Konwenty Południowe - Recenzja książki: Graham McNeill „Tysiąc Synów”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

tysiac synow

Graham McNeill - „Tysiąc Synów”

copernicus corporationWydawnictwo: Copernicus Corporation
Liczba stron: 608
Cena okładkowa: 44,00 zł

Tysiąc Synów, legion Magnusa Czerwonego, to wyjątkowy zakon Kosmicznych Marines – być może jako jedni z nielicznych otwarcie praktykują moce Immaterium i zgłębiają okultystyczną wiedzę, ujarzmiając niewiarygodną potęgę umysłu i kierując ją przeciwko stale licznym wrogom Imperium. Ta sama moc, która zapewnia im ową wspaniałą przewagę, jest też źródłem otwartej nienawiści pozostałych zakonów, obaw i uprzedzeń, a także zwiastunem ostatecznego upadku chwiejnego porządku, jakiego zaznało trzydzieste pierwsze millenium. Magnus jako pierwszy przewidzi zdradę Horusa – czy jednak będzie w stanie powstrzymać nieubłagane przeznaczenie i ocalić Imperium? O tym i wielu innych rzeczach dowiecie się z kolejnej odsłony cyklu „Herezja Horusa” – oto „Tysiąc Synów” Grahama McNeilla, jedna z najobszerniejszych pozycji tej serii.

To, co najbardziej zwróciło moją uwagę i sprawiło, że z ciekawością brnąłem przez kolejne rozdziały to sposób, w jaki zaprezentowano tytułowy zakon. Po jałowych Mrocznych Aniołach i dramatycznie płytkich Białych Szramach, przyjemnie jest poczytać o ugrupowaniu, które czymś różni się od reszty. I to jeszcze jak! Tysiąc Synów to potomkowie największego (po Imperatorze) psionika w galaktyce, Magnusa Czerwonego. I chociaż Magnus nie jest aż tak ciekawą osobistością, jego podwładni zdecydowanie mają się czym pochwalić – ich system wierzeń związanych z mocami jest zaskakująco rozwinięty (obecność duchów opiekuńczych, których rola nie jest do końca wyjaśniona, stopni wtajemniczeń zwanych Enumeracjami, różnych szkół i ugrupowań parających się odrębnymi dziedzinami psioniki), zaś kultura, wystrój i sposób bycia jako żywo przywodzą na myśl Azteków i starożytnych Egipcjan. O ile jednak w przypadku pozostałych zakonów to nawiązanie do jednej z cywilizacji dawnej Terry stanowi wyłącznie powierzchowną dekorację, dla Tysięcznych Synów rzeczywiście jest sposobem bycia, sięgającym aż do korzeni. Odrobina uwagi poświęconej budowaniu tła wystarczyła, by zdziałać na tym polu istne cuda.

„Tysiąc Synów” jest jednocześnie jedną z nielicznych powieści o Space Marines, w której wierni rycerze Imperatora są przedstawieni w znośny sposób – jako osoby, a nie płaskie awatary jego woli, pozbawione cech, zainteresowań i dążeń innych niż zabijanie wszystkiego, co akurat nie zgadza się z aktualnym prawem. Nie. Azhek Ahriman okazuje się być jednym z najbardziej ludzkich bohaterów całej serii – i chociaż mocy mu nie brakuje, zaprezentowany jest na tyle bogato i interesująco, że nie sprawia wrażenia etykietki przypiętej zszywaczem do roli, którą ma spełnić w opowieści.

Jedyny prawdziwy problem, jaki miałem podczas lektury, to sposób, w jaki przedstawiono tutaj Prymarchów. Krótko mówiąc, wielcy synowie samego Imperatora zachowują się jak, nie przymierzając, dokładnie to – rozwydrzone dzieci bogatego starego. Świetnym przykładem tutaj mogłyby być niesnaski, jakie zdarzają im się podczas wspólnego szturmu na Ark Reach. Wszechpotężni Prymarchowie, dowodzący kampaniami wojennymi na skalę znanego Wszechświata, nagle zatracają zdolność logicznego rozumowania, rzucając się sobie do gardeł z powodów tak bzdurnych, że aż niedorzecznych. Aż chciałoby się zadać pytanie: jeśli mała biblioteka gdzieś na zapyziałym tyłku Wszechświata wystarczy, żeby poróżnić między sobą wielkich Prymarchów, jakim cudem Imperium Człowieka jeszcze się nie posypało? Znowu, podobnie jak w wielu poprzednich powieściach z cyklu, to bardziej ludzcy bohaterowie – w tym przypadku Bibliotekarz Azhek Ahriman oraz Upamiętniacz Lemuel Gaumon – są powodem, dla którego warto śledzić historię, nie zaś Prymarchowie, których równie dobrze mogłoby tu nie być... I fabuła jeszcze by na tym zyskała.

To, na szczęście, jedna z nielicznych fabularnych nieścisłości, do których mogłem się z czystym sumieniem przyczepić. Powieść Grahama McNeilla, mimo swoich mankamentów, okazuje się solidnym kawałkiem rzemiosła, ukazującym znane uniwersum z nowej, ciekawej perspektywy – legionu mimowolnych zdrajców i ich Prymarchy, który chciał dla Imperium jak najlepiej, i zapłacił za to najwyższą cenę. Przypuszczalnie najlepsza do tej pory ksiązka z serii „Herezja Horusa”, jaką do tej pory miałem okazję przeczytać – i jedna z tych, które chętnie poleciłbym wiernemu fanowi uniwersum.