Konwenty Południowe - Recenzja książki: Denis Szabałow - „Prawo do życia”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Recenzja książki Denis Szabałow Prawo do życiaDenis Szabałow - „Prawo do życia”

insignis Autor: Denis Szabałow
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 480
Cena okładkowa: 39,99 zł

„Pozamiatane” - to pierwsze słowo jakie przychodzi mi do głowy po przeczytaniu „Prawa do życia” Denisa Szabałowa. Kotłuje się we mnie mnóstwo przemyśleń, pytań i emocji, jednak jedna rzecz przeważa nad resztą. Chcę trzeciej części trylogii „Prawo do...”. Teraz, kiedy już z góry wiecie, że moje zdanie o książce jest bardzo dobre, zapraszam do reszty tekstu, w którym - pobieżnie i nie zdradzając szczegółów - opowiem Wam, co mnie tak zachwyciło.

Odradzam czytanie tej książki bez znajomości pierwszego tomu trylogii. To niestety (lub stety) jest bezpośrednia kontynuacja i niemożliwym jest zrozumienie wielu wątków, zachowań czy postaci, bez przeczytania prequela. Wydawałoby się to oczywiste, jednak po tym, jak Dymitry Glukhovsky napisał główną powieść w formie pozwalającej sięgnąć po dowolny tom trylogii jako pierwszy bez dużego uszczerbku fabularnego, ta informacja jest całkiem istotna. Fabuła opiera się na podróży wojowników ze schronu pod dworcem oraz niedalekiej bazy wojskowej (które to miejsca i żyjące w nich społeczności opisane są dokładniej w „Prawie do użycia siły”) wraz z dobrze wyekwipowanym oddziałem Bractwa. Cel jest jasny, choć wcale niełatwy do osiągnięcia, a w dodatku oddalony o 1200 kilometrów: kombinat miasta Berezowska i jego legendarna Rosrezerwa, zawierająca niemal wszystko co potrzebne jest do przetrwania w świecie zniszczonym atomowym ogniem i to w ilości zapewniającej życie w dostatku dla niewielkiej społeczności. Niestety skarby te są bronione przez uzbrojonych po zęby i dobrze wyszkolonych mieszkańców kombinatu i tamtejszego schronu.

To jednak nie wszystko, gdyż nasi bohaterowie mają zaledwie miesiąc na dotarcie do celu i zdobycie go, zanim zrobią to konkurenci. Przeszkadzać w podróży będą lokalki (mniejsze i większe tereny dotknięte zbyt wysokim promieniowaniem, by przez nie przejechać), nieprzejezdne drogi lub ich brak, bandyci, zmutowane stworzenia, wrogie społeczności czy anomalie, od których może zakręcić się czytelnikowi w głowie. To wszystko poprzetykane jest zręcznie wplecionymi rozmyślaniami nad słusznością misji, wątpliwościami na temat prawdziwych intencji bractwa wobec dworcowych i wojskowych czy opowieściami o przygodach, jakie przeżyli towarzysze podróży.

Ten zabieg sprawił, że postacie zyskały unikalny charakter i nie stanowiły jedynie pustawego tła dla głównego bohatera, którym niewątpliwie jest tu Daniła. Widać było wyraźne różnice między zachowaniami, językiem czy właśnie osobowościami poszczególnych ludzi, w tym też tych spotykanych po drodze. Powieść była pełniejsza i jakby bardziej realistyczna. Ciężko tu o wyraźny podział na dobrych i złych, nawet zachowania i reakcje Daniły pozostawiają czasem moralnego kaca.

Ponownie Denis Szabałow postawił mocno na militarną stronę książki, ubarwiając tekst masą nazw różnorodnego sprzętu wojskowego i taktyk bojowych wraz ze szczegółowym opisami. Ucieszy to na pewno fanów militariów, natomiast utrudni nieco odbiór tekstu przez laików. Niemniej jednak jest jeszcze jeden, rzucający się mocno w oczy aspekt: zjawiska paranormalne i próba naukowego wytłumaczenia ich. Osobiście uwielbiam tego typu wątki w fantastyce, szczególnie, kiedy w grę wchodzi zabawa czasem, a tej tutaj nie brakuje. Wraz z kolejnymi stronami, wszystko połączyło się zgrabnie w spójną całość i zostawiło mnie z poczuciem pełnej satysfakcji z domkniętych wątków i wyjaśnionych tajemnic. Szczególnie, że tych ostatnich jest całkiem niemało i nierzadko są to rewelacje wywołujące autentyczny i niekontrolowane opadnięcie szczęki. Materiałów do spojlerów jest tu tyle, że nie powstydził by się ich nawet sam J. R. R. Martin.

Książkę czytało się lekko, szybko i była na tyle wciągająca, że przegapiłem zachód słońca i zgubiłem gdzieś kilka godzin życiorysu. Przypominam jednak, że wątki militarne i niemała ilość wstawek rodem z science fiction nie każdemu przypadną do gustu. Nie mogę doczekać się zwieńczenia trylogii, choć jednocześnie obawiam się go. Przy takiej ilości zakończonych wątków i odkryciu właściwie wszystkich kart, gdzie pozostaje już tylko jeden cel: eliminacja, ciężko będzie napisać książkę dorównującą „Prawu do życia”. Nie uprzedzając faktów i nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem, że z pewnością poświęcę choćby i cały dzień na nowe „Prawo do...”, jak tylko się ukaże.