Konwenty Południowe - Recenzja książki: „Zabójca Zombi” - Nathan Long

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

zabójca zombieNathan Long - „Zabójca Zombi”

copernicus corporation Autor: Nathan Long
Wydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 416
Cena okładkowa: 44,00 zł

Gdyby zapytać fanów fantastyki o książkę, w której główną rolę grają krasnoludy, wielu z nich bez wahania wskaże serię o Felixie i Gotreku. Rozpoczęty w 2000 roku tomem „Zabójca Trolli” cykl opowiada o przygodach Gotreka Gurnissona, który, by zmazać swoje winy i zasłużyć na zaszczytne miejsce w zaświatach, musi zginąć śmiercią bohatera, walcząc z możliwie jak najstraszliwszym przeciwnikiem. Dzielnie asystuje mu w tym zadaniu Felix Jaeger, człowiek, który podjął się nie mniej odważnego zadania spisania dziejów krasnoluda. Jak można się domyślić, mało było trolli dla dzielnych Zabójców, cykl zdążył dorobić się więc paru kolejnych tomów, w polskim wydaniu osiągając liczbę dwunastu. Stanowczo jednak nie jest to koniec serii, mówi się nawet o „pierwszej dwunastce”. Ostatni z niej ukazał się w kraju w listopadzie tego roku.


Bohaterowie – Gotrek, Felix, Rodi Balkisson, Snorri Nosebiter i Kat - ścigani przez armię nieumarłych, przemierzają Reikland. Powstających zmarłych wiedzie przed sobą Hans Pustelnik, znany im już ze wcześniejszych potyczek nekromanta. Walka jest wyjątkowo trudna: każdy zabity po stronie sojuszników natychmiast dołącza do atakującej hordy. Ludzie szczególnie źle to znoszą – przypadkowy konflikt w oddziale powoduje lord von Volgen, w zaślepieniu oskarżający towarzyszy o zabójstwo syna i nie potrafiący zrozumieć, że ten życie stracił daleko wcześniej, a jego ciało poruszane jest wolą nekromanty. Obezwładnieni i pod groźbą procesu przyjaciele docierają do zamku Reikguard, gdzie postanawiają się bronić, by nie dopuścić do rozprzestrzenienia się nieumarłej zarazy na resztę kraju.


Bardzo dynamiczny początek akcji stanowi tylko wstęp do oblężenia. Siedziba rodu Reiklanderów, choć pozornie doskonale przygotowana do takiej sytuacji, wydaje się być trudna do zdobycia, ale do czasu – wielkie zapasy wody i żywności zmieniają się nagle w zapleśniałe resztki, niezdobyte mury chronione krasnoludzkimi pieczęciami zaczynają się kruszyć, chorzy i ranni umierają w przyspieszonym tempie w wyniku zatrucia... W dodatku graf leży złożony tajemniczą niemocą, a do jego komnaty dostęp mają tylko dwie osoby – jego żona i głównodowodzący obroną zamku Von Geldrecht. Czy może być gorzej? Może – na przykład można oskarżyć o zdradę jedynego chirurga i zamknąć go w lochu. Ogrom niesprzyjających okoliczności to jednak jedynie wierzchołek góry lodowej – pogłębiające się konflikty, zdrajca w szeregach obrońców, wrastające napięcie i niepowstrzymana horda zombi napierająca na mury, a we wszystkim tym tajemnice skrywane przez samą twierdzę nie pozwolą bohaterom na zmrużenie oka nawet na krótką chwilę. Wywnioskować z tego łatwo, że „Zabójca Zombi” to jeden ciąg akcji, dla formalności i w trosce o serce czytelnika podzielony na rozdziały. Jest w tym sporo prawdy, bo chociaż momenty namysłu, zadumy również w książce występują, to nie ma ich wiele i służą planowaniu dalszych poczynań, nie zaś refleksji.


