Konwenty Południowe - Recenzja książki: Guillermo del Toro, Daniel Kraus - „Kształt wody”

ksztalt wody

Guillermo del Toro, Daniel Kraus - „Kształt wody”

zysk logo noweWydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 431
Cena okładkowa: 36,90

Woda jest jednym z żywiołów, które najbardziej fascynują. Ma ona jednak dwojakie działanie. Daje życie, warunkuje wzrost i rozwój, ale też potrafi je odbierać, niszcząc wszystko, co spotka na swojej drodze. Tak naprawdę trudno ją do końca ujarzmić. Spoglądanie w głęboką toń wodną fascynuje i skłania do przemyśleń, wiele z codziennych powiedzonek i przysłów wiąże się też właśnie z nią. To w wodzie zaczęło się życie – co by było jednak, gdyby kryła ona w sobie tajemnice dalece dziwniejsze, niż specyficzny gatunek ryby czy rośliny? W fascynacji głębinami jest coś pierwotnego, ale czy rzeczywiście nieprzekładalnego na obecne realia? Do podobnych – i nie tylko – rozważań skłania powieść „Kształt wody” Guillermo del Toro i Daniela Krausa.

Elisa Esposito jest woźną w Occam, tajnym ośrodku badawczym. Jest też niema, co znacząco obniża jakość jej życia, skazując ją na pozostawanie na marginesie społeczeństwa. Gdy jednak do wspomnianego ośrodka, w otoczce pełnej napięcia konspiracji, członkowie ekipy badawczej pułkownika Stricklanda przywożą kapsułę z ukrytą w niej istotą, to właśnie ona będzie osobą, która odważy się, pomimo surowych zakazów, zajrzeć do środka i nawiązać kontakt z tym, co w niej jest ukryte. Kontakt, dodajmy, bardzo głęboki i przejmujący.

Pomimo przyciągającej i swoiście kojarzącej się z bardziej obyczajowymi w wydźwięku lekturami fabuły, „Kształt wody” nie jest książką przystępną, przynajmniej z początku. O ile nie mam zazwyczaj problemu z narracją, która przeskakuje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, bardzo odmiennymi i pozostającymi w sporym oddaleniu od siebie, o tyle tutaj już go napotkałam. Postaci Elisy i Stricklanda są diametralnie różne, a fragmenty, które są im poświęcone, są stanowczo za krótkie, by można było nawiązać ten rodzaj „kontaktu” z nimi i wyodrębnić jakieś cechy poza tymi najjaskrawiej przedstawionymi. Początek sprawia wrażenie skrótowego, pospiesznego, wręcz suchego, chociaż tak naprawdę przekazuje czytelnikowi ogrom informacji o obojgu bohaterach. Na szczęście wszystkie szczegóły, tworzące z początku ten chaos, po chwili wskakują na swoje miejsce. Gdy zaś dołączą do nich postacie poboczne, Giles, Zelda i Lainie, całość nabiera nagle głębi i żywości dobrze dopracowanego, barwnego obrazu życia skromnej woźnej i surowego pułkownika.

A co z tajemniczym obiektem badań, tak intrygującym Elisę (i nie tylko ją)? Jeśli ktoś oglądał film „Hellboy. Złota Armia”, nie będzie mógł pozbyć się sprzed oczu charakterystycznego wizerunku Abe’a, człowieka-ryby, uwielbiającego jajka (tu, co prawda, zepsute, w przeciwieństwie do Deus Branquia z „Kształtu…”) i muzykę klasyczną. Ilość cech zbieżnych u obu postaci jest zadziwiająca, choć trochę brakowało mi humoru Abe’a. „Człowiek-amfibia” z powieści dostał za to od autorów zdecydowanie więcej dramatyzmu i tej niepojętej „boskości”, która miała zdecydować o jego nieszczęściu. Nie znajdzie się w książce wielu opisów jego wyglądu, więcej to sama otoczka – falowanie wody, sposób, w jaki wyraża ona emocje „stwora”, gdy ten nawiązuje powoli bardzo specyficzną w formie komunikację z niemą Elisą, jego sposób poruszania się i to, jak wiele z niewypowiedzianych słów można w ten sposób przekazać. To niemal czysta poezja i piękno, gdyby nie… Ano, w końcu jesteśmy w ośrodku badawczym.

Co można zrobić z ostatnim przedstawicielem gatunku, mającym w domyśle pewne cechy decydujące o jego ewolucyjnej wyższości nad homo sapiens? Doświadczenie z popkulturą podpowiada od razu: rozebrać go na części i zobaczyć, co ma w środku. Gorzej nawet: jest jeszcze Strickland, który z amazońskiej dżungli, gdzie przez siedemnaście miesięcy usiłował stwora odnaleźć, wrócił odmieniony tak, że nie jest w stanie już na nowo powrócić jako mąż i ojciec, a nawet żołnierz. Powierzenie mu nadzoru nad badaniami wydawałoby się więc najgorszym z możliwych wyjściem, i dotąd zastanawia mnie, jakim cudem w ośrodku pełnym naukowców wszelkiej maści nie dostrzeżono narastającego problemu z zespołem stresu pourazowego, który coraz mocniej wykrzywiał psychikę pułkownika. Strickland słyszy ciągle wrzaski amazońskich małp, które doprowadzają go do szału, zaburzając jego funkcjonowanie tak, że jedynym, co może faktycznie zrobić, jest skierowanie agresji ku przyczynie całego zamieszania – czyli właśnie Deus Branquia. Niestety dostrzega też Elisę, jako jedyną w tym wszystkim naprawdę cichą istotę – bo niemą… To, w jaki sposób napisana została postać Stricklanda zasługuje na pochwałę, bo chociaż nie ma przyjemności w czytaniu o jego pogłębiającym się szaleństwie, to jest to w pewien przerażający sposób fascynujące – i przede wszystkim wyjątkowo oddziałuje na wyobraźnię.

Czasu spędzonego przy „Kształcie wody” trudno żałować, nawet pomimo początkowych trudności. Im dalej, tym trudniej książkę odłożyć na bok, zwłaszcza przy pogłębiających się wątkach personalnych bohaterów. Szczegółowy opis ich zachowań, relacji i tego, w jaki sposób nawiązuje się kontakt, a potem głębsza relacja pomiędzy Deus Branquia a Elisą - to wszystko jest po prostu tego warte. O ile więc film, który próbowałam oglądać po lekturze kompletnie mnie nie zachwycił, o tyle książkę polecam bardzo – choć nie jako lekki romans, a coś o wiele głębszego i mroczniejszego.