Konwenty Południowe - Recenzja książki: Jacek Łukawski – „Pieśń i krzyk”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

piesn i krzyk

Jacek Łukawski – „Pieśń i krzyk”

sqnWydawnictwo: SQN
Liczba stron: 400
Cena okładkowa: 36,90 zł

W 2016 roku Jacek Łukawski po raz pierwszy zabrał nas w niezwykłą podróż do Krainy Martwej Ziemi. Wraz z drużynnikiem Arthornem i niewielkim oddziałem dowodzonym przez Dartora przekroczyliśmy Martwicę, by poznać wykreowany przez pisarza świat i przekonać się, jak krucha może być jego równowaga. Weszliśmy w tę rzeczywistość spokojnie, jakby tylnym wejściem, przez wąski przesmyk utworzony w śmiercionośnej magii, która zabrała życie wielu ludziom. A potem wrzucono nas w pędzącą akcję, która nie zwalniała ani na chwilę, zwłaszcza w drugim tomie trylogii. Teraz przyszedł czas, aby poznać zakończenie tej niezwykłej historii o drużynniku i magicznym mieczu, którym można zabijać bogów.

Jak mogliśmy się spodziewać, Arthorn, który prosto z latającej łodzi płanetnika Arka Olsona trafił do lochów w Carmennes, zdołał ocalić życie. Księżniczka Azure w swej wspaniałomyślności „odwdzięczyła się” za pomoc oraz sprowadzenie do Wondettel, skazując go na wiosłowanie na galerach zamiast na śmierć. Podobny los spotkał Marcasa, komesa Doreby, i biednego Oflana, który ośmielił się w czasie procesu zeznawać na korzyść Arthorna. Niezwykła kompania, która wyruszyła z ukrytej przed wszystkimi doliny, Asnal Talath, uległa rozproszeniu. Tymczasem lord Auriss zasiadł na tronie obok Azure. Osiągnął swój cel, ale kosztem wielu wyrzeczeń i podporządkowania się teraz już oficjalnie koronowanej królowej. Ta zaś wciąż marzy o poszerzeniu granic Wondettel i szykuje się na wojnę z krajami zza Martwicy. Nikt już nie jest w stanie jej powstrzymać, gdyż jedyny człowiek, który mógł stopować jej zapędy, czyli Garhard, nie żyje. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie, zwłaszcza że ani Dao, ani Gariel Ael nie zamierzają bezczynnie czekać na atak Wondettel. Tymczasem Nyz’gam – władczyni czarnej twierdzy – i Fardor mają swoje plany, w których kluczowym elementem jest Martwica i związana z nią magia.

„Pieśń i krzyk” to powieść, którą trudno jest oceniać w oderwaniu od poprzednich części trylogii. Do Krainy Martwej Ziemi powracamy chwilę po wydarzeniach, które miały miejsce w „Gromie i szkwale”. Jeśli jednak ktoś nie pamięta, co działo się wcześniej, Jacek Łukawski przychodzi z pomocą. Autor zamieścił bowiem na początku książki list Arthorna pisany do mędrca z gór. Pokrótce przedstawia w nim wydarzenia, które miały miejsce w poprzednich tomach cyklu.

Teraz, w „Pieśni i krzyku”, mamy okazję poznać więcej szczegółów dotyczących zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości – nie tylko poszczególnych bohaterów, ale i całej krainy. Dowiadujemy się między innymi, czym jest Martwica, jak powstała i w jakim celu, a także jakie plany w stosunku do niej mają starzy bogowie. Jacek Łukawski wyjawia nam w końcu tajemnicę pochodzenia Arthorna oraz jego trudnego dzieciństwa i młodości, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć tego bohatera i dokonywane przez niego wybory (nawet te, które wcześniej wydawały się bezsensowne). Nie zmienia to jednak faktu, że drużynnik zdaje się być teraz odrobinę irytujący: staje się mściwy, ciągle marudzi i zdecydowanie stracił charyzmę – narzekają na niego nawet towarzysze! Oczywiście zmiany w jego zachowaniu można łatwo wytłumaczyć cierpieniem i upokorzeniami, których doświadczył, ale obcowanie z nim na dłuższą metę bywa męczące. Na szczęście autor wynagradza nam tę niedogodność, wprowadzając nowych bohaterów. Dwóch z nich wielu czytelników na pewno pokocha całym sercem. Pierwszy z nich to Węgielek – czarny kot przygarnięty przez Valescę, a drugi to dziesiętnik Gradlon, który potrafi kląć z taką finezją, że na pewno niejedna osoba uśmiechnie się, czytając, jak „pieszczotliwe” zwraca się do towarzyszy – „prukwy leniwe z murwiarskiego dupska wyjęte i przez strzygę wylizane” to jedno z łagodniejszych określeń.

