Konwenty Południowe - Recenzja książki: Melissa Darwood - „Pryncypium”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Pryncypium

Melissa Darwood - „Pryncypium”

genius creations Autor: Melissa Dawrood
Wydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 370
Cena okładkowa: 34,99

Czym jest imię? To jedno słowo, które określa nas przez całe życie, od zarania dziejów było czymś więcej niż tylko zbitkiem liter. Warstwa znaczeniowa każdego miana, dzisiaj już trochę zapomniana, pomijana w przypadku tych o obcym pochodzeniu, ale nadal bardzo widoczna w nazwach rodzimych, miała z założenia być swego rodzaju wróżbą na przyszłość, zaklęciem nadającym potomkowi określone cechy i kształtującym jego losy. Ta magiczna otoczka związana z imionami jest współcześnie w zaniku i już tylko z ciekawości, o ile w ogóle, szukamy źródłosłowu swoich personaliów. Szkoda – jako że związana z tym celebracja nadawania imienia, istniejąca przecież niemal we wszystkich kulturach i wierzeniach, ma w sobie coś niesamowicie uroczystego – i pięknego. A gdyby tak imię naprawdę było czymś więcej niż tylko słowem? Idąc jeszcze krok dalej – gdyby, poza ściśle określonymi cechami, posiadało nie tylko osobowość, ale i świadomość? Gdyby było niemal jak żywa istota, tylko tymczasowo zamieszkująca ludzkie ciało?


Aniela nie ma w życiu lekko. Będąc w bardzo nieciekawej sytuacji finansowej, po śmierci ojca i bankructwie rodzinnego gospodarstwa, aby skończyć wymarzone studia weterynaryjne zapracowuje się na śmierć. Roznosząc gazety w upalny dzień, ubrana w tandetną czerwoną pelerynę, po paru nieprzespanych nocach spędzonych na nauce, czuje się naprawdę kiepsko. Ma pecha trafić na stojącego w korku Zoltana Branderburga, doprowadzonego do ostateczności nie tylko przez warunki atmosferyczne, których nie poprawia klimatyzacja w samochodzie, ale i niekompetentną sekretarkę, która po raz kolejny zapomniała poinformować go o umówionym spotkaniu. Jego pogardliwe zachowanie wobec Anieli irytuje ją, ale podczas wręczania aroganckiemu biznesmenowi gazety dziewczyna zauważa pewien dziwny szczegół: wyraźnie widoczne pod skórą dłoni, wypełnione jakby czarnym płynem, wijące się żyły. Zastanawianie się nad własną przytomnością nie trwa długo, bohaterka po prostu mdleje na środku ulicy. W zamieszaniu, jakie wywołuje to zdarzenie, zniecierpliwiony Zoltan po prostu zabiera ją ze sobą, aby zbadał ją jego lekarz. Wydarzenia, których będzie ona świadkiem, przyniosą jej tyle radości, co cierpień.


On - zgryźliwy, cyniczny, ale nieziemsko przystojny i bogaty biznesmen i ona – biedna, ale piękna, a ponadto z dość wybuchowym charakterem. Znacie to skądś? No pewnie. Wątek romantyczny, który w pewnej specyficznej, fantastycznej otoczce gra tu główną rolę, jest sztampowy do bólu. To klasyka rozwijającej się fascynacji, w której mężczyzna postępuje wbrew sobie, zakochując się, ale próbując temu zaprzeczać, dzielnie wspierany przez kobietę zaprzeczającą jeszcze goręcej, ale i bardziej skłonną do ulegania nastrojowi chwili. W ich kontaktach królują niedopowiedzenia i niezręczności, a sytuacje, w których przekomarzają się w miejscach publicznych, pewni, że nikt się nie zorientuje w sytuacji (z motywem szef kontra pracownica na czele), po prostu wołają o pomstę do nieba.


