Konwenty Południowe - Recenzja książki: Marcin Kowalczyk - „Pętle pamięci”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

petlepamieci

Marcin Kowalczyk - „Pętle pamięci”

genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 480
Cena okładkowa: 39,99 zł

Czy książka może napisać człowieka? Pytanie może brzmieć dość absurdalnie, zwłaszcza że przyzwyczajeni jesteśmy raczej do odwrotnej relacji... To może inaczej: twórca wpływa na tworzywo i tak powstaje dzieło – ale czy powstające dzieło może mieć też wpływ na swojego rodzica, zmieniając to, o czym myśli albo jak postrzega świat wokół? Na pewno tak, z czym może się zgodzić chyba każdy, kto kiedykolwiek spróbował cokolwiek stworzyć i cieszył się z tego, co robi: myśli nieubłaganie zbaczają wtedy z rozmaitych ważnych spraw na wątek związany z czekającym w warsztacie niedokończonym cudem, wyczekuje się momentu, w którym będzie można wrócić do pracy, obrócić zamiar w czyn. Ale jak głęboko naprawdę sięga ta obustronna zależność? Być może pewną podpowiedzią w takich rozważaniach będzie powieść Marcina Kowalczyka – oto „Pętle pamięci”.

Niedaleka przyszłość. Vermil Olson (nazwisko przybrane) mieszka w Bydgoszczy. Jego życiu w sumie niczego nie brakuje – zarabia całkiem przyzwoicie, przygotowując oprawę kulinarną różnych imprez w tak zwanych wyższych sferach, ma znajomych, a chociaż żyje samotnie, kiedy chce, nie ma żadnego problemu z nawiązaniem kontaktów z płcią przeciwną. Jest tylko jedna drobna kwestia, która spędza mu sen z powiek: Olson chce zostać pisarzem. Byłoby to dużo łatwiejsze, gdyby umiał tworzyć opowieści, niestety jednak – jest podręcznikowym grafomanem. Z pomocą przychodzą mu zdobycze współczesnej neurobiologii: zlepiacz narracyjny, cudowna maszyna, za pomocą której historia może zostać poskładana z myśli, które ma jej autor, wyciągnięta z głowy aspirującego artysty i zapisana na holograficzny nośnik, omijając całą tę żmudną robotę z klepaniem w klawisze, korektą, składem czy nawet przygotowaniem merytorycznym.

Każda kolejna sesja sprawia, że dzieło Olsona, „Żniwiarze”, zaczyna nabierać kształtów. Życie toczy się swoim rytmem wyznaczanym przez niecierpliwe oczekiwanie na kolejne kilka godzin na zlepiaczu, dopóki nie przerywa go nagły wypadek samochodowy, w wyniku którego Olson częściowo traci pamięć. Od tej pory wszystko miesza się w jego okaleczonej głowie, zaś kolejne sesje, zamiast budowania fabuły jego magnum opus, stanowić będą próby odzyskania z luźnych skojarzeń odzianych w szatę sztampowej powieści fantasy (na którą stopniowo przebija coraz więcej elementów współczesnych) – czegokolwiek, co mogłoby pozwolić mu sobie przypomnieć, co właściwie sprawiło, że wybiegł z willi klientki prosto pod nadjeżdżający samochód...

Jego literackie alter ego, Mervil, jest śledczym królestwa Nerolfu, zgorzkniałym i nieubłaganie starzejącym się, jednak wciąż najlepszym w swoim fachu. Kiedy jednak przykry zbieg okoliczności sprawia, że popada w niełaskę i musi na pewien czas opuścić królestwo, przypadkiem trafia na trop sprawy większej niż cokolwiek, z czym do tej pory się mierzył – oto z mapy świata znikają całe kraje, wraz z miastami i wszystkimi ich mieszkańcami. Wespół ze swoim towarzyszem, medykiem-hulaką Ginkorem, będzie próbował zrozumieć i powstrzymać ten proces... Póki jeszcze cokolwiek istnieje.

Powyższe trzy akapity stanowią nieudolną próbę przybliżenia, o czym jest ta książka – nieudolną, bo nie jestem w stanie powiedzieć niczego więcej bez zdradzenia choćby części niespodzianek, które przygotował autor, a to w nich tkwi cały czar tej powieści. Jest to jednocześnie tekst, któremu nieoswojony z bardzo swobodnie traktowaną konwencją czytelnik musi dać olbrzymi kredyt zaufania – jak w wielu powieściach z listy wydawniczej Genius Creations, tak i w „Pętlach” mamy do czynienia z oryginalnym pomysłem, jednak takim, który może zostać przedstawiony dopiero po długim wprowadzeniu. Dość powiedzieć, że wzajemne przenikanie się życia pisarza i akcji w jego dziele, mieszanie się dwóch rzeczywistości i z pozoru oderwane tematycznie wątki pojawiające się w obu są mocno uzasadnione, zaś ta historia ma jeszcze drugie, a nawet trzecie dno – jednak co to za dno dowiedzieć się można tylko doczytując do samego końca.

Warsztatowo „Pętle pamięci” stanowią tekst co najmniej solidny – napisany dowcipnie, opowiedziany w sposób angażujący czytelnika. Wizja wykreowana w utworze jest dziwna, ale ma prawo taka być i chociaż taka lekko postmodernistyczna kompozycja ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników, tutaj, w przeciwieństwie do wielu innych powieści utrzymanych w podobnym klimacie, sprawia ona wrażenie... logicznej. Ba! Kiedy już przeczytamy całość i dokopiemy się do samego sedna warstwowej konstrukcji przygotowanej przez autora, interesującym doświadczeniem jest przeczytanie jej drugi raz i odnajdywanie poukrywanych tu i ówdzie smaczków. „Pętle” robią z czytelnikiem z grubsza to samo, czego kiedyś dokonał „Podziemny Krąg” Chucka Palahniuka – i to samo w sobie jest niezłym osiągnięciem.

Kto powinien przeczytać „Pętle pamięci”? Cóż, na pewno ktoś, kto poszukuje interesujących doznań czytelniczych, choćby ze względu na zastosowany tu zabieg. Książka nie oczaruje fabułą, która sprawia wrażenie dość typowej, sporo z jej zwrotów (przynajmniej w obrębie konkretnych „warstw”) odrobinę wieje sztampą – jednak nie czyta się jej, by poznać losy Mervila tudzież Vermila, a względy, dla których mogą one zainteresować, są zupełnie inne niż zwykle bywa to w powieściach fantasy. Nie – „Pętle pamięci” to angażująca podróż w głąb ludzkiego umysłu, zaś historyjka o niespełnionym pisarzu i jego śledczym stanowi tylko pretekst, aby to i owo unaocznić. Chociaż od zakończenia lektury minęły dwa tygodnie, nadal nie wiem, jak mam się z tym czuć – i dlatego szczerze tę powieść polecam. Też miejcie zagwozdkę, a co!