Konwenty Południowe - Recenzja książki: Graham McNeill „Imperium”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

imperium

Graham McNeill - „Imperium”

copernicus corporationWydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 398
Cena okładkowa: 44,00 zł

Heroic fantasy przeszło bardzo długą drogę od Howarda i jego opowiadań o Conanie Barbarzyńcy. Choć proste i toporne jak życie barbarzyńskiego wojownika, tamte stare teksty miały jednak jakiś swój tajemny urok, który przesądzał o ich wyjątkowości. Wyjątkowości, której spadkobiercą wydaje się być, między innymi, cykl o Sigmarze Młotodzierżcy, założycielu Imperium w świecie Warhammera, postaci legendarnej, później podniesionej do rangi bóstwa opiekuńczego swojego własnego kraju. Nie tak dawno mogliście poczytać o „Młotodzierżcy” – dziś przyszedł czas na „Imperium”, drugą część trylogii napisanej przez Grahama McNeilla.

Stało się – Sigmar Młotodzierżca zjednoczył plemiona pod wspólnym sztandarem i wydał straszliwą bitwę wodzowi zielonoskórych. Krwawe żniwo było tak obfite, że najbliższe pokolenia będą żyć i umierać, nigdy nie zobaczywszy orka na własne oczy, jedynie karmiąc się opowieściami o tym wielkim dniu. Zadanie wybrańca jednak dopiero się rozpoczyna: to, czego dokonał, to ledwie podwaliny pod istnienie Imperium, które ma przetrwać tysiące lat. Wkrótce koronowany na pierwszego Imperatora Sigmar boleśnie się o tym przekona – przyjdzie mu walczyć nie tylko z groźnymi najeźdźcami z północy czy zbuntowanymi królami, ale też z czarną magią, a nawet wrogiem dużo straszliwszym... Bo bliższym niż ciało.

„Imperium” jest książką pełną akcji – zdecydowanie dalekiej od rysującej się w głowach chociaż części z was wizji nudnych, przydługich audiencji i narad. Nie! Sigmar rządzi tak, jak żyje – z młotem w dłoni i pieśnią na ustach. Nie ma takiego problemu, którego nie rozwiąże żelazna pięść Imperatora, a jeśli jest, to z pewnością ulegnie szlachetności jego serca. Efektowne i buńczuczne. Po prostu... Mało prawdopodobne. W końcu kto przejmowałby się takimi sprawami, jak ustanawianie praw, mozolna budowa gospodarki silnego państwa czy polityka zagraniczna, kiedy można po prostu pójść daleko i dać komuś w mordę?

Czego można się za to spodziewać po krótkim opisie fabularnym powyżej, chętnych do zebrania w mordę nie zabraknie. Opisy licznych starć są kusząco dynamiczne, świetnie wpasowując się w brudną, ponurą i brutalną stylistykę świata Warhammera. Brakowało mi jednak czegoś, co kolejne starcia spajałoby w jakiś logiczny ciąg. Owszem, książka posiada fabułę, a przynajmniej stara się sugerować, że ją ma – w praktyce jednak, nie mając niczego istotnego do powiedzenia, autor stosuje zabieg najgorszy z możliwych: dowolne i swawolne przeskoki w czasie. Tak oto już na początku powieści Sigmar wyrusza oblegać zamek zbuntowanego króla, który nie przyjął jego zwierzchnictwa – a trzy strony później dowiadujemy się, że minęły dwa lata i oblężenie już się kończy. To prawdopodobnie najmniej ekscytujący sposób na opowieść o wielkiej bitwie... I jest to błąd popełniony więcej niż raz. Wszystko to sprawia wrażenie, jakby autor dostał listę wytycznych co do wydarzeń z kanonu, jakie musi w swojej książce opisać – i odhaczał je, krzyżyk za krzyżykiem, nie za bardzo rozwodząc się nad tym, czy całość się klei.

Dałoby się to może jeszcze jakoś przeboleć, gdyby nie fakt, że w opowiedzianej w ten sposób historii po prostu nie ma bohaterów, którzy mogliby w jakiś sposób zapaść czytelnikowi w pamięć albo zainteresować go swoimi losami. Wszyscy wydają się dziwnie jednakowi – zarośnięci, posępni wojownicy, których sprawności w boju dorównuje tylko umiejętność potakiwania swojemu genialnemu władcy. O dziwo jednak, nawet na tak jałowym, bezbarwnym tle nie udało się przedstawić Sigmara jako postaci interesującej. O „Conanie Barbarzyńcy” wspomniałem tu nieprzypadkowo, bo Młotodzierżca wydaje się być jego kopią – może trochę mniej chełpi się swoimi zwycięstwami, jest jednak takim samym archetypicznym królem-wojownikiem-poetą, jak jego dawny pierwowzór. Tyle że literackie alter ego Roberta Howarda wypadało przy tym jakoś... naturalniej.

Dodajmy do tego wszechobecny, typowy dla Warhammera podniosły nastrój – i już z grubsza wiecie, że po „Imperium” możecie spodziewać się z grubsza tego samego zestawu doznań, który zaserwował „Młotodzierżca”. Fanów uniwersum nie muszę zachęcać: dla nich wycieczka w czasy Sigmara i poznanie żywota najważniejszego bohatera dziejów człowieka w Starym Świecie będzie nie lada przygodą. Cała reszta przypuszczalnie znajdzie lepsze książki na początek swojej przygody z tym uniwersum.