Konwenty Południowe - Recenzja książki: Jacek Piekara - „Płomień i Krzyż tom II”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

plomienikrzyz2

Jacek Piekara - „Płomień i Krzyż tom II”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 388
Cena okładkowa: 39,90 zł

Cykl Inkwizytorski jest przypuszczalnie najbardziej rozpoznawalnym dziełem Jacka Piekary. Serię zbudowano na interesującym pomyśle: to dark fantasy osadzone w świecie podobnym do naszego... za wyjątkiem kilku zastrzeżeń. Pierwsze i najważniejsze z nich jest takie, że historia Jezusa z Nazaretu skończyła się nieco inaczej, niż znamy to z kart Ewangelii – zamiast dać się zamęczyć na krzyżu, Chrystus zszedł z niego i wymierzył straszliwą karę nie tylko swoim oprawcom, ale od razu całej Jerozolimie z przyległościami. Jak można się domyślić, ten krótki deficyt samokontroli ze strony jednej z najważniejszych figur chrześcijaństwa zupełnie odmienił oblicze całego kościoła, który obecnie zamiast Zbawiciela mówi o Zdobywcy, jest siłą wzbudzającą postrach w całym świecie i bezlitośnie tępi wszystkie przejawy odmienności. Drugim założeniem jest to, że w uniwersum Jacka Piekary magia działa i ma ogromny wpływ na kształt świata. Cykl rozpoczął się wiele lat temu, bo w roku 2003, od tomu... ósmego, w którym poznawaliśmy losy inkwizytora Mordimera Madderdina, od tamtej pory rozrastając się dowolnie i swawolnie w obu kierunkach, choć niekoniecznie z zachowaniem chronologii. I tak, tom pierwszy, „Płomień i Krzyż I”, ukazał się w roku 2008, jednak na drugi przyszło nam czekać aż do października tego roku.

„Płomień i Krzyż II” podejmuje historię w nieokreślonym czasie po akcji w tomie pierwszym. Perski czarnoksiężnik Narses był swego czasu postrachem całego cywilizowanego świata, istotą władająca niemal boską potęgą, geniuszem w swym rozumieniu praw świata i głupcem w nieskończonej pysze. Teraz jednak nie ma Narsesa – jego umysł został roztrzaskany przez agentów Świętego Officjum i przekuty w broń przeciwko wrogom Kościoła. Tak narodził się inkwizytor Arnold Löwefell, doskonały agent Inkwizycji. Nie czuje żądz, pragnień, głodu, a jego jedyną wolą jest wola boska – nieskończenie lojalny, niemożliwy do przebłagania, przekupienia, nieustępliwy. Löwefell, choć zawrócony ze złej drogi przez świętą magię Officjum, musi jednak ponownie zanurzyć się w bagnie swojego poprzedniego życia – w pamięci niegdysiejszego Narsesa drzemią bowiem sekrety, które mogą stać się kluczem do zwycięstwa Światłości w wiecznej wojnie z Ciemnością. Na swojej drodze do celu przemierzy brudne zaułki Koblencji, pustkę Nie-Świata, a nawet odległą przeszłość – przyjdzie mu przesłuchiwać żywych, umarłych, a nawet samemu umrzeć. Nie jest jednak sam: w poszukiwaniach towarzyszyć mu będą niezwykłe, potężne kobiety...

Muszę przyznać, że bardzo przypadła mi do gustu konstrukcja głównego bohatera. Pomysł na niego jest ciekawy – i, co najważniejsze, nieźle zrealizowany, a to trudne w przypadku postaci, która z założenia ma być wyprana z uczuć. Narses/Löwefell stanowi również miłą odskocznię od Mordimera, który mógł już się trochę przejeść – i chociaż obaj są inkwizytorami, są od siebie zupełnie różni: w przeciwieństwie do cynicznego pesymisty Madderdina, Löwefell jest typem pogodnego stoika, a to, choć niezwykłe jak na wykonywany przez niego zawód, jest ciekawym wyjątkiem w ponurym świecie przedstawionym.

