Konwenty Południowe - Recenzja książki: Charlie Fletcher - „Paradoks”.

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

fletcher paradoks

Charlie Fletcher- „Paradoks”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 466
Cena okładkowa: 39.90

Uwaga! Poniższa recenzja zawiera spoilery do poprzedniej części trylogii – „Nadzór”.

Charlie Fletcher powraca, a wraz z nim druga część trylogii, której byłam dosyć ciekawa. Poprzedni tom wzbudził u mnie mieszane uczucia, a wręcz momentami zgrzytałam ze złości zębami nad straconym potencjałem. Na szczęście druga część wywołała nieco bardziej pozytywną reakcję.

Po wydarzeniach z „Nadzoru” członkowie Ostatniej Ręki postanawiają szkolić Lucy i Charliego, aby w po czasie mogli oni uzupełnić szeregi organizacji. Problemem jest nieustanny brak zaufania do dziewczyny, której postępowanie od samego początku jest dość chaotyczne. Poza tym ona sama nie może zdecydować, gdzie jest jej miejsce w świecie. Równocześnie rozwija się historia Sary Falk i Johna Sharpa, którzy w ostatnich rozdziałach poprzedniej części wkroczyli w niebezpieczny świat luster i próbują znaleźć się w nich wzajemnie, podczas gdy w Londynie Nadzór usiłuje wstać z kolan.

Muszę przyznać, że w porównaniu do poprzedniej części „Paradoks” wypada lepiej. Autor skupił się bardziej na rozwinięciu świata, w którym rozgrywają się wydarzenia. Wprowadza więcej stworzeń magicznych, venatrix, czyli samotnie pracujące łowczynie i charakterystyczne postacie, dające nam lepszy zarys grup społecznych, występujących w uniwersum. W ciekawy sposób zostają nam przedstawieni Sluagh – lud nocny, spętany żelazem. Fletcher najpierw pokazuje nam ich zwierzęcą naturę, postrach dla innych zwierząt, a potem mamy okazję poznać ich bardziej ludzkie wnętrze, przypominające ich dawne życie. Do tego pojawiła się nowa postać, która tchnęła trochę życia w Ostatnią Rękę. Chodzi o Cait, najlepiej zarysowaną bohaterkę w całej powieści, dzięki której nie tylko zyskujemy ciekawy charakter w środowisku Nadzoru, wywołuje ona też żywe emocje wśród członków organizacji. Bardzo dobrze z tym współgra rozwiniecie Sary Falk, czyli właścicielki zagubionej ręki z poprzedniej części. Jej podróże przez lustra dają czytelnikowi szansę lepiej poznać ją, jej przeszłość i uczucia wobec innych osób. Właśnie te emocje wokół Sary, jak i Cait sprawiają, że historia w książce zaczyna żyć. Wydaje się to może trywialne, ale dużo zmienia.

Książka jednak cierpi na te same problemy, co część pierwsza. Ilość wątków, z którymi czytelnik musi sobie radzić, jest nie do zniesienia. Jednocześnie śledzimy losy Lucy i Charliego z Nadzorem, Sary i Sharpa w lustrach, niemego Amosa ze Zmorą i czasami przewijają się fragmenty z Templebane lub łowcami. Tak napisana książka mogłaby „działać”, ale nie z taką formą rozdziałów. Jeden potrafi mieć 6-10 stron, co jedynie lekko nas wprowadza w daną sytuację. W momencie kiedy zaczęłam rozumieć, co stało się z Amosem, zostałam nagle wrzucona w szkolenie Charliego w kanałach. Może to również zaważyć na odbiorze postaci przez czytelnika. Nie przywiązałam się do żadnego konkretnego bohatera na tyle, by ze zniecierpliwieniem śledzić jego losy. Do tego stopnia, że obojętne mi było kto, gdzie i czy zginie, bo nie miałam z nikim żadnego emocjonalnego połączenia. Przekłada się to również na klimat wiktoriańskiego Londynu, który jest tłamszony formą rozdziałów. Co prawda autor przedstawił go jeszcze lepiej, niż w poprzedniej części, ale jest to tak skondensowane w krótkich fragmentach, że jedyne, co odczuwałam, to frustracja.

Nieco irytuje mnie również fakt, że bardziej się przywiązałam do pobocznej postaci – Amosa, niż głównych bohaterów, takich jak Lucy czy Sara. Gdyby to on był najważniejszą postacią, a reszta tylko w tle, prawdopodobnie czytałoby mi się o wiele lepiej.

„Paradoks” wypadł jednak w mojej opinii lepiej niż „Nadzór”. Trochę ciekawiej zarysowane postacie oraz rozwinięty świat przekonują mnie do sięgnięcia po trzecią część, gdy pojawi się na polskim rynku. Co nie zmienia faktu, że dalej czułam się niekomfortowo, czytając krótkie rozdziały, „skaczące” z miejsca na miejsce.Jednak z książki na książkę jest coraz lepiej, więc mam pozytywne przeczucia co do przyszłych dzieł autora