Konwenty Południowe - Recenzja książki – Adam Przechrzta „Namiestnik"

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

namiestnik

Adam Przechrzta – „Namiestnik”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 460
Cena okładkowa: 39,90 zł

Pierwszy tom cyklu Materia Prima Adama Przechrzty, czyli „Adept”, zachwycił zapewne wiele osób niezwykłym mariażem powieści sensacyjnej i kilku podgatunków fantastyki, a do tego wciągającą historią i interesującymi bohaterami. Po miłym spotkaniu z tą powieścią przyszedł czas na kontynuację przygód Olafa Rudnickiego i jego przyjaciół.

Do Warszawy powracamy wiosną 1916 roku. Trwa wojna, a miasto znajduje się pod niemiecką okupacją. Rosjanie wycofali się na wschód i przygotowują się do kontrnatarcia. Polskie podziemie niepodległościowe planuje wykorzystać wojenną zawieruchę do własnych celów i spróbować walczyć o wolną Polskę. Pogarsza się także sytuacja w Enklawach. Przez magiczne korytarze przybywają do naszego świata coraz silniejsi theokatarathos, stwarzający realne i poważne zagrożenie. Tymczasem Olaf Arnoldowicz Rudnicki staje się ważną i wpływową personą, a na głowie ma prywatne problemy związane przede wszystkim z prowadzeniem hotelu „Azyl”. W dodatku wiele osób stara się wciągnąć go – tradycyjnie już – w różne intrygi sięgające najwyższych szczebli władzy. Dostaje też propozycję nie do odrzucenia: musi ponownie udać się do Petersburga i pomóc synowi cara. Przyjaciel Olafa, Aleksander Borysewicz Samarin, wrócił do ojczyzny, gdzie nieustannie mierzy się ze swoimi wrogami, zwłaszcza z członkami tajnego stowarzyszenia Amici Mortis. Anastazja osiedliła się w Warszawie i pomaga aptekarzowi w kwestiach związanych z Enklawami, które do odwołania zostały zamknięte na głucho – nikt nie ma do nich prawa wstępu, chociaż zapasy pierwotnej materii kurczą się w zastraszającym tempie.

Czy dużo zmieniło się w „Namiestniku” w stosunku do pierwszej części cyklu Materia Prima? Książka zdecydowanie trzyma poziom poprzedniczki, a czytelnika podtrzymuje w przyjemnym napięciu i momentalnie wciąga w opisane intrygi. Lekki styl i przyjemny język autora sprawiają, że trudno jest przerwać lekturę. Przy okazji mamy więcej wszystkiego: wątków, akcji, bitew, magii, silnych potworów z Enklaw, pojawia się też kilku nowych sprzymierzeńców oraz wrogów. Mimo to akcja toczy się ustalonym rytmem, wszystko ma tu swój czas i miejsce, a my nie gubimy się w gąszczu fabularnych zawiłości i powiązań między licznymi bohaterami.

Istotną zmianą w stosunku do „Adepta” jest wprowadzenie rozróżnienia na rozdziały, w których towarzyszymy Olafowi albo generałowi Samarinowi. Dzięki temu możemy obserwować wydarzenia, które mają miejsce zarówno w Warszawie, jak i w Petersburgu czy jego okolicach. Duet Rudnicki–Samarin wciąż sprawdza się doskonale. Pomimo różnic narodowościowych, odmiennych poglądów i sposobu patrzenia na świat, panowie idealnie się uzupełniają, a ich słowne przepychanki mają moc wprawiania w dobry humor, chociaż czasem przypominają rozmowy dokuczających sobie nastolatków, a nie statecznych gentlemanów żyjących na początku XX wieku.

Adam Przechrzta umiejętnie łączy ze sobą prawdę historyczną i elementy fantastyczne – wszystko składa się w spójną i logiczną całość. W dodatku pokazuje nam wizję świata, w którym władający magią adepci stają się śmiertelną bronią w światowym konflikcie – na równi z nowoczesnym sprzętem wojskowym.

Na uwagę ponownie zasługuje oprawa powieści, przede wszystkim idealnie pasująca do jej klimatu okładka i ilustracje przypominające karty komiksu. Dostajemy też słowniczek obcojęzycznych zwrotów oraz wykaz postaci historycznych, które wystąpiły w książce.

„Namiestnik” to udana kontynuacja pierwszego tomu cyklu Materia Prima. Jeśli komuś podobał się „Adept”, to powinien sięgnąć po kolejną część – na pewno nie będzie rozczarowany, bo autor ponownie serwuje nam wszystko to, co było „smaczne” w poprzedniej książce, tylko w zdecydowanie większej ilości.