Konwenty Południowe - Recenzja książki: Michał Cholewa - „Echa”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

echaMichał Cholewa - „Echa”

Autor: Michał Cholewa
Wydawnictwo: WarBook
Liczba stron: 416
Cena okładkowa: 39,90 zł

Cykl „Algorytm wojny” Michała Cholewy, zakończony na czterech tomach, zwraca uwagę specyficznym przedstawieniem świata po zagładzie. Ludzkość, która od dawna eksploruje kosmiczne przestrzenie na pokładach zaawansowanych technologicznie statków, kolonizuje inne planety, pozyskuje z nich minerały i prowadzi starcia o wpływy, ze sztuczną inteligencją towarzyszącą jej na każdym kroku... Do czasu. Jeden dzień, nazywany później po prostu Dniem, zmienił wszystko, pokazując, jak technologia potrafi zwrócić się przeciwko swoim twórcom: SI odmówiły posłuszeństwa, stały się wrogie, z pomocą androidów wybijając większą część ludzkości. Reszta, która uchroniła się przed brutalnym mordem, poukrywana na zapomnianych koloniach i statkach, próbuje się jakoś podnieść... O ile więc sama seria dotyczyła losów konkretnej jednostki wojskowej i misji wykonywanych przez nią, o tyle „Echa”, wydane rok po premierze „Inwita”, rzucają na świat wykreowany przez Cholewę trochę więcej światła, zawierają bowiem sześć zróżnicowanych tematycznie opowiadań.

W „Samotnym świetle” poznajemy Bernarda, głównego inżyniera, pełniącego też rolę dowódcy Stacji. Od dawna nie mają kontaktu z resztą świata, nie wiedzą, co się stało, choć snują teorie na temat końca świata, który ich ominął, bo... byli za daleko. Maja spory zapas żywności, są dość zgraną kompanią, między Bernardem a Es rozwija się nawet romans. Kiedy znika jeden z członków załogi, a pokładowa SI, Watson, nie potrafi powiedzieć, co się z nim stało, nabierają podejrzeń... Opowiadanie to przesycone jest drobnymi elementami, które mogłyby wskazywać na rozwiązanie zagadki, ale jednak jakoś do tego nie pasują. Dodatkowe wstawki z punktu widzenia nieznanej osoby o wyraźnie psychopatycznych skłonnościach poruszającej się po statku buduje napięcie, ale nadal nie zapowiada zaskakującego zakończenia. Postać Bernarda jest szczegółowo opisana, jego przeszłość, stosunki z resztą załogi i SI, która wydaje się pomocna, a jednak to na nią spadają podejrzenia o działanie na szkodę załogi... Opowiadanie jest mocne, solidnie napisane i zdecydowanie robi wrażenie.

„Osaczeni” to opowieść o losach kolonii Łeba, również pozostawionej bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym - to oni jednak musieli zmierzyć się z furią oszalałych SI (zwana później „Awarią”), którą przetrwali - choć w znacznie zmniejszonej liczbie. Z ograniczonymi zasobami coraz trudniej im przetrwać, zwłaszcza że priorytetem pozostaje dla nich próba nawiązania łączności z kimś żywym spoza planety. Niestety, antena dalekiego zasięgu przestaje działać, zmuszeni są więc do poszukiwania części zamiennych w podwodnych stacjach wydobywczych. Wybierają więc dwie i wysyłają tam ludzi, w tym Karla Everetta, zaniepokojonego faktem narastającego konfliktu z byłą wojskową, przywódczynią ich ekipy. Kiedy jednak to drugi skład wraca ze swojej misji mocno poturbowany i z tylko jednym członkiem wyprawy, który na dodatek nie jest skłonny do zwierzeń i zachowuje się dziwnie, nabierają podejrzeń. Echo okrętu przelatującego gdzieś w pobliżu planety i desperacka próba zwrócenia na siebie jego uwagi spowoduje odkrycie wielu sekretów. I tu również mamy do czynienia z bardzo zaskakującym zakończeniem, mam jednak wrażenie, że „Osaczonych” czytałoby się lepiej tym, którzy mają jeszcze przed sobą lekturę całego „Algorytmu wojny” – wtedy element zaskoczenia będzie silniejszy.

W „Argumencie siły” widmo kryzysu, na jaki napotykają kolonie wydobywcze z powodu braku zasobów, jest jeszcze wyraźniejsze. Ekipa „Verony”, poza oficjalną działalnością przewozową, uprawia również przemyt. Kolonia Wilford jest tylko jedną z wielu, ale to właśnie jej przywódca postanawia postawić wszystko na jedną kartę – porywając załogę statku i próbując zagarnąć sam pojazd w celu wydobycia z niego części do naprawy własnego reaktora, którego awarie pozbawiają kolonistów systemów podtrzymywania życia. Ta desperacka próba nie zostaje jednak niezauważona... Ta historia odbiega odrobinę założeniami od reszty – przede wszystkim nie ma w nim zagrożenia ze strony SI. Pokazuje za to w całej okazałości dramat kolonii wydobywczych, których los liczy się tylko tak długo, jak długo są w stanie dostarczać niezbędne wojsku surowce – na ratunek dla nich po prostu brak już środków. Trudno też powiedzieć, by kończyła się dobrze – ostatnia myśl wprowadza w całość nutę ciężkiej goryczy.

