Konwenty Południowe - Recenzja książki: Paulina Kuzawińska - „Zaklęcie na wiatr”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

zaklecienawiatr

Paulina Kuzawińska - „Zaklęcie na wiatr”

genius creationsWydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 466
Cena okładkowa: 39,99 zł

Nie ma dla mnie lepszej oprawy dla toczącej się w powieści akcji, niż morze i jego sekrety. Żywioł ten wyda się się często swoją siłą przyćmiewać – a może wręcz przeciwnie, tylko potęgować – ludzkie perypetie i tragedie, niewiele znaczące wobec tak nieodpartego zagrożenia. Piękna okładka „Zaklęcia na wiatr” Pauliny Kuzawińskiej zwróciła moją uwagę od razu, i chociaż książka musiała swoje odczekać, zanim udało mi się po nią sięgnąć, przyznaję już na wstępie, że warta była chwil spędzonych z nią.

Gwinto Gerk wraca do domu… A raczej do miejsca, które jego domem mogłoby być, gdyby nie pewne wydarzenia z przeszłości. Nie zostaje też ciepło powitany, wzbudza podziw jedynie w siostrzeńcu, młodym Arionie. Rozmowa w cztery oczy z ojcem chłopaka kończy się jednak kłótnią i Gerk czym prędzej opuszcza wybrzeże. Nie wie jeszcze, jak prędko będzie mu dane tam powrócić, jednak nie z powodu sentymentu, a łuny pożaru bijącej w niebo… Jedyny ocalały świadek wydarzeń, Arion, musi dołączyć wbrew swojej woli do załogi statku, na którym wcale nie będzie bezpieczniejszy. Śladem Gwinta, jak i sekretu pochodzenia skarbu, którego niewielką część chłopak nosi przy sobie, podąża bowiem mag o srebrnych oczach. A na samym statku czai się zdrajca…

Przed kim ucieka załoga Gerka i czym takim się parają, że aż stali się ludźmi wyjętymi spod prawa? W jaki sposób zagrażają magom tej krainy? Wątek magii w „Zaklęciu na wiatr” i tajemnic związanych z nią jest tym, co podobało mi się najbardziej – może nie tyle sama magia, co to, w jaki sposób, wraz z postępem fabuły, pozbawiana jest otoczki wzniosłości i niedostępności. Elita srebrnookich magów, przekonanych o własnej boskości, wydaje się najpierw przeciwnikiem nie do pokonania… A potem dowiadujemy się, że ta sama elita nie czuje się z obecną władzą komfortowo, mając pierwszego od dawien dawna niemagicznego króla, a mały stateczek poniewierany przez sztorm gdzieś na morzu, z grupą piratów i chłopcem na pokładzie, będzie znaczył więcej, niż może się wydawać, będąc solą w oku obu wspomnianym stronom. Dlaczego właściwie? Bo to oni wiedzą, co kryje się za napuszoną postawą czarodziejów.

Jestem pod wrażeniem konstrukcji intrygi i tego, jak zgrabnie powiązane zostały ze sobą wątki w powieści. Z jednej strony osierocony chłopak wrzucony w wir wydarzeń, których nie pojmuje, z drugiej – lunatykująca dziewczynka, niekochane dziecko, rywalka dla matki i zagrożenie dla ojca, przedmiot spisku i nadziei, a oboje – uwikłani w wydarzenia, w których będą początkowo tylko biernymi uczestnikami, otoczeni przez zdrajców, a przez to niedoceniający przyjaciół… Cudo. Postaciom, zarówno tym pierwszoplanowym, jak i dalszym, autorka poświęciła odpowiednią ilość uwagi, tworząc z nich jednostki spójne, konsekwentne, złożone, skonfliktowane wewnętrznie i prowadzone przez indywidualny system wartości i motywów. Nie ma tu osób bez wad i win, nie ma czarnych i białych, za to odcieni szarości znajdzie się mnóstwo.

Trochę przewrotnie może powiem też, że na pochwałę zasługuje nieumieszczanie wątku romantycznego w centrum zainteresowania. W „Zaklęciu na wiatr” mamy do czynienia z najmniej wyeksponowanym i tak pobocznym, jak się tylko da, motywem romansu. Jest przy tym doskonale wpasowany w całość fabuły i ani trochę nudny. To się chwali, zwłaszcza że świat przedstawiony w książce ma do zaprezentowania tyle szczegółów, a opowiadana historia jest tak złożona, że szkoda by było, by cokolwiek odwracało od niej uwagę. Zakończenie pełne nadziei (choć szkoda, że nie zapowiada kolejnego tomu!) pozostawia zaś po sobie dobre, ciepłe wrażenie, a to akurat rzadkość w ramach gatunku.

„Zaklęcie na wiatr”, ponad czterysta stron opatrzonych przepiękną ilustracją na okładce, to książka, po którą warto sięgnąć. Nie nazwałabym jej wybitną, ale zdecydowanie jest przyjemna, wciągająca i satysfakcjonująca pod względem przedstawionej historii. Na parę wieczorów z morskim klimatem pirackich przygód jak najbardziej się nada.