Wszystko to ratuje pomysł na intrygę i jego realizacja. Nomen, cząstka człowieka odpowiadająca za jego cechy, tutaj jest czymś na kształt ducha czy też, jak niektórzy by to nazwali, duszy, która nie dość, że przechodzi reinkarnację, przenosząc się od zarania dziejów z ciała do ciała, to jeszcze ma swoje upodobania co do niego. Jeśli nosiciel wykazuje cechy niezgodne z preferencjami swojego Nomenu, bądź rozwija się w nieakceptowany przez nie sposób, może zostać go pozbawiony – co oznacza śmierć. Zasady postępowania w takich przypadkach określa Pryncypium, starożytny dokument, a proces zmiany nosiciela realizowany jest przez Laufrów, kontrolowanych przez Bractwo Hermanów – ludzi mających kontakt z Nominami. Laufrowie pozbawiani są uczuć w dość paskudny sposób w procesie septyzacji. Zoltan, jak nietrudno się domyślić, jest jednym z nich. Całość sprawia wrażenie, jakby imię nie było darem, lecz pasożytem, który może dać nosicielowi coś dobrego, ale też zabić go, a wszystko zależy od jego dobrej woli. Ipsum, czyli psychika danej osoby, ma tu jakby drugorzędne znaczenie. Motyw ten zdecydowanie ratuje książkę przed pozostawieniem po sobie smutnego niesmaku, jaki wywołuje przeczytanie setnej kolejnej podobnej powieści.


W przypadku bohaterów nie ma rewelacji. Aniela to osóbka dość temperamentna, przedsiębiorcza i wytrwała, potrafiąca zakasać rękawy i dokonać cudu, jeśli zajdzie taka potrzeba, i jako taka zaskarbia sobie sympatię czytelnika. Niezbyt trwale, niestety. Jej okazjonalna nieporadność, skłonność do paplania, co jej ślina na język przyniesie i nieliczenie się z autorytetami sprawiają, że w jej sytuacji wychodzi nie tylko na niewdzięczną, ale i nieracjonalnie myślącą, a ponad wszystko – emocjonalnie niestabilną. Kompletnie zadziwiała mnie jej skłonnością do „powstawania z umarłych” – raz słaba, omdlewająca i chora, minutę później bywała skłonna do biegów na wyścigi. Zoltan z kolei, tak typowy w swoim rodzaju, nawet jeśli tu zostało to całkiem zgrabnie wytłumaczone pełnioną przez niego rolą, w porównaniu ze swoją „wybranką” wypada nawet znośnie. Idealny bohater romansu rodem z książek z różową okładką – z ciekawym drugim dnem, którego Aniela, niestety, nie posiada.


Książkę czyta się dobrze – jest pisana płynnym, lekkim, dość kwiecistym w przypadku scen erotycznych językiem. Dramatyzm sytuacji jest opisany w sposób nieprzesadzony, napięcie dawkowane odpowiednio, bez niepotrzebnych przestojów czy zbytniego nagromadzenia szczegółów. Pod względem warsztatowym zaskoczyły mnie jednak potknięcia logiczne. O naprzemiennym padaniu i wstawaniu Anieli już wspomniałam, niech mi czytelnicy darują, że napomknę jeszcze – tu będzie spoiler – o tym, jak bohaterka ucieka z zamku Arkan po nocy spędzonej z Zoltanem. Pomijam fakt, że cała rzecz odbyła się, gdy była ona niemal nieprzytomna, po środkach uspokajających i załamana chorobą brata – mniejsza z tym. Otóż Anielę porwano zaraz po tym, wywieziono, w pościg ruszył zakochany Laufer. W miejscu, do którego zabierają ją porywacze, bada ją lekarz, a robi to z powodu... hmm, mdłości i zawrotów głowy, po czym, przed kolejną ucieczką ostrzega ją, by uważała na dziecko. W tym momencie po prostu opadła mi szczęka – wychodziłoby, że minęło coś koło doby od potencjalnego poczęcia. Potem autorka wspomina, że tak naprawdę minął tydzień, to jednak niewiele pomaga. Objawy ciąży, tak szybko? Więcej znajdzie się w książce niepasujących szczegółów, jak na przykład strój graficzki Marty, który miał całkowicie ukrywać kształty jej ciała, ale jednocześnie podkreśla talię (?!); porównanie septyki do glisty ziemnej (coś takiego nie istnieje! W ogóle słowo „glista” pojawia się w książce kilka razy, zawsze użyte błędnie) czy pastelowo-czekoladowy kolor włosów (jedno przeczy drugiemu).


„Pryncypium” jest książką mocno średnią, która zachwyci niewymagającego czytelnika, ale zniechęci tego bardziej uważnego. Interesująca od pierwszych stron, potem pokazuje pełen wachlarz swoich zalet i wad, z których tych drugich, niestety, ma sporo. Zakończenie, chociaż mdłe i zniechęcające, zwiera też element zaskoczenia – czy pojawi się może drugi tom? Zobaczymy. Osobom zaczytującym się w romanse paranormalne mogę z czystym sumieniem tę pozycję polecić, reszta niech próbuje na własne ryzyko.