Konwenty Południowe - Recenzja książki: Artur Chmielewski „Achromatopsja”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

achromatopsja

Artur Chmielewski - „Achromatopsja”

insignisWydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 424
Cena okładkowa: 39,99 zł

Każdy fan postapokaliptycznych realiów dobrze wie, jak ważny jest klimat. I nie mamy tu na myśli pogody (choć ta też odgrywa w tym wypadku istotną rolę), ale to, jakie wrażenie wywołuje w nas ukazana w książkach, grach lub filmach opowieść. W przypadku książek osadzonych w uniwersum Metro 2033 wydawałoby się, że zadanie jest mocno ułatwione przez autora i pomysłodawcę projektu – Dymitry’a Glukhovsky’ego. Narzuca on pewne standardy i wytyczne, których każdy autor piszący swoją część historii musi przestrzegać. W ten sposób otrzymaliśmy książkę o losach Krakowa i Wrocławia dwadzieścia lat po wybuchu wojny nuklearnej – prawdopodobnie ostatniej wojny światowej ludzkości. Teraz przyjrzymy się, jak według Artura Chmielewskiego i jego powieści „Achromatopsja” poradziła sobie Warszawa.

Przede wszystkim tło fabularne. Mieszkańcy stolicy przeżyli dzięki tunelom jedynego w Polsce metra, a dokładniej jego dwóch nitek. Standardowo już społeczność szybko podzieliła się na rywalizujące ze sobą ugrupowania, które spaja jedynie chwiejny sojusz z radą metra zrzeszającą szefów poszczególnych stacji. Prym w radzie wiedzie stacja Ratusz Arsenał ze względu na szeroki dostęp do broni palnej i amunicji, której poza tym miejscem nie ma praktycznie wcale.

Kilka słów o samej Warszawie. Infrastruktura jest praktycznie nietknięta, ponieważ stolica została zaatakowana w dużej mierze pociskami chemicznymi. Zapasy drewna i innych przydatnych materiałów w bezpośrednim sąsiedztwie stacji praktycznie już nie istnieją, a i wychodzenie na powierzchnię jest niemal niemożliwe przez stada oszalałych mutantów tam grasujących. I tutaj mamy pierwszy zgrzyt logiczny, ale o nich osobno w jednym, zbiorczym akapicie.

I w takich, niezbyt przyjaznych warunkach zaczyna się akcja „Achromatopsji”. Otóż okazuje się, że poza metrem prawdopodobnie ktoś przeżył. Wskazuje na to odebrana transmisja radiowa. Rada zbiera się, by omówić sytuację, i postanawia wysłać ekspedycję w celu odnalezienia ocalałych oraz nawiązania z nimi stosunków dyplomatycznych lub handlowych bądź po prostu zdobycia wiedzy o tym, kim są ci ludzie. Po krótkiej naradzie uznaje też, że grupę ekspedycyjną trzeba wysłać natychmiast, wybierając delegatów spośród członków rady, a raczej towarzyszącego im orszaku. Tutaj już nie wytrzymałem. Autor zapędził się o wiele za daleko. Wysłać totalnie nieprzygotowanych, nieprzystosowanych do przeżycia ludzi, którzy nigdy nie byli na powierzchni, do świata zewnętrznego, przedstawianego przez autora jako miejsce, w którym nawet dobrze wyekwipowane i wyszkolone grupy znikają bez śladu porywane i pożerane przez mutanty?

To jednak nie wszystko. Takich absurdów jest znacznie więcej. Przede wszystkim puszki z jedzeniem, które otrzymała grupa. Mam rozumieć, że to jedzenie z powierzchni nie jest napromieniowane, skażone, zepsute, nie zostało zjedzone przez te 20 lat, skoro brakuje podstawowych surowców, i jeszcze do tego ma być smaczne? Kolejnym zgrzytem jest właśnie fakt niewychodzenia na powierzchnię od wielu lat. Skąd w takim razie stacje miały jakikolwiek prąd, ogrzewanie i wiele innych materiałów? Autor sam przedstawił świat w okowach postnuklearnej zimy z temperaturami od -10 do -30 stopni. Dobrze, to jeszcze jakoś można uznać za dopuszczalne w fikcji literackiej, ale ilość broni i amunicji, jaką finalnie posiada stacja Ratusz, jest absurdalna. Niestety, bez zdradzenia ważnej części fabuły nie mogę podać więcej szczegółów, ale uwierzcie mi, że podane wartości są niemożliwe. Żeby tego było mało, autor szafuje konkretnymi liczbami ludzi wysłanych (niestety, nie zdradzę dokąd, gdyż musiałbym odsłonić zbyt dużo z fabuły)… w pewnym celu, stanowczo przekraczającymi sensowną liczbę osób, które można zmieścić na powierzchni zajmowanej przez tunele metra. Kiedy kilka tysięcy osób stanowi zaledwie jakąś część mieszkańców i to tę w kwiecie wieku, sprawną, zdolną do walki i dalekich wypraw, to wychodzi na to, że warszawskie metro zamieszkuje społeczność licząca około 20 000 mieszkańców. Ktoś mi powie, gdzie oni wszyscy żyją i co jedzą? Bo nawet wyjaśnienie pochodzenia szarej papki, którą karmieni są ludzie, nie tłumaczy ilości pokarmu zdolnej utrzymać przy życiu taką masę ludzi…

Kłuje w oczy także brak promieniowania. Owszem, było wspomniane, że jest i nawet ostatnimi czasy wzrosło znacznie, choć nie powinno, natomiast w toku opowieści nigdzie nie było ani słowa o efektach i ogniskach skażenia. Nic. Ba, wyprawa wyruszyła bez żadnego czujnika promieniowania! Po prostu przeszli sobie całą Warszawę i spore tereny podmiejskie, odwiedzając przy tym budynki, które zaliczyły bezpośrednie bądź bliskie trafienie, i nikomu nic nie jest. Pojawia się oczywiście wzmianka o połatanych i byle jak zszytych kombinezonach i maskach, do których najwidoczniej nie trzeba żadnych filtrów, bo i o ich wymianie czy w ogóle obecności w bagażach nie było mowy, a wielokrotnie zdarzało się, że ekipa ściągała je jak gdyby nigdy nic i najwidoczniej w nich spała (?), natomiast nie jest to ochrona, która wytrzymałaby jakąkolwiek ilość promieniowania dłużej niż 10 minut, a przypominam, że marsz trwał kilka dni…

„Achromatopsja” to zdecydowanie najsłabsza powieść osadzona w uniwersum Dymitry’a Glukhovsky’ego i widać, że autor nie posiada bądź zwyczajnie ignoruje wiedzę o tematach ważnych dla tego typu powieści. Dodatkowo totalny brak logiki i sensu w funkcjonowaniu społeczności w metrze i wielu innych sprawach sprawia, że książkę można co najwyżej bezmyślnie przeczytać, bez żadnej refleksji i zastanawiania się, czy to, co się dzieje, ma w ogóle sens. Drażniąca też była totalna nieśmiertelność głównego bohatera, jak choćby w przypadku absurdalnej sytuacji, w której kolejny raz okazało się, że ten przeżył coś, czego nie powinien, a główny „zły”, zamiast go wykończyć, wygłasza po raz kolejny, jakie to miał wielkie plany, i wychodzi… Poważnie?

Możliwe, że książka spodoba się młodzieży bądź ludziom, którzy nie fascynują się postnuklearną rzeczywistością, a jedynie lubią czytać o przygodach osadzonych w półmartwym świecie. Mnie książka nie przypadła do gustu w ogóle.