Konwenty Południowe - Recenzja książki: C. L. Werner – „Łowca czarownic”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

lowcaczarownicc

C. L. Werner - „Łowca czarownic”

copernicus corporationWydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 320
Cena okładkowa: 39,00 zł

Świat Warhammera fantasy jest chyba jednym z najbardziej popularnych wśród fanów gier fabularnych, zarówno początkujących, jak i zaawansowanych. I dla mnie był najbardziej atrakcyjnym spośród dostępnych na polskim rynku systemów – a uczucie to nie zmieniło się po zagraniu ani odrobinę. Bardzo ucieszyłam się więc z możliwości sięgnięcia po książki osadzone w tym uniwersum. Zaczęłam zaś od cyklu o przygodach Felixa i Gotreka, a że spotkanie to uważam bardzo udane, z ciekawością sięgnęłam więc po „Łowcę Czarownic”, który zapowiadał się na kawałek mrocznej historii z inkwizycją w roli głównej. A jak wypadł naprawdę?

Tytułowy łowca to Mathias Thulmann, człowiek, który niejedno już w życiu widział i niejednego heretyka posłał na stos. Odmiana losu w postaci świeżo mianowanego przełożonego zastaje go w gospodzie „Pod Siedmioma Świecami” – templariusz musi porzucić prowadzone właśnie dochodzenie, by udać się do majątku rodu Klausnerów, gdzie panoszy się nieznana zła siła. Rad nierad (bardziej jednak nierad, przekonany, że to jakaś banalna sprawa i środek, by go rozproszyć i usunąć w cień), przybywa na miejsce, by przekonać się, że „źle się dzieje” to nawet mało powiedziane – tajemniczy stwór zamordował już dwadzieścia osób, wszystkie w wyjątkowo brutalny sposób, niektórych zaś wyciągając z ich własnych, dobrze zabezpieczonych domów. Konfrontacja z seniorem rodu, Wilhelmem Klausnerem, nie przynosi dobrych wieści: głowa rodu to przedwcześnie postarzały człowiek przekonany, iż jego ziemie nawiedza… wilk. I wilka też poszukują jego ludzie – natomiast obecność łowcy czarownic jest dla niego cokolwiek niewygodna.

Tak opowiedziane wprowadzenie do historii Klausbergu i nawiedzającej go plagi morderstw wyraźnie wskazywałoby na to, kto może być przyczyną nieszczęść w okolicy. Nic jednak bardziej mylnego. Wstęp kieruje czytelnika w czasy odległe, niemniej jednak zanim dowiemy się, jakie znaczenie miał pojedynek Helmutha Klausnera z wampirem w Mordheim, minie trochę czasu. Ten sam fragment poddaje jednak w wątpliwość wydarzenia w nim opisane, wskazuje, że legenda zapewne znacznie upiększyła rzeczywistość – o ile w ogóle nie zmieniła jej na korzyść protoplasty rodu. Później, niemal równolegle, śledzić będziemy trzy punkty widzenia: łowcy (i jego kompana), Wilhelma Klausnera – w rozmowach z rządcą twierdzy – oraz nekromanty Carandiniego, który morderstw w majątku rodu dokonuje w imieniu nieznanej siły. Te wątki, chociaż rozgrywają się równocześnie i opisują te same wydarzenia, zdają się być jednak bardzo od siebie odseparowane – bo też i komunikacji między poszczególnymi grupami bohaterów albo brak, albo jest ona przesycona wrogością.

Dziwnie obserwuje się poczynienia łowcy czarownic, który, choć kompetentny i rzetelny w prowadzeniu śledztwa, wciąż porusza się po omacku. Jego podejrzenia są słuszne – a jednak kompletny brak współpracy ze strony Klausnerów (z jednym, choć niewiele mogącym zdziałać wyjątkiem) skutecznie hamuje jego działania. Sprawia to, że dostajemy trzy – niepełne – wersje wydarzeń, które nijak nie dają się skleić w jedną, spójną. O ile jednak punkt końcowy intrygi wydaje się łatwy do przewidzenia, o tyle droga do niego wiedzie przez mozolne odkrywanie kolejnych dramatycznych szczegółów, komplikujących już i tak nieładną, niełatwą sprawę. Nie można tu jednak odmówić żadnej ze stron ani konsekwencji, ani logiki w dążeniach – od tej strony fabuła sprawia wrażenie przemyślanej i nakreślona została wystarczająco sprawne, by sprawić, iż czytelnik odczuje na swojej skórze potęgującą się frustrację i niecierpliwość głównego bohatera.

Mathias Thulmann jest, zdaje się, klasycznym przedstawicielem swojej profesji. Trudno znosi wszelkie autorytety nad sobą, zdaje się też składać głównie z profesjonalizmu, aroganckich uśmiechów i jedwabistego tonu głosu, które mają podkreślać jego paskudny charakter. To taki łotr o dobrym sercu – chociaż z tym sercem to może lekka przesada – zdecydowanie kieruje się jednak wiarą i pragnieniem wyplenienia wszelkiego zła, nie stroniąc jednak przy tym od metod klasycznie inkwizytorskich. Od razu staje w opozycji wobec Wilhelma Klausnera, który wyraźnie próbuje „zagadać” problem, przez co sprawia wrażenie osoby odrealnionej, skupionej na pilnowaniu własnej pozycji i forsowaniu tezy o „dużym wilku” prześladującym okolicę. My już jednak wiemy, że problem leży głębiej, a jak głęboko – to się dopiero okaże. Wracając jednak jeszcze do łowcy: trudno poczuć do niego sympatię, bo chociaż zdecydowanie wie, co robi, to brak mu głębi. Odrobinę ludzkich cech okazuje w konfrontacji z wieśniakami, dla których wyraźnie staje się ostatnią (i chyba jedyną) deską ratunku – dawno przestali bowiem wierzyć w to, że panowie na zamku choć trochę przejmują się ich losem. Thulmann nie jest odstręczający pomimo wyraźnie aroganckiego stylu bycia – do stwierdzenia, że polubiłam go jako postać jednak się nie posunę. Zdecydowanie jednak chętnie przeczytam kolejne książki z jego udziałem.

W całej tej interesującej przecież historii, opatrzonej minimalistyczną, stylową okładką, brakło jednej istotnej rzeczy: korekty. Osoby na tym punkcie wrażliwe, a zwłaszcza czułe na przecinki stawiane w przypadkowych miejscach, będą miały ciężki orzech do zgryzienia, bowiem w „Łowcy czarownic” się od nich roi. Potrafią podzielić krótką wypowiedź w zupełnie niemożliwy sposób, co niejednokrotnie sprawiało, że zatrzymywałam się przy zdaniu usiłując odgadnąć, dlaczego właściwie wygląda tak… dziwnie. Z rzadka jednak tylko pojawiają się problemy ze zrozumieniem sensu, jeśli więc czytelnik nie należy do osób, których zęby bolą od nadmiaru pchełek w tekście, to nie powinien szczególnie ucierpieć na tym braku.

„Łowca czarownic” jest bowiem książką dobrą – mroczny klimat jest idealnie taki, by móc się nim cieszyć, nie został „ubarwiony” przesadnym patosem ani udziwnieniami, co plasuje go wyżej od wielu innych powieści ze świata Warhammera. Autor trzyma się ściśle realiów, w których tworzy, od siebie dodając umiejętnie prowadzoną fabułę i wciągającą intrygę. Całość to rzecz, która może skusić nie tylko wielbicieli uniwersum czy graczy, polecam ją wszystkim, którzy nie stronią od gatunku dark fantasy – powinna im się ta pozycja spodobać.