Konwenty Południowe - Recenzja książki: Maja Lidia Kossakowska - „Bramy światłości. Tom II”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

Bramy światłości

Maja Lidia Kossakowska - „Bramy światłości. Tom II”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 537
Cena okładkowa: 44,90 zł

Rynek wydawniczy każdego kraju oferuje czytelnikom dostęp do pozycji zróżnicowanych pod względem poziomu, które one reprezentują. Jest to zjawisko w pełni zrozumiałe – również wtedy, gdy analizujemy dorobek artystyczny konkretnych pisarzy. Jednakże w tym przypadku mamy prawo oczekiwać pewnej stałości w utrzymywaniu takiego poziomu, jaki został przez autora narzucony samemu sobie podczas tworzenia, przykładowo, pierwszego tomu całego cyklu. Jak jest w przypadku Mai Lidii Kossakowskiej, której najnowsza powieść właśnie pojawiła się na półkach sklepowych?

Drugi tom „Bram Światłości” jest szóstą odsłoną cyklu Zastępów Anielskich, który Kossakowska tworzy już od 2003 roku – nie powinien więc dziwić fakt, iż poziom prezentowany przez kolejne powieści ukazujące się w ramach wspomnianego cyklu nie utrzymuje się na stałym poziomie. Trudno natomiast wytłumaczyć fakt, iż każdy z kolejnych publikowanych tomów wydawał się być coraz mniej ambitnym i wciągającym – otrzymaliśmy więc niemalże wybitnych „Obrońców Królestwa” (wraz z reedycją – „Żarnami Niebios”) oraz „Siewcę Wiatru”, potem natomiast nastąpiła wyraźna tendencja spadkowa. Dwutomowy „Zbieracz Burz” powoli zaczynał być nużący, natomiast pierwszy tom „Bram Światłości” – choć w pewnym sensie świeży tematycznie – nie miał w sobie zbyt wielu elementów, które na dłużej zapadałyby w pamięć czytelników. Niestety, druga odsłona „Bram Światłości” owej tendencji nie odwraca. Wręcz przeciwnie – tom drugi rozczarowuje jeszcze bardziej, niż poprzedni, chociaż posiada także mocniejsze strony.

Zacznę od pozytywnych aspektów wspomnianej pozycji, z których niewątpliwie najbardziej znaczącym jest opracowane przez Kossakowską tło fabularne. Pisarce nie można bowiem odmówić umiejętności niezwykle plastycznego opisywania świata, w którym toczy się akcja jej książek. Fabuła drugiego tomu „Bram Światłości” oparta jest na niezwykle gęstej sieci nawiązań do hinduizmu oraz – przede wszystkim – mitologii azteckiej, z których to Kossakowska potrafiła wyciągnąć czystą esencję . Podobnie jak we wszystkich poprzednich książkach autorki specyficzny klimat obcych kultur kształtuje fabułę powieści i oddziałuje na czytelnika niemal nieustannie, pobudzając jego zainteresowanie samym światem przedstawionym. Warto dodać, że tom zwyczajowo zawiera obszerną, zredagowaną przez Kossakowską Glosę, w której objaśnia ona wiele niezrozumiałych terminów i opisuje postaci mitologiczne. Niestety, na tym kończą się pozytywy dotyczące „Bram”.

Najbardziej istotnym minusem najnowszej powieści Kossakowskiej jest fakt, iż fabuła drugiego tomu nie posuwa się do przodu nawet o milimetr. Ba, można nawet pokusić się o stwierdzenie, że ona wręcz się cofa – po przeczytaniu ponad pięciuset stron powieści dochodzimy do wniosku, że jej bohaterowie nie tylko nie poczynili absolutnie żadnych postępów wpływających na rozwój fabuły wiodącej, lecz wręcz oddalili się od możliwości jakiejkolwiek ingerencji w nią. Co więcej, akcja utworu jest niesamowicie powtarzalna i oparta na nudnym schemacie powiastki przygodowej, gdzie bohater pokonuje kolejne przeciwności losu, głównie dzięki cudownym zbiegom okoliczności. Gdzie bohater idzie, idzie nieustannie, lecz jego wędrówka zdaje się nigdy nie mieć końca…