Pozostałe postaci nie zmieniają się zbytnio w stosunku do poprzednich części. Valesca, mimo częściowej utraty pamięci, jest silną i zdeterminowaną kobietą, Azure pozostaje wyniosła i zadufana w sobie, Gwydon wciąż z optymizmem podchodzi do życia. Dużym zaskoczeniem może okazać się za to Auriss. Wcześniej był to spiskujący lord, który nie cofał się przed niczym, by zasiąść na tronie. Teraz widzimy go w zupełnie innym świetle, okazuje się bowiem, że świetnie sprawdza się jako władca – jest rozsądny i podejmuje przemyślane, mądre decyzje.

Jeśli chodzi o fabułę, to dostajemy książkę podobną w swej brutalności do poprzedniczek. Magia jednak jest silniejsza niż kiedykolwiek, a na bohaterów czyha więcej niebezpieczeństw. Śmierć podąża za nimi krok w krok, niektórych nawet dosięga. Widać, że autor dokładnie wszystko przemyślał, nie ma tu przypadkowości, a informacje są ujawniane w odpowiednim czasie. W ogólnym odbiorze może przeszkadzać jedynie przeskakiwanie między różnymi miejscami i bohaterami oraz odrywanie nas od ciekawych sytuacji w najmniej odpowiednim momencie (np. w trakcie potyczki Marcasa z grupą wojowników – o jej wyniku dowiadujemy się później z opowieści). Owszem, takie działanie można uzasadnić chęcią pokazania szerokiej perspektywy wydarzeń. Towarzyszymy różnym bohaterom (Arthornowi, Valesce, Azure, Aurissowi czy nawet Mathonwie) i razem z nimi patrzymy na inny kawałek rzeczywistości, co daje nam całościowy obraz wydarzeń, ale sprawia jednocześnie, że czasami możemy się pogubić i zastanawiać, gdzie właśnie jesteśmy.

Ponadto akcję całej trylogii da się porównać do powoli pompowanego balonika. Nie należy jednak spodziewać się wybuchu. Autor prowadzi fabułę w taki sposób, by przełamać schemat wielkiej bitwy na koniec, której – notabene – wyczekujemy. Nie oznacza to, że otrzymujemy zakończenie złe. Wręcz przeciwnie, jest ciekawe w swej odmienności – spokojne, z wielkimi bitwami rozgrywającymi się gdzieś w pewnym oddaleniu – i świetnie koresponduje z tym cichym wejściem w Martwicę, którym rozpoczął się pierwszy tom trylogii.

Jeśli chodzi o stronę graficzną książki, to wszystko – tak jak poprzednio – utrzymane jest na wysokim poziomie: przyciągająca uwagę grafika na okładce i ciekawe ilustracje Rafała Szłapy wewnątrz, choć niestety, w moim egzemplarzu książki zostały zamienione – rysunek ze strony 45 odnosi się do wydarzeń ze strony 153.

Czy warto zatem sięgnąć po Krainę Martwej Ziemi? Zdecydowanie! Wartka, pełna akcji i zaskakująca fabuła, interesujący świat magii, odrobina polityki i przełamywanie schematów, które znamy z klasyki fantasy, oprócz tego ciekawe nawiązania do innych tekstów, odrobina humoru, nienachalne wątki miłosne i bliski nam słowiański klimat zapewnią doskonałą rozrywkę.