Konwenty Południowe - Recenzja książki: Jacek Łukawski - „Grom i szkwał”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

grom i szkwal

Jacek Łukawski - „Grom i szkwał”

sqn Autor: Jacek Łukawski
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 432
Cena okładkowa: 36,90 zł

Uwaga! Poniższa recenzja może zdradzać wątki fabularne z poprzedniej części cyklu „Kraina Martwej Ziemi”. Recenzję pierwszego tomu powieści Jacka Łukawskiego można znaleźć tutaj.

Miecz przeznaczenia, który zawisł nad głową Arthorna i jego kompanów, zapowiada nieubłaganie to, co musi się stać. Król Mergipp nie żyje – całkiem możliwe, że ktoś pomógł mu przenieść się na łono Ariath. W zamku toczy się zacięty bój o władzę, przelewa się krew. Stary Garhard musi sobie z tym wszystkim poradzić. Na domiar złego księżniczka Azure zniknęła, a jedyną wskazówkę, gdzie może się znajdować, stanowi trup czarta, którego od stuleci nie widziano w Wondettel. Arthorn kolejny raz musi położyć swe życie na szali – znów wbrew swej woli. Tym razem bez kompanów, ranny i nieziemsko zmęczony, wyrusza za Martwicę, by odnaleźć Azure, w której Garhard upatruje następczyni tronu. Księżniczka ma jednak swoje plany i nie pozwoli, by ktokolwiek je pokrzyżował, zwłaszcza zwykły drużynnik. Tymczasem zaklęcie nad Martwą Ziemią w zastraszającym tempie traci moc i wkrótce otworzy przejście do niedostępnych do tej pory krain… Tak oto rozpoczyna się kolejny tom cyklu „Kraina Martwej Ziemi”. Jacek Łukawski w „Gromie i szkwale”, kontynuacji powieści „Krew i stal”, zupełnie nie cacka się z czytelnikiem, nie głaska po głowie i nie prowadzi za rękę, tylko wrzuca bez ostrzeżenia w sam środek akcji, dokładnie tam, gdzie zakończył pierwszą powieść.

Finał pierwszego tomu nie napawał optymizmem, teraz też wszystko wskazuje na to, że sytuacja jest beznadziejna i szanse na pozytywne zakończenie wielu spraw są nikłe. Autor nie oszczędza bohaterów, zwłaszcza Arthorna – drużynnik cały czas cierpi, jest ranny, odurzony, zmęczony, głodny, przerażony lub poniżony, z jednych kłopotów pakuje się w kolejne. Do tego dochodzi szalona gonitwa i walka z czasem. Pozostali bohaterowie, których już poznaliśmy, jak Marcas czy Gwydon, także nie mają łatwego życia, zwłaszcza że lord Auriss nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Do tego mroczna siła, która objęła rządy w Nife, nie pozwala o sobie zapomnieć, gdyż konsekwentnie dąży do zrealizowania pewnego planu, w którym kluczowe role odgrywają księżniczka Wondettel oraz starożytny artefakt, będący w posiadaniu Arthorna. Grunt usuwa się wszystkim spod nóg i wydaje się, że dla nikogo nie ma już ratunku…

Druga powieść w dorobku Jacka Łukawskiego prezentuje się zdecydowanie lepiej niż debiut. Na pochwałę zasługuje wykreowanie bohaterów, w końcu zyskali na autentyczności, nie są bezwolnymi lalkami w rękach przeznaczenia, zaczynają myśleć, czuć, walczyć z przeciwnościami, które napotykają. Dotyczy to szczególnie Arthorna – obok jego poczynań i rozterek nie możemy przejść obojętnie, nie jest już elementem krajobrazu, lecz postacią z krwi i kości. Wydarzenia obserwujemy nie tylko z jego perspektywy, ale także Garharda, Marcasa, Gwydona czy nawet Aurissa. Sporo miejsca dostają też postaci kobiece, zwłaszcza Azure, która okazuje się być antypatyczna i do szpiku kości zła, choć w swoim mniemaniu postępuje właściwie. Każda z tych osób będzie musiała poświęcić bardzo wiele, by zachować życie, honor czy zapewnić równowagę świata. Jeśli chodzi o warstwę fabularną, to znów mamy do czynienia z powieścią drogi. Arthorn ponownie wyrusza za Martwicę, ale jego podróż jest zupełnie inna – samotna i wyniszczająca, a na domiar złego prowadzi praktycznie do punktu wyjścia. Przynosi mu za to rozwiązania kilku zagadek z mrocznej, sięgającej początków świata przeszłości (np. to, czym właściwie jest miecz, który znalazł się w jego posiadaniu, i dlaczego jest tak ważny, a zarazem niebezpieczny), a także tych, które dotyczą znanej mu rzeczywistości.

Tym razem wątki powieści rozwijają się dużo szybciej, zwroty akcji są nagłe i zaskakujące, a napięcie, które zaczynamy odczuwać już od pierwszych stron, towarzyszy nam do samego końca. Poczucie zagrożenia, ściganie się z czasem i wrażenie nieuchronności złego losu nie odpuszczają czytelnika, są tylko łagodzone przez obecny w powieści humor i – co już chyba możemy uznać za charakterystyczne dla Łukawskiego – nawiązania do znanych motywów nie tylko z literatury fantasy.

Już na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że książka jest przemyślana, nie ma tu przypadkowości, wszelkie informacje ujawniane są starannie i w konkretnym celu, dzięki czemu wiele rozwiązań zastosowanych w poprzedniej części – „Krwi i stali” – wydaje się być uzasadnionych. Znany nam świat zostaje rozbudowany, rozszerza się o kolejne krainy, „państwa” oraz rasy, o których do tej pory wiedzieliśmy mało lub zupełnie nic. Poznajemy zatem nie tylko historię czartów, ale też Dwargów – niesamowitych ludzi gór stworzonych od podstaw przez Łukawskiego, oraz wyjętych prosto z powieści Neila Gaimana ludzi nieba.

W stosunku do debiutu, w warstwie językowej zaszło kilka zmian: opisy są bardziej obrazowe, dialogi dopracowane, stylizacja na staropolszczyznę złagodzona, a relacje z walk zyskały na wyrazistości. Autor nie zrezygnował na szczęście z dbałości o detale, zwłaszcza przy opisach bitew. Razić mogą jedynie pewne potknięcia w samej pisowni, jak np. imię Oflan i Olfan określające jedną postać czy „zanim” zamiast „za nim”. A co z wulgaryzmami? Pojawiają się, a jakże, tym razem jednak nie ograniczają się do dwóch czy trzech, lecz są bardziej wyszukane, a prym w ich rzucaniu wiedzie… księżniczka.

Jeśli chodzi o stronę graficzną powieści, to ponownie mamy do czynienia ze starannie wydaną książką. Znajdziemy tu mapkę powieściowego świata oraz ilustracje Rafała Szłapy, a na okładce z zakładkami grafikę, wykonaną przez samego Jacka Łukawskiego.

Podsumowując, „Grom i szkwał” jest książką wartą polecenia. Stanowi bardzo dobrą kontynuację serii, a ponadto rozbudza apetyt na więcej. Znów zostawia czytelnika w punkcie oczekiwania na dalszy rozwój wypadków, które na pewno przejdą nasze najśmielsze wyobrażenia.