Konwenty Południowe - Recenzja książki „Inwit” Michała Cholewy

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

inwit

Michał Cholewa - „Inwit”

warbook Autor: Michał Cholewa
Wydawnictwo: WarBook
Liczba stron: 512
Cena okładkowa: 39,90

„Algorytmy wojny” Michała Cholewy to cykl, w którym wyraźnie można zobaczyć postęp warsztatowy autora. Od wciągającego, ale dość chaotycznego „Gambitu”, przez dobry „Punkt cięcia”, aż po nagrodzoną Zajdlem „Fortę” nie sposób nie zauważyć poprawy w kwestiach technicznych. To jednak nie wszystko: z czasem zawarta w książkach intryga pogłębia się a nastrój staje się poważniejszy. Na część kolejną fani musieli czekać prawie dwa lata. Czy „Inwit” utrzyma poziom i doprowadzi wydarzenia do wyczekiwanego z niecierpliwością finału?

Rok 2213, fabularnie minęły więc dwa lata od wydarzeń znanych z „Gambita”. Sytuacja zdążyła się jednak drastycznie zmienić: poszukiwania artefaktów poprzedniej epoki, czasu świetności technologicznej zakończonego brutalnie przez bunt sztucznej inteligencji, przyniosły szokującą wiadomość: SI wcale nie została zniszczona, jak oczekiwano, a co więcej, w wyścigu po zaginioną wiedzę staje na równi z ludzkimi mocarstwami wyposażona w androidy i będąc zawsze o krok przed człowiekiem. Z „Forty” wiemy już, że projekt Dedal, w wyniku którego stworzono hybrydy ludzi z SI został niemal w całości przejęty przez wroga, za wyjątkiem jednej osoby: wśród sił Dowództwa Operacji Specjalnych pozostaje Colette, z wyglądu przypominająca raczej dziewczynkę niż pół-robota. W wojnie Unii ze Stanami Zjednoczonymi o zasoby to właśnie jej postanawia zaufać Brisbane, prowadząc delikatną, pełną zawiłości dyplomatycznych misję na planecie Liberty.

W poprzednim tomie zostawiliśmy Wierzbowskiego w położeniu dość trudnym: jego decyzja o przyjęciu propozycji Brisbane’a, chociaż z moralnego punktu widzenia nie do przyjęcia i z tego powodu zapewniająca mu utratę bliskiej osoby, wydaje się jednak jedyną słuszną ze względu na dobro ekipy. Część jego towarzyszy poszła za nim, w „Inwicie” nie spotkamy się więc z Kicią, ale Szczeniak, Milla Isaksson, Wunderwaffe Weiss i Soren Thorne pozostają wiernie u boku Polaka. Dorzucono mu z marszu Delaviente i jeszcze kilka osób z OESów, pod względem osobowym nadal będzie więc rozmaicie, żywo i… konfliktowo.

Zmienia się jednak diametralnie charakter powieści. O ile „Forta” odróżniała się od poprzednich tomów mniejszą ilością otwartych starć, preferując podchody i stopniowanie napięcia, o tyle „Inwit” to czysta gra polityczna. Walki jest tam bardzo niewiele, większość treści stanowią rozmowy, rozmowy i jeszcze raz rozmowy - na różnych szczeblach władzy i w różnym towarzystwie. Sytuacja Liberty jest trudna, a negocjacje wydają się nie mieć końca, nie trzeba też wiele, by pogubić się w tym, kto kogo oszukuje i z kim jest w sojuszu. Gdzieś tam w trakcie lektury zakiełkowało we mnie wręcz przypuszczenie, że to ja jestem robiona w przysłowiowego konia, bo autor miesza mi w głowie jak mu się żywnie podoba, całą frajdę pozostawiając na wielki finał. Tak też jest: poziom zagmatwania fabuły wydaje się wręcz nie mieć końca. Takie spowolnienie akcji jest boleśnie zauważalne po mocnym wstępie, w którym autor wreszcie mówi więcej o magach – wyjątkowo ciekawy i wstrząsający opis ich wyglądu i genezy pewnie na długo zapadnie mi w pamięć – szkoda jednak, że ciąg dalszy nie utrzymuje tego klimatu. Z tego powodu „Inwit” jest książką zdecydowanie trudniejszą w odbiorze, wymagającą od czytelnika większej koncentracji na szczegółach i sporej cierpliwości.

W czwartej części cyklu Cholewa pokazuje nam też trochę więcej samego świata. Po raz pierwszy pojawiają się opisy miast i życia zwykłych ludzi, z pięknie przedstawionym kontrastem bawiących się wokoło i niezbyt świadomych wydarzeń obywateli z trójką wojskowych na przepustce, którzy mieli odpocząć i pozałatwiać sprawy osobiste, ale chyba nie do końca dobrze czują się w dużym mieście. Widoki są urokliwe, bardzo klimatyczne – przesycone elektroniką otoczenie, „udoskonaleni” ludzie ze wzrokiem utkwionym w różnych urządzeniach, z otaczającą ich zewsząd polityczną propagandą – ale, szczerze mówiąc, nieszczególnie nowatorskie. Jest tu ładnie, neonowo, ale trochę płytko i wtórnie, z ulgą więc wraca się w objęcia akcji w postapokaliptyczny plener.

Ostatecznie „Inwit” nie zawodzi odbiorcy, chociaż droga do ujawnienia całej zagadki i wyłuskania prawdy z mętnych dyplomatycznych gierek jest daleka i długa. Radzę się na to przygotować, jako że czytelnikowi biorącemu się za tę książkę z rozpędem i entuzjazmem nabytym po świetnej „Forcie” może się odbić czkawką nagła zmiana dynamiki, z jaką rozwija się akcja. Warto jednak dotrwać do zakończenia, by dowiedzieć się, co autor zostawił jako gwóźdź programu, bo jest to rzecz mocna i dobra – jak też cały cykl.