Konwenty Południowe - Recenzja książki: Miroslav Zamboch „Mroczny Zbawiciel”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

mroczny zbawiciel

Miroslav Żamboch - „Mroczny Zbawiciel”

fabryka slowWydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 608
Cena okładkowa: 44,90 zł

Jeśli miałbym wskazać jedną najbardziej charakterystyczną cechę twórczości Miroslava Żambocha, z pewnością byłaby to dowolność (i swawolność), z jaką pisarz z Ostrawy buduje światy w swoich powieściach. Nie zważając na to, co wiemy o światotworzeniu w literaturze, bez jakichkolwiek zahamowań miesza ze sobą motywy z, zdawałoby się, odległych nurtów fantastyki, za każdym razem tworząc coś... wyjątkowego. Zdecydowanie jego ulubionym zabiegiem jest wprawianie czytelnika w osłupienie, bawiąc się jego oczekiwaniami – kiedy myślisz, że wiesz już, jak działa nowe uniwersum, które wykreował, nagle pojawia się coś, czego wcześniej tam nie było. Czasami te twory zadziwiają, kiedy z pozoru niepasujące do siebie elementy zaskakują i okazują się idealnie ze sobą współgrać – takie zjawisko zaobserwowaliśmy, na przykład, w cyklu o wrażliwym zabijace Koniaszu, którego nie byli w stanie popsuć nawet wyskakujący znikąd wojownicy ninja czy Indianie. Jednak bawiąc się w taką literacką alchemię łatwo przesadzić, serwując czytelnikowi miksturę, po której będzie się czuł niepewnie. Czy nowe dzieło Żambocha, „Mroczny Zbawiciel”, przyprawia o lot, czy raczej o twardy kontakt z glebą?

Świat się popsuł. „No nie, znowu?”, zakrzykną teraz stali czytelnicy. Owszem – jakimś sposobem sfery niematerialne przemieszały się z naszym światem... Dlatego w ponurej przyszłości naprzeciw cyborgów i sztucznych inteligencji stają zapomniani bogowie, demony, duchy, upiory, magowie i cała reszta tego tałatajstwa. Łowcy nagród nanoszą na swoje naboje magiczne symbole, żeby bardziej bolało, egzorcystom żyje się tak, jak nigdy dotąd – i tylko zwykli ludzie jacyś mniej zadowoleni. W końcu każdego dnia można zostać opętanym, złożonym w ofierze, albo, cóż, napadniętym, zamordowanym, wypatroszonym i ograbionym. Gdyż, jak się okazuje, człowiek to też trochę potwór.

Bohaterem jest R.C. Co to znaczy? Jeśli go zapytacie, pewnie odpowie, że nie ma pojęcia. Zapewne nie będziecie chcieli zapytać, bo facet niekoniecznie jest czarującym rozmówcą – facjata pozszywana z kilku innych, w połowie zajmowana przez kapryśne cyber-oko, lewe ramię, które składa się z pęków demonicznych kleszczy tylko nadludzkim wysiłkiem woli uformowanych w kończynę o względnie ludzkim kształcie... Poza tym jest raczej duży – na tyle duży, że spokojnie dzierży w jednym łapsku ręczny granatnik, w drugim półautomatyczną śrutówkę i strzela z obu naraz jakby to była folia bąbelkowa. R.C. ma paskudny sekret – paskudniejszy niż jego facjata: w głowie siedzi mu demon, który zmusza go do robienia całej masy rzeczy, które dawnemu R.C. nigdy nie przyszłyby do głowy. Dawnemu? No właśnie – nasz gieroj ma amnezję. Wie, że kiedyś był kimś ważnym, ale za nic nie może sobie przypomnieć, kim dokładnie i czym się wtedy wsławił. Pogoń za strzępkami wspomnień stanowi dla niego główną motywację, dla której pakuje się w całą masę nieprzyjemnych historii, siekąc, rąbiąc i tłukąc na lewo i prawo – ludzi, demony, a nawet niektórych bogów.

