Konwenty Południowe - Recenzja książki: Arkady Saulski - „Czarna kolonia”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

czarna kolonia

Arkady Saulski - „Czarna kolonia”

drageus Autor: Arkady Saulski
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Liczba stron: 339
Cena okładkowa: 29,90 

Jednym z najczęściej poruszanych wątków w książkach science fiction jest eksploracja Kosmosu, w tym kolonizowanie innych planet. Pierwszym oczywistym celem jest w tym przypadku Mars, nie zliczę też w ilu wersjach przedstawiono już problem jego przysposobienia do zamieszkania przez ludzi. Czy do tego kotła pomysłów da się jeszcze dorzucić coś nowego? Jak się okazuje, wyobraźnia autorów nie zna granic. Zapowiedziana na początku tego roku „Czarna kolonia” Arkadego Saulskiego zwracała uwagę nie tylko tym, że miała stanowić powieściowy debiut tego autora, ale przede wszystkim tematyką, która wydawała się być nieco cięższa od dotąd rozważanej. Miałam przyjemność zapoznać się ze wspomnianą pozycją.

Terraformacja Marsa nie przebiegła tak dobrze, jak było to planowane. Technologia, którą zastosowano w tym przypadku, nie miała wad: stopniowe wytworzenie atmosfery, sprowadzenie wody (ziemskiej!), rozmieszczenie roślin przebiegało bezproblemowo – do czasu. W pewnym momencie bowiem jakby planeta postanowiła wziąć sprawy we własne ręce – przyjęła otrzymane dary i zinterpretowała je na własny sposób, dotyczący też zagospodarowania terenów. Niepowodzenie pierwotnego planu spowodowało daleko idące skutki: zamiast być idealnym miejscem do życia dla ziemskiej elity, Mars stał się celem przerzutu biedoty i elementu przestępczego, a wszystko to pod płaszczykiem propagandy o nowym, wspaniałym świecie tylko czekającym na odważnych pionierów.

Kolonia w sektorze szóstym – to tam skierowane zostają jednostki wojskowe, wraz z główną bohaterką, Kerą Puławską. Wysyłane tam pod pozorem wzmocnienia ochrony obiektów oddziały na miejscu zastają ruiny i związane walką z buntownikami wojsko. Gra nie wydaje się warta świeczki, a jednak uwaga najbogatszych korporacji, a wraz z nią i sił zbrojnych, kondensuje się coraz bardziej na tym skrawku planety. Jakie tajemnice może on skrywać?

Nic tak nie ożywa atmosfery jak trup, a więc akcję otwiera samobójstwo. Na wyjaśnienie, kto, co i dlaczego przyjdzie jednak czytelnikowi trochę poczekać, jako że pierwsze strony książki poświęcone są budowaniu kontekstu, co zrealizowane zostało w sposób tyleż nastrojowy, co swobodny. Mamy więc fragmenty stylizowane na notki prasowe i wywiady przedstawiające wypowiedzi ekspertów na temat procesu terraformacji Marsa, problemów z tym związanych, jak i komplikacji politycznych czy społecznych zjawiska. Sama fabuła zaczyna się dość opornie, choć opowiadana jest konsekwentnie i bez wpadek logicznych, a bieżące informacje podawane są bardzo oszczędnie. Do czasu – w pewnym momencie następuje przełom, ujawniona zostaje wielka tajemnica, a akcja, dotąd odrobinę opieszała, nagle rusza z kopyta i nie traci tego tempa aż do samego końca.

Po początkowym chaosie informacyjnym szybko klaruje się konkretna wizja świata. Bardzo szczegółowo zostały potraktowane wątki osobiste: Kera i jej ojciec, ich skomplikowana, acz budząca w czytelniku pewne współczucie relacja, przeszłość Tarkova, a nawet parę scen z życia prywatnego przywódców obu zwaśnionych ze sobą korporacji dają nam pewien ogląd na ich charaktery i motywację. Problemem pozostaje jednak przedstawienie postaci – chociaż te są różnorodne i wiarygodne, wydają się wycięte z jednego szablonu jeśli chodzi o zachowanie. Niewiele uświadczymy faktycznych różnic pomiędzy ich sposobem wypowiadania się czy reakcjami, nawet tło w postaci wątków osobistych niewiele tu pomaga. Najwięcej straconego potencjału widać na przykładzie pułkownika Lebiediewa – to gość, którego sylwetka została bardzo malowniczo nakreślona od razu w pierwszych scenach, w których brał udział. To ktoś, kto sprawiał wrażenie postaci wyjątkowo charakterystycznej, ale w trakcie wydarzeń został sprowadzony do roli egzekutora, po prostu beznamiętnie wykonującego rozkazy. Aż trudno uwierzyć, by nie kryło się za tym coś więcej. Może więc autor szykuje w tym względzie jakąś niespodziankę? Domysły zostawię w tym punkcie i pozwolę się zaskoczyć.

Złego słowa nie da się za to powiedzieć o warstwie opisowej książki. Klimat ogólny jest faktycznie odrobinę inny, niż się to powszechnie w powieściach science fiction spotyka - a może nie tyle cięższy, co raczej chłodny. Sporo mamy tu korporacyjnych przepychanek o coś, co pozostaje niejawne przez bardzo długi czas, wywołując wrażenie goryczy przy scenach walk o tę wielką niewiadomą. Tę gorycz, żal o niedopowiedzenia i niejasne rozkazy się po prostu czuje. Nie spotkałam się jeszcze z powieścią, w której los żołnierza posłanego gdzieś bez informacji o celu i sensie był tak wyraźnie zaznaczony. Druga sprawa to sceny bitew, które zostały opisane zwięźle, acz dynamicznie i z okazjonalnym fajerwerkiem w postaci pomysłu, w którym atakujący omijają systemy obronne planety za pomocą… zrzucenia na jej powierzchnię całych okrętów. Fragment opisujący tę scenę jest krótki, ale tak malowniczo napisany, że aż trudno nie wyobrazić sobie go w postaci sceny filmowej.

Seria „Kroniki Czerwonej Kompanii” z całą pewnością nie pokazała jeszcze wszystkich swoich atutów. Więcej, pewna jestem, że najlepsze jeszcze przed nami, a świadczy o tym skokowy rozwój dynamiki w pierwszym tomie serii. Fanom gatunku może przypaść do gustu, chociaż wymaga pewnej dozy cierpliwości ze względu na początkowy brak jasno określonych założeń fabularnych i pewną statyczność. Dla mnie książka dzieli się na dwie części: pierwszą, korporacyjno-dyplomatyczną, dość nudną miejscami, i drugą – po „wielkim wybuchu”, gdzie zaczyna się właściwa akcja i trudno już się od niej oderwać. Polecam więc, może nie jako arcydzieło, ale całkiem przyzwoitą pozycję z widokami na poprawę w kolejnych tomach.