Konwenty Południowe - Recenzja książki: Bartosz Orlewski - „Armadillo”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

armadillo

Bartosz Orlewski - „Armadillo”

genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 216
Cena okładkowa: 34,99 zł

Rzadko zdarza się powieść, której lektura pozostawia mnie z lawiną mieszanych uczuć. Jeśli już się to jednak trafi, to zazwyczaj dzieje się na dwa sposoby: albo moje odczucia są w dużej mierze pozytywne, ale coś sprawia, że nie potrafię się przemóc, by przeczytać powieść jeszcze raz, albo zakończenie jest tak nieoczekiwane, że jeszcze przez jakiś czas muszę się z nim oswajać. Omawiana dziś książka nie wpasowuje się w żadną z tych kategorii, zamiast tego zmuszając mnie raz po raz do zadawania sobie pytania: „co ja właściwie przeczytałem?”. Panie i panowie, oto „Armadillo” Bartosza Orlewskiego, jedna z najświeższych pozycji Genius Creations.

Armadillo jest miasteczkiem gdzieś w Stanach. Gwoli ścisłości, opuszczonym miasteczkiem, reliktem po niegdysiejszych szalonych czasach, kiedy na rozległych pustkowiach powstawały pierwsze osady, znikające prędko razem ze stadami bizonów albo złożami złota. Przyczyna, dla której populacja Armadillo zmalała do zera, była jednak nieco inna, mianowicie jakiś dowcipniś złożył tysiąc ludzi w ofierze w ramach olbrzymiej hekatomby, mającej zyskać dla niego względy tajemniczej Cassildy z Carcosy. Brzmi znajomo? Niektórym pewnie tak – do tego wątku jednak jeszcze wrócimy.

Głównym bohaterem jest Tom – miał chłopak pecha, bowiem starania o względy innej, dużo bardziej zwyczajnej panny przywiodły go akurat w tamtej chwili do najgłupszego kroku w życiu: napadu na bank w Armadillo. Z jakiegoś powodu zły bankier-czarnoksiężnik, zamiast nakarmić nim wygłodniały rytuał, zrobił z niego kierownika całego tego cyrku z miasteczkiem istniejącym od tej pory w przedsionku piekła – upiora, który miał wabić niezbyt lotnych śmiałków do wioski obietnicą lukratywnego paktu z siłami mroku, a potem oddawać ich dusze na wieczną służbę prowodyrowi całego zamieszania. Trwająca grubo ponad sto lat udręka dobiega jednak końca, kiedy do piekielnego Armadillo z zamiarem dobicia targu przybywa rudowłosa czarownica. Jej pojawienie się w jakiś niewyjaśniony sposób osłabia wiążącą upiora klątwę – z czego ten niezwłocznie korzysta, czym prędzej dając w długą. Przystanek numer jeden: siedziba czarownicy i, miejmy nadzieję, jakieś wyjaśnienia.

Bardzo szybko okazuje się, że zawiązana między dwojgiem umowa jest tylko przykrywką dla czegoś zupełnie innego – co i tak traci na znaczeniu, kiedy na scenę wchodzi tajemnicza Cassilda, werbująca protagonistę na swoją służbę, mającą na celu uratowanie zbuntowanego świata(?) przed przedwiecznymi bóstwami chcącymi przywołać go do porządku(?!). A to dopiero początek, bowiem w toku tej historii uświadczymy wiele innych, niespodziewanych i kuriozalnych zjawisk: Tomowi przyjdzie bowiem ratować z opresji obdarzoną świadomością księgę zaklęć (hodującą ukrytą pasję do rysowania komiksów), ruszyć na pomoc porwanemu miastu, a nawet... zostać tankiem.

No właśnie. Już w tym krótkim opisie dają się zauważyć dwie główne cechy Armadillo. Po pierwsze: pierwotne wrażenie, budowane przez prolog (oraz ilustrację na okładce), jest bardzo złudne, bowiem całość nie ma w sobie ani kropli weird westernu, zamiast tego dowolnie i swawolnie przeskakując między konwencjami w zależności chyba od kaprysu. Dość oczywiste są tutaj źródła inspiracji: protagonista wydaje się mocno inspirowany Calebem z „Blooda”, niezbyt subtelne nawiązania do „Króla w Żółci” (którego pojawienie się w powieści wydaje się zupełnie pozbawione powodu – ot, pewnie dlatego, że najbardziej znane dzieło Chambersa staje się ostatnio modne) kopią po gałach, pojawią się odniesienia do gier MMO, znanych dzieł kinematografii i wielu innych tekstów kultury, z których autor czerpie z pełną dowolnością. Po drugie: wydarzenia w powieści pędzą na złamanie karku, jednak trudno dostrzec pomiędzy nimi jakikolwiek związek. Świat przedstawiony w utworze sprawia wrażenie skonstruowanego z olbrzymią dowolnością, pozbawionego jasno określonych praw nim rządzących: wiemy, że jest częścią jakiegoś gigantycznego multiwersum, działa w nim magia, a mimo to żadna z tych rzeczy nie wpłynęła jakoś znacząco na jego kształt, bo nadal przypomina nasz, tylko że egzystują w nim żywe, świadome książki i ludzie, którzy są miastami.

Taka trącąca lekko postmodernizmem kompozycja mogłaby mieć swój urok, gdyby nie to, że wszystkie te elementy połączono w niedbały, mało spójny sposób. Czytając „Armadillo” miałem przez cały czas frustrujące wrażenie, że masa rzeczy dzieje się zwyczajnie bez powodu. Podczas lektury zdarzyło mi się parę razy uśmiechnąć, co zawdzięczam niezłemu, dowcipnemu stylowi autora, a parę razy jęknąć, bo niektóre linie dialogowe sprawiały wrażenie niesamowicie wymuszonych – jakby główni bohaterowie byli czternastolatkami chcącymi się popisać w gronie starszych tym, jacy są zbuntowani, twardzi, niegrzeczni i dorośli.

Podsumowując: „Armadillo” przeczytać można – jest to książka lekka i krótka, do rozpoczęcia i skończenia w jeden wieczór – nie znalazłem w niej jednak żadnego powodu, dla którego uznałbym ten wieczór za udany. Właściwie dwa wieczory, bo później przeczytałem tę książkę ponownie, w nadziei że w czasie pierwszej lektury po prostu przegapiłem jakiś szczegół, który nada całości sens. Nie przegapiłem.

Tagged Under