Konwenty Południowe - Recenzja książki: Małgorzata Lisińska - „Tropiciel”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

tropiciel malgorzata lisinska

Małgorzata Lisińska - „Tropiciel”

genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 380
Cena okładkowa: 39,99 zł

Klasyczne fantasy może przybierać różne formy: od heroicznych przygód z magią i mieczem w roli głównych narzędzi walki aż do lekkich, karczemnych opowieści. Osobiście zaliczam się do grona fanów całego spektrum tego gatunku, tym bardziej więc cieszyłam się z możliwości recenzenckiego relaksu, którym miały być chwile spędzone z „Tropicielem” Małgorzaty Lisińskiej. Wdzięczna, choć brzydka mordka krasnoluda, przedstawiciela mojej ulubionej fantastycznej rasy, na okładce, tylko wzmogła pozytywne nastawienie do lektury. Wiadomo jednak, że budowanie oczekiwań względem książki na podstawie tak kruchych przesłanek, jak okładka, przed czytaniem nie jest rozsądne… Tym razem jednak obyło się bez strat czy ofiar.

Sodi Yudherthardere, zaprzysiężony (czy może raczej oddany do usług) królowej Krainy, w towarzystwie pierwotnego maga Yasy (mniej lub bardziej zadowolonego z takiego stanu rzeczy – w zależności od humorów obu) zostaje przez Jaśnie Wielmożną wysłany do wioski leżącej na skraju Ciemnych Lasów. Sprawa wydaje się być nieszczególnie warta uwagi – ginący po zmroku wieśniacy to przecież nic nowego, a i powodów tego zjawiska może być mnóstwo, z najbardziej prozaicznymi na czele. Towarzysze nie wiedzą jeszcze jednak, że największa niespodzianka czeka na nich w wiejskiej karczmie. Uratowana przez Yasę młoda służka, przerażona do głębi zagrożeniem czyhającym na nią ze strony grupki miejscowych chłopaczków, w tym syna wójta, okazuje się mieć bowiem swój udział w wydarzeniach rozgrywających się w okolicy… Sama jednak będzie stanowić tajemnicę o wiele bardziej intrygującą.

Biorąc pod uwagę powyższe, zaskakującym może być fakt, że bohaterów w „Tropicielu” jest trójka, nie dwójka. Młoda Likal, poznana w tak nietypowych okolicznościach, dołączy bowiem do grupy może nie jako jej pełnoprawny członek, ale stanowczo jako ktoś, bez kogo trudno się obejść. Ale od początku: Kraina, w której rozgrywają się wydarzenia z udziałem trójki towarzyszy, nakreślona została dość ogólnie – części miejsc brakuje nazw, a opisy są skąpe. Nie jest to jakiś znowu duży minus i chociaż sama chętnie widziałabym tu jakaś mapę do pomocy, to łatwo da się porzucić rozważania praktyczne na rzecz innych elementów. Fabuła powieści jest lekka, nieangażująca, bazuje na kliszach i nawiązuje do klasyków gatunku oraz, jakżeby inaczej, baśni. Jest tylko pretekstem do żartów sytuacyjnych i scenek rozgrywających się między bohaterami – a motyw łączący poszczególnie części, choć pojawia się dość wcześnie, daje jednak nadzieje na „coś grubszego” w przyszłości. Bo przecież na jednym tomie się nie skończy?...

W „Tropicielu” króluje humor – dość specyficzny, należy dodać, który nie każdemu przypadnie do gustu. Opis z okładki mówi, że książka przeznaczona jest dla czytelnika dorosłego, z czym się nie do końca mogę zgodzić – pewna niewrażliwość na wulgaryzmy niewiele ma bowiem do magicznego progu wiekowego, w którym możliwe jest legalne nabywanie alkoholu. Słów uznawanych powszechnie za niecenzuralne jest w książce mnóstwo (Sodi, pozostający w centrum uwagi narratora, rzadko kiedy uznaje za stosowne hamować się w tym względzie), ale nie to powoduje mieszane uczucia. Żarty, którymi sypie bohater, są bowiem rubaszne aż do granic możliwości, oparte na prześmiewkach z tylnej części ciała, stosunków płciowych (o których mowa będzie często i gęsto) rzeczywistych czy domniemanych, a także sporej dozy złośliwych docinek, którymi przerzucają się Sodi i Likal przy sporadycznym udziale Yasy.

Tym, co w „Tropicielu” jest rzeczywiście dobre, są bohaterowie. Sodi, tytułowy Tropiciel, poza specyficznym poczuciem humoru, cechuje się także bystrością i tym rodzajem pewności siebie, który sprawia, że z miejsca wskakuje na pozycję osoby godnej zaufania. Posiadający unikalną zdolność wykrywania magii, jest na nią niezwykle wrażliwy, przez co wybór maga jako kompana wydaje się być nie do końca właściwy (cierpiący na migrenę zrozumieją)... Pewnym jednak jest, że ostatecznie obu panom niejednokrotnie wyjdzie to na dobre. Żarty krasnoluda zaś, zamiast irytować, prowokują do poszukiwania odpowiednio zaczepnej odpowiedzi – co z upodobaniem wykorzystuje Likal, pozostająca w dość niepewnej pozycji podopiecznej maga. Jej charakter ewoluuje szybko z nieśmiałej dziewczynki w przekorną i samodzielną, ale nadal wrażliwą młodą kobietę. Na nieszczęście – zaangażowaną emocjonalnie w klasycznej relacji uczennicy i nauczyciela z Yasą. A on jest, cóż… Pierwotnym magiem, najpotężniejszym i najstarszym, jedynym i ostatnim (no, prawie), a ponad wszystko – nieszczególnie przywiązanym do ludzkich wartości. Byłabym skora przeczytać, jak się to rozwinie dalej. Pani autorko, da się?...

Ta mieszanka sprzeczności nadaje rytm i barwę książce. Na dość monotonnym tle trójka bohaterów tym wyraźniej odznacza się za sprawą pewnie i konsekwentnie nakreślonych osobowości. Dlatego też, pomimo pewnych zgrzytów i niepewności względem mojego stosunku do poziomu i rodzaju żartów, „Tropiciel” był dla mnie wcale znośną rozrywką, którą chętnie bym kontynuowała. Polecam