Konwenty Południowe - Recenzja książki: „Dragoneza”

Kolejne niechciane wyskakujące okienko, jednak Unia Europejska wymaga od nas, byśmy poinformowali Cię o wykorzystywaniu i zjadaniu twoich ciasteczek (cookies) oraz wykorzystywaniu Twoich super tajnych danych. Robimy to tylko po to, by zwiększyć komfort i funkcjonalność portalu oraz dlatego, że jesteśmy głodni i lubimy ciasteczka. Zgodnie więc z Polityka Prywatności, czuj się poinformowany nasz drogi użytkowniku.

dragoneza

„Dragoneza”

fantazmatyWydawnictwo: Fantazmaty
Liczba stron: 463
Cena okładkowa: 0,00 zł

Jednym z najbardziej interesujących i przyciągających uwagę dużej liczby czytelników motywem w fantastyce są smoki. Te mityczne stworzenia, czasem złe, czasem dobre i pomocne, a ponad wszystko magiczne i uosabiające wiele z cech ludzkiego charakteru, wciąż pojawiają się na kartach historii z klasycznego nurtu fantasy, ale nie tylko. Czytelnicy spragnieni tekstów literackich poświęconych smokom dostali jednak ostatnio coś dla siebie: dwadzieścia opowiadań zebranych pod szyldem „Dragoneza” i wydanych przed Fantazmaty.

Zbiór otwiera tekst Agnieszki Fulińskiej „Ta, która słyszała smoki”, a kończy „Donnerwetter” Krzysztofa Adamkiego. Niemal każde z opowiadań przedstawia smoki w zupełnie innym wydaniu. Będziemy mieć więc smoka w postaci całkowicie udomowionego – acz mocno kłopotliwego – zwierzątka, groźnego potwora, klasycznego łasego na złoto jaszczura, półmitycznej bestii wykorzystywanej w futurystycznych eksperymentach… Nie sposób w antologii znaleźć dwa podobne do siebie teksty, nawet pomimo tego, że łączy je czasem nie tylko motyw smoka, ale i sposób jego zastosowania.

Do moich ulubionych opowiadań „Dragonezy” niemal od razu zaliczyłem „Wspiąć się na górę Niitaka”, „Siej kwiaty, zbieraj ogień” Krzysztofa Matkowskiego i „Starego bajarza” Krzysztofa Banacha. Pierwszy z nich przedstawia scenę ataku na Pearl Harbor. Jednak budzący się tego felernego dnia kadet Woodworth, mocno skacowany i jeszcze nie do końca zorientowany w tym, co się dzieje wokół, będzie musiał zmierzyć się z czymś, co daleko przekroczy jego zdolności pojmowania. Bardzo podoba mi się wykorzystanie motywu pętli czasowej, w której bohater próbuje się odnaleźć i uratować może nie tylko własne życie, natomiast całość, okraszona wstawkami w języku japońskim, jest na tyle niebanalna i pełna napięcia, że trudno się od niej oderwać.

Z kolei tekst Matkowskiego opisuje wydarzenia rozpoczęte w dniu, w którym ośmioletni Wojtek przyjeżdża na wakacje do rodziny wujka. Miejscowy sekret, który wreszcie mu wyjawiają, odmieni całe jego życie, jednak niekoniecznie na dobre. Polana usłana ognistymi kwiatami, przejmującymi dziwną siłą wątłego dotąd ośmiolatka, będzie odtąd nieodparcie przyciągać i jego, i innych związanych tajemnicą, jednocześnie jednak każde z dzieci i dorosłych za swoją przemianę będzie musiało zapłacić wysoką cenę. W tym przypadku bardzo podoba mi się rozwój fabuły, która nie kończy się na polanie, lecz drąży sekret dalej aż do jego ostatecznego wyjaśnienia. Jednocześnie bohaterowie traktowani są tu wyjątkowo surowo, by uwidocznić, że siła uzależnia, a każda nieprzemyślana decyzja może zemścić się w przyszłości.

