Konwenty Południowe - Recenzja książki: Jarosław Rybski – „Warkot”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

warkot

Jarosław Rybski - „Warkot”

sqnWydawnictwo: SQN
Liczba stron: 379
Cena okładkowa: 36.90 zł

Wrocław, lata 50. XX wieku. Polska powoli otrząsa się z wojennego koszmaru. Na Ziemie Odzyskane napływają ludzie z różnych zakątków kraju. Miastem rządzi bezpieka, nikogo więc nie dziwi, że od czasu do czasu znikają ludzie. Ale kiedy w rożnych nietypowych miejscach znajdowane są ciała pozbawione krwi z dwoma jedynie nakłuciami na szyi, okazuje się, że sprawa robi się na tyle poważna, że ani NKWD ani Milicja nie są w stanie sobie z nią poradzić. Kto stoi za tajemniczymi morderstwami? Jak rozwikłać tę zagadkę? I co wspólnego z tym ma student Politechniki?

Debiutancki „Warkot” Jarosława Rybskiego to ciekawie skonstruowana powieść, której akcję osadzono w powojennej Polsce, na początku lat 50. Miejscem rozgrywanych wydarzeń jest poniemiecki Wrocław, powoli podnoszący się z wojennych gruzów. Głównym bohaterem książki jest tytułowy Jan Warkot – były żołnierz, aktualnie stażysta w drukarni i student Politechniki Wrocławskiej.

Oprócz Warkota, w książce pojawiają się też inne postaci, z którymi bohater nawiązuje nić przyjaźni. Są to: porucznik milicji Stefan Gromił oraz majster drukarni Zdzisław Kapusta. Grupą tą kieruje dosyć ciekawa postać, która czuwa nad nimi i w pewien sposób wykorzystuje, by udaremnić zapanowanie nad miastem sekcie Przeklętych. Za całym zamieszaniem stoi… dusza pokutująca o wdzięcznym nazwisku Słupecki. A w mieście dzieją się naprawdę dziwne i straszne rzeczy. Ktoś wysysa z ludzi krew. Ta niezwykła grupa musi stawić czoło niebezpieczeństwu i ocalić bezcenną relikwię. Czy im się uda?

Na wielkie słowa uznania zasługuje pomysłowość autora. Dopasowanie nazwisk do bohaterów to prawdziwy majstersztyk. Ten zabieg sprawił, że wszystkie występujące w książce postaci, zarówno te pierwszo–, jak i drugoplanowe mają określone cechy charakterystyczne, które pozwalają na przyporządkowanie ich do konkretnych charakterów i osobowości. Przykładowo, Leon Słupecki nazywa się tak nie bez powodu, bowiem jako dusza pokutująca pokazuje się jako słup ognia. Zdzisław Kapusta ma śmieszne powiedzonka, które odwołują się do jego doświadczenia życiowego i wieku. Wszystkie postaci są barwne, nawet te przesycone marksistowską ideologią. Co więcej, autor sugeruje, jakoby wąsaty przywódca ZSRR był marionetką w rękach jednego z wrogów jego bohaterów. Smaczku dodaje czarna pobieda przeczesująca ulice i zaułki Wrocławia. Auto też ma swoją legendę – ludzie, którzy znajdują się w jego pobliżu znikają. Od razu skojarzyło mi się to z czarną wołgą, którą w latach 80. i 90. rodzice straszyli swoje dzieci.

Kolejnym pozytywnym aspektem jest spora dawka humoru, który doskonale oddaje realia peerelowskiej Polski. Jednak wyjątkową cechą tej powieści jest to, że Rybski w interesujący i zajmujący sposób wplótł historię Wrocławia między karty książki. Jakby sama opowieść o dziejach miasta płynęła równolegle z fabułą i wydarzeniami, które także były przemyślane. Każdy bohater miał swój wątek, który – jeżeli zaszła potrzeba – płynnie łączył się z innymi.

„Warkot” to świeże spojrzenie na kryminał. Widać, że autor – chociaż debiutant – doskonale czuje się w tym gatunku literatury oraz znakomicie odnajduje się w rzeczywistości Polski z lat 50. Wydarzenia, chociaż fikcyjne, z pewnością mają swoje źródło w autentycznych przeżyciach prawdziwych ludzi. Co prawda główny wątek został doprowadzony do końca, jednak mam wrażenie, że na początku akcja była nieco wolniejsza i znacznie przyspieszyła na finiszu opowiadanej historii. A szkoda, bo pojawiły się nowe wątki, o których chętnie przeczytałabym więcej. Niemniej jednak powieść wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie i chęć przeczytania więcej o perypetiach tej osobliwej grupy.

Równie interesująca co zawartość jest także okładka książki. Enigmatyczna postać w kapeluszu i prochowcu z ukrytą w cieniu twarzą trochę przypomina postać z Dzikiego Zachodu, ale po uważniejszym przyjrzeniu się moim oczom ukazał się ciemny wrocławski zaułek skąpo oświetlony latarnią z przejeżdżającą obok tajemniczą czarną pobiedą. Na okładce znajduje się nazwa (mam nadzieję, że cyklu) „Bractwo Wrocławskie”. Oby to był dobry zwiastun kontynuacji.