„Echo” opowiada o wydarzeniach najbliższych samej apokalipsie, bo rozgrywających się trzy dni po „Dniu”. Ludność na Ziemi w większości uległa masakrze – nieliczne wyjątki, nie do końca świadome tego, co właściwie się stało, szukają azylów i środków do życia. „Dzień” zastał rodzinę Ricka Dunhama w kurorcie gdzieś w Finlandii. Rick ucieka wraz z dziewięcioletnią córką, kierując się przez zimowy krajobraz do najbliższego miasta w poszukiwani schronienia i leków. Oboje są chorzy – dojmujące zimno nie odpuszcza, więc objawy wychłodzenia i zapalenia płuc coraz bardziej dają o sobie znać, coraz trudniej też wytłumaczyć przemarzniętemu dziecku, dlaczego wciąż idą i gdzie jest jej mama. Dotarcie do celu – miasta równie opustoszałego, co reszta – i odnalezienie szpitala pomaga jedynie na krótko, przygodnie napotkani wojskowi zostawiają im parę dawek leków, ale dalej muszą radzić sobie sami. Korzystając z radia Rick nadaje wiadomość, powtarzając ją raz dziennie, prosząc o pilną pomoc. Nie wie, że niewielu pozostało ludzi zdolnych jeszcze do reagowania na podobne wezwania. To opowiadanie czytało mi się najtrudniej – chociaż widać w nim kilka niedociągnięć natury logicznej, jest też najtrudniejsze w czysto emocjonalnym odbiorze. Poświęcenie ojca dla córki, wysiłek większy niż możliwości, próby działania w chwili, w której choroba coraz bardziej odbiera sprawność i zdolność jasnego myślenia... I zakończenie, które wprawia w osłupienie, ale i sprawia, że ma się ochotę zapłakać. Kolejna mocna rzecz.

Ze wszystkich tekstów w „Echach” najdziwniejszym jest zdecydowanie „Wyższa konieczność”. Opowiada o statku, którego SI uczyniła sobie z załogi... wyznawców. Stawiając się w roli boga, indoktrynując ich do granic możliwości, wmawia im, że pozostali ludzie, ci na zewnątrz, to demony próbujące stanąć na ich drodze do świętości. Gdy ekipa jednego ze statków przybywających „Dreamheaven” na pomoc (okręt nadaje sygnał SOS) znika bezpowrotnie, kolejna jest już ubezpieczona. Niestety - jedyne, co udaje im się osiągnąć zanim pokładowa SI wykona skok - to pochwycenie jednego z członków załogi oraz przejęcie tajemniczego urządzenia. Tu, chociaż klimat jest tak specyficzny, mogą poczuć się swojsko ci, którzy czytali już „Algorytm wojny” – pojawia się bowiem stary, dobry element drażniący w postaci Dowództwa Operacji Specjalnych. Można się więc domyślić, co będzie ich celem, a także to, że będą chcieli osiągnąć go wszelkimi możliwymi sposobami. W tym nawet robiąc kolejne pranie mózgu biednemu, krytycznie zmanipulowanemu Jonaszowi.

Najlepsze zostaje zawsze na koniec. „Smok, czarownica i stary Szafa” to krótka historia Bazy Sheringham, obozu, który ogólna zagłada dotknęła tylko tyle, że spowodowała znaczny spadek kontroli. Tamtejszej ekipie zostaje przydzielony nowy oficer – kapitan Nicholls. Miejscowi są przekonani, że szybko poradzą sobie z łagodnym z pozoru „świeżakiem”, sprawy jednak przybierają nieoczekiwany dla nich obrót: oficer dobrze wie, czego się spodziewać i jak sobie z tym poradzić. Pokonuje ich ich własną bronią: interpretuje dosłownie nieprawdziwe informacje zawarte w raportach. Pojazd rozbity w trakcie wyścigu po paru głębszych? Nie, to stało się w wyniku ataku większego zwierzęcia. W takim razie, skoro teren jest niebezpieczny, trzeba zbudować wokół niego mur... Sprzęt pomalowany jaskrawą farbą zamiast maskującą? Widać z tą drugą jest coś nie tak, trzeba ją przebadać pod kątem trwałości i ewentualnej szkodliwości. Po wielu perypetiach udało się doprowadzić bazę do względnego porządku... prawie. I ten właśnie moment wybrała pułkownik Cavendish, by urządzić w Sheringham postój i dokonać szczegółowego przeglądu bazy. Wariackim improwizacjom, opisanym w lekki, dowcipny sposób nie ma końca.

Opowiadania są mocno zróżnicowane pod względem klimatu, każde kończy się tez jakimś mocnym akcentem, pozytywnym lub negatywnym. Nie każde zawiera w sobie motyw starć z jakąkolwiek formą sztucznej inteligencji, w całościowym ujęciu układają się jednak w ciekawy przekrój przez świat po zagładzie. Najbardziej ryzykowne było pod tym względem „Echo” - jako najbliższe samemu zdarzeniu, wyglądające też jak klasyczna historia spod znaku postapokalipsy (nawet zonopodobna w klimacie, oczywiście minus zmutowane zwierzęta). Mieszane uczucia miałam wobec „Wyższej konieczności”, jako że pomysł ze statkiem-sektą wydał mi się kuriozalny, dalsze wydarzenia wynagrodziły mi jednak wszelkie braki: opis eksperymentów na psychice jednego z wyznawców zbuntowanej SI, implementowanie mu fałszywych wspomnień i stopniowe doprowadzanie na skraj załamania psychicznego miało w sobie coś fascynującego. No i miło patrzeć, jak oesy obrywają. Jeśli miałabym wybrać ulubione powiadanie, byłby to pewnie „Smok, czarownica i stary Szafa” ze względu na ten rodzaj wojskowego humoru, który uwielbiam. Najbardziej gorzki w wydźwięku był „Argument siły”, najbardziej przejmujące i grające na emocjach – „Echo”. A najgorsze? Nie było takich.

Tagged Under