Bohaterów pierwszoplanowych mamy piątkę, z czego wszyscy będą znani stałym czytelnikom serii. Trzech krasnoludów, dwoje ludzi, z czego jedna kobieta – czystej wody doświadczona wojowniczka – wszyscy oni stanową zżytą kompanię. Potrafią sobie dać po pyskach w razie różnicy zdań, widać jednak wyraźnie, że jedno za drugie wskoczyłoby w ogień – i ta relacja jest wyjątkowo ożywczym elementem powieści, łagodzącym jej bitewną szorstkość. Szczególnie do krasnoludów bardzo łatwo jest poczuć sympatię, bo chociaż wszyscy co do jednego ścigają się o Tego Największego Potwora, którego zabiją, ginąc przy tym w walce (zapowiadając nawet, ze się o niego pobiją), to jednocześnie jeden o drugiego dba bardziej niż o siebie, pilnując, by w rzeczywistości walka nie była jeszcze tą ostatnią. Miejsce w zaświatach powinno być jak najlepsze – ale jeśli się odwlecze, to nic się nie stanie. Szczególnie widać tę opiekuńczość w przypadku Snorriego, starego Zabójcy, który zapomniał – a jeśli nie przypomni sobie swojej hańby, tego, za co walczy, nie będzie mógł godnie umrzeć. Jest więc po prostu niańczony przez resztę – w wyjątkowo dyskretny sposób, należałoby dodać.


Nie wszystko złoto, co się świeci, więc i ta pozycja ma swoje wady. Jedną z nich jest wszechobecny, nieograniczony niczym patos. Daje on o sobie znać dopiero po jakimś czasie, gdy wspomnienie o chwalebnej śmierci wydaje się być o jednym za dużo, a bohaterowi chciałoby się powiedzieć, że przecież my to wiemy – może śmiało walczyć dalej, na pewno nie przegapimy Wielkiej Chwili! Nie, trzeba o tym wspominać przy okazji każdej niemal potyczki. W to wszystko włożono jedną jedyną scenę, która w ogóle nie powinna pojawić się w tej książce – moment, gdy Kat, po kolejnym zażartym sporze wśród przyciśniętych głodem i zmęczeniem obrońców, wygłasza monolog o tym, że ludzie są źli, niemili, oszukują się i kłamią, więc ona nie chce być człowiekiem, chce wracać do lasu. Wydawało mi się wtedy, że mam do czynienia z zupełnie inną osobą niż ta, której poczynania śledziłam z podziwem przez większość książki. Ta rzeczowa, inteligentna i pozbawiona złudzeń Kat nie mogła po prostu nagle zmienić się w nastoletnią, rozkapryszoną dziewczynkę, tupiącą nóżką do rytmu swoich banalnych i naiwnych narzekań. Na szczęście prędko było po wszystkim, a ten cudaczny nastrój nie powrócił już do samego końca.


Książce przydarzyło się też kilka wpadek natury technicznej. Po pierwsze - widoczny wyraźnie jest całkowity brak korekty. Błędy, przecinki w przypadkowych miejscach, dziwna, mało zrozumiała składnia to chleb powszedni w „Zabójcy Zombi”. Nie do końca jasna jest też dla mnie niekonsekwencja w zapisie nazw własnych – mamy „Felixa” i „Feliksa” używane prawie na zmianę, a zamek Reikguard czasem bywa Reiksguardem. Tego typu mankamenty potrafią niestety bardzo rozpraszać przy czytaniu, zmniejszając znacząco przyjemność płynącą z tej czynności.


Cała seria to kawał dobrej przygodówki, która osobom poszukującym czegoś z krasnoludzkimi bohaterami, czy w ogóle osadzonego w świecie Warhammera Fantasy na pewno przypadnie do gustu. Jest lekka, pełna akcji, przetykana specyficznym, twardym humorem, bardzo heroiczna i wyjątkowo wniosła, a przy tym nieobce jej są podstawowe wartości, spełnia więc kryteria powieści co najmniej przyzwoitej. Dla fana uniwersum pozycja obowiązkowa, dla zainteresowanych tematyką – opcjonalna, choć, oczywiście, poleciłabym zacząć czytanie od tomu pierwszego. Czy warto? Pewnie, że tak.