Ostatnie z wymienionych opowiadań zwróciło moją uwagę głównie dość nieoczywistym wykorzystaniem motywu przewodniego i umieszczeniem go w pustelniczym otoczeniu. Stary Mędrzec, przyjmując odwiedzającego go i poszukującego porady mnicha, niekoniecznie jest chętny do rozmów, a zwłaszcza do odpowiadania na trudne pytania. Krainę, w której obaj żyją, niszczy susza, a pomoc może przynieść jej jedynie Duchowy Smok, władca deszczu i wiatru. Co w tym niezwykłego? To, że tytułowego bajarza poznajemy początkowo jako niezbyt rozgarniętego staruszka, mającego dziurawą pamięć i skłonnego raczej zmyślić coś na poczekaniu, byleby tylko mnisi ofiarowali mu kosz z jedzeniem. Stopniowo ten obraz jednak ulega przemianie, a czytelnik może zaobserwować specyficzną formę komunikacji miedzy gospodarzem a gościem, który wydaje się doskonale wiedzieć, co robi, odpowiednimi pytaniami i podpowiedziami budząc kolejne fragmenty uśpionej pamięci… Właśnie, kogo?

O ile w poprzednich tekstach trudno było o pozytywny wydźwięk, o tyle trzy z opowiadań przedstawiających smoki w postaci domowych pieszczochów doskonale równoważą wszelkie cienie. W „Milusiu” Artura Olchowego poznamy parę, w której ona chce małego smoczka, a on niekoniecznie… Ostatecznie, w przeciwieństwie anegdotycznego zakończenia podobnych historii, nie kupują dwóch smoczków, za to jeden wystarczy w zupełności do tego, by przedstawić czytelnikowi typowy mechanizm „dziecko chce pieska, dziecko znudziło się pieskiem, rodzic, chcąc nie chcąc, przejmuje opiekę nad nim”. I tak bohater nieoczekiwanie zostaje smoczym tatusiem. Nieco mniej lekki w wydźwięku jest „Na psa urok!” Michała Rybińskiego, gdzie, poza nie do końca przekonanym do przygarniania „smoka bojowego” policjantem, dostajemy jeszcze fragmenty pisane z perspektywy samej bestii. Całość to trochę kryminał, ale przede wszystkim opowieść o budowaniu relacji pomiędzy człowiekiem, smokiem i psem, nabywanie zaufania, zrozumienia, przełamywanie uprzedzeń. Jest to opowiadanie właściwie smutne – ale też wyjątkowo piękne w tym smutku. Na koniec mamy jeszcze „Miniaturkę” Magdy Burmirskiej, czyli przygody pani weterynarz od smoków, na której dyżur przychodzi młody i przystojny chłopak ze swoim smoczątkiem… Co tu dużo mówić, pierwsze wrażenie nie zawsze jest słuszne, co ładne to niekoniecznie mądre, a mały smoczek kiedyś przecież urośnie, a przedtem narobi sporo zamieszania.

Trudno w tym zbiorze o opowiadanie, które byłoby kiepskie bądź nawet średnie – o każdym można by powiedzieć, że ma w sobie „coś” – jakiś element zwracający uwagę i czyniący je interesującym. Może nie do końca przypadł mi go gustu „Egzegeza Szalonego Gnostyka”, głównie przez styl pisania autora, Sylwestra Gdeli, który wydał mi się dość nieprzystępny i udziwniony – jednak nawet mimo tego drobnego mankamentu je warto było przeczytać. Podobnie było z „Katechonem” Marcina Tomasiewicza, który, choć umieszczony w realiach i konwencji, które zazwyczaj są mi bliskie, to nawiązywał do smoczego motywu przewodniego na tyle odlegle, by nie pozostawić po sobie tak dobrego wrażenia, jak to było z innymi.

Podsumowując, „Dragoneza” jest naprawdę świetnym zbiorem opowiadań. Różnorodne, dobre lub bardzo dobre teksty, ubrane w przepiękną okładkę i dopracowanie pod względem technicznym, okraszone urokliwymi ilustracjami bardzo łatwo do siebie przekonują. Dla wielbicieli smoczych historii to nie lada gratka, ale i pozostali miłośnicy różnorodnej fantastyki raczej się nie zawiodą – zwłaszcza że całość jest dostępna zupełnie za darmo pod tym linkiem.