wyżej wspomnianego, w akcjach na terenie kolonii Nijmegen, oraz komandora Falejczyka, zastępcy dowódcy okrętu EUS „Gdynia”, którym przylecieli do układu, pozostającego na orbicie planety. Obie ekipy czeka wiele niebezpiecznych momentów.

Do bohaterów dołącza trójka nowych, na którą warto zwrócić uwagę. Khasis, dowódczyni grupy Dowództwa Operacji Specjalnych, w skład której wcielono także jednostkę Cartwright, jest dość przewidywalna, a osobie, która czytała wcześniejsze tomy „Algorytmów wojny” wyda się wręcz znajoma: to Brisbane w spódnicy. Zimna, pozornie obojętna, skupiona na celu i gotowa do wszelakich wyrzeczeń dla dobra misji - nie jest osobą, którą można polubić, chociaż jako dowódca sprawuje się świetnie. Drugą postacią wartą przyjrzenia się jest wspomniany wcześniej Falejczyk, trzecią zaś sam dowódca „Gdyni”, komandor Radchenko. Obaj panowie zostają wystawieni na ciężką próbę, jednak każdy radzi sobie z sytuacją w inny sposób. Wywiązujący się między nimi konflikt, ograniczany przez konieczność zachowania prawidłowych stosunków służbowych, daje wiele do myślenia. Polak jest ostrożny, wyraźnie coś mu nie pasuje w zastanej sytuacji, jego przełożony zaś zaskakuje niefrasobliwością. Ale czy wszystko na pewno jest takie, na jakie wygląda?

„Forta” w porównaniu do poprzednich części cechuje się nieco innym klimatem. Scen akcji nie braknie, niemniej jednak więcej jest czegoś, co określiłabym mianem podchodów: obie ekipy są świadome zagrożenia, nie wiedzą jednak, z której strony go oczekiwać. Radchenko i Falejczyk mają z pozoru łatwiej: wrogi statek na orbicie, nie odpowiadający na próby nawiązania kontaktu, a wyraźnie zagrażający kolonii, wydaje się być dowodzony przez kogoś niezbyt kompetentnego, kto nie umie się bronić... A może po prostu nie widzą wszystkiego? Niestety, w sytuacji, gdy dowódca nie widzi problemu, a zastępca wyraźnie wyczuwa, że coś jest nie tak, trudno wprowadzić daleko posuniętą ostrożność. A kontakt z powierzchnią planety niemal nie istnieje... Tymczasem na dole grupa OES-ów robi swoje, poszukując sobie tylko znanych artefaktów, osłaniana przez ekipę Wierzby. Tu też warunki wymuszają współpracę pomimo uprzedzeń, jednak w tym konkretnym przypadku efekty są lepsze: misja, podczas prac naprawczych mających na celu przywrócenie komunikacji, natrafia na spory ubytek energii. Gdzie taka ilość prądu może być wyprowadzana i co zasila? Przestarzała, mocno zniszczona infrastruktura kolonii nie da im łatwej odpowiedzi. Podchody będą więc próbą rozwikłania zagadki, jaką jest dziwnie funkcjonująca kolonia Nijmegen, w ciągłym poczuciu zagrożenia o niewiadomym pochodzeniu. Mało tego, „ci drudzy” najwyraźniej przyszli tu w tym samym celu... Ale wyraźnie wiedzą o nim więcej.

W „Gambicie” często spotykało się przejścia między scenami akcentowane urywkami zdań kończonych wraz z początkiem kolejnego fragmentu. Tutaj takiego zabiegu nie ma. Bitwy, kiedy do nich dochodzi, są opisywane z jednego punktu widzenia, przez co konstrukcja traci nieco na dynamice, zyskuje jednak na ogólnym wrażeniu narastającego napięcia. W tym tomie autor pokusił się – chociaż tylko dwa razy – o krótki urywek widziany oczami wroga, nawet wtedy nie zdradzając wiele. Z tego względu „Fortę” czyta się wolniej, nastrój jest pełen stopniowanego niepokoju, intryga rozwija się bardzo powoli – co może irytować – ale zakończenie wynagradza to z nawiązką. Pozostaje jednak zasadnicze pytanie: czy czytać samodzielnie, bez zapoznania się z resztą cyklu? To odradzam. W rozmowach bohaterowie często nawiązują do jakichś minionych wydarzeń, jednak robią to tak enigmatycznie, że nie sposób domyślić się, co właściwie się wtedy stało, a to trochę utrudnia zrozumienie bieżącej sytuacji.

„Fortę” mogę tylko polecić. Mało która książka tak skłania do myślenia, przekazując pod pozorem szpiegowsko-fantastycznonaukowego zamieszania wiele głębszych myśli. Motywem przewodnim staje się poświęcenie Marcina Wierzbowskiego, młodego człowieka, który został postawiony na pozycji osoby dowodzącej jednostką, zupełnie nie będąc do tego przygotowanym; oraz misja, która wymagać będzie tego poświęcenia o wiele więcej, niż się początkowo zakładało. Intryga wciąga z miejsca i zaskakuje niejednokrotnie drugim i kolejnym dnem, a z bohaterami trudno się rozstać... Na szczęście, nie będzie trzeba, jako że na półkach księgarń czeka już kolejny tom cyklu, „Inwit”.