Konwenty Południowe - Recenzja książki: Jacek Łukawski - „Krew i stal”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

krew i stalJacek Łukawski - „Krew i stal”

sqn Autor: Jacek Łukawski
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 384
Cena okładkowa: 34,90 zł

U podnóża Smoczych Gór, w starym, zapomnianym klasztorze ukryty jest artefakt, który może zmienić porządek świata. Z twierdzy granicznej królestwa Wondettel wyrusza z misją ratunkową niewielki oddział żołnierzy. Przewodzi mu zaprawiony w bojach Dartor, ale prawdziwy cel podróży zna jedynie królewski wysłannik, drużynnik Arthorn. Wykonanie zadania może być niezwykle trudne, gdyż droga do klasztoru prowadzi przez Martwą Ziemię – skażoną śmiertelną magią krainę, do której od ponad stu pięćdziesięciu lat nikt się nie zapuszczał... Tak oto zaczyna się pełna niebezpieczeństw i niezwykłych przygód wyprawa. Brzmi sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż ta ekspedycja to dopiero początek historii, jaką serwuje nam w swoim literackim debiucie Jacek Łukawski. Dokłada do tego króla na łożu śmierci, niezadowoloną ze swego losu księżniczkę, dworskie intrygi, planowany zamach stanu i tajemniczych szarych ludzi zza Martwej Ziemi. W dodatku trup – nie tylko ludzki – ściele się tu gęsto.

Historia fabularna rozwija się powoli, odsłaniając kolejne wątki opowieści i ujawniając elementy niezbyt rozległego, choć interesującego quasi-średniowiecznego świata, którego klimat oparty jest na dość bliskich polskiemu czytelnikowi słowiańskich legendach i mitologii. Zamiast krasnoludów czy elfów mamy tu rodzime czarty, dziwożony, wiły, utopce, a także całą galerię bóstw – można tylko ubolewać nad tym, że Łukawski poświęcił im tak mało miejsca.

Językowo „Krew i stal” w ogóle nie przypomina literackiego debiutu. Styl Jacka Łukawskiego jest plastyczny, a narracja dynamiczna, bogata w nagłe zwroty akcji. Pomagają one w budowaniu napięcia i poczucia zagrożenia, które ciągle towarzyszy bohaterom powieści, nie dając chwili oddechu ani im, ani czytelnikowi (niestety, na dłuższą metę może to być nieco męczące). Dbałość o detale w wielu wątkach, opisach stroju czy broni sprawia, że świat przedstawiony potrafi zaskoczyć szczegółowością. Ciekawy jest także sposób prowadzenia dialogów, gdyż Łukawski z powodzeniem wykorzystuje stylizację na staropolszczyznę, w dodatku różnicuje ją ze względu na bohaterów (np. wieśniacy mówią gwarą). Widać również, że autor posiada wiedzę o broni, wojskowości i średniowieczu. Niestety, opisom walk brakuje wyrazistości, często ograniczają się do technicznego przedstawienia poszczególnych ruchów bronią bądź uników, a ich zrozumienie może sprawiać trudność osobom, które na wojaczce zupełnie się nie znają. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze całości tekstu.

Zaletą powieści jest także delikatny humor, który powoduje, że czasami mimo woli uśmiechniemy się pod nosem, a także nawiązania do motywów z innych książek fantastycznych – któż bowiem spodziewa się tu długowłosego wędrowca noszącego na plecach dwa miecze czy samotnego dziewczęcia podróżującego przez las z wypełnionym łakociami koszyczkiem?

Niestety, mimo wielu zalet, książka ma znaczącą wadę, a jest nią główny bohater – mało wyrazisty, pozbawiony jakiejś konkretnej motywacji do działania. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, kto właściwie jest głównym bohaterem powieści, bo drużynnik Arthorn wydawał mi się mało istotną postacią drugoplanową. Niby poznajemy fragmenty jego trudnej przeszłości, które powracają w snach czy wspomnieniach, ale odniosłam wrażenie, iż ich wpływ na Arthorna jest niewielki. Ten właśnie bohater, żyjący w świecie, gdzie z magią ma się często do czynienia, nie wierzy, że starożytny artefakt znaleziony w zapomnianym klasztorze, może mieć jakąkolwiek moc, a niezwykłe stworzenia, o których wspominają opowieści przodków, istnieją naprawdę! Arthorn wydaje się być bezwolną kukłą, która poddaje się przeznaczeniu. Z czasem jednak można się do niego przyzwyczaić i ta jego bierność przestaje razić. Z postaciami drugoplanowymi jest podobnie – większych emocji nie budzą nawet ci, których można wstępnie określić jako złych, bo albo są „płascy”, albo wiemy o nich zbyt mało.

Jeśli chodzi o stronę graficzną książki, to wydawnictwo SQN stanęło na wysokości zadania. Okładka ze skrzydełkami, choć „krwawa”, przyciąga wzrok. W środku mamy też mapkę fragmentu świata opisanego w powieści oraz osiem czarno-białych ilustracji wykonanych przez Rafała Szłapę. Każdy rozdział rozpoczyna się ozdobnym inicjałem, co nadaje książce eleganckiego charakteru.

Czy warto sięgnąć po „Krew i stal”? Według mnie tak. Wartka, pełna akcji i zaskakująca fabuła, ciekawy świat, trochę tajemnic i polityki zapewnią ciekawą rozrywkę, chociaż nie będą wymagały większego intelektualnego zaangażowania (poza sytuacjami, gdy autor zaserwuje nam mniej lub bardziej zauważalne nawiązanie). Otwarte zakończenie daje nadzieję na więcej, być może nawet coś lepszego. Minusem powieści z pewnością są bohaterowie, którzy po prostu tylko są – można się do nich przyzwyczaić, ale na inne emocje nie ma co liczyć.