Jednocześnie nowa powieść w Świecie Inkwizytorów prezentuje nam to uniwersum z innej, niewidzianej wcześniej strony – na jej kartach uświadczymy bowiem całą masę motywów związanych z magią. Zaobserwować możemy, jak w Europie według Chrystusa Zdobywcy odbywa się podróż astralna, przyjrzymy się działaniu magii uzdrawiającej, a nawet umysłu – począwszy od zaszczepiania drobnych sugestii, kończąc nawet na zbudowaniu psychiki od podstaw, czego dowodem jest główny bohater. Dla fanów uniwersum to nie lada gratka, daje bowiem wgląd w to, na jakich zasadach działają w nim siły nadprzyrodzone, będące przecież jednym z najważniejszych tematów serii.

„Płomień i Krzyż II” składa się z sześciu rozdziałów, każdy z nich zatytułowany jest imieniem niezwykłej kobiety, która odegra w nim ważną rolę. I chociaż jest ich cała szóstka, rzeczywiste znaczenie ma tu jak na razie tylko Katrina, potężna agentka Inkwizytorium, której misją jest towarzyszenie Löwefellowi w przedsięwzięciu odzyskania wspomnień swojego wcześniejszego „ja”. Jest to zarazem postać tak do bólu wyidealizowana, że nie potrafiłem jej znieść. Jest cudna, grzeczna, niebywale potężna, ogromnie tajemnicza i tak dalej, i tak dalej – posiadając jednocześnie całkowite zero głębi, która mogłaby uczynić z niej wiarygodną, możliwą do polubienia postać. Pozostali bohaterowie tła są właściwie dokładnie tym – tłem. I chociaż narrator zwraca naszą uwagę na to, jak ważni i potężni są, giną w tłumie innych ważnych i potężnych postaci bez większego wpływu na historię.

To jednak tylko jedna ze składowych problemu, jaki zauważyłem, czytając tę powieść. Bohaterowie w czasie swojej misji podejmują nierzadko ogromne ryzyko – a wiemy o tym wyłącznie dlatego, że sami o tym mówią, bo w czasie samej przygody wszystko idzie dokładnie po ich myśli. W istocie nawet podróż do studni dusz, wymagająca od głównego bohatera, żeby dał się zabić, a później wskrzesić, idzie jak z płatka dzięki boskiej Katrinie, której cudowny dotyk natychmiast i bez konsekwencji przywraca bohatera na ten padół łez. Operacja rozdzielenia trojaczków syjamskich, obdarzonych zdolnością jasnowidzenia? Jest bardzo trudna, bo wymagająca podzielenia wspólnej części mózgu, a na dodatek ryzykowna, bo co wtedy, jeśli Trójniak utraci przy tym tak cenne dla Officjum zdolności? Löwefellowi nie tylko udaje się ona śpiewająco, ale wręcz rozdzielone trojaczki okazują się jeszcze potężniejsze niż do tej pory

Technicznie „Płomień i Krzyż II” jest powieścią jak najbardziej poprawną. Autor ma przyjemny, gawędziarski styl i snuje narrację w taki sposób, że dalszy ciąg historii intryguje i wciąga. Dialogi są niezłe, miejscami dowcipne, miejscami charakterne, dużo większy umiar (w porównaniu do wcześniejszych części) zachowano też w opisywaniu świata – pozostaje on tak samo ponury, jak bywało to do tej pory, a jednak tą ponurością nie kipi i nie bombarduje czytelnika, co też się zdarzało.

Podsumowując, kolejna odsłona Cyklu Inkwizytorskiego jest solidna technicznie, ale niczym nie zaskakuje. Zgaduję jednak, że ci z czytelników, którzy z wypiekami czytali wszystkie dotychczasowe przygody Madderdina (i niewielki kawałek przygód Löwefella) i tak nie będą się posiadali z radości, mogąc jeszcze raz zanurzyć się w ponurym świecie wykreowanym przez Jacka Piekarę.