Kolejna wada „Bram” jest dosyć bolesną dla każdego fana prozy Kossakowskiej. Z całą pewnością można powiedzieć, że jedną z najmocniejszych stron jej poprzednich książek były świetnie rozpisane postaci oraz bardzo umiejętnie poprowadzone dialogi. W jej najnowszej książce niestety zabrakło obu tych elementów. Dialogi są infantylne i irytujące, niektóre wyglądają jakby były napisane przez osobę zupełnie niezaznajomioną z tą sztuką. Nowych bohaterów nie spotykamy wielu, więc na tym polu Kossakowska nie miała jak się popisać. Główny antagonista jest zupełnie pozbawiony charakteru – przypomina rozpoznawalną w kulturze skorupę azteckiego boga, który został wsadzony w środek akcji, lecz nawet w najmniejszym stopniu się do niej nie dopasował. Kossakowska pisała, że kobiety mdleją, gdy spojrzą na jego oszałamiające piękno… szkoda tylko, że czytelnik też omdlewa. Z nudów. Jedyną postacią zasługującą na uwagę jest Sinaa – pół człowiek, pół jaguar. Kotoczłek wyróżnia się spośród pozostałych bohaterów, ponieważ wyjątkowo został dopieczony przez pisarkę w akcie kreacji – posiada unikalny charakter, zachowuje się w charakterystyczny tylko dla siebie sposób i jest postacią posiadającą ciekawą historię w mitologii brazylijskiej.

Jeśli zaś chodzi o postaci znane z poprzednich tomów Zastępów Anielskich, to oczywiście należy wspomnieć o Daimonie Freyu. Postać tą poznaliśmy jako bardzo charakterną, niejednoznaczną, pociągającą. Z tomu na tom Daimon tracił nieco swojego brutalnego uroku, jednak to, co stało się z nim w drugim tomie „Bram”… jest trudne do określenia. Podczas czytania tej powieści towarzyszymy bohaterowi bardzo przeciętnemu, pozbawionego jakichkolwiek charakterystycznych rysów, a do tego nieustannie użalającemu się nad sobą. Jedynym momentem, w którym możemy dostrzec dawnego Daimona, jest akcja ratunkowa Piołuna. Notabene, to chyba najlepszy rozdział w całej powieści.

Kolejne znane imiona to Lucyfer i Asmodeusz. Jeśli chodzi o tego drugiego – nie można powiedzieć wiele ponad to, że jest omotany miłością do węża i sztuki, które to przekłada ponad wszystko inne. Z Lucyfera natomiast Kossakowska nieustannie starała się zrobić idiotę. W efekcie zamiast Imperatora Piekieł widzimy infantylnego, niezbyt lotnego umysłowo Lampkę – i choć tendencja do takiego jego przedstawienia była zauważalna już wcześniej, to tym razem autorka doprowadziła do efektu wręcz karykaturalnego. Jeśli weźmiemy pod uwagę postaci anielskie, to krótkie fragmenty poświęcone są Gabrielowi i Razjelowi, jednak można powiedzieć, że w „Bramach” Aniołów praktycznie nie ma.

Podsumowując – drugi tom „Bram Światłości” jest tomem słabszym od poprzedniego i jednocześnie najsłabszym z całego cyklu Zastępów Anielskich. Warto sięgnąć po niego tylko wtedy, gdy interesuje nas sposób przedstawienia różnorodnych mitologii w utworze literackim, ponieważ poza interesującym ukazaniem wielu wierzeń powieść ma do zaoferowania bardzo niewiele. Oferuje jednak dużą dawkę rozczarowania, znudzenia i zirytowania.