Tekst z okładki jest mylący – zajawka poleca bowiem lekturę nowego dzieła Żambocha fanom takich tekstów kultury, jak „Fallout” czy „Neuroshima”. Sam na chwilę dałem się omotać, a za sprawą podobieństwa bohatera do jednego z protagonistów „Zakutego w stal” myślałem nawet, że „Mroczny Zbawiciel” stanowi kontynuację tegoż. Przez pierwsze parę stron autor rzeczywiście kreśli przed czytelnikiem wizję postatomowego pustkowia i samotnego miasteczka pośrodku niczego. Pierwsze wrażenie, jak to u Żambocha, pryska szybko, ustępując miejsca coraz to większemu zmieszaniu, kiedy domniemany „Mad Max inaczej” przepoczwarza się na naszych oczach w „Constantine'a na sterydach”. Przejście to sprawia wrażenie mało płynnego, stąd w śledzeniu fabuły przeszkadza przede wszystkim walka z własnymi oczekiwaniami wobec utworu.

Od technicznej strony mamy tu do czynienia z ciągiem luźno powiązanych związkiem przyczynowo-skutkowym opowiadań, w których R.C. zwiedza coraz to nowe obszary na swojej drodze przez Karpaty aż do Ostrawy, ścierając się zarówno z lokalnym elementem przestępczym, jak i tym nadprzyrodzonym. Narracja jest pierwszoosobowa, prowadzona w dość typowy dla tego autora sposób – z perspektywy twardego maczo silącego się czasem na humor. O ile jednak w innych książkach Żambocha wychodzi to nieco bardziej naturalnie, o tyle R.C. jako narrator – i bohater – nie przekonał mnie do siebie wcale, sprawiając wrażenie pozszywanego z kawałków innych ludzi nie tylko dosłownie, ale w głębszym, metaforycznym sensie – stanowiąc hybrydę wszystkich dotychczasowych herosów Żambocha.

Na tym podobieństwa się nie kończą. Jeśli ktoś z Was pamięta opowiadania o Koniaszu – albo Baklym – na pewno wie, jak ekscytującym było pierwsze pięć razy, kiedy protagonista po otrzymaniu z pozoru śmiertelnych ran podnosił się, by walczyć dalej i spuścić swoim oprawcom tęgie lanie. Bohater „Mrocznego Zbawiciela” celuje w tym również, nie zważając na to, że jego korpus został oddzielony od reszty ciała, porąbanego, na przykład, na trzycyfrową liczbę części, że ktoś umieścił w jego brzuchu cały magazynek naboi z karabinu szturmowego nafaszerowanych zaklęciami do zabijania srogich buców. Są również sceny erotyczne, bo każdy kipiący testosteronem chodzący czołg musi się czasem trochę wyszumieć – tutaj subtelne jak negocjacje za pomocą granatnika i zwykle kończące się w podobnie malowniczy sposób. Fani oderwanych kończyn albo penetracji za pomocą ostrych narzędzi będą wniebowzięci.

Trzeba jednak przyznać, że przy dostatecznym zawieszeniu niewiary i przymknięciu oka na pewne detale, mogą się tu podobać widowiskowe, niemal filmowe sekwencje starć. Żamboch nie szczędzi fajerwerków – efekty zaklęć czy użycia ciężkiej broni opisane są z ogromnym pietyzmem, podobnie jak sceny walki wręcz. To kolejny znak rozpoznawczy autora – niczym taki czeski Rodriguez, tylko zamiast reżyserować, pisze.

Komu polecić „Mrocznego Zbawiciela”? Cóż, na pewno nie fanom „Fallouta” czy Zony Fabrycznej, którzy oczekiwaliby po nowej propozycji Fabryki Słów podobnego zestawu wrażeń. Bez wątpienia przypadnie do gustu komuś, kto szuka czegoś lekkiego i dynamicznego do poczytania bez chęci zbytniego angażowania się w fabularne zawiłości, nie ma niczego przeciwko wiadrom przemocy – oraz nie czytał w przeszłości zbyt wielu powieści Żambocha. Po spełnieniu tych wszystkich warunków można się przyzwoicie bawić w towarzystwie R.C., najtwardszego zabijaki tego sezonu. To znaczy... zadowalająco – takich rodzajów zabawy raczej nie znajdziemy w słowniku pod hasłem „przyzwoitość”.