Konwenty Południowe - Recenzja książki „Zstąpienie Aniołów” - Mitchel Scanlon

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

zstapienie aniolowMitchel Scanlon -„Zstąpienie Aniołów”

copernicus corporationAutor: Mitchel Scanlon
Wydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 336
Cena okładkowa: 44,00 zł

Zahariel, młody chłopiec z ludzkiej kolonii na odległym, zapomnianym zakątku galaktyki, zwanym Caliban, zostaje przyjęty w poczet Zakonu. To wielki zaszczyt – jego rycerze słyną jako najlepsi wojownicy na całym globie, obrońcy prostych ludzi i pogromcy Wielkich Bestii, zamieszkujących ogromne puszcze planety. Walka z okrutnymi poczwarami wydaje się nie mieć końca, jest mozolna i niebezpieczna, jednak wykrzewienie zła z najgłębszych zakamarków niegościnnego świata jest celem szczytnym. Przywódca zakonu i najsławniejszy z jego rycerzy, Lion El'Jonson, wierzy bowiem w zapomniane dawno legendy o odległej Terrze, kolebce rodzaju ludzkiego, o ludziach żyjących wśród gwiazd, o wielkim i wspaniałym Imperium, które jednoczy ich wszystkich rozsianych po niezliczonych globach. Oczekuje wciąż ich przybycia – wierząc, że kiedy ostatnia ze złych poczwar zginie, Imperium powróci po swoje zaginione dzieci. Nie spodziewa się jednak, jaka dosłowność kryje się pod tą myślą. Tak w skrócie przedstawić można fabułę "Zstąpienia Aniołów" Mitchela Scanlona, szóstej powieści z cyklu "Herezja Horusa", osadzonej w uniwersum Warhammera 40 000, zanim Imperator wstąpił na Złoty Tron.

Historię odkrycia Calibanu oraz spotkania Imperatora ze swoim dawno zaginionym synem i jednym z dwudziestu Prymarchów poznajemy właśnie oczami Zahariela. Ten, będąc na początku ledwie dziewięciolatkiem, który w ciągu powieści wyrasta na człowieka prostego, ale dzielnego, walecznego i honorowego, jest protagonistą idealnym do opowiedzenia historii o kimś innym – o Lionelu El'Jonsonie – dlatego, że swoimi przeżyciami nie zasłania wydarzeń, które rozgrywają się w tle. Wraz ze swoim kuzynem, Nemielem, opisanym równie minimalistycznie i mgliście, tworzą ciekawy, dość charakterny duet bohaterów, a łącząca ich relacja w ciekawy sposób nawiązuje do tej łączącej dwóch "historycznych" postaci pojawiających się w toku powieści – Liona i Luthera. Także oni, choć będący bohaterami drugoplanowymi powieści, przedstawieni zostali w sposób jednocześnie interesujący, przekonujący, ale i dobrze utrzymany w duchu kanonu świata Warhammera 40 000. Scanlon dokonał tutaj czegoś, co wydawało mi się bardzo trudne – przedstawił postać Prymarchy z bardzo ludzkiej strony i w sposób, który nie tylko dało się przełknąć, ale wręcz zaakceptować, nawet polubić. Obawiałem się, cóż, typowej dla wielu autorów piszących w tym uniwersum wyliczanki cudowności i klasycznego przykładu marysuizmu. Cieszę się, że udało się tego uniknąć.

Warsztatowo powieść jest całkiem niezła. Opisom nie brakuje absolutnie niczego, są zwięzłe, ale wyczerpujące i nie pozostawiają niepotrzebnych niedomówień, jednocześnie budując spójny, stosowny do treści klimat. Opisy starć cechują się odpowiednią dynamiką, zaś dialogi mają w sobie nieco błyskotliwości, dobrze ukazując najbardziej zauważalne cechy bohaterów, a czasem nawet zmuszając czytelnika do uśmiechu.

Fabularnie jest, niestety, znacznie gorzej. Powieść świetnie się czyta do momentu przybycia Imperatora na Caliban – wtedy akcja przyspiesza aż za bardzo i wygląda to, jakby autor nagle doszedł do wniosku, że za mocno się rozpisał i nie zmieści całej historii w zadanej objętości. Przez pierwsze dwie z czterech części przyjemnie śledzi się rozwój Zahariela jako rycerza i osoby, poznaje się bardzo fajnie zaprezentowane obyczaje rycerstwa z Calibanu i, chociaż niektóre zwroty akcji trochę zgrzytają (piętnastolatek w pojedynkę pokonuje najgroźniejszą bestię na planecie – tylko dlatego, że nagle ujawnia się w nim dziwny, magiczny dar, o którym wcześniej nie było ani słowa), czas spędzony na lekturze pierwszej połowy "Zstąpienia Aniołów" zdecydowanie płynie miło. Później... Cóż, w ciągu ledwie paru stron wydarzenia postępują o kilka lat do przodu, w tym czasie rycerstwo zostaje wcielone do Pierwszego Legionu i uformowane w zakon Mrocznych Aniołów – bo tak - a sam Zahariel i jego towarzysze zostają przerobieni na Space Marines tylko po to, by ciągu ostatnich pięćdziesięciu stron książki rozwiązać naprędce wymyśloną intrygę i uratować Liona przed próbą zamachu. Na potrzeby ekspozycji narracja na chwilę przeskakuje na inną, dopiero co wprowadzoną postać, która ginie po około dziesięciu stronach, zanim w ogóle dałoby się ją poznać, polubić albo poczuć cokolwiek, dzięki czemu czytelnika obchodziłoby to, co się jej przydarzyło. Po co ten pośpiech? Każde z tych wydarzeń mogłoby wnieść coś ciekawego do fabuły, gdyby je twórczo rozwinąć. Niestety, zmarnowano tu całe mnóstwo okazji do opowiedzenia interesującej historii.

"Zstąpienie Aniołów" nie jest złą powieścią, ale nie jest również powieścią dobrą. O ile początek dużo obiecuje, kusi ciekawą kreacją świata i bohaterów, o tyle bardzo szybko stacza się po stromej równi pochyłej – zakończenie zaś sprawia wrażenie pospiesznie skleconego na kolanie. Polecam tylko i wyłącznie fanom Warhammera 40 000, zainteresowanych prahistorią Imperium Człowieka.